sobota, 9 listopada 2019

Euromal 2020 - zapowiedź

Tempus fugit, Euromal manet chciałoby się rzec, wchodząc na stronę internetową organizatorów przyszłorocznego kongresu europejskich towarzystw malakologicznych. Strona główna straszy zegarem przypominającym, że zostało mniej niż 300 dni (a kiedy byłem tam po raz pierwszy, był jeszcze rok do dyspozycji...).
Święto europejskich malakologów będzie miało miejsce w Pradze w dniach od szóstego do dziesiątego września 2020 roku. Poprzednie takie wydarzenie było w Krakowie, najbliższe będzie całkiem blisko, bo w Pradze (a nie na Pradze, bo by było jeszcze bliżej!). Organizatorami są Uniwersytet Karola, Uniwersytet Masaryka oraz Czeski Uniwersytet Przyrodniczy.
Na chwilę obecną nie ma jeszcze za wiele wiadomości, ale podano już proponowaną tematykę, która jest bardzo szeroka, obejmując zagadnienia od paleontologii po najnowsze zdobycze genetyki, oczywiście w odniesieniu do mięczaków.
Jak pojawi się coś więcej (a na przykład nie ma jeszcze komitetu naukowego), postaram się podzielić, choć trudno mi ukrywać, że moja aktywność strasznie w ostatnim czasie podupadła. Jednakowoż - cytując klasyka - "plotki o mojej śmierci są mocno przesadzone".
Szczegóły: www.euromal.cz

środa, 18 września 2019

Folia Malacologica 27(3)

Lubię ten moment, kiedy wyczekując pojawienia się kolejnego zeszytu, zaglądam codziennie na stronę internetową www.foliamalacologica.com. Bo przecież kolejne zeszyty pojawiają się regularnie, więc można sobie pewien nawyk wyrobić. I to już należy podkreślić, że od naprawdę dobrych wielu lat kolejne tomy pojawiają się bardzo regularnie i kwartalna częstotliwość jest mocno pilnowana. A to cieszy, bo jest sporo dobrych nawet pism naukowych, które tę kwestię załatwiają fatalnie.
Trzeci, wrześniowy zeszyt Folia Malacologica tworzy 10 artykułów, z czego siedem to tzw. prace oryginalne. Jest nadto wspomnienie o zmarłej w maju tego roku profesor Małgorzacie Strzelec, a także relacja z malakologicznego sympozjum w Wiedniu oraz recenzja książki o ośmiornicach.
Z każdym kolejnym numerem pismo staje się coraz bardziej międzynarodowe. Widać to i w geografii autorów, i geografii tematów. To mnie bardzo cieszy, bo nasza malakologia nigdy nie była zaściankowa, i obserwowany kierunek rozwoju potwierdza tę tezę. Są więc prace o ślimakach lądowych delty Mekongu (oj, marzenie moje...), nie mniej egzotyczny kierunek wyznacza charakterystyka rodziny Pupinidae z... Butanu, dwie prace dotyczą Viviparus acerosus (Czechy i Ukraina), jest też opracowanie filogenezy i zoogeografii rodzaju Lanzaiopsis (Bałkany). Jest i Dreissena polymorpha na stanowiskach w polskich Karpatach, jest i poczciwy stary Liwiec (znaczy współczesny, już polodowcowy;)
Można by odnieść wrażenie, że współczynnik autorów krajowych do zagranicznych przechyla się na rzecz tych drugich. To dobrze. Ale to też jakiś symptom choroby, która toczy nasz system nauki w Polsce. Ponieważ Folia Malacologica nie są pismem z listy filadelfijskiej, nasi autorzy dyscyplinowani przez swoich pracodawców szukają punktowanych łamów, krzywdząc poniekąd wysiłki Redakcji, by Folia weszły na salony. Trochę błędne koło.
Kibicował będę dalszym wysiłkom rozwijania pisma. I tylko żałować mogę, że w nieuczoności swojej nie jestem w stanie poza kibicowaniem dołożyć więcej w tych wysiłkach...
Jedna ze stron Folia Malacologica 27

sobota, 31 sierpnia 2019

Zanim ruszy szkoła

Kto tu zagląda, ten szybko się zorientuje, że częściej od relacji z wojaży zdarza mi się wrzucać recenzje wszelkiego rodzaju wydawnictw. Pomyślałem, że warto by wspomnieć o zupełnie innym typie publikacji, które powinny też otrzymać prawo głosu. A okazja jest świetna, bo właśnie kończą się wakacje, a to o czym myślę, to świetny łącznik między rozrywką a nauką. Nie wiem, czy eksperci podzielają moje zdanie, ale będę się go trzymał, bo zdanie moje w jakiejś mierze przetestowane jest na ludziach. Najmłodszych ludziach;)
Mam w swoich zbiorach kilka gier planszowych, które łączy malakologiczny mianownik. Części jeszcze nie mam i zamierzam w przyszłości nabyć, jeśli więc ktoś ma swoje doświadczenia ze ślimaczymi grami, chętnie poznam nowe stanowiska. 
Ostatnio testowałem "Sprytną Ośmiornicę". To gra dla dzieci od piątego roku życia. Dostajesz gumowe macki, które zakładasz na kciuk, palec wskazujący i na środkowy, i za pomocą tylko tych macek musisz zbudować z kolorowych kubków przestrzenną kompozycję, której schemat dostajesz na jednej z kilkudziesięciu kart. Trzeba i pogłówkować, i pogimnastykować się, do tego premiowany jest refleks. Ja  miałem trochę problemów i z zapamiętaniem układu, i - a może przede wszystkim - z mackami, które na moje paluchy wchodzić za bardzo już nie chciały. Jest taka moda, że na grach pisze się zakres wiekowy np. od +4 do +104. Tutaj nie podano tego górnego zakresu, sugerując dyskretnie, że to chyba dla dzieci. Ale zabawę miałem przednią.


