poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Szczeżuje koło Zielęcic


Wczoraj, podczas poobiedniego spaceru, zawiało mnie w okolice Zielęcic w powiecie łaskim (Łódzkie). Jest tam - administrowany przez kilka kół wędkarskich PZW - staw o nie do końca znanym mi pochodzeniu. Miejscowi mówią, że to dawna torfianka, co mogłoby się zgadzać zważywszy na kwaśne raczej środowisko. Natomiast rozmiarami za nic nie przypomina mi to zbiornika powstałego na skutek wydobycia torfu: jest to duży śródleśny staw, porośnięty szuwarami  i miejscami rzęsą pospolitą.
Woda przejrzysta, dno piaszczysto-muliste, dokoła trzęsawisko. Z brzegu w niektórych miejscach widoczne liczne raczej i sporych rozmiarów skorupy szczeżui pospolitej Anodonta anatina, choć ostatecznej weryfikacji jeszcze nie przeprowadziłem (bo może to być również szczeżuja wielka Anodonta cygnaea). Wziąłem ze sobą dwie, mocno podniszczone, ale kompletne skorupy, skorodowane na skutek działania kwasów humusowych. Poza szczeżujami znalazłem jeszcze tylko pustą skorupkę zatoczka rogowego Planorbarius corneus, ale trzeba pamiętać, że byłem na spacerze, a nie na poszukiwaniu mięczaków.
Wydaje się, że stanowisko w Zielęcicach (jak i pobliskie stawy w pobliżu Grabi, między Nicenią a Zielęcicami i Okupem) warto by zbadać porządniej. Odizolowane od bezpośrednich spływów biogenów z pól, eksploatowane tylko wędkarsko, mogą być w miarę trwałą ostoją szczeżuj, jak by nie było zagrożonych w naturalnych środowiskach.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Zasoby internetowe

Właśnie podwiesiłem nową stronę (po prawej stronie, "Linki"), poświęconą zasobom internetowym powiązanym jakoś z malakologią. Na dzień podwieszenia wszystkie adresy były sprawdzone, choć gwarancji nie daję, że ze wszystkich da się skorzystać. Wiele z tych stron trąci myszką, wiele woła o aktualizację. Ogólnie strasznie to pomieszane: profesjonalne z amatorskimi; roczniki z newsletterami, malakologia z konchologią. Kto chce, niech korzysta, kto może, niech pomaga w uzupełnianiu listy.
Zamieszczona lista linków jest ciągle wersją roboczą, ale trwają prace nad jej dopracowaniem. Po prostu nie zawsze potrafię obejść pewne ograniczenia techniczne...

