piątek, 23 sierpnia 2019

Śladków i Korytnica

Przyznaję. troszkę się zapuściłem... Przyznaję, zaniedbałem mocno pisanie w ostatnim czasie, nie będę się usprawiedliwiał. Przepraszam.
Podzielę się tylko tym, czym w ostatnim czasie żyłem. A że zdarzyło mi się przejechać przez Ponidzie, to i nadarzyła się okazja, żeby podciągnąć się z paleontologii. Tym razem miocen i bardzo żałuję, że nie zacząłem moich spotkań ze skamieniałościami od uczty, o której poniżej.
Najpierw przystawka. Na przystawkę podano mały Śladków, a właściwiej: Śladków Mały koło Chmielnika. Jest tam takie miejsce, w bezpośrednim sąsiedztwie Drogi Krajowej 73 w kierunku Buska-Zdroju, po lewej i prawej stronie drogi, gdzie chciałem się zatrzymać wiedząc, że znajdę tam ślimaki mioceńskie. Była to przystawka podana w niewłaściwym momencie, bo śpiesząc dalej, nie mogłem za długo szukać. I prawdę rzekłszy, niczego znaleźć nie mogłem, choć wiedziałem, że w tym miejscu muszle zbierała dr Aldona Kurzawska... W ostatnim dosłownie momencie znalazłem jedną mocno zniszczoną muszlę Granulolabium bicinctum, nie dowierzając, że jest tego tak mało... Ponieważ ze współczesnej fauny znalazłem ponadto Xerolenta obvia i coś do złudzenia przypominające Helicopsis striata, apetyt miałem na tyle podrażniony, że byłem zdeterminowany czekać na dnie główne.
Wczesnym rankiem następnego dnia* byłem już na pwrót w tym samym miejscu i uzbrojony w łopatkę rozgrzebywałem różne miejsca w poszukiwaniu licznych skamieniałości. Trafiłem w końcu na warstwę, w której faktycznie trafiały się często, ale w tak złym stanie, że rozpadały się w palcach. Wprost nie mogłem uwierzyć, żeby ktoś z tego miejsca zbierał muszle tak zachowane, że nadające się do wykonania naszyjnika... Poszukawszy jeszcze wokół ślimactwa dzisiejszego i nie dojrzawszy nigdzie Helicopsis striata (która ostatecznie okazała się nie do końca typową muszlą ślimaka przydrożnego), pognałem na północ, do Korytnicy.
Wcześniej przeprowadziłem internetową kwerendę, żeby wiedzieć mniej więcej, w które miejsce jechać. Poczytałem i uzbrojony w taką wiedzę, byłem zdeterminowany jechać do Korytnicy. Po niespełna dwóch kwadransach wylądowałem na początku polnej drogi prowadzącej na Łysą Górę koło Korytnicy. Zabrałem ekwipunek i ruszyłem w te pędy. Nie uszedłem sześciuset kroków, jak pod moimi nogami zaczęły pojawiać się fragmenty skał, bez widocznych w nich skamieniałości. Przeszedłem blisko kilometr, skał było coraz więcej, skamieniałości nie widać, i w tym momencie uświadomiłem sobie, że w aucie, na początku drogi, spokojnie czeka na mnie pozostawiony przez rozlazłość młotek... Nie geologiczny, taki zwykły, do wbijania gwoździ, bo geologicznego jeszcze się nie dorobiłem. Patrzyłem już z góry na Korytnicę, żal mi było tych tysiąca kroków, wahałem się jak spróchniały konar topoli na wietrze, ale się wróciłem. Zły byłem na tego gapę w sobie, ale że niedziela była, postanowiłem łaskawie przebaczyć i nie obrażając się na siebie, pójść do auta po młotek. Opłaciło się miłosierdzie. Najpierw na wysokości pierwszych ogrodzeń znalazłem ślimaka żółtawego Helix lutescens, któremu zrobiłem pamiątkowe zdjęcie życząc mu smacznego śniadania (bo była pora śniadania). Później, jakieś sto metrów dalej, przy tej samej drodze, spotkałem kolejnego. To mi wystarczyło, żeby zapomnieć o złości na gapiostwo pierwotne.
Przekręciłem klucz w drzwiach kierowcy. Centralny zamek chrząknął i zwolnił blokady wszystkich drzwi. Otworzyłem bagażnik, wzrokiem ogarnąłem nieład i dojrzawszy młotek, wziąłem go w ręce niczym miecz obosieczny. Odsunąłem się nieco i zamykając wysoko podniesioną klapę bagażnika, usłyszałem gdzieś obok: "Pan po skamieniałości?"
Strwożyłem się. Tak, przeleciał mnie strach, że będę się musiał tłumaczyć i oczekiwaniu płonnej nadziei zrozumienia. Szybciej jeszcze uświadomiłem sobie, że skoro ktoś o to pyta, to znaczy że dobrze trafiłem.
- Właściwie to tylko chciałem zobaczyć, gdzie to jest... - Zacząłem się tłumaczyć jak uczeń przyłapany na ściąganiu.
- Ja mam kolekcję skamieniałości w domu, mogę panu pokazać.
Spojrzałem niepewnie na autochtona, widząc jednak, że nie boi się uzbrojonego w młotek turysty, podszedłem i wyciągając na przywitanie rękę, przedstawiłem się. I z miejsca zacząłem się tłumaczyć, że mnie interesują ślimaki współczesne, ale o Korytnicy słyszałem i będąc przejazdem chciałem zobaczyć, bo właśnie byłem w Śladkowie Małym i tam niczego prawie nie znalazłem... Zawsze tak mam, muszę się tłumaczyć. Usiedliśmy pod wierzbą i rozmawiając, wymienialiśmy się uwagami ogólnej natury, sondując wzajemne intencje. Po chwili lazłem już korytarzami do mieszkania, w którym znajdować się miała kolekcja.
Prawie przydepnąłem szczękę widząc zbiory mojego cicerone. Czułem jak spłyca się mój oddech i przyśpiesza niemiarowo serce. Coraz mniej słyszałem oszołomiony widokiem równo poukładanych rozkolców, wieżyczników, skrępów, wener, ostryg, ale też jeżowców, koralowców czy rekinich zębów. Na to wszystko jeszcze doszły publikacje, których wcześniej nie widziałem, a całość spięta opowieścią człowieka, którego pasja rozwija się od dzieciństwa...
Bardzo szybko z ust mojego przewodnika padła propozycja wspólnego wyjścia w teren. Czułem się zakłopotany, ale jednocześnie wewnętrzny głos podpowiadał mi, że taka okazja może się długo nie powtórzyć.
Nie wiem, ile czasu zajęło mi oglądanie zbiorów i słuchanie opowieści o korytnickich skarbach. Widziałem muszle, które zachowały kolory i blask, patrząc na nie nie mogłem uwierzyć, że czekały na ludzki wzrok kilkanaście milionów lat. Zachęcony przez gospodarza, pozwoliłem sobie na ekstrawagancję, której nie ulegam, czyli na małe (ale bezcenne) kolekcjonerskie zakupy. Nie kupuję, bo chcę dokładnie wiedzieć, skąd okaz pochodzi. Tutaj wiedziałem, a dotychczasowe rozmowy pozwoliły mi się zorientować, że mam do czynienia z prawdziwym specjalistą od korytnickiej fauny miocenu.
Poczekałem na niego chwilę i zaraz ruszyliśmy w pole. Słonce grzało już solidnie, dzień zapowiadał się gorący i słoneczny. Chciałem po drodze pokazać mu spotkane wcześniej ślimaki żółtawe, ale już skutecznie ukryły się w zielnych cieniach. Ku mojemu zaskoczeniu nie poszliśmy na Łysą Górę. Skręciliśmy w lewo i idąc na przełaj przez cudze pole co chwilę schylaliśmy się jak przy zbiórce ziemniaków po włóczeniu łętowisk. Co kilka kroków cicerone zatrzymywał mnie i mówił:
- Koło nogi masz hinię...
Zatrzymywałem się i rozglądając dokoła wypatrywałem białawo poświecającego kawałka muszli. Były i całe, duże muszle leżące bezwstydnie jak na normandzkiej plaży. Czegóż tam moje oczy ne wypatrzyły. I Turritella, i Clavatula, i Ancilla, i Venus... Czasem podchodził do mnie i trzymając na ręku obłupaną wargę Semicassis mówił krótko:
- Masz.
Słuchałem historii rozwoju pasji, szukałem analogii i różnic w rozwoju zainteresowań. Dzieliłem się swoimi spostrzeżeniami. Rozmawialiśmy jak starzy znajomi, którzy dawno się ze sobą nie widzieli i dotkliwie odczuwają, że mają za mało czasu by opowiedzieć o wszystkim ważnym.
Było już po dwunastej. Z dołu, ze środka wsi dochodził celofaniczny głos organistki z pobliskiego kościoła, w którym właśnie rozpoczęły się parafialne dożynki. Schodziłem ku drodze z kolejnych pól po pierwszych podorywkach, przypieczony słońcem kark zaczynał swędzieć i piec coraz bardziej. Zeszliśmy do wsi i czas bylo się żegnać i ruszać dalej. Zdążyłem się przyznać, że w planach mam jeszcze kielecką Wietrznię. Przewodnik zachęcał, żebym wrócił jak najszybciej. Została jeszcze wymiana numerów telefonów. Wpisałem w komórkę numer, puściłem sygnał dla upewnienia się, że nie przestawiłem cyfr. Kiedy z kieszeni rozmówcy doleciał dźwięk dzwonka, zacząłem opisywać numer.
- Zapisz sobie: "Skamieniałości Korytnica"
- Zapiszę inaczej: "Łukasz Matyjas. Korytnica".

