Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mątwy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mątwy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 lipca 2020

Krótkie włoskie wakacje

"Raz się żyje, rzekł soliter, i wyskoczył z czterech liter" - nie znam autora, ale jakoś mi tak na myśl przyszło i od myśli oderwać się nie chce. Bo wszystko było właściwie przeciw racjonalnym przesłankom. Wszystko mówiło: siedź na d... w chałupie, a nie pchaj się do samolotu. Ale pomyślałem, że marnować okazji nie można. I poleciałem. Na krótko, ale poleciałem. Do Bolonii. A z  Bolonii do Modeny i w okolice. A stamtąd nawet nad Adriatyk i nad Gardę. Krótko i intensywnie, ale owocnie, choć mogłoby być owocniej.
Jeszcze wieczorem pierwszego dnia pobytu napotkałem ślady bytności Helix lucorum, gatunku dotąd mi nie znanego. Ponieważ właściciel muszli niedawno musiał być przestać żyć, postanowiłem poszukać czegoś w lepszym stanie, i ostatecznie z tej lokalizacji gatunku nie zebrałem. 
Na początek padło na Adriatyk, piaszczystą plażę na wysokości Porto Garibaldi. Nie jest to wymarzone miejsce dla poszukiwacza ślimaczych rarytasów, ale taki głodomór jak ja, wyszedł objedzony. Bardziej w przenośni, niż dosłownie, choć poczęstowany zostałem frutti di mare z miejscowego portu. W tematach ślimaczych podkreślić wypada, że poszerzyłem swoje zbiory o pojedyncze muszle okładniczek (Solen), sporo Umbonium,  różne Ostrea, coś z Nassaridae oraz naprawdę sporo małży z rodzaju Venus. Pierwszy raz znalazłem też coś, co byłoby os sepiae, gdyby było kompletne. Trochę moje przeszukiwanie muszlowisk na brzegu zakłócił incydent z żółwiem, którego świeże zwłoki przypłynęły do brzegu... Pierwszy raz widziałem żółwia morskiego i bardzo to przykre doświadczenie, kiedy widzi się takie zwierzę martwe. Skończyło się tym, że do gapiów przyszedł ratownik z łopatą i sprawdziwszy, czy żółw wykazuje jakieś znaki życia, wytargał świeże truchło na brzeg i przysypał piaskiem. Od autochtonów wiem, że w takich sytuacjach zawiadamiana jest straż przybrzeżna, która przejmuje znalezisko. W Porto Garibaldi zebrałem jeszcze kilka muszli ślimaków lądowych, ale nader skromny był to zbiorek (w tym jedna muszla ślimaka z rodzaju Monacha).
Następnego dnia była objazdówka okolic Modeny, raczej nie nastawiona na ślimacze podboje, ale jeśli kogoś interesuje motoryzacja i malakologia, to wokół fabryki Lamborghini znajdzie sporo ślimaków kserofilnych (niestety jeszcze nie zidentyfikowałem, trochę podobne do Candidula). Wieczorem byłem jeszcze w Campogalliano, są tam stawy w pobliżu rzeki Secchia. Spodziewałem się ułowić coś z malakofauny słodkowodnej, której dotąd z terenu Italii nie posiadałem. Musiałem się zadowolić kilkoma muszlami dobrze mi znanej Corbicula fluminea. Rozczarowujące to było doświadczenie. W ogóle środowiska słodkowodne okazały się dla mnie mało gościnne. Jedno z popołudni spędziłem nad rzeką Panaro, już w Apeninach, czyli na górskim odcinku, nie znajdując absolutnie niczego w wodzie. Trochę lądowej malakofauny znalazłem w zaroślach nad rzeką, ale za mało, żeby uważać się za szczęściarza.
Co innego za to w drodze powrotnej. Po drugiej stronie Panaro znajduje się park Sassi di Roccamalatina, zatrzymałem się tam na dłuższy spacer o wieczornej porze. To tam pierwszy raz widziałem chrząszcza znanego u nas jako jelonek rogacz i pierwszy raz spotkałem się oko w oko (oczy) ze skorpionem, nota bene strzegącego muszli Pomatias elegans i Cornu aspersum. To było bardzo ciekawe miejsce, z którego udało mi się zebrać dwie muszle ślimaka podobnego do Causa holosericea, sporo P. elegans oraz kilka Helix lucorum. Nie pooznaczałem jeszcze wszystkiego, więc nie wymieniam po kolei, tylko dzielę się na bieżąco (no prawie na bieżąco...).
Malakologicznie udaną była wycieczka na północ, w okolice jeziora Garda (Lazise oraz Werona). W Lago di Garda znalazłem aż jedną muszlę przodoskrzelnego ślimaka wieżyczkowatego kształtu nieznanego mi rodzaju i ogromną ilość muszli małży z rodzaju Corbicula. Tutaj będę musiał nieco postudiować, bo według dostępnej mi literatury mogą tam występować aż cztery gatunki z tego rodzaju. Na pewno zebrałem i fluminea, i fluminalis.
W Weronie, która stanowiła ostatni punkt moich podróży po Italii, znalazłem w okolicach muzeum archeologicznego sporo ślimaków podobnych do Lauria cylindracea oraz kilka muszli świdrzyków z rodzaju Papillifera. Pozostałych lądowych ślimaków jeszcze nie oznaczyłem nawet do rodzaju.
Kusiło mnie, żeby nazbierać nieco żywych Helix lucorum do domowej hodowli, ale mój brak doświadczeń lotniczych podpowiadał mi powściągliwość. Trochę żałuję, bo niemal dwa kilogramy przeróżnych muszli w bagażu podręcznym absolutnie nie zwróciły uwagi personelu lotniska. Pozostaje mi więc cieszyć się jedynie mini hodowlą Pomatias elegans, co do którego gatunku nie bardzo wiem, jak skonstruować menu...Cieszę się jednak samym wyzwaniem i obserwacją gatunku, który w naszej faunie nie jest reprezentowany przez nic podobnego.