środa, 24 sierpnia 2011

Atlas mięczaków środkowej Hiszpanii

Habent libellum fata sua, by zacytować starożytnych. W związku z brakiem możliwości penetracji terenu, zadowalam się przeglądaniem biblioteki. A w niej najnowszy nabytek, a właściwie: darowizna. Ale jaka darowizna! Niezwykła. Taka, o jakiej marzyłem, a raczej marzę, żeby dotyczyła Polski.
Trafiła do mnie z Hiszpanii, gdzie stoczono o nią bój, żeby ją pozyskać. A potem nie mieściła się w bagażu lotniczym i było ryzyko, że pozostanie lekturą dla oczekujących na kontrolę lotniczą. Ostatecznie jednak wsiadła do samolotu i przyleciała do Polski. A od tygodnia już w moich rękach, cieszy moje oczy i rozpala marzenia.
Atlas y Libro Rojo de los Moluscos de Castilla-La Mancha autorstwa Dolores Bragado, Rafaela Araujo i Teresy Aparicio liczy przeszło pół tysiąca stron. Jest to atlas wszystkich współczesnych mięczaków notowanych w prowincji Kastylia-La Mancha, w centralnej części Hiszpanii. Publikacja została przygotowana w ten sposób, aby umożliwić korzystanie z niej dla różnych grup odbiorców, od amatorów-przyrodników do profesjonalistów. Jak przystało na atlas jest napisana bardzo przejrzyście i w określonym układzie graficznym. Każdy gatunek zaopatrzony został w podstawowe informacje nomenklaturowe i systematyczne, fotografię skorupy wraz ze skalą, mapę rozmieszczenia, opis gatunku, środowiska, rozmieszczenia oraz statusu ochrony: obecnej lub zalecanej.  Status gatunku graficznie zaznaczono w lewym górnym rogu stronic, wskazując na kolor czerwony oznaczający zagrożenie gatunku, żółty - propozycje ochrony, natomiast zielony odnoszący się do braku narażeń gatunku na wyginięcie. Każdy gatunek zaopatrzono również w zalecaną literaturę. Połączenie atlasu z Czerwoną Księgą jest bardzo trafionym pomysłem i wydaje się, że osiągnie swój cel: zwiększenie świadomości potrzeby ochrony gatunków. Wielu opisom towarzyszy dodatkowy materiał ilustracyjny, obejmujący fotografię żywego zwierzęcia bądź zamieszkiwanego przez nie biotopu. Jest to o tyle przydatne (zwłaszcza amatorom), że pozwala na lepsze kojarzenie gatunków z określonymi środowiskami.
Wspomniałem, że atlas cieszy moje oczy. Naprawdę ilość fotografii jest ogromna. To sprawia, że bariera językowa jest znacznie zmniejszona (choć i tak ogromna). Nie mogę powiedzieć, że przeczytałem już tę książkę, ale obejrzałem ją już kilkukrotnie. Mam też pewne zastrzeżenia do ilustracji w książce, które chciałbym przekuć w twierdzenie natury bardziej ogólnej. Otóż fotografie skorupek w zestawieniu z fotografią żywego zwierzęcia czasem w ogóle nie przypominają tego samego. Ubarwienie ciała ślimaka powoduje, że pusta skorupka wygląda zdecydowanie inaczej, niż pozbawiona właściciela. Poza tym nie każda fotografia oddaje sedno cech wyróżniających, stąd warto przy tego typu publikacjach zadbać o ryciny, które koncentrują się przecież na oddaniu właśnie szczegółów pozwalających na w miarę pewną identyfikację. Wydaje mi się również, że niektóre fotografie albo są pomylone, albo przedstawiają formy zupełnie mi obce. Tak jest np. przy opisie gałeczki rogowej Sphaerium corneus (Linnaeus, 1758), która w żaden sposób nie przypomina tych, które zbierałem w Polsce. Planorbis planorbis (Linnaeus, 1758) na stronie 210 bardziej przypomina Planorbis carinatus O.F. Muller, 1774. Fotografia tutaj nie rozstrzyga, ale podkreślam, że znane mi okazy pochodzą z zupełnie innych obszarów klimatycznych, stąd nie można wykluczyć, że populacje z Południa Europy znacznie odbiegają wyglądem od populacji Północnych...
Kiedy trzymam w ręku tę ciężką, porządnie oprawioną i wydaną na kredowym papierze publikację, to ponoszą mnie marzenia. Moce fantazji zabierają mnie w jakąś czasoprzestrzeń mi obcą i trzymam wtedy w ręku podobny atlas, napisany po polsku, obejmujący wszystkie znane gatunki krajowe, kolorowy, dobrze napisany, przejrzysty, metodologicznie dopracowany, zaopatrzony w szczegółowe mapki, ryciny, tabele, wykresy. Marzę tak przez chwilę, po czym otwieram oczy i widzę, że przecież możliwe jest to w Hiszpanii, to dlaczego by nie u nas?
I z tym marzeniem pozostaję. Obym się z nim tylko nie zestarzał i do grobu nie zszedł.
Nie wiem, w jaki sposób można tę książkę nabyć, pewnie trzeba by się uśmiechnąć do kogoś, kto w Hiszpanii pracuje. Może podobne publikacje pojawiły się też w innych prowincjach tego południowego kraju, które przecież charakteryzują się sporą autonomią. Mnie w Hiszpanii jeszcze nie było, w planach najbliższych też jej nie mam, ale gdybym się tam wybierał, to dzięki Atlasowi znałbym wiele gatunków. Największą jednak zasługą tej książki jest to, że południowym ciepłem rozgrzewa północny umysł do marzeń. A marzenia to biopaliwo najwyższych parametrów.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Profesor Adolf Riedel (1930-2010)