Łukasz Matyjas jest jednym z korytnickich zbieraczy skamieniałości. O zbieraniu muszli, ośródek czy skamieniałych koralowców, może opowiadać godzinami. Dobry w tym jest. Potrafi rozpoznać gatunek z odległości kilku kroków. Żyje tym. Jest korytnicką kopalnią wiedzy o kopalnych przedstawicielach miceńskiej fauny.
Jeśli kiedyś wybierać się będziecie do Korytnicy, odszukajcie Łukasza Matyjasa, ja Wam to mówię...

Gdybym miał się trzymać kulinarnych skojarzeń, to rzekłbym, że wstałem od koryta obżarty. Może to mało finezyjne, ale słowo "uczta" nie odda tej obfitości, której doświadczyłem. Z takim pełnym brzuchem pojechałem do Kielc, po deser już tylko, a tym deserem była Wietrznia, geologiczny rezerwat w nieodległych Kielcach.
Objedzony i nasycony wyszukanymi smakami paleontologii, chodziłem po ścieżkach Wietrzni nieco już ociężały. Szybko znalazłem puste muszle Monacha claustralis i masowo występujące Xerolenta obvia, ale bardziej chyba patrzyłem na geologiczne profile, niż na przesuszone ziołorośla. Nie mniej udało mi się wypatrzeć muszle Helix lutescens, a to już też warte odnotowania.
Przejedzony ślimaczo wgramoliłem się do auta i ruszyłem z powrotem. Dopiero kiedy strawiłem już w myśli część niezwykłych atrakcji, zacząłem myśleć, co mogłem zrobić jeszcze, a czego nie zrobiłem. Bo na przykład nie poszukałem Helicopsis striata w Korytnicy, skąd podaje ją Urbański. NIe poszukałem też C. vindobonensis, której pustą muszlę znalazłem wśród skamieniałości na polu. Znaczy, że może tam być, tylko trzeba było poszukać. A już w ogóle nie szukałem drobiu, czyli tych kochanych maleńkich ślimaków z rodzin Vertiginidae, Pupillidae, Vallonidae czy Ellobidae. Znaczy: będzie trzeba wrócić...
Tylko czy jeśli wrócę i znów zastanę stół uginający się od mioceńskich rarytasów, czy będę jeszcze miał dość sił, żeby rozglądać się za przystawkami?
Śladków Mały

Śladków Mały

Żle wytypowana warstwa ze ślimakami mioceńskimi

Maleńki wycinek kolekcji Łukasza Matyjasa

Ślimak przydrożny, najczęściej spotykany mieszkaniec Ponidzia

Ślimak żółtawy z Korytnicy

Korytnica, mioceńskie eldorado

Wietrznia w Kielcach

Mała próbka zbiorów z Korytnicy

Podstawa do oznaczeń ślimaków korytnickiego miocenu
* Pierwsze słowa opowiadania Howarda Fasta Ostatnia granica

czwartek, 25 lipca 2019

Szukać małży!

W mojej ocenie jest za sucho. Nawet, jeśli ktoś narzeka na przelotne opady psujące urlop, powtórzę: jest za sucho. Paskudny czas na szukanie ślimaków lądowych. Trzeba jednak adaptować się do panujących warunków, w związku z powyższym przekazuję apel dr Ani Łabęckiej z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Poszukiwane są nowe stanowiska szczeżui chińskiej Sinanodonta woodiana. Pisałem kiedyś o tym małżu, można odszukać na blogu, natomiast chodzi o to, żeby korzystając z niskiego stanu wód, przyglądać się, gdzie małż ten występuje. Co jest ważne: patrzeć na dno, ale też na brzegi i na tzw. usypiska. Każdy zbiornik jest pod tym względem dobry: stawy (zwłaszcza hodowlane), jeziora, rzeki. Dziś, kiedy zdecydowana większość przedstawicieli rodzaju Homo nosi przy sobie telefon wyposażony w aparat fotograficzny, prośba jest stosunkowo łatwa do spełnienia. Trzeba zrobić zdjęcie okazu i podać lokalizację (teraz można nawet korzystając ze smartfonów od razu nanieść lokalizację na mapę...) Ważne, żeby zdjęcie było wyraźne, bo wtedy łatwiej identyfikować.
Apel powtarzam z dużym opóźnieniem, bo po prostu dostał do mnie przypadkiem, a ja nie korzystam z fejsbóka. Ale to bardzo cenna inicjatywa i warto się w nią zaangażować. Naprawdę nie trzeba być specjalistą, żeby szczeżuję chińską odróżnić od innych, a nawet jeśli ktoś miałby z tym problemy, to każde doniesienie o bardzo dużym małżu w polskich wodach można interpretować, jako potencjalnie odnoszące się do S. woodiana.
Dane o stanowiskach można przesyłać na adres anna.labecka(at)uj.edu.pl
A swoją drogą uważam, że powinniśmy bardziej tworzyć społeczne sieci naukowe, co całkiem dobrze funkcjonuje wśród ornitologów i entomologów, ale beznadziejnie wśród malakologów... Liczę na jakieś pomysły!

foto z fejsbóka Anny Łabęckiej

wtorek, 9 lipca 2019

Kserotermicznie, ale nielicznie

Czy narzekałem już w tym roku na pogodę? Nie uwierzyłbym, gdyby mi ktoś wmawiał, że powstrzymałem się od komentowania aury. Narzekanie jest ostatnią obroną przed bezsilnością... Jest taka legenda, że kiedy Świętemu Piotrowi powierzono klucze nieba, ten - jako że był rybakiem, a nie rolnikiem, dopytywał, kiedy ma deszcz spuszczać na ziemię. Dano mu odpowiedź: "Kiedy będą prosić", a że był już przygłuchawy, to zrozumiał "Kiedy będą kosić". Zobaczymy, czy spełni się  w tym roku. Sucho jest potwornie, nie dość, że nie pada i od czasu do czasu przechodzi fala upałów, to jeszcze częściej i silniej wieje, co przyśpiesza wysuszanie gleby. Gdzie się nie ruszę, tam wszystko przesuszone i niemiłe dla malakologicznego oka.
Wybrałem się ostatnio nad Wartę w okolicach Burzenina (w województwie łódzkim). Znam stamtąd kilka stanowisk, najbardziej jednak zależało mi na samej Warcie, którą chyba po macoszemu traktuję w moich terenowych wycieczkach. Zacząłem jednak od Zespołu Przyrodniczo-Krajobrazowego "Góry Wapienne". To takie miejsce przy wyjeździe z Burzenina w stronę Szynkielowa. Po prawej stronie drogi znajduje się skarpa, oznaczona tabliczką i informacjami o atrakcjach przyrodniczych tego miejsca. Kiedyś wspomniałem już o tym. Byłem tam przed blisko dziesięciu laty. Jeśli pamięć mnie w pole nie wyprowadziła, to miejsce to wydaje się  być bardziej zarosłe niż przed laty. Ma to swoją nazwę: "sukcesja ekologiczna", uważam jednak, że jej tempo nie jest tak straszne, jak w innym miejscu, o którym za chwilę wspomnę. Znam z Burzenina stanowisko Xerolenta obvia (wzmiankowane na tablicy informacyjnej) oraz Cepaea vindobonensis (proszę pozwolić, że będę się trzymał jednak tej starszej wersji nazwy rodzajowej...). Początkowo myślałem, że nie znajdę tego drugiego. Co się naszukałem, w jakie krzaki wlazłem... I nic!. Na szczęście bliżej drogi, w bardziej prześwietlonych miejscach, o roślinności bardziej ruderalnej niż kserotermicznej, znalazłem kilka żywych osobników. Uspokoiło mnie to, w odróżnieniu od innej okoliczności, a mianowicie: braku drobiu. Przez "drób" rozumieć należy wszystko to, co w naszej malakofaunie nie przekracza 4 mm, czyli zdecydowaną większość gatunków... Żadnej Vallonia, żadnej Truncatellina, żadnej Pupilla czy Vertigo. Nie znalazłem też Chondrula tridens, która jest przecież charakterystycznym gatunkiem dla takich biotopów. Przyznam się - i proszę śmiechem nie parskać - że miałem ochotę zapolować na bezoczkę podziemną Caeciliodes acicula. Trop był taki, że skoro gleba wapienna, to może się znajdzie. Grzebałem w kretowiskach i wykrotach, w miejscach spływu wód, wśród korzonków... I nic. Powoli zaczynam upodabniać się do tej części populacji, która ze ślimaków dostrzec potrafi tylko winniczki... Winą obarczam suszę i upały, ale wizyty u okulisty wykluczyć nie mogę...
Gdzie dziesięć lat temu znalazłem Aplexa hypnorum, tym razem znalazłem sukcesję nieekologiczną, to znaczy przykład najbardziej chamskiego zasypywania starorzecza gruzem, kompostem, śmieciem niebiodegradowalnym i wszelkim popisem ludzkiej bezmyślności. Może nawet przy tych suszach wygrzebałbym jaką muszlę, ale rozkopywanie antropogenicznych pokładów potwornej bezmyślności nie zachęcało mnie do reanimowania wiary w znalezienie czegokolwiek... Szkoda, choć uważam, że przy powrocie naturalnego reżimu wilgotności warto by tam wrócić. To w połowie drogi między "Górami Wapiennymi" a Wartą.
A Warta? Zachodu warta, ale nie w tamtym momencie. Wysoki brzeg nie bardzo umożliwiał mi dobry rekonesans, a dostępne wypłycenia charakteryzowały się nader skąpą malakofauną. Wiem, że stać ją (znaczy Wartę) na dużo więcej, wszak należy do naszych największych rzek. Sphaerium corneum i Bithynia tentaculata to trochę za mało na moje aspiracje. Pusta muszla Ancylus fluviatilis też mnie nie udobruchała, a pojedyncze osobniki Unio pictorum i Unio tumidus to też jeszcze nie powód do szału. Gdybym jakieś Pisidium znalazł, to bym się bardziej ucieszył. Albo Unio crassus, która na tej wysokości w dorzeczu Warty występuje (np. w Grabi), to co innego. Nie wspomnę o takiej fanaberii, jak Borysthenia naticina, która przecież też może tam występować. Obyło się bez tego wszystkiego. Jedyną osłodą była mi czapla siwa, na którą nagapić się mogłem, dopóki jej kajakarze nie przepłoszyli. Starorzecza na tym odcinku wyglądały tak, że nawet nie pofatygowałem się w trzcinowiska, żeby czego w mule poszukać, bo zamiast mułu była tylko darń ubita, przesuszona, dawno stojącej wody nie mająca w pamięci...
Ostatnim punktem wycieczki był położony po drugiej stronie rzeki rezerwat "Winnica". Jest to wychodnia skał wapiennych, a właściwiej skarpa po dawnej odkrywce margli i wapieni. Po zakończeniu eksploatacji, teren zostawiony sam sobie, przeszedł w ręce natury, która postanowiła przyozdobić go kserotermiczną murawą. Kiedy się zorientowano, że natura sobie nieźle z tym poradziła, przed ćwierćwieczem ustanowiono tam rezerwat florystyczny, co by tę roślinność kserotermiczną chronić. A trzeba było owce kupić i co jakiś czas wypasać! Nie wiem, jak rezerwat wyglądał przed ćwierćwieczem, ale dziś określiłbym go jako ostoję tarniny. Ponieważ obszedłem go tylko dokoła, trudno mi o jednoznaczną ocenę, ale ewidentnie coś poszło nie tak. Myślę, że za jakieś dziesięć lat będzie można zacząć śmiało myśleć o planowym zrezygnowaniu z dalszej ochrony tego miejsca ze względu na zatracenie charakteru kserotermicznej murawy. Wypatrzyłem, oczywiście, te gatunki ślimaków, które widziałem i w "Górach Wapiennych", z tą jednakże różnicą, że żywych osobników nie napotkałem, co oczywiście nie dowodzi, że ich tam nie było... Znalazłem jednego malucha, ale trudno mi określić, co to za jeden, bo ani Vallonia, ani Punctum, a na co wygląda, to muszę jeszcze poszukać. Ale to aż jedna sfosylizowana muszelka, więc zadanie przede mną niełatwe.
Widzę, że rolnicy zaczynają żniwa. Dobrze by było, żeby teraz nie padało. Z drugiej strony ta susza źle się odbije na pozostałych gałęziach rolnictwa, więc może niech by popadało... Wiem, że jak tak dalej pójdzie, to stracę wiarę w zdolność znajdywania drobiu i będę musiał się przestawić na egzotyczne. Ale szkoda byłoby się brać za egzotyki, jak tyle jeszcze Polski nieodkrytej...