Inna z testowanych w ostatnim czasie gra to podwójny zestaw wydany przez firmę "Aleksander". Ta planszówka to klasyczna gra losowa z przeszkodami. Decyduje wyłącznie kostka do gry i właściwe przesuwanie pól. Plansza najeżona jest premiami i karami, nie do końca to lubię, bo nawet pod koniec gry można wrócić na start, a to potrafi być demotywujące nawet dla cierpliwego gracza... Fajna rozrywka, ale właściwie tylko rozrywka, bez wartości dodanej w postaci pomyślunku. No chyba, że mówimy o nauce kreatywnego przesuwania pionka, w czym przedszkolaki są arcymistrzami;) 


Przygody ślimaka to nie gra w rozrywkowym tego słowa znaczeniu, a pomoc dydaktyczna dla logopedów. Mam to, ale znam instrukcji i nie będąc logopedą, nie wiem, jak używać. Bo autorzy nie pomyśleli o takich partaczach jak ja i nie załączyli instrukcji obsługi. Jeśli ktoś wie, jak to ustrojstwo uruchomić, to ja cierpliwie poczekam na podpowiedź...


Z powodu zacięcia się na grze logopedycznej Przygody ślimaka, do tej pory nie zainwestowałem w dwie inne gry z podobnej branży, czyli w  Ślimaka i Ośmiornicę Urszulę. Potrzebuję jeszcze trochę czasu na przełamanie, więc jeśli ktoś może pomóc, doradzić, to się oczywiście polecam.



Mam i często testuję dwie podobne do siebie gry, ale na innych zasadach oparte. Jedna to Pędzące ślimaki, druga zaś Ślimaki to mięczaki. Obie to planszówki oparte na grze losowej, bo korzysta się z kostek do gry (sześciennych, ale specjalnych, różnych w każdej z tych gier). Decyduje nie jedna, ale kilka kostek. Nie jest jednak tak, że wszystko zależy od ślepego losu, bo trzeba budować strategię, którą uatrakcyjnia ta okoliczność, że nie wiadomo, który gracz porusza się którym ślimakiem... Rewelacyjne, śmieszne i mądre. Polecam.

  



Na koniec została mi jeszcze gra Ślimaku, pospiesz się, które jeszcze w łapach nie miałem, może dlatego, że to gra matematyczna;) A na poważnie, wkrótce pewnie będą ją miał, więc mógłbym wtedy powiedzieć więcej. To jest gra matematyczna i jest promowana jako pomoc dydaktyczna w nauczaniu matematyki. Ponieważ w tej dziedzinie orłem nigdy nie byłem, tym bardziej powinienem zainwestować w nią, co też niebawem powinno nastąpić. Tymczasem sygnalizuję jedynie, że i taka na naszym rynku księgarskim istnieje.


Nie sądzę, aby było to wszystko, co u nas dostępne. Jeśli ktoś posiada wiedzę na temat istnienia innych planszowych (i nie tylko) wynalazków, bardzo proszę o mnie pamiętać i dać znać, będę naprawdę zobowiązany.
Aha, jestem stary już na tyle, że wiem też o istnieniu gry Ślimak Bob, ale to gra komputerowa, a nie planszowa, i nie służy do budowania relacji. Nawiasem mówiąc, jeśli nie zapomnę, to i o niej kiedyś wspomnę;) 

wtorek, 27 sierpnia 2019

Z plaży z wojaży

Szkolne wakacje za chwilę dobiegną końca, poodpoczywają troszkę dłużej studenci, niektórzy urlopy rozpoczną dopiero wtedy, kiedy wszyscy z nich wrócą. Ci, którzy nie mieli dość pieniędzy, by nad Bałtykiem płacić za pangę jak za dorsza, pewnie pojechali do Chorwacji, Egiptu, Tunezji, Włoch, na Majorkę czy gdzieś dalej. Te kierunki i tę mają przewagę nad Północą,że oferują większe bogactwo malakofauny, co się przekłada na ilość i różnorodność muszli i muszelek, które można stamtąd przywieźć (o ile można, bo z niektórych stron nie można wywozić muszli w ogóle!)
Gdyby ktoś po powrocie na ojczyzny łono wpadł na pomysł ponazywaniu po imieniu muszli i rozpoczęciu w ten sposób budowania kolekcji, będzie się musiał zmierzyć dostępem do fachowej literatury. W pierwszej kolejności należy odpalić komputer i poszukać w internetowych zasobach, można znaleźć prawie wszystko, wystarczy zacząć szukać od najogólniejszych haseł typu: "conchology", "seashells" czy po prostu "shells". Powinno wystarczyć. Ja osobiście lubię analogowe rozwiązania i cenię sobie literaturę utrwaloną na papierze, stąd postanowiłem się podzielić subiektywnym przeglądem dostępnych mi tytułów. Podkreślam, że przegląd jest subiektywny i bardzo pobieżny.



Alain Robin. 2008. Encyclopedia of Marine Gastropods. 480pp. [fr.+ang.].
Licząca prawie 500 stron książka, bardzo starannie wydana, prezentuje na barwnych tablicach około 5.500 gatunków ślimaków morskich. Fotografie bardzo dobrej jakości. Informacje bardzo lakoniczne, sprowadzają się się do nazwy gatunkowej, wymiarów prezentowanego okazu oraz miejsca pochodzenia. I tyle. Gatunki poukładane rodzinami, wewnątrz rodziny układ alfabetyczny, w nomenklaturze się pogubiłem, jest bardzo wymieszana między starym a nowym nazewnictwem. Ponieważ to książka o ślimakach, posiadacz muszli małży nie skorzysta...
**********


R. Tucker Abbott. 1962. Saeashells of the World. 160pp [ang.].
Kieszonkowe wydanie sprzed sześćdziesięciu lat, mało aktualne w nazewnictwie, raczej dla bardzo, bardzo początkujących amatorów, nie mniej urzekające dobrym wprowadzeniem i objaśnieniami. Format kieszonkowy wskazuje na praktyczne aplikacje.
**********


M.G. Harasewych, Fabio Moretzsohn. 2010. The Book of Shells. A lifsize guide to identyfying and classyfying six hunderd shells. 656pp. [ang.]
Ładnie wydany album z obszernymi opisami sześciuset gatunków mięczaków (w tym małże, łódkonogi, chitony i głowonogi), ale ilustracje mogłyby być lepsze. Znaczy są bardzo dobre, zwłaszcza przedstawienie zbliżenia oraz naturalnej wielkości, ale jeden gatunek na stronę, to ciutkę za mało.
**********