Przed kilkoma dniami minęła pierwsza rocznica śmierci profesora Adolfa Riedla, jednego z największych polskich malakologów, światowego eksperta w dziedzinie Zonitidae. Jakoś czuję się wobec niego zobowiązany, choć nigdy nie dane mi było spotkać go osobiście. Ba, nawet nie zdążyłem zaczepić go listownie, co często przecież robię w stosunku do różnych malakologów.

Na świat przyszedł w podwarszawskim Brwinowie, 24 lutego 1930 roku. Jak spędził okupację, tego nie wiem, ale już w 1947 roku, a więc jako zaledwie siedemnastolatek, podjął studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Przypuszczam, że studia na uniwersytecie, który na skutek zawieruchy wojennej poniósł wielkie starty zarówno osobowe jak i materialne, nie należały do najłatwiejszych. Wówczas absolwenci kierunków przyrodniczych zdobywali tytuł magistra filozofii (tak, tak, Urbański też był filozofem). Dyplom obronił w 1952 r. Jeszcze w czasie studiów rozpoczął pracę w Muzeum Zoologicznym w Warszawie, z którym pozostał związanym (w strukturach Instytutu Zoologii Polskiej Akademii Nauk)  do samego końca.
Doktoryzował się w 1959 roku rozprawą na temat rewizji krajowych Zonitidae. I to już mu zostało do końca. Kolejne etapy naukowej kariery związane były z rodziną Zonitidae, która dla wielu malakologów jest jedną z najtrudniejszych do oznaczania. Dzięki jego pracom (około 170 publikacji na ten temat), dziś rodzina ta jest jedną z lepiej opisanych i zbadanych. Sam zaś profesor był autorem największej na świecie kolekcji ślimaków z rodziny szklarkowatych, o nieocenionej wartości naukowej, liczącej w przybliżeniu 350 gatunków zamieszkujących półkulę północną. Duża część tej kolekcji to tzw. typy, czyli wzorcowe materiały stanowiące podstawę opisania nowego gatunku.
Dla nauki poznał i opisał ponad 100 rożnych grup systematycznych  (gatunków, rodzajów, podrodzajów itp.). W Muzeum i Instytucie Zoologicznym PAN w Warszawie zdeponowano ponad 40 tys. okazów z blisko 800 gatunków szklarek z wypraw badawczych Profesora.
Był autorem i redaktorem licznych publikacji, w tym redaktorem Annales Zoologici czy Fragmenta faunistica. W mojej biblioteczce malakologicznym posiadam trzy zwarte tytuły: napisaną wspólnie z Andrzejem Wiktorem Arionacea. Ślimaki krążałkowate i ślinikokształtne (seria "Fauna Polski, t. 2, Warszawa 1973); omawiany już kiedyś katalog Ślimaki lądowe. Gastropoda terrestria (seria Katalog Fauny Polski, nr 46) oraz wydaną w Warszawie w 1998 r. Genera zonitidarum - Addenda et Corrigenda (w języku niemieckim). I choć Zonitidae to dla mnie wciąż czarna magia, lubię zaglądać do tych książek, zwłaszcza do imponującego Katalogu...
Odszedł 21 sierpnia 2010 r. Jego ciało spoczywa na cmentarzu ewangelickim w Warszawie przy Młynarskiej. Jeśli we wrześniu będę w Warszawie, postaram się złożyć wizytę Profesorowi: posłuchać słów, których nie wypowie.