sobota, 29 czerwca 2019

Laboratorium ślimaka

Ponieważ nie korzystam z takiego medium, jak Facebook, zdaję sobie sprawę z tego, że pewne wydarzenia umykają mojej uwadze. I tak uważam, że to lepsze rozwiązanie, niż wysysanie sobie mózgu pogonią za kolejnymi newsami...
Gdybym był użytkownikiem wspomnianego medium, pewnie dowiedziałbym się wcześniej o zupełnie dwóch owych książkach o ślimakach, z których o jednej chciałbym dziś wspomnieć.
Wyraziłem się nie do końca precyzyjnie. Nie tyle są to książki o ślimakach, co książki, których bohaterem jest ślimak. Ponadto są to książki dla dzieci, co też nie bez znaczenia.
Wczoraj wpadła w moje łapy ciekawa książka dla ciekawych dzieci. Nie doszedłem jeszcze do tego, jaki jest optymalny wiek adresata, myśle jednak, że chodzi o przedział od 6+ do nieskończoności.  Magdalena Osial przygotowała książkę, która wyrasta z jej doświadczeń prowadzenia doświadczeń.  Takich prostych i jednocześnie bardzo ciekawych, podręcznych, bo do ich przeprowadzenia wystarczy zawartość kuchennych szafek, no może jeszcze szafki z apteczką domową, która przecież w większości domów znajduje się w kuchni... Przez doświadczenia przeprowadza Ślimak Madzik. Dlaczego ślimak? Myślałem nad tym od wczoraj i dochodzę do przekonania, że jest najbardziej oczywiste stworzenie do alegorii ciekawości. Kto przyglądał się aktywności lądowego ślimak ten zgodzi się ze mną, że rozglądający się ślimak zdaje się być pochłonięty ciekawością.
Choć nie porywają mnie ilustracje (nie są złe, ale nie w moim guście), gorąco tę książkę polecam wszystkim  którzy zastanawiają się, w jaki sposób rozbudzać w dzieciach ciekawość i naukową dociekliwość. Dobrze skomponowana książka nie pozwoli na nudę. Niektóre treści mogą się wydawać adresowane do starszych dzieci, które już mają pojęcie o chemii lub fizyce, ale rodzic towarzyszący młodszemu dziecku w lekturze nie będzie miał trudności z wyjaśnieniem  o co chodzi, np. w zapisach reakcji chemicznych.
Laboratorium Ślimaka Madzika jest książką o prawach rządzących otaczającym nas światem, których odkrywanie może być wspaniałą przygodą. I choć wakacje nie szczególnie zachęcają do wkuwania chemii czy fizyki, ta właśnie książka może być świetną rozrywką na czas wakacji, zwłaszcza przy tych nieznośnych upałach. Polecam, choć w źaden sposób nie jest to książka o ślimaku;)
P.S. Nawiasem mówiąc, świetny patent na oddanie obojnactwa w imieniu bohatera.


Magdalena Osial, Laboratorium Ślimaka Madzika,   Wydawnictwo Dlaczemu, Warzzawa, 2019, 144pp

środa, 26 czerwca 2019

Przygotowanie przed sezonem, czyli pytania

Wyskoczyłem przed tygodniem nieco na północ od Poznania. Wskazano mi tam stanowisko, na którym przed trzydziestu laty zbierane były dość liczne Truncatellina costulata, Ena obscura i Vallonia excentrica. Była okazja, żeby wyjechać, grzech było nie skorzystać. Owszem, liczyłem się, że ostatnie tygodnie były trochę za ciepłe i za suche, ale to mnie zniechęcić nie mogło.
Co znalazłem? Absolutnie niczego z tego, co było tam przed trzydziestu laty.
Jest to środowisko antropogeniczne, zlokalizowane w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki. Blisko stuletni mur, przy nim zadrzewienia i krzewy. Co znalazłem?
Po kolei: Succinea putris, Aegopinella pura, Cochlodina laminata, Fruticicola fruticum, Xerolenta obvia, Arianata arbustorum, Cepaea nemoralis, Helix pomatia. Mam prawo wierzyć, że przed trzydziestu laty spośród wymienionyh gatunków nie było żadnego. Co się zatem mogło wydarzyć. To takie moje pytanie na początek wakacji.
Hipotez mam kilka, ale żadna zbyt pogłębiona.
Pierwsza: Przeoczenie. Tę mógłbym wykluczyć, bo jeżeli ktoś znajduje drób, to i wypatrzy Helicidae. Przed trzema dekadami Helicidae były nieobecne, podobnie Clausiilidae. Jedynym wspólnym gatunkiem wydaje się być Succinea putris, ale sąsiedztwo rzeki wskazuje na prawie oczywistość wystąpienia tego ślimaka. Hipotezę o przeoczeniu odrzucam.
Druga: zawleczenie. Sąsiedztwo cmentarza mogłoby wskazywać, że niektóre pospolite gatunki mogły się tam dostać z roślinami przynoszonymi na cmentarz. Ale stanowisko nie uległo większym przeobrażeniom przez ostatnie siedemdziesiąt lat. Może zatem trwa ekspansja tych gatunków? Nie wiem.
Trzecia: rzeka przyniosła wraz z jakąś krótkotrwałą powodzią osobniki z innych stron. rzeka ma blisko 40 kilometrów, jest to zatem możliwe, ale przy naturalnym wektorze migracji biernej należałoby się spodziewać tych popularnych gatunków już dużo wcześniej. Cochlodina laminata znana jest z Wielkopolski z 26 stanowisk (Szybiak, 2010), najbliższe temu stanowisku miejsce oddalone jest o 14 kilometrów wzdłuż Warty. Zatem możliwe, że brzegiem Warty ślimak przesunął zasięg o kolejne kilometry.
Próbuję sobie również wytłumaczyć, dlaczego nie znalazłem Truncatellina, Pupilla, Vallonia oraz Ena. Nie dokonywano w ostatnim czasie znaczących prac w obrębie muru. Zmienił się natomiast sposób gospodarowania terenem. Przed trzydziestu laty utrzymywały się tam wysokie ziołorośla, obecnie jest to strzyżony trawnik, z którego wyczesywane są opadające liście kasztanowców i lip. "Nadkład" przerzucany jest za ogrodzenie, w miejsce zacienione, ale suche, bo będące skarpą opadającą w stronę rzeki. Tłumaczę sobie, że zwyczajnie przeoczyłem (choć przegrzebywałem ściółkę dobrą godzinę, a zatem dłużej niż zazwyczaj). Chciałbym wybrać się  tam przy lepszych pogodach, to znaczy po jakimś dłuższym epizodzie deszczowych pogód. Chciałbym w ten sposób mieć pewność, że faktycznie nastąpiła przebudowa malakofauny.
Jeszcze dygresja na koniec. Kiedy przegląda się prace Urbańskiego, Bergera czy Wiktora, to cmentarze podawane są jako stanowiska dla ciekawych gatunków ślimaków. Kiedy obecnie przyglądam się cmentarzom, to dochodzę do wniosku, że obowiązująca estetyka z całą pewnością nie sprzyja ślimakom, zwłaszcza to obsesyjne wycinanie starych drzew i wykaszanie wszelkiego zielska. Smutne, ale taka moda i słów więcej szkoda.
A kto zgadnie, gdzie mnie wywiało?