Guido T. Poppe, Yoshihiro Goto. 1991. European Seashells. Vol. I. 352pp. [ang.]
Jedna z najbardziej profesjonalnych pozycji, godna bezwzględnie polecenia, choć licząca już sobie prawie trzydzieści lat, stąd może nie do końca pokrywać się ze współczesną nomenklaturą. Geograficznie odnosi się do obszaru mórz europejskich, więc amatorzy Karaibów mogliby się czuć zawiedzeni... Bardzo rozbudowana część systematyczna, dobre opisy rodzin, rodzajów i poszczególnych gatunków. Osobiście bardzo żałuję, że dotąd nie zdobyłem drugiej części. Nie kuszę się na merytoryczną ocenę poszczególnych opisów, za całość daję notę najwyższą.
**********



Kenneth R. Wye. 1996. The Encyclopedia of Shells. With 1.200 Examples. 288pp [ang.]
Pięknie wydana książka w formie albumowej, prezentująca ponad tysiąc gatunków, głównie ślimaków i małzy, ale znalazła się też reprezentacja chitonów, łódkonogów i głowonogów. Do każdego gatunku dodany schemat obrazujący wielkość (w calach i centymetrach), częstotliwość występowania oraz głębokość, na jakiej żyje. Przejrzysty układ, informacje przedstawione przystępnie, ogólnie bardzo wysoka ocena.
**********


Brian Parkinson. 2000. Common Seashells of New Zeland. seria: Mobil New Zeland Nature Series. 96pp. [ang.]
Publikacja pomyślana o tych, których ciągnie na Antypody... Wydanie popularne, format kieszonkowy plus, czyli taki, że zmieści się do plecaka czy torby zabieranej na plażę. Opisy bardzo skąpe, za to podane nazwy w języku angielskim i maoryskim, co ważne, gdyby kto chciał oznaczać na miejscu, pytając lokalnych rybaków o nazwy. Może tego wszystkiego malutko, ale wstydu nie ma jak na popularny przewodnik.
**********


Maja Prusińska. 2017. Atlas muszli.Opisy 180 gatunków. 192pp. [pol.]
Atlas trochę poniżej oczekiwań, kilkakrotnie już recenzowałem, w tym również na tych łamach. Generalnie: dla wytrwałych, bo bardziej rozczarowujący niż inspirujący. Ale na początek może być, uparty znajdzie jakieś kierunki. No i plus taki, że po polsku i świeżo wydany, więc łatwo zdobyć.
**********



Rafał Wąsowski, Aleksander Penkowski. 2016. Spotkania z przyrodą. Muszle. 336pp. = Rafał Wąsowski. 2000. Przewodnik Muszle. 336pp [pol.]
Różnie wyglądające z zewnątrz, w rzeczywistości te same książki wydane po polsku, prezentujące około 460 gatunków najpospolitszych ślimaków (w tym lądowych i słodkowodnych), małży, łodkonogów, chitonów i głowonogów.Każdy z gatunków zaopatrzony w krótki opis, ogólne wprowadzenia do gromad i do rodzin. Na siłę trochę wprowadzona polska nomenklatura, czasem trącąca sztucznością, czasem oparta na błędnych tłumaczeniach. Estetycznie przygotowane dość dobrze, format pozwala na zabieranie ze sobą (choć do samolotu mogłaby być troszkę za ciężka). Plus za dostępność i rodzime opracowanie.
**********


Andrzej Samek. 1992. Muszle morskie. Mały przewodnik kolekcjonera. 108pp+16 [pol.]
Mój egzemplarz się rozsypuje. Wylatują kartki, więc w podróż za bardzo się nie nadaje. Tak los spotyka wiele polskich tytułów wydanych w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych XX stulecia... Świetna książka dla młodego czytelnika, rewelacyjnie wprowadzająca w klimat kolekcjonerstwa. Opisy rodzin i najpospolitszych gatunków napisane ciekawie, dobrze się czyta, choć współczesny czytelnik, zwłaszcza młody, może uważać, że za długie. Po części opisowej następuje wklejka 16 tablic, łącznie 50 gatunków. Mało, ale zważywszy, że to pionierskie opracowanie przewodnikowe w języku polskim, można się cieszyć. Ze względu na sentyment podnoszę troszkę ocenę.
**********


Andrzej Samek. 2004. Atlas muszli ślimaków morskich. 340pp [w tym 118 tablic] [pol.]
Wydana w osiemdziesiątym roku życia autora bardzo ładna książka, imponująca barwnymi tablicami, które własnoręcznie wykonał prof. Samek. Praca podzielona na dwie części: systematyczo-opisową oraz barwne tablice. Prezentuje 474 okazy muszli ze zbiorów autora. Opisy bardzo wnikliwe i szczegółowe, sporo informacji o biologii charakteryzowanych gatunków. Jedna z najlepszych prac, szkoda tylko, że obejmująca wyłącznie ślimaki. Kto nie zna polskiego, niech żałuje.
**********


S. Peter Dance. 1992. Muszle. Bogato ilustrowany przewodnik po muszlach 500 gatunków mięczaków morskich z całego świata. 256pp [pol.]
Książka, od której zaczynałem poznawać morską konchologię (oczywiście nie licząc Samka z 1976). Wydana na początku lat dziewięćdziesiątych była jak powiew orzeźwiający wiatru w upalne południe szarzyzny... Lubię do niej zaglądać. Polecam zwłaszcza młodym czytelnikom, wchodzącym dopiero w kontakt z kolekcjonowaniem muszli. Do każdego gatunku dołączona mapka prowincji zoogeograficznej oraz legenda częstotliwości występowania. Warta odszukania i włączenia w biblioteczkę fachową amatora muszli. W mojej ocenie lektura obowiązkowa.
********** 