Korzystałem m.in. ze wspomnienia opublikowanego w 18 tomie Folia malacologica oraz z pomocy uczennicy Profesora, p. Dominiki Mierzwy-Szymkowiak, za co jej gorąco dziękuję.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Folia Conchyliologica

Okładka jednego z numerów

Wczoraj wieczorem ocean internetu wyrzucił na brzeg mojego komputera wielce ciekawą muszelkę. W czasie przeszukiwań internetowych zasobów trafiłem do Francji, którą znałem już z "MalaCo" i "Xenophora". Znalazłem archiwum numerów pisma, które wydawane jest od maja 2010 r w Lyonie we Francji. Celem pisma jest popularyzowanie prac malakologów, głównie z Francji, ale i z innych obszarów również.
Co przykuwa uwagę od razu, to szata graficzna i duża ilość materiału ilustracyjnego. Okładka bardzo podobna jest do okładki "MalaCo", choć nie identyczna. Folia Conchyliologica składa się z zeszytów uboższych objętościowo (około 20 - 30 stron), ale za to wydawanych częściej, bo z częstotliwością miesięcznika lub dwumiesięcznika. Sprawia to, że w ciągu roku publikowanych jest więcej tekstów, mniej obszernych, ale dobrze (na ogół) ilustrowanych. Znaleźć też można recenzje książek i pism malakologicznych, w tym recenzję polskiej publikacji, książki prof. Andrzeja Wiktora, Ślimaki lądowe Polski (Olsztyn, 2004) (w drugim numerze). Większość tekstów publikowana jest w języku francuskim, angielski - jeśli pojawia się, to chyba tylko okazjonalnie. Jest mały problem techniczny związany z tłumaczeniem: tekstu nie da się skopiować do translatora, więc pozostaje albo się domyślać o co chodzi, albo przepisywać do tłumacza ręcznie. Można pozostać też na oglądaniu obrazków i będzie to zajęcie naprawdę wciągające.
Archiwum jest otwarte, nie trzeba się rejestrować ani logować. Pliki w formacie pdf są różnej objętości, ale nawet przy wolnym łączu internetowym dają się swobodnie otworzyć (te większe wymagają nieco cierpliwości).
Zasoby Folia Concyliologica znajdują się na http://cernuelle.com/. Polecam.