czwartek, 30 maja 2019

Poczwarówka zapoznana Vertigo ronnebyensis (Westerlund 1871)

Otrzymałem niedawno prezent. Bardzo cenny prezent. Prezent stanowią dwie próbki poczwarówki zapoznanej Vertigo ronnebyensis (Westerlund, 1871) zebrane w maju i w czerwcu 1995 roku w okolicach Obrzycka. Prezent tym cenniejszy, że nie spotkałem dotąd tego gatunku w czasie moich przygód malakologicznych, a sam ten gatunek jest stosunkowo słabo znany w Polsce. Więc dziś kilka słów o nim.
Epitet gatunkowy pochodzi od miejscowości Ronneby w południowej Szwecji. To okolice tego miast stanowią terra typica gatunku opisanego przez Westerlunda w 1871 roku (w tym to Ronneby Carl A. Westerlund zakończył żywot 28 lutego 1908 r. i tam też został pochowany). Jak przystało na poczwarówkę jest to bardzo mały ślimak, którego wysokość muszli nie przekracza 2,35 mm i 1,33 mm szerokości. Nieco mniejszą wysokość dla populacji z okolic Sąpolna (północna Polska) podaje Stanisław Myzyk (2,28 maksymalnie na 250 zmierzonych okazów). Muszla jest prawoskrętna, jasnobrązowa, przeświecająca, regularnie prążkowana. Ujście muszli zaopatrzone jest w zęby w liczbie od jednego do pięciu (Myzyk, 2004), w kluczu Wiktora (2004) mowa jest o liczbie 0-4 zębów. Kallus nie występuje, a dołek osiowy (jeśli jest) otwarty i bardzo głęboki.
Jest to gatunek północno-europejski związany ze środowiskami ubogimi w wapń. Występuje zarówno w lasach iglastych, jak i lasach mieszanych, często związany jest borówką Vaccinum myrtilis L.
W Polsce znany jest z niewielkiej liczby stanowisk, należy jednak mieć na uwadze, że liczba ta jest zdecydowanie zaniżona. Podawany z Południowej Wielkopolski przez Bergera oraz z okolic Rucianego-Nidy przez Pokryszko. Historyczne dane wskazują również na Serpelice oraz okolice Warszawy. Współczesne doniesienia dotyczą Pojezierza Pomorskiego (okolice Sąpolna - S. Myzyk) oraz Puszczy Rominckiej (M. Marzec, 2010).
Muszę odszukać swoje próbki znad jeziora Dadaj i przyjrzeć się im nieco, bo nabrałem wątpliwości, czy kiedyś się już nie spotkałem z tym gatunkiem...
Stanowisko, z którego pochodzą sprezentowane okazy, znajduje się w powiecie szamotulskim, w lesie sosnowym w okolicach Obrzycka. Prawdopodobnie nie było dotąd badane i raczej nie jest wspominane w żadnej publikacji. Gdyby ktoś stamtąd jednak znał poczwarówkę zapoznaną, bardzo proszę o kontakt. 



wtorek, 21 maja 2019

XXXV Krajowe Seminarium Malakologiczne - podsumowanie

Od osoby, która uczestniczyła w XXXV Krajowym Seminarium Malakologicznym w Szczecinie usłyszałem tylko cztery słowa na ten temat: Żałuj, że nie byłeś. Myślę, że to bardzo dobra recenzja, odwołująca się wprawdzie bardziej do emocji niż rozumu, ale trafna. Bo osobiście żałuję, że nie byłem w stanie dotrzeć w ostatnich dniach na Zachodnie Wybrzeże.
Organizatorzy mieli utrudnione zadanie: seminarium miało się odbyć w pół roku po poprzednim, co już jest pierwszym etapem eliminacji. Poza tym nie bez znaczenia jest położenie, chociaż z Przemyśla malakologów jakoś nie znam, to do Szczecina potrafi być spory kawałek drogi...
Tom streszczeń podaje 35 uczestników (przy 59 autorach i współautorach wystąpień). Bardzo widoczne w układzie streszczeń jest występowanie nazwisk malakologów spoza Polski, co cieszy tym bardziej, że daje perspektywy na nowe kierunki badań. Widać, że polska malakologia ma coraz bardziej międzynarodowy charakter i mam nadzieję, że podejmowana współpraca przekładać się będzie również na publikacje w naszych Folia.
Żałuję nieobecności, bo miałbym szansę poznać kilku malakologów, których znam najwyżej z kontaktu mailowego. Może przyjdzie okazja to nadrobić. Chcę jednak podkreślić, że ten aspekt powinien być równoważny walorom naukowym organizowanych seminariów, to znaczy, że malakolodzy spotykają się nie tylko po to, żeby prezentować swój dorobek, ale żeby się poznawać, tworzyć relacje, które przełożą się (lub nie) na perspektywy współpracy.
Przeglądając tomik streszczeń, za który dziękuję serdecznie organizatorom, zwróciłem uwagę na kilka wystąpień. Proszę wybaczyć, że wprowadzę chaos w kolejności swoich typów, ale chcę uniknąć posądzenia o faworyzowanie kogoś lub czegoś;) Na pewno z rozdziawioną gębą słuchałbym o malakofaunie abysalu. To tak niespotykany wręcz temat w pracach polskich malakologów, że sporadyczne informacje o malakofaunie głębin oceanicznych chłonąłbym jak gąbka. Zagadnienie to opracowane zostało przez prof. Teresę Radziejewską i dr Brygidę Wawrzyniak-Wydrowską. Ponieważ zawsze interesowała mnie faunistyka, posłuchałbym z przyjemnością o malakofuanie ruin zamku Rogowiec w Górach Suchych (byłem blisko w ostatnim czasie...), zwróciłbym uwagę na wystąpienie Anny Drozd prezentujące zagadnienie wykorzystania muszli z kolekcji muzealnych do badania strategii rozrodczych świdrzyków (nieinwazyjnego badania!). Właściwie to zabrnąłem w ślepy korytarz wymieniając zagadnienia, które by mnie interesowały. Szybciej wymieniłbym te, które bym sobie odpuścił, bo takich nie było (może na niektórych bym się rozkojarzył przez chwilę;).
W czasie Seminarium wspominano odeszłego niedawno Profesora Andrzeja Wiktora. Prezentująca jego sylwetkę prof. Beata Pokryszko w czasie szczecińskiego seminarium odebrała nadaną w zeszłym roku godność Członka Honorowego Stowarzyszenia Malakologów Polskich. Obiecuję podzielić wygłoszoną laudacją, kiedy tylko uda mi się do niej dotrzeć.
W Szczecinie potwierdzono, że kolejny zjazd polskich malakologów odbędzie się w Katowicach, choć nie podano jeszcze terminu. Wierzę, że tym razem okoliczności będą bardziej sprzyjające i będę mógł omówić to wydarzenie jako jego uczestnik. Mam już pierwsze pomysły na wystąpienie...