Krzysztof Dworczyk, Wojciech Dworczyk. 2001. Najpiękniejsze muszle świata. 176pp [pol.]
Album prezentuje około dwustu muszli (w tym również chitony, łódkonogi i głowonogi), i choć fotografie są całkiem niezłe (bardziej artystyczne niż praktyczne), ważniejsza wydaje się być warstwa tekstowa. Gatunki nie są wyodrębnione w opisach, a raczej pogrubioną czcionką zaznaczono w tekście, którego gatunku dotyczy opowieść. Bo to bardziej literatura niż album. Więc gdyby ktoś na tej książce chciał oprzeć oznaczenia, mógłby się zawieźć, ale jeśli szuka inspiracji, tę szczególnie polecam.
**********
W największym skrócie to by było na tyle. Warto mieć ze dwie, trzy książki o muszlach, a resztę uzupełniać o wiedzę z internetu. Choć tak naprawdę to warto mieć książek więcej, bo przeczytane w komputerze nie zapisuje się tak w pamięci, jak przeczytane z papieru. Ucieszy mnie każda kolejna książka, bo to nawet coś więcej niż własnoręcznie zrobiony dżem truskawkowy otwarty w środku zimy... Książka to przedłużenie szumu muszli, w którym zakochałem się bez pamięci i od dzieciństwa  odkochać się nie mogę...

piątek, 23 sierpnia 2019

Śladków i Korytnica

Przyznaję. troszkę się zapuściłem... Przyznaję, zaniedbałem mocno pisanie w ostatnim czasie, nie będę się usprawiedliwiał. Przepraszam.
Podzielę się tylko tym, czym w ostatnim czasie żyłem. A że zdarzyło mi się przejechać przez Ponidzie, to i nadarzyła się okazja, żeby podciągnąć się z paleontologii. Tym razem miocen i bardzo żałuję, że nie zacząłem moich spotkań ze skamieniałościami od uczty, o której poniżej.
Najpierw przystawka. Na przystawkę podano mały Śladków, a właściwiej: Śladków Mały koło Chmielnika. Jest tam takie miejsce, w bezpośrednim sąsiedztwie Drogi Krajowej 73 w kierunku Buska-Zdroju, po lewej i prawej stronie drogi, gdzie chciałem się zatrzymać wiedząc, że znajdę tam ślimaki mioceńskie. Była to przystawka podana w niewłaściwym momencie, bo śpiesząc dalej, nie mogłem za długo szukać. I prawdę rzekłszy, niczego znaleźć nie mogłem, choć wiedziałem, że w tym miejscu muszle zbierała dr Aldona Kurzawska... W ostatnim dosłownie momencie znalazłem jedną mocno zniszczoną muszlę Granulolabium bicinctum, nie dowierzając, że jest tego tak mało... Ponieważ ze współczesnej fauny znalazłem ponadto Xerolenta obvia i coś do złudzenia przypominające Helicopsis striata, apetyt miałem na tyle podrażniony, że byłem zdeterminowany czekać na dnie główne.
Wczesnym rankiem następnego dnia* byłem już na pwrót w tym samym miejscu i uzbrojony w łopatkę rozgrzebywałem różne miejsca w poszukiwaniu licznych skamieniałości. Trafiłem w końcu na warstwę, w której faktycznie trafiały się często, ale w tak złym stanie, że rozpadały się w palcach. Wprost nie mogłem uwierzyć, żeby ktoś z tego miejsca zbierał muszle tak zachowane, że nadające się do wykonania naszyjnika... Poszukawszy jeszcze wokół ślimactwa dzisiejszego i nie dojrzawszy nigdzie Helicopsis striata (która ostatecznie okazała się nie do końca typową muszlą ślimaka przydrożnego), pognałem na północ, do Korytnicy.
Wcześniej przeprowadziłem internetową kwerendę, żeby wiedzieć mniej więcej, w które miejsce jechać. Poczytałem i uzbrojony w taką wiedzę, byłem zdeterminowany jechać do Korytnicy. Po niespełna dwóch kwadransach wylądowałem na początku polnej drogi prowadzącej na Łysą Górę koło Korytnicy. Zabrałem ekwipunek i ruszyłem w te pędy. Nie uszedłem sześciuset kroków, jak pod moimi nogami zaczęły pojawiać się fragmenty skał, bez widocznych w nich skamieniałości. Przeszedłem blisko kilometr, skał było coraz więcej, skamieniałości nie widać, i w tym momencie uświadomiłem sobie, że w aucie, na początku drogi, spokojnie czeka na mnie pozostawiony przez rozlazłość młotek... Nie geologiczny, taki zwykły, do wbijania gwoździ, bo geologicznego jeszcze się nie dorobiłem. Patrzyłem już z góry na Korytnicę, żal mi było tych tysiąca kroków, wahałem się jak spróchniały konar topoli na wietrze, ale się wróciłem. Zły byłem na tego gapę w sobie, ale że niedziela była, postanowiłem łaskawie przebaczyć i nie obrażając się na siebie, pójść do auta po młotek. Opłaciło się miłosierdzie. Najpierw na wysokości pierwszych ogrodzeń znalazłem ślimaka żółtawego Helix lutescens, któremu zrobiłem pamiątkowe zdjęcie życząc mu smacznego śniadania (bo była pora śniadania). Później, jakieś sto metrów dalej, przy tej samej drodze, spotkałem kolejnego. To mi wystarczyło, żeby zapomnieć o złości na gapiostwo pierwotne.
Przekręciłem klucz w drzwiach kierowcy. Centralny zamek chrząknął i zwolnił blokady wszystkich drzwi. Otworzyłem bagażnik, wzrokiem ogarnąłem nieład i dojrzawszy młotek, wziąłem go w ręce niczym miecz obosieczny. Odsunąłem się nieco i zamykając wysoko podniesioną klapę bagażnika, usłyszałem gdzieś obok: "Pan po skamieniałości?"
Strwożyłem się. Tak, przeleciał mnie strach, że będę się musiał tłumaczyć i oczekiwaniu płonnej nadziei zrozumienia. Szybciej jeszcze uświadomiłem sobie, że skoro ktoś o to pyta, to znaczy że dobrze trafiłem.
- Właściwie to tylko chciałem zobaczyć, gdzie to jest... - Zacząłem się tłumaczyć jak uczeń przyłapany na ściąganiu.
- Ja mam kolekcję skamieniałości w domu, mogę panu pokazać.
Spojrzałem niepewnie na autochtona, widząc jednak, że nie boi się uzbrojonego w młotek turysty, podszedłem i wyciągając na przywitanie rękę, przedstawiłem się. I z miejsca zacząłem się tłumaczyć, że mnie interesują ślimaki współczesne, ale o Korytnicy słyszałem i będąc przejazdem chciałem zobaczyć, bo właśnie byłem w Śladkowie Małym i tam niczego prawie nie znalazłem... Zawsze tak mam, muszę się tłumaczyć. Usiedliśmy pod wierzbą i rozmawiając, wymienialiśmy się uwagami ogólnej natury, sondując wzajemne intencje. Po chwili lazłem już korytarzami do mieszkania, w którym znajdować się miała kolekcja.
Prawie przydepnąłem szczękę widząc zbiory mojego cicerone. Czułem jak spłyca się mój oddech i przyśpiesza niemiarowo serce. Coraz mniej słyszałem oszołomiony widokiem równo poukładanych rozkolców, wieżyczników, skrępów, wener, ostryg, ale też jeżowców, koralowców czy rekinich zębów. Na to wszystko jeszcze doszły publikacje, których wcześniej nie widziałem, a całość spięta opowieścią człowieka, którego pasja rozwija się od dzieciństwa...
Bardzo szybko z ust mojego przewodnika padła propozycja wspólnego wyjścia w teren. Czułem się zakłopotany, ale jednocześnie wewnętrzny głos podpowiadał mi, że taka okazja może się długo nie powtórzyć.
Nie wiem, ile czasu zajęło mi oglądanie zbiorów i słuchanie opowieści o korytnickich skarbach. Widziałem muszle, które zachowały kolory i blask, patrząc na nie nie mogłem uwierzyć, że czekały na ludzki wzrok kilkanaście milionów lat. Zachęcony przez gospodarza, pozwoliłem sobie na ekstrawagancję, której nie ulegam, czyli na małe (ale bezcenne) kolekcjonerskie zakupy. Nie kupuję, bo chcę dokładnie wiedzieć, skąd okaz pochodzi. Tutaj wiedziałem, a dotychczasowe rozmowy pozwoliły mi się zorientować, że mam do czynienia z prawdziwym specjalistą od korytnickiej fauny miocenu.
Poczekałem na niego chwilę i zaraz ruszyliśmy w pole. Słonce grzało już solidnie, dzień zapowiadał się gorący i słoneczny. Chciałem po drodze pokazać mu spotkane wcześniej ślimaki żółtawe, ale już skutecznie ukryły się w zielnych cieniach. Ku mojemu zaskoczeniu nie poszliśmy na Łysą Górę. Skręciliśmy w lewo i idąc na przełaj przez cudze pole co chwilę schylaliśmy się jak przy zbiórce ziemniaków po włóczeniu łętowisk. Co kilka kroków cicerone zatrzymywał mnie i mówił:
- Koło nogi masz hinię...
Zatrzymywałem się i rozglądając dokoła wypatrywałem białawo poświecającego kawałka muszli. Były i całe, duże muszle leżące bezwstydnie jak na normandzkiej plaży. Czegóż tam moje oczy ne wypatrzyły. I Turritella, i Clavatula, i Ancilla, i Venus... Czasem podchodził do mnie i trzymając na ręku obłupaną wargę Semicassis mówił krótko:
- Masz.
Słuchałem historii rozwoju pasji, szukałem analogii i różnic w rozwoju zainteresowań. Dzieliłem się swoimi spostrzeżeniami. Rozmawialiśmy jak starzy znajomi, którzy dawno się ze sobą nie widzieli i dotkliwie odczuwają, że mają za mało czasu by opowiedzieć o wszystkim ważnym.
Było już po dwunastej. Z dołu, ze środka wsi dochodził celofaniczny głos organistki z pobliskiego kościoła, w którym właśnie rozpoczęły się parafialne dożynki. Schodziłem ku drodze z kolejnych pól po pierwszych podorywkach, przypieczony słońcem kark zaczynał swędzieć i piec coraz bardziej. Zeszliśmy do wsi i czas bylo się żegnać i ruszać dalej. Zdążyłem się przyznać, że w planach mam jeszcze kielecką Wietrznię. Przewodnik zachęcał, żebym wrócił jak najszybciej. Została jeszcze wymiana numerów telefonów. Wpisałem w komórkę numer, puściłem sygnał dla upewnienia się, że nie przestawiłem cyfr. Kiedy z kieszeni rozmówcy doleciał dźwięk dzwonka, zacząłem opisywać numer.
- Zapisz sobie: "Skamieniałości Korytnica"
- Zapiszę inaczej: "Łukasz Matyjas. Korytnica".