piątek, 5 sierpnia 2011

Buczyna na Pomorzu

Wspominałem niedawno, że spędziłem chwil parę na Pomorzu. Ponieważ tegoroczne lato nie rozpieszcza plażowiczów, natomiast wielce sprzyjające jest dla mięczaków, skorzystałem z promocyjnych warunków i zanurkowałem w las bukowy na północ od Koszalina. Zatrzymałem się w Mścicach i wykorzystując wolną godzinkę zafundowałem sobie rekonesans.
Zacząć muszę od tego, że nie bardzo wiem, czy bukowy las za Koszalinem jest buczyną pomorską, czy kwaśną. Na fitosocjologii nie znam się kompletnie, a powinienem, jeśli zajmuję się obserwacją zwierząt. Podejmuję oczywiście stosowne lektury, aby braki załagodzić, ale bez oszałamiających postępów. Więc była to buczyna, moim zdaniem kwaśna, tzn. prawie pozbawiona runa leśnego, podmokła, z dominacją buka zwyczajnego z domieszką dębu bezszypułkowego i olchy czarnej, natomiast kwalifikację tę można śmiało brać w nawias. Pierwszym ślimakiem, jakiego napotkałem, był Arion rufus Linnaeus, 1758. Ale jaki! ponad 150 mm długości, szeroki na prawie dwa centymetry, czarny, jakby lakierowany. Czarny jednolicie, tzn obrzeża nogi nie były odmiennie wybarwione, co bardzo często występuje u ślimika wielkiego. Poza otworem oddechowym, który był biały (właściwie szarawy), oraz czułkami, które były jeszcze bardziej wyczernione z fioletowawą poświatą, cały był czarny. Spotykałem już bardzo ciemne osobniki tego gatunku, ale ów był najciemniejszy ze wszystkich (niestety zdjęcie nie oddaje urody zwierzęcia). Po chwili napotykałem już inne osobniki, w tym również kopulujące. Występował licznie, ale nie masowo i porównując z moimi dotychczasowymi doświadczeniami mogę stwierdzić, w lesie na pograniczu Łodzi i Zgierza występuje zdecydowanie liczniej (jeśli to w ogóle rufus a nie lusitanicus). Drugim spotkanym gatunkiem był świdrzyk lśniący Cochlodina laminata Montagu, 1803. Przebywał głównie na pniach buka, jednego znalazłem na olsze, ale żadnego na dębie. Najwięcej (a występował tam licznie) znajdowało się na wysokości 05,-1,5 m, ale widywałem je nawet na wysokości znacznie powyżej 3 m. Na ziemi zaś nie znalazłem żadnego, co nie znaczy, że nie przebywa na ziemi, tylko może korzystał ze sprzyjającej aury i żerował na rozmoczonych powierzchniach kory drzew. Obok, ale bardzo nielicznie, pojawiał się stożeczek drobny Euconulus fulvus(O. F. Muller, 1774), również na drzewach i to na sporych (jak na rozmiary ślimaka) wysokościach, bo 1,3-1,8 m. Z kolei niższe położenie preferował krążałek plamisty Discus rotundatus (O.F. Muller, 1774). Moim zdaniem jest on dendrofagiem, ale nie znam badań, które potwierdzałyby moje przypuszczenia. Niemniej często spotykam go w próchniejących pniakach i kawałkach drewna, co może świadczyć o tym, że tam żeruje (wiec albo zjada gnijące drewno, choć jest to mało prawdopodobne ze względu na twardość i niską zawartość substancji odżywczych, albo zjada organizmy towarzyszące rozkładowi drewna; ewentualnie znajduje tam szczególne warunki mikroklimatyczne). Drugim znalezionym przeze mnie świdrzykiem był świdrzyk dwuzębny Clausilia bidentata (Storm, 1765), ale co do oznaczenia to pewności nie posiadam. Tak przypuszczam, ale dopiero będę to weryfikował. Ten występował dość licznie, ale zdecydowanie rzadziej niż poprzedni ze świdrzyków, i zdecydowanie dalej od brzegu lasu. Z lądowej fauny ślimaków odnalazłem jeszcze Carychium minimum (O.F. Muller, 1774) oraz dwa ślimaki z rodziny Zonitidae, których jeszcze nie zidentyfikowałem, i dwa ślimaki z rodziny Helicidae: ślimaka czerwonawego Perforatella incarnata (O.F. Muller, 1774) i wstężyka ogrodowego (wybarwionego na żółto) Cepaea hortensis (O.F. Muller, 1774).
Były również ślimaki wodne, ale reprezentowane tylko przez jeden gatunek, zatoczka moczarowego Anisus spirorbis (Linnaeus, 1758), a także jeden gatunek małża z rodzaju Pisidium, którego nie udało mi się jeszcze oznaczyć. Faunę wodną wynajdywałem na mokradłach, pod warstwą opadłych liści lub w zagrzebaną w mule.
video
Tradycyjnie najwięcej jednak było komarów i to one skutecznie chroniły mięczaki przed dalszymi moimi poszukiwaniami. Zanotowane zostało to całkiem przypadkowo na załączonym filmiku (mikrofon zdecydowanie lepszy niż obiektyw). Ten charakterystyczny plask jest zapisem zbrodni...