środa, 15 maja 2019

Co w Sudetach spotkałem

Obiecałem przed kilkoma dniami, że podzielę się informacjami na temat wypadu w Sudety. Śmierć prof. Małgorzaty Strzelec spowodowała, że nie miałem głowy do pisania na świeżo. Nie będzie to zatem reportaż z podróży, tylko garstka krótkich uwag faunistycznych poczynionych na marginesie pracy nieżyjącego już profesora Andrzeja Wiktora Mięczaki Ziemi Kłodzkiej i gór przyległych. I żeby jasność była: Profesor Wiktor badał tamte strony przez kilka lat, ja tam spędziłem ledwo kilka dni i to w celach turystycznych, nie badawczych. Nie mam więc ambicji recenzować tutaj pracy sprzed pięćdziesięciu laty... ale coś od siebie dorzucić.
Przed wyjazdem wypisałem sobie kilkadziesiąt miejsc, byłem w dziesięciu, w dziewięciu przyglądałem się ślimakom. Wypisałem sobie też kilka gatunków, które chciałem zobaczyć na żywo, nie wszystko mi się udało zrealizować.
Zacznę od stwierdzenia jednej nieaktualności wspomnianej pracy sprzed pięćdziesięciu lat. Z całą pewnością lista stwierdzonych gatunków może być powiększona o jeden gatunek. I od tego właśnie zacznę.
W zeszłym roku nie udało mi się stanąć nad Źródłami Romanowskimi w Masywie Krowiarek. Byłem o krok, ale nie wiedziałem, gdzie to dokładnie. Tym razem byłem lepiej przygotowany i prawie bezbłędnie trafiłem. Prawie. Bo zamiast do źródeł, wlazłem najpierw do małego potoczku, bodajże Piotrówką zwanym. Sięgnowszy po pierwszy kamień, niemal z radości podskoczyłem. Cały był oblepiony źródlarkami. O jak się ucieszyłem! Ale zaraz po chwili, kiedy afekt opadł i chłodne, choć schorowane, oko badacza zobaczyło, dzierży drżąca dłoń. Zanim nazwałem jeszcze odkrycie, przez myśl przeszła mi mrożąca krew w żyłach hipoteza: a co, jeśli przez ostatnie lata zachwycali się wszyscy nie źródlarką, a wodożytką? Tak, to właśnie odkryłem. Zamiast spodziewanej źródlarki karpackiej Bythinella austriaca f. ehrmanni Pax, znalazłem... wodożytkę nowozelandzką Potamopyrgus antipodarum! Noż cholera, pomyślałem... To ja tu szukam, sprawdzam, czytam, ludziom głowę zawracam tylko po to, żeby wodożytkę znaleźć??? Ochłonąłem i rozejrzawszy się uważniej, podjąłem decyzję o przeniesieniu się w sąsiednie zarośla. Decyzja była słuszna, a widok autochtona z torbą butelek potwierdził moje dedukcje. Oto znalazłem się nad Źródłami Romanowskimi. Ostrożnie sięgnąłem po pierwszy kamień i podnosząc go ku oczom, uspokoiłem się na dobre, choć serce biło mi znacznie szybciej, niż kiedym stawał w wodach Piotrówki przed kilkunastoma minutami... Historyczne stanowisko Bythinella austriaca jest nadal żywe i bardzo mnie ucieszyło, że mogłem choć przez chwilę popatrzeć na żyjące tam źródlarki, na jedynym sudeckim stanowisku. Co ciekawe nie znalazłem tam wodożytki nowozelandzkiej. Towarzyszyła mi taka obawa, że ten obcy gatunek mógłby skutecznie wyprzeć naszą źródlarkę. Widać postanowiły sobie w paradę nie wchodzić... Moje gapiostwo przełożyło się jednak na stwierdzenie nowego dla Ziemi Kłodzkiej gatunku. Jest nim wodożytka nowozelandzka. Jeśli ktoś wątpi, załączam dowód fotograficzny.
Przytulikowi strumieniowemu też się tam dobrze żyje.
Źródło Romanowskie

Potamopyrgus antipodarum z Piotrówki

W pobliżu znajduje się stanowisko bardzo rzadkiego u nas gatunku świdrzyka - Charpenteria ornata. I mam na myśli nie Wapniarkę, a stanowisko w pobliżu kamieniołomu przy wsi Romanowo. Stanowiska rozdzielone są wcale ruchliwą DK 33, z całą pewnością ślimaki nie przelazły tam na nodze samodzielnie...
Nie doczytałem, że nad brzegami Źródeł Romanowskich żył przed laty Vertigo angustior. Skoro nie doczytałem, to i nie sprawdziłem. Szkoda, bo może udałoby mi się potwierdzić.

Miejscem mojego noclegowania było Międzygórze. Kto nie był, niech żałuje. Zwłaszcza rezerwatu "Przełom Wilczki". Po inwestycjach poczynionych w ostatnich latach miejsce wydaje się być idealnym do cieszenia oczu. Odpuściłem sobie jakieś szczególne poszukiwania w tamtych okolicach, sucho było strasznie, więc nie nastawiałem się na jakieś spektakularne odkrycia. Popatrzyłem sobie na ślimaka nadobnego Faustina faustina i na wałkówkę górską Ena montana (zwłaszcza ten ostatni gatunek zawsze mnie cieszy, bo znam go z kilku tylko stanowisk).
Bardzo mi zależało na dotarciu do stanowiska, o którym wiem, że od lat nikt go nie sprawdzał. Na północ od Kłodzka, w Górach Bardzkich, znajduje się szczyt Goliniec. Nie pytajcie mieszkańców wsi o  Goliniec, pytajcie o stary kamieniołom, to wskażą dobrą drogę... Już dawno się przekonałem, że miejscowi gdzieś mają oficjalną toponomastykę. Nie wiem, czy zrealizowałem swój cel. Dotarłem na Goliniec, znalazłem stary kamieniołom, ale nie wiem, czy znalazłem akurat ten gatunek, dla którego trud ten podejmowałem. Sucho było jak w mieszkaniu w bloku w pełni sezonu grzewczego... Szukałem ślimaka zaniedbanego Cernuella neglecta (Draparnaud 1805), którego jedyne stanowisko stąd jest właśnie podawane przez profesora Andrzeja Wiktora. Znalazłem muszle, które mogą odpowiadać opisowi, ale wszystkie mocno zwietrzałe, stare, podniszczone, a tym samym trudniejsze do pewnego oznaczenia. Żadnego żywego ślimaka, wszystko sprzed jakiegoś czasu, myślę że może nawet więcej, niż rok. Gdyby mi ktoś te muszle pokazał, to na 100% oznaczyłbym jako Xerolenta obvia. Nie mając żywych okazów, nie zweryfikuję anatomicznie, natomiast kierując się opisem z klucza mogę pokusić się o przypuszczenie, że to jednak Cernuella. Pewności nie mam i chciałbym się tam kiedyś wybrać przy sprzyjających warunkach pogodowych, tj. w czasie ciepłych deszczowych pogód.
Kamieniołom na Golińcu

Było jeszcze trzecie miejsce, które bardzo chciałem zweryfikować. Trafiłem tam, ale nie znalazłem tego, czego szukałem. Chciałem sprawdzić, czy w Dusznikach znajdę Macrogastra badia. Miejsce znalazłem, ale ślimaka nie wypatrzyłem. Inne świdrzyki znalazłem, ale nie kasztanowatego. Może przy innej okazji.
Podobnie na inną okazję przełożyć muszę wrocławskie Pilczyce, gdzie spodziewałem się w drodze powrotnej znaleźć Monacha cartusiana. Badania poznańskich malakologów potwierdziły, że populacje Monacha z Wrocławia to cartusiana. Rodzaj ten znam z Poznania (claustralis na 100%) i z Kielc (ze stanowiska, gdzie występuje claustralis). Nie udało mi się z Wrocławiem, więc też będę musiał wrócić, lub zdać się na żebraninę. Obecnie uważam, że nie mam w zbiorach Monacha cartusiana, choć ten kielecki okaz to mi tych poznańskich nie przypomina, więc może jednak...

Ziemia Kłodzka prosi się, żeby faunistycznie przyjrzeć się jej ponownie. Badania po latach pozwalają na prognozowanie zmian, na ocenę stanu zagrożenia poszczególnych gatunków. Być może udałoby się wydłużyć aktualną listę, a może okazałoby się, że lista świeci pustkami? W każdym razie turystycznie polecam ten kierunek na wypady nie tylko z okazji majówki. I jeśli tam wrócę, to nie tylko dlatego, że wciąż mój apetyt nie jest zaspokojony... Tam po prostu jest pięknie.
Wilczka w Międzygórzu przed wodospadem

Wałkówka górska

wtorek, 14 maja 2019

XXXV Krajowe Seminarium Malakologiczne - zaraz się zacznie!

Prawie pięćset kilometrów dzieli mnie właśnie od miejsca, w którym chciałbym przez najbliższe trzy dni przebywać... I nic to te pięćset kilometrów, bo nad ranem mógłbym już tam być. Nie będzie mnie tam jednak i cóż powiedzieć? Szkoda... Może się uda w przyszłym roku.
Właśnie rozpoczyna się XXXV Krajowe Seminarium Malakologiczne. Dzieje się to w Szczecinie, gdzie właśnie zjeżdżają się malakolodzy z całej (mam nadzieję) Polski, meldują się w hotelach, hostelach i schroniskach, żeby rano o ósmej stawić się w Centrum Dydaktyczno-Badawczym Wydziału Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Szczecińskiego. Nie mam żadnych przecieków na temat frekwencji, nie znam nawet zarysu tematów, które zostaną poruszone. Zżera mnie ciekawość.