Łukasz Matyjas jest jednym z korytnickich zbieraczy skamieniałości. O zbieraniu muszli, ośródek czy skamieniałych koralowców, może opowiadać godzinami. Dobry w tym jest. Potrafi rozpoznać gatunek z odległości kilku kroków. Żyje tym. Jest korytnicką kopalnią wiedzy o kopalnych przedstawicielach miceńskiej fauny.
Jeśli kiedyś wybierać się będziecie do Korytnicy, odszukajcie Łukasza Matyjasa, ja Wam to mówię...

Gdybym miał się trzymać kulinarnych skojarzeń, to rzekłbym, że wstałem od koryta obżarty. Może to mało finezyjne, ale słowo "uczta" nie odda tej obfitości, której doświadczyłem. Z takim pełnym brzuchem pojechałem do Kielc, po deser już tylko, a tym deserem była Wietrznia, geologiczny rezerwat w nieodległych Kielcach.
Objedzony i nasycony wyszukanymi smakami paleontologii, chodziłem po ścieżkach Wietrzni nieco już ociężały. Szybko znalazłem puste muszle Monacha claustralis i masowo występujące Xerolenta obvia, ale bardziej chyba patrzyłem na geologiczne profile, niż na przesuszone ziołorośla. Nie mniej udało mi się wypatrzeć muszle Helix lutescens, a to już też warte odnotowania.
Przejedzony ślimaczo wgramoliłem się do auta i ruszyłem z powrotem. Dopiero kiedy strawiłem już w myśli część niezwykłych atrakcji, zacząłem myśleć, co mogłem zrobić jeszcze, a czego nie zrobiłem. Bo na przykład nie poszukałem Helicopsis striata w Korytnicy, skąd podaje ją Urbański. NIe poszukałem też C. vindobonensis, której pustą muszlę znalazłem wśród skamieniałości na polu. Znaczy, że może tam być, tylko trzeba było poszukać. A już w ogóle nie szukałem drobiu, czyli tych kochanych maleńkich ślimaków z rodzin Vertiginidae, Pupillidae, Vallonidae czy Ellobidae. Znaczy: będzie trzeba wrócić...
Tylko czy jeśli wrócę i znów zastanę stół uginający się od mioceńskich rarytasów, czy będę jeszcze miał dość sił, żeby rozglądać się za przystawkami?
Śladków Mały