środa, 3 sierpnia 2011

Same "naj", czyli kilka słów o Bałtyku

Mój stosunek do Morza Bałtyckiego jest bardzo niejasny i niespójny. Nie potrafię znaleźć przyczyn ambiwalencji w podejściu do niego: być może zadecydowało o tym zbyt późne spotkanie się z nim, wszak ujrzałem je pierwszy raz w życiu już jako osoba pełnoletnia. Najłatwiej mają ci, którzy poznali je jako dzieci i z zakurzonych zakamarków pamięci wydobywać potrafią ciepłe fale, jasne plaże, pojedyncze bursztyny i czarne skorupki omułków. Mnie jest to doświadczenie obce, w kufrach wspomnień szufladka „Bałtyk” mogłaby co najwyżej otworzyć się na etykietce wódki o tej nazwie (w ten sposób odpowiedział na pytanie „co to jest Bałtyk?” mój kolega, naówczas uczeń III klasy szkoły podstawowej, a przedmiot nazywał się środowisko społeczno-przyrodnicze).
Morze Bałtyckie to jest dziwne morze. Nawet jego nazwa jest dziwna, bo może nazywać się zarówno „wschodnie” (np. Ostsee w niemieckim) jak i „zachodnie” (Läänemeri w estońskim). Dla pozostałych jest to Morze Bałtyckie, nie licząc oczywiście nazewnictwa historycznego, które również się zmieniało.
Jest to najmłodsze, najpłytsze i najsłodsze morze Oceanu Atlantyckiego. Zdaniem geologów jego wiek należy oceniać na około 12 tysięcy lat, a to niewiele jak na wiek Ziemi. \powstało jako jezioro, a zdaniem niektórych jako jezioro skończy. Ciekawe jest śledzenie kolejnych faz powstawania Bałtyku, które biorą nazwy od mięczaków dominujących w ówczesnej faunie. Tak więc Bałtyckie Jezioro Lodowe przekształciło jakieś 9-10 tys. lat temu  się w Morze Yodiowe, następnie w Jezioro Ancylusowe, potem na powrót w Morze Litorynowe (chronologicznie to będzie 8-4 tys. lat temu), a od około 4 tysięcy lat funkcjonuje w obecnym kształcie jako Morze Mya. Nazwy poszczególnych etapów wyznaczane są przez małża Portlandia (Yoldia) arctica (Gray, 1824) – obecnie w ogóle nie występuje w Bałtyku; potem ślimak przytulik strumieniowy Ancylus fluviatilis (O.F. Müller, 1774) – obecnie również nie występuje, choć jest mieszkańcem zlewni Bałtyku; dalej Littorina littorea (Linnaeus, 1758) – ponoć żyje, ale nie w naszych wodach; no i małgiew piaskołaz Mya arenaria (Linnaeus, 1758), która jest z kolei traktowana jako gatunek obcy… Ostatni z wymienionych gatunków występuje w Bałtyku bardzo licznie, ale urodą daleki jest od konkursów Miss Bathic Sea. O mięczakach za chwilę, wróćmy do dziwności.
Bałtyk jest też jednym z najpłytszych mórz: średnia głębokość wynosi 53,2 m, zaś największa w Głębi Landsort nie przekracza 459 m. Poza tym jest właściwie morzem śródlądowym (niektórzy mawiają Morze Śródziemne Europy Północnej), połączonym Cieśninami Duńskimi z Morzem Północnym, ale cieśniny te są niezwykle płytkie (raczej nie przekraczają 20 m głębokości toru wodnego). Wpływa to również na zasolenie, które jest na tyle niskie, aby określać Bałtyk morzem mezohalinowym, czyli do wód słonawych. Pod tym względem jest bodaj największym na świecie akwenem słonawym. Średnie zasolenie wynosi ok. 7‰, maksymalne około 20‰, ale w Zatoce Gdańskiej wynosi ok. 3‰, a miesiącach zimowych nawet ok. 0,7‰.  Dla porównania inne morza śródlądowe, np. Morze Czarne ma ok. 22‰ zasolenia, Morze Śródziemne 33-39‰, a Morze Martwe 280‰. Dzieje się tak z kilku powodów: przede wszystkim dużej ilości wody słodkiej dostarczanej przez rzeki zlewni, z których Wisła, Odra, Niemen czy Newa należą do dużych rzek. Poza tym woda słona jest cięższa i następuje wolniejsza jej wymiana. Słodka woda Bałtyku też zdecydowanie wolniej paruje, co jest spowodowane strefą klimatyczną.
Wysłodzenie wód morza powoduje, że Bałtyk stanowi odrębną dzielnicę zoo graficzną, o bardzo ubogiej faunie i florze. Największym ssakiem bałtyckim jest morświn; występuje tu kilkadziesiąt gatunków ryb (łącznie ze słodkowodnymi, które bez problemu przeżywają niskie zasolenie), troszkę skorupiaków niewielkich rozmiarów, szczątkowa ilość gatunków jamochłonów. I mięczaki. Teraz o tym kilka słów.