Życzę wszystkim malakologom ciekawych wystąpień, burzliwych dyskusji, inspirujących rozmów, ciepłej atmosfery i nowych tematów. Liczę na jakieś wieści z Zachodniego Pomorza. Mam nadzieję, że do zobaczenia na kolejnym Seminarium, nie wiem gdzie, nie wiem kiedy, ale w dobrym gronie zakręconych badaczy i miłośników...

wtorek, 7 maja 2019

100 lat Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu

Nie mogę się zwać synem tej uczelni i nigdy nawet moja stopa nie stanęła dotąd w jej progach, ale w dniu Setnej Rocznicy Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu chciałbym wyrazić swoją wdzięczność temu środowisku za wkład w rozwój polskiej i światowej nauki, a zwłaszcza malakologii.
Przed stu laty otwarto w Poznaniu Wszechnicę Piastowską, którą wkrótce przemianowano na Uniwersytet Poznański. To wykładowcą tej uczelni była dr Maria Młodzianowska-Dyrdowska, tutaj swoją karierę budował prof. Jarosław Urbański, a w czasach współczesnych Uniwersytet stworzył warunki do pracy wielu malakologów i to niezależnie od rektorów tej uczelni, której obecny Rektor w osobie prof. Andrzeja Lesickiego jest dla polskiej malakologii niezwykle zasłużony. Mógłbym wymienić przynajmniej kilkanaście nazwisk osób związanych z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza, które zajmowały się bądź zajmują się malakologią.
Stulecie Uniwersytetu w tak ważnym mieście jak stołeczny Poznań wydaje się być skromnym jubileuszem. Historia nie oszczędzała jednak stolicy Wielkiej Polski i należy się cieszyć, że od stu lat działa uczelnia kształcąca wybitnych przedstawicieli naszego narodu, w tym wyśmienitych malakologów.
Jego Magnificencji profesorowi Andrzejowi Lesickiemu, Rektorowi UAM oraz pracownikom, doktorantom i studentom Uniwersytetu życzę  z okazji pięknego jubileuszu poczucia dumy z dokonań swojej Alma Mater, sukcesów naukowych rozsławiających naukę polską w świecie a także satysfakcji z tworzenia perspektyw na kolejne lata działalności Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Malakofil Ślimaćkiewicz
 

sobota, 4 maja 2019

Zmarła prof. dr hab. Małgorzata Strzelec

Wczoraj, 3 maja 2019 r. dotarła do mnie smutna i zaskakująca wiadomość, że tego dnia zmarła prof. dr hab. Małgorzata Strzelec, śląska hydrobiolog i malakolog zajmująca się od lat wpływem anropopresji na bioróżnorodność.
Spotkaliśmy się raz, w październiku 2014 r. w Łopusznej, w czasie XXX Krajowego Seminarium Malakologicznego. Znaliśmy się wcześniej z kontaktu mailowego, ja ponadto znałem Panią Profesor z dwóch książek, które wówczas zasilały moją biblioteczkę. Długo rozmawialiśmy o stanowiskach Ferrissia fragilis w Polsce, o Corbicula fluminea i możliwości jej pojawienia się na Górnym Śląsku, a przede wszystkim o pomyśle monitoringu tempa sukcesji ślimaków w zbiornikach antropogenicznych tworzonych wzdłuż nowych autostrad i dróg ekspresowych. Pomysł wydał się ciekawy, ale z powodu braku zasobów ludzkich, nigdy nie doszedł do skutku...
Kilka tygodni później Pani Profesor Strzelec zaskoczyła mnie przesyłką zawierającą jej książkę napisaną razem z dr Mariolą Krodkiewską i nieżyjącym już wówczas prof. Serafińskim. W liście wspominała mi, ile emocji kosztowało ją opracowywanie notatek ze spotkań ze swoim byłym szefem, który zmagając się z chorobą, chciał dokonać pewnych wieloletnich podsumowań...
Słabo znam biografię profesor Małgorzaty Strzelec. Wiem, że naukowo i zawodowo związana była z Katowicami, gdzie pełniła funkcję kierownika Katedry Hydrobiologii w Wydziale Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Śląskiego. To na tej uczelni zdobywała stopnie i tytuły (habilitacja w październiku 1994 roku na podstawie książki Ślimaki (Gastropoda) antropogenicznych środowisk wodnych Wyżyny Śląskiej. 22 stycznia 2007 roku uzyskała tytuł profesora zwyczajnego. Wychowała kilku doktorów (m.in. Aneta Spyra, Anna Cieplok, Mariola Krodkiewska i Iga Lewin), recenzowała dorobek w przewodach habilitacyjnych m.in. Beaty Jakóbik. Nie wiem, ilu magistrów wyszło spod jej ręki, ale miała opinię dobrego dydaktyka i naukowca szanującego twórcze poszukiwania swoich uczniów.
Pamiętam, że w Toruniu, w czasie XXXIV KSM zapowiadano seminarium w Szczecinie, mówiono również, że do przygotowania następnego zgłosiła się profesor Małgorzata Strzelec...
Odejście profesor Małgorzaty Strzelec napełnia smutkiem. Polska nauka straciła pracowitego badacza, a środowisko polskich malakologów straciło znawczynię hydrobiologii oraz specjalistkę od bentosu zbiorników antropogenicznych. Straciliśmy przede wszystkim dobrą osobę, która o swojej pracy mówiła z nienarzucającą się ciekawością. Straciliśmy współtwórczynię polskiej malakologii ostatniego ćwierćwiecza.
Uroczystości pogrzebowe rozpoczną się 7 maja 2019 r. o godz. 11 w kaplicy cmentarnej pw. Matki Bożej Anielskiej przy ul. 11 Listopada w Dąbrowie Górniczej.
Niech odpoczywa w Pokoju!




 

wtorek, 30 kwietnia 2019

Zaraz ruszam

Przed laty schodził tę ziemię śp. profesor Wiktor. Nie mogłem sobie wyobrazić, żeby nie stanąć na Ziemi Kłodzkiej w roku Jego braku.
Ruszam rano. Dam znać po powrocie. Cicerone z zakreśleniami ks. Jerzego Kaczmarka już w plecaku!

sobota, 20 kwietnia 2019

Surrexit Christus vere!

Na rozum, nie sposób tego pojąć. Ale trzeba próbować. W tym celu trzeba pozwolić poprowadzić dłoń do Źródła. Nie wyrywać jej, nie cofać. On pozwala na wątpliwości, On zna gorycz rozterek, On zna granice, za które nam nie udaje się wyjść. Naprawdę.
Z okazji Świąt Paschalnych wszystkim miłośnikom malakologii, czytelnikom i inspiratorom życzę radości eksplodującej w sercu, wiary przeświecającej rozum i miłości, która pozwala odważnie mierzyć się z niepojętą codziennością.
Malakofil Ślimaćkiewicz




środa, 17 kwietnia 2019

Zatoczek skręcony Bathyomphalus contortus (Linnaeus, 1758)

Przyjąć można, że w Polsce żyje dwadzieścia gatunków zaliczanych do rodziny Planorbidae. Oczywiście w systematyce mięczaków panuje obecnie takie zamieszanie, że nie ma co iść na noże w obronie tej liczby, ale tak się mniej wiecej przyjmuje. Rzecz w dwóch gatunkach, które za nic zatoczków nie przypominają, ale są obecnie zaliczane do tej rodziny (chodzi o Ancylus fluviatilis i Ferrissia fragilis). Generalnie - wyłączając wspomniane dwa wyjątki - muszle zatoczków są łatwe do odróżnienia od innych rodzin, a nawet poszczególne rodzaje dają się od siebie odróżnić bez szczególnego kłopotu. Z tych wszystkich natomiast jest jeden gatunek zatoczka, z którym jako amator nigdy nie miałem najmniejszego problemu z identyfikacją. A pierwszy raz spotkaliśmy się jakieś ćwierćwiecze temu...
Ujednolicając etykiety w swoich zbiorach doszedłem do próbek z gatunkiem, który chciałbym dziś nieco przybliżyć. Zatoczek skręcony Bathyomphalus contortus (Linnaeus, 1758) jest tym gatunkiem z rodziny Planorbidae, z którym zawsze lubiłem się spotykać, bo i urodą różni się od pozostałych zatoczkowatych, i nie sprawia kłopotów w identyfikowaniu.
Spotykamy się najczęściej przy brzegach jezior, stawów lub stagnujących rzek, najczęściej w trzcinowiskach lub zarzęsionych kożuchach. Łazi sobie, jak to płucodyszne ślimaki wodne mają w zwyczaju - nogą do góry sunąc po spodniej stronie lustra wody. Często też widuję go na martwych tkankach roślin (w moich obserwacjach bardzo często na rozkładających się liściach pałki wodnej). Jeśli nastawiam się na znalezienie właśnie tego gatunku, szukam spokojnych zatoczek, gdzie na płyciznach zalega kilkucentymetrowa warstwa rozkładających się roślin, zwłaszcza takich sporych fragmentów.
Nie jest to przedstawiciel olbrzymów wśród naszej malakofauny. Raczej średniak i to w tych dolnych rejestrach. Średnica muszli nie przekracza 6 mm przy wysokości 1,5-2 mm (wg Piechocki, Wydrowska-Wawrzyniak, 2016). To, co najbardziej ułatwia oznaczanie tego gatunku, to "grubość" muszli, spawająca wrażenie jakbyśmy trzymali w palcach małą pastylkę. Przy niewielkich rozmiarach muszla składa się z wielu skrętów co sprawia, że trudno ją pomylić z muszlą innego gatunku. Pomocne jest również charakterystyczne zagłębienie środka muszli, wyglądające jak nakłucie igłą oraz półksiężycowate ujście muszli.
O tej porze roku ślimaki przystępują do rozrodu. Spotkać można kopulujące osobniki tworzące nawet tzw. łańcuchy kopulacyjne złożone z kilku zwierząt, które przyjmują rolę samicy lub samca. Oglądając żywe ślimaki warto też zwrócić uwagę na ich czułki, podobnie jak u innych zatoczkowatych długie i nitkowate, u tego gatunku lekko różowawe.
Mija połowa kwietnia, a ja tego roku jeszcze nie stanąłem nad brzegiem wody... Będzie to trzeba rychło nadrobić. Mam jedno upatrzone miejsce i wydaje się, że łatwo spotkam tam zatoczka skręconego. Lubię patrzeć, jak się porusza, jak przenosi muszlę, jak reaguje na dotyk. Mam też nadzieję, że poza nim spotkam jeszcze i inne ślimaki, bo choć tyle lat brodzę po różnych bajorach, wciąż jest kilka gatunków, których na oczy nie widziałem. A może wypatrzę larwy chruścika Limnephilus flavicornis, które z dzieciństwa jeszcze pamiętam obklejone domkiem z muszelek mniejszych zatoczkowatych... Dam znać, jak coś ciekawego wypatrzę.