Śladków Mały

Żle wytypowana warstwa ze ślimakami mioceńskimi

Maleńki wycinek kolekcji Łukasza Matyjasa

Ślimak przydrożny, najczęściej spotykany mieszkaniec Ponidzia

Ślimak żółtawy z Korytnicy

Korytnica, mioceńskie eldorado

Wietrznia w Kielcach

Mała próbka zbiorów z Korytnicy

Podstawa do oznaczeń ślimaków korytnickiego miocenu
* Pierwsze słowa opowiadania Howarda Fasta Ostatnia granica

czwartek, 25 lipca 2019

Szukać małży!

W mojej ocenie jest za sucho. Nawet, jeśli ktoś narzeka na przelotne opady psujące urlop, powtórzę: jest za sucho. Paskudny czas na szukanie ślimaków lądowych. Trzeba jednak adaptować się do panujących warunków, w związku z powyższym przekazuję apel dr Ani Łabęckiej z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Poszukiwane są nowe stanowiska szczeżui chińskiej Sinanodonta woodiana. Pisałem kiedyś o tym małżu, można odszukać na blogu, natomiast chodzi o to, żeby korzystając z niskiego stanu wód, przyglądać się, gdzie małż ten występuje. Co jest ważne: patrzeć na dno, ale też na brzegi i na tzw. usypiska. Każdy zbiornik jest pod tym względem dobry: stawy (zwłaszcza hodowlane), jeziora, rzeki. Dziś, kiedy zdecydowana większość przedstawicieli rodzaju Homo nosi przy sobie telefon wyposażony w aparat fotograficzny, prośba jest stosunkowo łatwa do spełnienia. Trzeba zrobić zdjęcie okazu i podać lokalizację (teraz można nawet korzystając ze smartfonów od razu nanieść lokalizację na mapę...) Ważne, żeby zdjęcie było wyraźne, bo wtedy łatwiej identyfikować.
Apel powtarzam z dużym opóźnieniem, bo po prostu dostał do mnie przypadkiem, a ja nie korzystam z fejsbóka. Ale to bardzo cenna inicjatywa i warto się w nią zaangażować. Naprawdę nie trzeba być specjalistą, żeby szczeżuję chińską odróżnić od innych, a nawet jeśli ktoś miałby z tym problemy, to każde doniesienie o bardzo dużym małżu w polskich wodach można interpretować, jako potencjalnie odnoszące się do S. woodiana.
Dane o stanowiskach można przesyłać na adres anna.labecka(at)uj.edu.pl
A swoją drogą uważam, że powinniśmy bardziej tworzyć społeczne sieci naukowe, co całkiem dobrze funkcjonuje wśród ornitologów i entomologów, ale beznadziejnie wśród malakologów... Liczę na jakieś pomysły!