Malakofauna Bałtyku jest potwornie zubożona i skarlała w stosunku do sąsiedniego Morza Północnego. Listę gatunków mięczaków Bałtyku można znaleźć na stronie http://www.hausdernatur.de/ostsee.htm, ale zdaje się, że uwzględnia ona również gatunki słodkowodne wpadające z wodami rzek do morza. Zaznaczyć w tym miejscu trzeba, że południowo-wschodni Bałtyk ma faunę uboższą gatunkowo niż Bałtyk zachodni, co jest spowodowane zasoleniem i bliskością Morza Północnego. W naszych wodach mięczaki reprezentowane są wyłącznie przez dwie gromady: ślimaki (Gastropoda) oraz małże (Bivalvia). Nie uświadczysz tu ani chitonów, ani głowonogów, ani walconogów czy jednotarczowców. Małży można doliczyć się – no właśnie! Ile gatunków występuje, trudno określić. Przy najszerszej interpretacji, z uwzględnieniem wątpliwości taksonomicznych, mielibyśmy taką listę małży:
1.      Mytilus edulis Linnaeus, 1758 – Omułek jadalny
2.      Mytilus trossulus Gould, 1850 – Omułek bałtycki
3.      Astarte borealis (Schumacher, 1817) – Astarta północna
4.      Astarte elliptca (Brown, 1827) – Astarta zachodnia
5.      Arctica islandica (Linnaeus, 1758) – Cyprina islandzka
6.      Cardium glaucum Bruguière, 1789 – Sercówka biała*
7.      Cardium hauniense Höpner, Peterson et Russel, 1971 – Sercówka drobna
8.      Macoma baltica (Linnaeus, 1758) – Rogowiec bałtycki
9.      Macoma calcarea (Chemnitz, 1782) – Rogowiec wapienny
10.  Dreissena polymorpha (Pallas, 1771) – Racicznica zmienna
11.  Corbicula fluminalis (O. F. Müller, 1774) – b.p.n.g.
12.  Corbicula fluminea (O. F. Müller, 1774) – b.p.n.g.
13.  Mya arenaria Linnaeus, 1758 – Małgiew piaskołaz
14.  Teredo navalis (Linnaeus, 1758) – Świdrak okrętowiec
Natomiast lista ślimaków może przedstawiac się następująco:
1.      Theodoxus fluviatilis (Linnaeus, 1758) – Rozdepka rzeczna
2.      Potamopyrgus antipodarum (Gray 1843) – Wodożytka  nowozelandzka
3.      Hydrobia ulvae (Pennant 1777) – Wodożytka posoplita
4.      Hydrobia ventrosa (Montagu 1803) – Wodożytka bałtycka
5.      Hydrobia neglecta Muus 1963 – Wodożytka duńska
6.      Semisalsa stagnorum (Gmelin 1791) – Wodożytka przybrzeżna
7.      Rissoa (Pusillina) inconspicua Alder, 1844
8.      Rissoa (Rissostomia) membranacea (J. Adams, 1797) – Wodożytka zmienna
9.      Turboella sarsi (Lovén, 1846)
10.  Eubranchus pallidus (Alder et Hancock, 1842) – Embletonia blada
11.  Alderia modesta (Lovén 1844) – Alderia niepozorna
12.  Onchidoris muricata (O. F. Müller 1776)
13.  Limapontia capitata (O. F. Müller, 1774) – Wypławczak garbaty (prawdopodobnie wymarły)
Wszystkie te gatunki są niewielkich rozmiarów, trudne do oznaczenia i do znalezienia. Poza tym niewielu zajmuje się badaniem malkofauny Bałtyku (może z powodu niskiej atrakcyjności?), stąd nie do końca wiadomo, czy ustalenia te są wiarygodne…
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym trzeba wspomnieć: Bałtyk jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych mórz świata i stanowi ogromne składowisko broni chemicznej z czasów II wojny światowej. Intensywny przemysł doprowadził do tego, że w ciągu ostatniego stulecia Bałtyk z Morza oligotroficznego stał się morzem zeutrofizowanym. Podejmowane są próby ratowania tego największego na świecie biotopu słonawego, ale skutki są mierne.
Nie ciągnie mnie nad morze, żeby się wylegiwać w piasku (przyjdzie czas na leżenie w piachu, ale nie wiadomo kiedy to nastąpi); ciągnie mnie do poznawania mięczaków Bałtyku. Dotąd zebrałem tylko kilka gatunków, a z połową mam problemy identyfikacyjne. Następna okazja pewnie za jakiś czas dopiero i trudno rozsądzić, w które miejsce przyjdzie się wybrać, ale byłoby dobrze, gdyby udało się znaleźć takie, w którym będzie można coś znaleźć.
P.S. Ciekawostka: kształt Bałtyku przypomina nieco modlącego się człowieka, na kolanach, z rękoma jakby trzymał książkę… Przynajmniej mi przypomina klęczącego człowieka.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Powrót z Północy