niedziela, 31 marca 2019

Poczwarówka malutka - Truncatellina cylindrica (Férussac, 1807)

Chciałbym, aby ten rok (2019) był w moim wydaniu rokiem częstszych wypadów w teren i chciałbym jeszcze, aby głównym kierunkiem poszukiwań były najpospolitsze nasze maluchy. Długa jest lista gatunków, których dotąd nie udało mi się spotkać, ale wcale nie krótka jest lista gatunków, które gdzieś kiedyś udało mi się spotkać lub nawet zebrać. Są gatunki pospolite, które jednak spotykam zdecydowanie rzadziej od innych pospolitych, a niewielkich rozmiarów gatunków. Jednym z takich właśnie jest poczwarówka malutka Truncatellina cylindrica (Férussac, 1807). Znam ten gatunek aż z dwóch (słownie: dwóch!) stanowisk, łącznie z trzech okazów, które zasilają moje zbiory... Nie wiem, czemu tak się dzieje, bo mniejsze gatunki, jak na przykład krążałek malutki Punctum pymaeum czy stożeczek drobny Euconulus fulvus spotykam dużo częściej i liczniej...
Poczwarówka malutka jest gatunkiem ślimaka trzonkoocznego z rodziny Vertiginidae, jednym z trzech przedstawicieli rodzaju Truncatellina występujących w Polsce. Spośród nich jest też najpospolitszym. Jest to - i można by nazwie wierzyć - malutki przedstawiciel naszej malakofauny, bowiem wysokość muszli nie przekracza 1,9 mm, a szerokość maksymalnie osiąga 1,3mm. Gołym okiem trudno odróżniać ją od innych poczwarówek, ale kilkukrotne powiększenie pozwala dojrzeć charakterystyczne delikatne żeberkowanie, bardzo regularne, którego nie widać tylko na zaokrąglonym szczycie. Ujście muszli pozbawione ząbków i listewek, a warga bardzo słabo wywinięta, ostra i delikatna. Dołek osiowy otwarty. Muszla wydaje się być matowa, żółtawa, blado-złotawa.
Gatunek występuje na  terenach zasobnych w wapń, w miejscach suchych, najczęściej w w trawie, w ściółce, pod kamieniami, rumoszem skalnym, na półkach skalnych, w szczelinach murów, na nasypach kolejowych czy hałdach (w Wolicy w Rejonie Świętokrzyskim na hałdzie węglanowej gatunek ten występował masowo: Barga-Więcławska 1997).
Zdaniem Wiktora (2004) jest to gatunek pospolicie występujący w Polsce, jednak nieobecny na jej północy. W górach osiąga wysokość do 1300 m.np.m. 
Chciałbym w tym roku przypatrzeć się, czy potrafię ją wynaleźć na nowych stanowiskach. Powinien ją spotykać częściej. Dzielę się odnalezioną próbką (2/3 całości mojego depozytu), którą znalazłem w czasie porządkowania zbiorów. Okazy pochodzą sulejowskiego wapiennika, zebrane w czerwcu 2016 roku.
Chciałbym na koniec tego roku móc się podzielić nowymi znajomościami z maluchami, mam nadzieję, że coś się z tego uda...

poniedziałek, 25 marca 2019

Wiosenne marzenia

Dawno się nie produkowałem. Opuściłem się, przepraszam. Nie to, że nie było o czym pisać, ale jakoś ciężko było... Czasem tak jest.
Dziś z letargu wybudziła mnie przesyłka z zamówioną książką (właściwiej jedna z dwóch przesyłek, o drugiej przy innej okazji). Ponieważ zupełnie przeoczyłem jej premierę, muszę zrobić coś, żeby się jakoś zrehabilitować. Książka, którą trzymam w ręku zasługuje na to, żeby być zauważoną i tytułem wstępu muszę dodać: zasługuje też, żeby być docenioną.
W 2017 roku Wydawnictwo Widnokrąg z Piaseczna wprowadziło na polski rynek tłumaczenie książeczki dla młodszych dzieci pod tytułem Remik marzyciel. Tłumacz pracy nie miał za dużo, bo publikacja skoncentrowana nie jest na słowie, a na obrazie. Anne Crausaz napisała i zilustrowała książkę, której największym atutem są właśnie ilustracje. Ale nie oznacza to, że tekst jest nieważny. nie ma tu prostych wierszyków, tak charakterystycznych dla książeczek dla dzieci. Poznajemy wiosenne dwa ślimaki (mamę i tatę, Lucynkę i Wirgiliusza), ich miłość i rodzinne plany. W jakiś sposób nienachalnie wchodzimy w biologię ślimaków, poznajemy najstarsze ich dziecko - tytułowego Remka. I tutaj wchodzimy w świat jego przeżyć, a dokładniej jego marzeń. I o tym właśnie jest ta książeczka: o dziecięcych marzeniach w dochodzeniu do odkrycia i akceptacji siebie.
To jest mądra książeczka, całkowicie wolna od moralizatorstwa czy dydaktyzmu. Z dzieckiem przechodzi się przez szereg świetnie skomponowanych ilustracji, bardzo prostych i bardzo wysmakowanych, zaskakujących i głębokich. Słowa grają drugorzędną rolę. Obrazy nie zamykają w ilustracjach. Wręcz przeciwnie: otwierają wyobraźnię, prowokują do własnych poszukiwań połączeń, do koncentracji na szczególe lub na kompozycji.
Opierając się na własnym doświadczeniu rzekłbym, że to książka dla dwu-trzy letnich dzieci. Zdecydowanie taka, którą dziecko ogląda razem z rodzicem, który może od siebie dołożyć nowe interpretacje.
To, co najbardziej mi się w tej książce podoba, to poza urzekającymi ilustracjami, wolność od nachalności. Kilka lat temu recenzowałem książkę Kim jest ślimak Sam?, która obecnie znów trafiła w centrum genderowych sporów. Na tamtej publikacji nie zostawiłem zbyt dużo suchych nitek z jednego głównie powodu: przemyconej opresyjności. Książka Anne Crausaz Remek marzyciel jest książką o akceptacji siebie bez wchodzenia w obszar tożsamości płci (choć tutaj zostanie mi zarzucone, że na końcu Remek wybiera Martynkę, a zatem na siłę można wytaczać działa przeciwko stereotypom...). Akceptacja siebie i kochanie swojego życia jest zadaniem, które rodzic może realizować z dzieckiem na różne sposoby, a omawiana książeczka jest świetnym narzędziem do tego. Gdyby jednak chcieć ją oderwać całkowicie od tych walorów, i tak się obroni swoją urodą, pomysłowością, estetyką i kreatywnością w prostocie. Polecam zdecydowanie.
Dziś obchodzony jest Dzień Świętości Życia. Przez przypadek złożyło się, że akurat dziś przyszło mi zachwycać się tą książeczką. I myślę sobie, że akceptacja jest właśnie tym kierunkiem, który powinien przyświecać wszystkim szanującym życie.
Anne Crausaz. 2017. Remek marzyciel (Raymond reve). tłum. Anna Nowacka-Devillard. Wydawnictwo Widnokrąg. Pruszków, ss.56

czwartek, 28 lutego 2019

Tłuściochy

Zjadają głównie ogórki z dodatkiem mielonych skorupek jaj i siemienia lnianego. To ostatnie chyba sprawia, że rosną jak na drożdżach... Są ze mną trzeci miesiąc i gdybym miał taki apetyt jak one, musiałbym się już toczyć. Mija tłusty czwartek, a ja patrzę na swoje głodomory i myślę, że dobrze zrobiłem nie dzieląc się z nimi pączkami;)

Teraz...
Miesiąc temu...