foto z fejsbóka Anny Łabęckiej

wtorek, 9 lipca 2019

Kserotermicznie, ale nielicznie

Czy narzekałem już w tym roku na pogodę? Nie uwierzyłbym, gdyby mi ktoś wmawiał, że powstrzymałem się od komentowania aury. Narzekanie jest ostatnią obroną przed bezsilnością... Jest taka legenda, że kiedy Świętemu Piotrowi powierzono klucze nieba, ten - jako że był rybakiem, a nie rolnikiem, dopytywał, kiedy ma deszcz spuszczać na ziemię. Dano mu odpowiedź: "Kiedy będą prosić", a że był już przygłuchawy, to zrozumiał "Kiedy będą kosić". Zobaczymy, czy spełni się  w tym roku. Sucho jest potwornie, nie dość, że nie pada i od czasu do czasu przechodzi fala upałów, to jeszcze częściej i silniej wieje, co przyśpiesza wysuszanie gleby. Gdzie się nie ruszę, tam wszystko przesuszone i niemiłe dla malakologicznego oka.
Wybrałem się ostatnio nad Wartę w okolicach Burzenina (w województwie łódzkim). Znam stamtąd kilka stanowisk, najbardziej jednak zależało mi na samej Warcie, którą chyba po macoszemu traktuję w moich terenowych wycieczkach. Zacząłem jednak od Zespołu Przyrodniczo-Krajobrazowego "Góry Wapienne". To takie miejsce przy wyjeździe z Burzenina w stronę Szynkielowa. Po prawej stronie drogi znajduje się skarpa, oznaczona tabliczką i informacjami o atrakcjach przyrodniczych tego miejsca. Kiedyś wspomniałem już o tym. Byłem tam przed blisko dziesięciu laty. Jeśli pamięć mnie w pole nie wyprowadziła, to miejsce to wydaje się  być bardziej zarosłe niż przed laty. Ma to swoją nazwę: "sukcesja ekologiczna", uważam jednak, że jej tempo nie jest tak straszne, jak w innym miejscu, o którym za chwilę wspomnę. Znam z Burzenina stanowisko Xerolenta obvia (wzmiankowane na tablicy informacyjnej) oraz Cepaea vindobonensis (proszę pozwolić, że będę się trzymał jednak tej starszej wersji nazwy rodzajowej...). Początkowo myślałem, że nie znajdę tego drugiego. Co się naszukałem, w jakie krzaki wlazłem... I nic!. Na szczęście bliżej drogi, w bardziej prześwietlonych miejscach, o roślinności bardziej ruderalnej niż kserotermicznej, znalazłem kilka żywych osobników. Uspokoiło mnie to, w odróżnieniu od innej okoliczności, a mianowicie: braku drobiu. Przez "drób" rozumieć należy wszystko to, co w naszej malakofaunie nie przekracza 4 mm, czyli zdecydowaną większość gatunków... Żadnej Vallonia, żadnej Truncatellina, żadnej Pupilla czy Vertigo. Nie znalazłem też Chondrula tridens, która jest przecież charakterystycznym gatunkiem dla takich biotopów. Przyznam się - i proszę śmiechem nie parskać - że miałem ochotę zapolować na bezoczkę podziemną Caeciliodes acicula. Trop był taki, że skoro gleba wapienna, to może się znajdzie. Grzebałem w kretowiskach i wykrotach, w miejscach spływu wód, wśród korzonków... I nic. Powoli zaczynam upodabniać się do tej części populacji, która ze ślimaków dostrzec potrafi tylko winniczki... Winą obarczam suszę i upały, ale wizyty u okulisty wykluczyć nie mogę...
Gdzie dziesięć lat temu znalazłem Aplexa hypnorum, tym razem znalazłem sukcesję nieekologiczną, to znaczy przykład najbardziej chamskiego zasypywania starorzecza gruzem, kompostem, śmieciem niebiodegradowalnym i wszelkim popisem ludzkiej bezmyślności. Może nawet przy tych suszach wygrzebałbym jaką muszlę, ale rozkopywanie antropogenicznych pokładów potwornej bezmyślności nie zachęcało mnie do reanimowania wiary w znalezienie czegokolwiek... Szkoda, choć uważam, że przy powrocie naturalnego reżimu wilgotności warto by tam wrócić. To w połowie drogi między "Górami Wapiennymi" a Wartą.
A Warta? Zachodu warta, ale nie w tamtym momencie. Wysoki brzeg nie bardzo umożliwiał mi dobry rekonesans, a dostępne wypłycenia charakteryzowały się nader skąpą malakofauną. Wiem, że stać ją (znaczy Wartę) na dużo więcej, wszak należy do naszych największych rzek. Sphaerium corneum i Bithynia tentaculata to trochę za mało na moje aspiracje. Pusta muszla Ancylus fluviatilis też mnie nie udobruchała, a pojedyncze osobniki Unio pictorum i Unio tumidus to też jeszcze nie powód do szału. Gdybym jakieś Pisidium znalazł, to bym się bardziej ucieszył. Albo Unio crassus, która na tej wysokości w dorzeczu Warty występuje (np. w Grabi), to co innego. Nie wspomnę o takiej fanaberii, jak Borysthenia naticina, która przecież też może tam występować. Obyło się bez tego wszystkiego. Jedyną osłodą była mi czapla siwa, na którą nagapić się mogłem, dopóki jej kajakarze nie przepłoszyli. Starorzecza na tym odcinku wyglądały tak, że nawet nie pofatygowałem się w trzcinowiska, żeby czego w mule poszukać, bo zamiast mułu była tylko darń ubita, przesuszona, dawno stojącej wody nie mająca w pamięci...
Ostatnim punktem wycieczki był położony po drugiej stronie rzeki rezerwat "Winnica". Jest to wychodnia skał wapiennych, a właściwiej skarpa po dawnej odkrywce margli i wapieni. Po zakończeniu eksploatacji, teren zostawiony sam sobie, przeszedł w ręce natury, która postanowiła przyozdobić go kserotermiczną murawą. Kiedy się zorientowano, że natura sobie nieźle z tym poradziła, przed ćwierćwieczem ustanowiono tam rezerwat florystyczny, co by tę roślinność kserotermiczną chronić. A trzeba było owce kupić i co jakiś czas wypasać! Nie wiem, jak rezerwat wyglądał przed ćwierćwieczem, ale dziś określiłbym go jako ostoję tarniny. Ponieważ obszedłem go tylko dokoła, trudno mi o jednoznaczną ocenę, ale ewidentnie coś poszło nie tak. Myślę, że za jakieś dziesięć lat będzie można zacząć śmiało myśleć o planowym zrezygnowaniu z dalszej ochrony tego miejsca ze względu na zatracenie charakteru kserotermicznej murawy. Wypatrzyłem, oczywiście, te gatunki ślimaków, które widziałem i w "Górach Wapiennych", z tą jednakże różnicą, że żywych osobników nie napotkałem, co oczywiście nie dowodzi, że ich tam nie było... Znalazłem jednego malucha, ale trudno mi określić, co to za jeden, bo ani Vallonia, ani Punctum, a na co wygląda, to muszę jeszcze poszukać. Ale to aż jedna sfosylizowana muszelka, więc zadanie przede mną niełatwe.
Widzę, że rolnicy zaczynają żniwa. Dobrze by było, żeby teraz nie padało. Z drugiej strony ta susza źle się odbije na pozostałych gałęziach rolnictwa, więc może niech by popadało... Wiem, że jak tak dalej pójdzie, to stracę wiarę w zdolność znajdywania drobiu i będę musiał się przestawić na egzotyczne. Ale szkoda byłoby się brać za egzotyki, jak tyle jeszcze Polski nieodkrytej...