Kazarka egipska, a w wodzie Corbicula fluminea











piątek, 31 sierpnia 2018

Umysł pełen zadziwienia

I. Bardzo skróciła się lista książek malakologicznych z mojej biblioteczki, które jeszcze nie doczekały się odrębnego zrecenzowania przeze mnie. Owszem, dużą część wspominałem tylko na blogu lub omawiałem bądź rekomendowałem pobieżnie, nie mniej doskwiera mi bardzo i coraz bardziej brak nowych tytułów. Każdy więc wyjątek od tej reguły godzien jest więc właściwego wykorzystania.
II. Udając polskiego malakologa ma się wiele bardziej łatwiejsze zadanie, niż np. taki odpowiednik francuski, włoski, hiszpański, czy też amerykański lub wietnamski. Polski malakolog na co dzień spotkać może wyłącznie ślimaki lub małże, inne gromady mięczaków mogą być mu znane z jego szerokości geograficznych najwyżej z zapisu kopalnego. Lub z regałów z lodem na stanowiskach rybnych w lepiej zaopatrzonych sklepach...
III. Każda informacja w języku polskim o mięczakach inne niż wspomniane wcześniej ślimaki i małe, należy do rzadkości. Owszem, mógłbym wskazać konkretne rozdziały bardzo dobrych publikacji, a nawet wskazać konkretne tytuły monograficznych opracowań głowonogów (czy to kopalnych, czy współcześnie żyjących), ale to - generalizując - ilości śladowe. Pojawienie się nowego opracowania domaga się więc odnotowania. I to zamierzam właśnie uczynić.
IV. Rzadko się zdarza, abym trafił na jakiś malakologicznie ciekawy temat w odpowiednim czasie. Formuła bloga zakłada, że publicystyka powinna być podporządkowana aktualności. Czasem się tego trzymam, czasem odstępuję. Tym razem złożyło się, że dotykam tematu, który dopiero oficjalnie się pojawi za kilka dni. Od dziś jestem jednak szczęśliwym posiadaczem egzemplarza książki, której pobieżne przekartkowanie wprowadza mnie w stany euforyczne. Na kilka dni przed oficjalną premierą mam już egzemplarz pracy profesora Petera Gofrey-Smitha Inne umysły. Nie ekscytowałbym się tak tym tytułem, gdyby nie jego uzupełnienie: Ośmiornice i prapoczątki świadomości. Książkę wydało wydawnictwo Copernicus Center Press, które związane jest z działalnością krakowskiego filozofa przyrody, ks. prof. Michała Hellera, laureata Nagrody Templetona.
V. Nie mogę zrecenzować tej książki, bo nie byłem w stanie jej jeszcze przeczytać. Kilkanaście stron w czasie czerwonych świateł po drodze do domu to zdecydowanie za mało na osąd książki. Mogę się za to podzielić wrażeniami. A wrażenie zrobiła na mnie wspaniałe. Jest to coś, na co od lat czekałem i mam głęboką nadzieję, że pełna lektura potrzyma we mnie to wrażenie. Trudno mi nawet pokusić się o próbę zdefiniowania, z czym mam do czynienia: czy to esej, czy traktat, opowiadanie czy wykład, bo elementy wszystkiego tego znalazłem na tych kilkunastu wyrywkowych stronach. Mógłbym spróbować opisać to tak: to niezwykle żywy i barwny zapis fascynacji filozofa zaskoczonego interakcją między nim, a obserwowanymi głowonogami w ich środowisku życia. To pogłębiona refleksja fenomenologa o zoologicznym wyczuleniu lub zoologa o filozoficznej dociekliwości. Przez słowo "filozof" nie rozumiemy tu jednak sobie zrozumiałego intelektualnego pozera, ale prawdziwego miłośnika mądrości, który ma odwagę stawiać trudne pytania i za tymi pytaniami iść w stronę nieoczywistych odpowiedzi.
VI. Potrzebuję trochę czasu, żeby przez tę lekturę przejść i wrócić do niej z oceną. Dziś oddaję się tej niezwykłej atmosferze fascynacji, która jak światło słońca przez fale nad lagunami przebija z przeczytanych akapitów. Obiecuję szybko wrócić z refleksjami po lekturze. Tymczasem polecam jako nowość, jako rzadkość, jako źródło zadziwienia...