Skończyło się i trzeba było wrócić. Głównie do zaległości, które są zdolne do samoistnego rozmnażania...
Szaleństwa nie było: najpierw kilka dni nad Bałtykiem (Unieście i Mielno). O samym Bałtyku i jego malakofaunie postaram się wkrótce napisać. Z tego wyjazdu przywiozłem ze sobą tylko kilka skorup omułka, którego oznaczenie nie jest już tak proste, jakby się to wydawało jeszcze kilka lat temu. Nie potrafię rozstrzygnąć, czy to Mytilus edulis (jak przyjmowano dotąd za pewnik), czy raczej trossulus (na c wskazuje wiele badań genetycznych). Będzie trzeba znowu szukać w literaturze przedmiotu.
A w sobotę była pomorska buczyna. Warunki prawie doskonałe: temperatura ok. 19 C, wilgotność 100%, zachmurzenie i delikatny opad atmosferyczny. Skutki: możliwość obserwacji ślimaków w pełnej aktywności. Lista niezbyt długa, pewnie udałoby się więcej znaleźć, ale tradycyjnie czasu nie starczyło. Najliczniejsze okazały się świdrzyki, Cochlodina laminata oraz drugi, jeszcze przeze mnie nie oznaczony. Bardzo pospolite również śliniki, zwłaszcza Arion rufus o smolistej, pięknej barwie i rozmiarów w górnych rejestrach. Poza tym Euconulus, Discus, Carychium, Perforatella, Cepaea. Wkrótce będzie więcej szczegółów oraz materiału ilustracyjnego. Ale na to jeszcze trzeba poczekać.
Skończył się urlop. Szkoda. Pora brać się do pracy. Tylko czy aby pierwszy dzień po urlopie nie powinien być ustawowo wolnym od pracy?