sobota, 29 czerwca 2019

Laboratorium ślimaka

Ponieważ nie korzystam z takiego medium, jak Facebook, zdaję sobie sprawę z tego, że pewne wydarzenia umykają mojej uwadze. I tak uważam, że to lepsze rozwiązanie, niż wysysanie sobie mózgu pogonią za kolejnymi newsami...
Gdybym był użytkownikiem wspomnianego medium, pewnie dowiedziałbym się wcześniej o zupełnie dwóch owych książkach o ślimakach, z których o jednej chciałbym dziś wspomnieć.
Wyraziłem się nie do końca precyzyjnie. Nie tyle są to książki o ślimakach, co książki, których bohaterem jest ślimak. Ponadto są to książki dla dzieci, co też nie bez znaczenia.
Wczoraj wpadła w moje łapy ciekawa książka dla ciekawych dzieci. Nie doszedłem jeszcze do tego, jaki jest optymalny wiek adresata, myśle jednak, że chodzi o przedział od 6+ do nieskończoności.  Magdalena Osial przygotowała książkę, która wyrasta z jej doświadczeń prowadzenia doświadczeń.  Takich prostych i jednocześnie bardzo ciekawych, podręcznych, bo do ich przeprowadzenia wystarczy zawartość kuchennych szafek, no może jeszcze szafki z apteczką domową, która przecież w większości domów znajduje się w kuchni... Przez doświadczenia przeprowadza Ślimak Madzik. Dlaczego ślimak? Myślałem nad tym od wczoraj i dochodzę do przekonania, że jest najbardziej oczywiste stworzenie do alegorii ciekawości. Kto przyglądał się aktywności lądowego ślimak ten zgodzi się ze mną, że rozglądający się ślimak zdaje się być pochłonięty ciekawością.
Choć nie porywają mnie ilustracje (nie są złe, ale nie w moim guście), gorąco tę książkę polecam wszystkim  którzy zastanawiają się, w jaki sposób rozbudzać w dzieciach ciekawość i naukową dociekliwość. Dobrze skomponowana książka nie pozwoli na nudę. Niektóre treści mogą się wydawać adresowane do starszych dzieci, które już mają pojęcie o chemii lub fizyce, ale rodzic towarzyszący młodszemu dziecku w lekturze nie będzie miał trudności z wyjaśnieniem  o co chodzi, np. w zapisach reakcji chemicznych.
Laboratorium Ślimaka Madzika jest książką o prawach rządzących otaczającym nas światem, których odkrywanie może być wspaniałą przygodą. I choć wakacje nie szczególnie zachęcają do wkuwania chemii czy fizyki, ta właśnie książka może być świetną rozrywką na czas wakacji, zwłaszcza przy tych nieznośnych upałach. Polecam, choć w źaden sposób nie jest to książka o ślimaku;)
P.S. Nawiasem mówiąc, świetny patent na oddanie obojnactwa w imieniu bohatera.


Magdalena Osial, Laboratorium Ślimaka Madzika,   Wydawnictwo Dlaczemu, Warzzawa, 2019, 144pp

środa, 26 czerwca 2019

Przygotowanie przed sezonem, czyli pytania

Wyskoczyłem przed tygodniem nieco na północ od Poznania. Wskazano mi tam stanowisko, na którym przed trzydziestu laty zbierane były dość liczne Truncatellina costulata, Ena obscura i Vallonia excentrica. Była okazja, żeby wyjechać, grzech było nie skorzystać. Owszem, liczyłem się, że ostatnie tygodnie były trochę za ciepłe i za suche, ale to mnie zniechęcić nie mogło.
Co znalazłem? Absolutnie niczego z tego, co było tam przed trzydziestu laty.
Jest to środowisko antropogeniczne, zlokalizowane w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki. Blisko stuletni mur, przy nim zadrzewienia i krzewy. Co znalazłem?
Po kolei: Succinea putris, Aegopinella pura, Cochlodina laminata, Fruticicola fruticum, Xerolenta obvia, Arianata arbustorum, Cepaea nemoralis, Helix pomatia. Mam prawo wierzyć, że przed trzydziestu laty spośród wymienionyh gatunków nie było żadnego. Co się zatem mogło wydarzyć. To takie moje pytanie na początek wakacji.
Hipotez mam kilka, ale żadna zbyt pogłębiona.
Pierwsza: Przeoczenie. Tę mógłbym wykluczyć, bo jeżeli ktoś znajduje drób, to i wypatrzy Helicidae. Przed trzema dekadami Helicidae były nieobecne, podobnie Clausiilidae. Jedynym wspólnym gatunkiem wydaje się być Succinea putris, ale sąsiedztwo rzeki wskazuje na prawie oczywistość wystąpienia tego ślimaka. Hipotezę o przeoczeniu odrzucam.
Druga: zawleczenie. Sąsiedztwo cmentarza mogłoby wskazywać, że niektóre pospolite gatunki mogły się tam dostać z roślinami przynoszonymi na cmentarz. Ale stanowisko nie uległo większym przeobrażeniom przez ostatnie siedemdziesiąt lat. Może zatem trwa ekspansja tych gatunków? Nie wiem.
Trzecia: rzeka przyniosła wraz z jakąś krótkotrwałą powodzią osobniki z innych stron. rzeka ma blisko 40 kilometrów, jest to zatem możliwe, ale przy naturalnym wektorze migracji biernej należałoby się spodziewać tych popularnych gatunków już dużo wcześniej. Cochlodina laminata znana jest z Wielkopolski z 26 stanowisk (Szybiak, 2010), najbliższe temu stanowisku miejsce oddalone jest o 14 kilometrów wzdłuż Warty. Zatem możliwe, że brzegiem Warty ślimak przesunął zasięg o kolejne kilometry.
Próbuję sobie również wytłumaczyć, dlaczego nie znalazłem Truncatellina, Pupilla, Vallonia oraz Ena. Nie dokonywano w ostatnim czasie znaczących prac w obrębie muru. Zmienił się natomiast sposób gospodarowania terenem. Przed trzydziestu laty utrzymywały się tam wysokie ziołorośla, obecnie jest to strzyżony trawnik, z którego wyczesywane są opadające liście kasztanowców i lip. "Nadkład" przerzucany jest za ogrodzenie, w miejsce zacienione, ale suche, bo będące skarpą opadającą w stronę rzeki. Tłumaczę sobie, że zwyczajnie przeoczyłem (choć przegrzebywałem ściółkę dobrą godzinę, a zatem dłużej niż zazwyczaj). Chciałbym wybrać się  tam przy lepszych pogodach, to znaczy po jakimś dłuższym epizodzie deszczowych pogód. Chciałbym w ten sposób mieć pewność, że faktycznie nastąpiła przebudowa malakofauny.
Jeszcze dygresja na koniec. Kiedy przegląda się prace Urbańskiego, Bergera czy Wiktora, to cmentarze podawane są jako stanowiska dla ciekawych gatunków ślimaków. Kiedy obecnie przyglądam się cmentarzom, to dochodzę do wniosku, że obowiązująca estetyka z całą pewnością nie sprzyja ślimakom, zwłaszcza to obsesyjne wycinanie starych drzew i wykaszanie wszelkiego zielska. Smutne, ale taka moda i słów więcej szkoda.
A kto zgadnie, gdzie mnie wywiało?