czwartek, 31 stycznia 2019

Profesor Wiktor w pamięci żyjących

Przed miesiącem otrzymałem informację, że profesor Andrzej Wiktor zakończył ziemskie życie. Trudno było mi się pogodzić z myślą, że nie ma Go wśród nas. Choć nie znalazłem się w gronie Jego studentów lub współpracowników, cieszyłem się Jego życzliwością i wielokrotnie doświadczałem Jego przyjaznego wsparcia. Dług, który zaciągnąłem, nie łatwo mi będzie spłacić. 
Pomyślałem, że dobrze byłoby, gdybym wrócił do słów, którymi żegnano Go wśród Jego uczniów i przyjaciół. Nie uczestniczyłem w tej części uroczystości pogrzebowych, która miała miejsce na Uniwersytecie Wrocławskim, uznałem jednak za słuszne przedłożyć te słowa, które z różnych stron w dniu pogrzebu popłynęły w czasie pożegnania Pana Profesora.
Słowa prof. Romana Dudy, byłego rektora Uniwersytetu Wrocławskiego:
Andrzej Wiktor pochodził z rodziny ziemiańskiej, o tradycjach sięgających odsieczy wiedeńskiej Jana III Sobieskiego. Ludowa Polska wyrzuciła tę rodzinę z ojcowizny i edukację po wojnie Andrzej rozpoczynał w Gorlicach, a po osiedleniu się rodziny w Sopocie tam ją kontynuował. Po maturze u jezuitów w Gdyni rozpoczął studia przyrodnicze na Uniwersytecie Poznańskim, ale ukończył je na Uniwersytecie Wrocławskim, z którym związał się na całe zawodowe życie. Po swoim mistrzu profesorze Władysławie Rydzewskim został dyrektorem Muzeum Przyrodniczego i wybitnym, na skalę światową, malakologiem.
Zaprzyjaźniliśmy się już jako dorośli ludzie, okazało się bowiem, że przyrodnik i matematyk mogą mieć wiele wspólnego: wiarę w naukę, umiłowanie uniwersytetu, podobny stosunek do wiary i życia.
Muzeum Przyrodnicze, którego Profesor Andrzej Wiktor był dyrektorem przez ponad dwie dekady, dzieli od wrocławskiej katedry krótki spacer przez Ogród Botaniczny. Pamiętam jak dzisiaj ów piękny dzień późną wiosną 1984 r. w którym spotkałem go wychodzącego z żoną Jadwigą z katedry. Kontrast między słoneczną aurą a czarnym garniturem Andrzeja był tak uderzający, że stanąłem zdumiony. Okazało się, że władza nie zatwierdziła jego wyboru na rektora naszego uniwersytetu. Rektor poprzedniej kadencji został przez władze po niecałym roku sprawowania tego urzędu odwołany, a tego dnia w osobie Andrzeja zyskaliśmy rektora już na wstępie do tego urzędu nie dopuszczonego. Reakcja Andrzeja była cicha, ale wymowna: do pracy przyszedł w demonstracyjnie żałobnym stroju, ale swój ból ofiarował Panu Bogu. Nie dał się ponieść odruchom goryczy i nienawiści.
Inne wspomnienie z tych samych lat. Ksiądz Kardynał zainicjował wtedy tzw. opłatki akademickie, które szybko stały się wydarzeniami w naszym akademickim życiu, konsolidującymi środowisko i podnoszącymi jego morale. W takim dniu zbieraliśmy się na mszy świętej w seminaryjnej kaplicy, a potem schodziliśmy do refektarza, gdzie jeden z zaproszonych wygłaszał przemówienie, po którym następowało dzielenie się opłatkiem i poczęstunek. Pierwszym takim mówcą, na pierwszym opłatku akademickim, był Profesor Wiktor. I było to przemówienie świetne. Świetne oratorsko, ale wrażenie na obecnych zrobiła jego głębia, czuło się bowiem, że mówi nie tylko wielki uczony, ale także człowiek głęboko wierzący i gorący patriota.
Andrzej polityki nie lubił, a nawet od niej stronił, ale kiedy trzeba było – stawał w potrzebie. Był jednym z pierwszych członków Solidarności na naszym Uniwersytecie, a w ponurych latach osiemdziesiątych został członkiem podziemnego Społecznego Komitetu Nauki, którego zadaniem było monitorowanie represji w środowisku akademickim, redagowanie „Informatorów” (wydaliśmy ich 8), przekazywanie informacji do Warszawy, rozdzielanie niewielkich funduszy pomocowych i przydzielanie zaproszeń „rodzinnych” na wyjazdy za granicę (w istocie były to kilkumiesięczne prywatne stypendia).
Po śmierci Jadwigi, jego pierwszej żony, którą bardzo przeżył, dwukrotnie wyjechaliśmy wspólnie do sanatoriów, w Zakopanem i w Lądku Zdroju, i z tych wyjazdów mam wiele dobrych wspomnień. Mieszkając razem, chodząc na długie spacery – dużo rozmawialiśmy. Andrzeja pasjonował świat przyrody. Podziwiał jego piękno i złożoność, z lubością odkrywał przed laikiem jego tajemnice, ale przede wszystkim w cudzie życia i jego oszołamiającej rozmaitości widział rękę Stwórcy i uważał, że swoją pracą badacza oddaje Mu cześć. Nie był filozofem i filozofii nie lubił, ale lubił rozmowy o tym, jak osiągnięcia nauki – nie tylko teoria ewolucji, której był gorącym zwolennikiem, ale także teoria Wielkiego Wybuchu i różne inne odkrycia – składają się na spójny i racjonalny, zgodny wiarą obraz świata.
Jako biolog Andrzej odbył kilka dłuższych wypraw, z których najważniejszy dla niego był kilkumiesięczny pobyt na rybackim kutrze na atlantyckich łowiskach oraz pół roku badań w Papui – Nowej Gwinei. Odbył też kilka wypraw krótszych, m.in. w góry Kaukazu, Hiszpanii i Bułgarii, a że był głodny świata i poznawania, to mogło i powinno być tych wypraw więcej. Jednakże w mrocznych czasach PRL-u wyjazdy zagraniczne wiązały się z dużymi utrudnieniami i nieraz były blokowane. Ofiarą takich praktyk padał także Andrzej.
Ten brak Andrzej wyrównywał wędrówkami po kraju. Bywało, że w okresie wiosennego przesilenia telefonował i pytał „A może pojechalibyśmy zobaczyć, czy nadchodzi wiosna?” I jechaliśmy na pobliską Radunię lub do rezerwatu w Muszkowicach, ten drugi wyjazd łącząc zawsze z odwiedzinami Henrykowa i mszą świętą u tamtejszych cystersów. Byliśmy też raz w Tatrach i parokrotnie w Sudetach, a latem na spływach kajakowych, m.in. na Czarnej Hańczy, Krutyni i Zachodnich Jeziorach Mazurskich. Jako towarzysz takich wypraw był Andrzej świetny, nie tylko wytrzymały na trudy i niepogody, ale przede wszystkim zawsze życzliwy i chętny do pomocy.
Śmierć pierwszej żony była dla niego ciosem, ale po latach spotkał Hanię, w której znalazł wierną towarzyszkę życia i jego pasji poznawczych, a w ostatnich paru trudnych latach także niezwykłe wsparcie i opiekę. W dobrych latach odbywali wyprawy samochodowe po wschodnich rejonach Polaki, od Bieszczad po Podlasie, a także autokarowe z zaprzyjaźnionymi krakowskimi przyrodnikami, po Europie.
Z natury serdeczny, otwarty i wszem życzliwy, był Andrzej zwrotnie otoczony serdeczną życzliwością bliskiego otoczenia: rodziny, współpracowników i przyjaciół. Bardzo sobie cenił przyjaźń „Harnasia”, czyli biskupa Adama Dyczkowskiego, z którym dzielił niezrównane poczucie humoru i z którym się wzajemnie odwiedzali. Wiernego i bardzo bliskiego przyjaciela miał w księdzu prałacie Andrzeju Dziełaku. Cieszył się przyjaźnią dra Jerzego Woźniaka, który za piękną przeszłość konspiracyjną został po wojnie skazany na karę śmierci i cały rok przesiedział w celi śmierci, a kiedy szczęśliwym zbiegiem okoliczności zmieniono mu tę karę na dożywocie i po latach, w wyniku jakiejś amnestii, zwolniono, to Andrzej pomógł mu dostać się i ukończyć studiach medyczne.
O Andrzeju można mówić długo. Był wielkim uczonym, który całe swoje życie poświęcił nauce i który naukę traktował jak życiowe powołanie, a nie zawód i rodzaj kariery, a rolę profesora widział nie w konkurencyjnej walce o wyższą osobistą pozycję, ale w trosce o ułatwianie życiowego startu młodym. Był człowiekiem uniwersytetu w najlepszym sensie tego słowa. Kochał swoją pracę w Muzeum Przyrodniczym, a z wyróżnień najwyżej sobie cenił członkostwo Polskiej Akademii Nauk. Ale przede wszystkim był skromnym i dobrym, pięknym i wartościowym człowiekiem. Każde rozstanie rodzi ból, ale w przypadku Andrzeja na dnie tego bólu jest także wdzięczność do losu, że postawił na naszej drodze takiego człowieka i obdarzył nas tak długą jego obecnością.
Z przemówienia prof. Andrzeja Lesickiego, rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu:
W imieniu Stowarzyszenia Malakologów Polskich oddaję hołd pamięci Pana Profesora doktora habilitowanego Andrzej Wiktora, emerytowanego profesora zwyczajnego Uniwersytetu Wrocławskiego, wieloletniego dyrektora Muzeum Przyrodniczego tegoż Uniwersytetu, zmarłego 31 grudnia 2018 roku.

Przemawiam także w imieniu społeczności akademickiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, którym mam zaszczyt teraz kierować, ponieważ Profesor Andrzej Wiktor był też związany z naszym Uniwersytetem. Na Uniwersytecie Poznańskim odbył pierwsze etapy zdobywania wyższego wykształcenia biologicznego, tu miał wybitnych nauczycieli w osobach profesorów Jarosława Urbańskiego i Jana Rafalskiego, którzy zainspirowali go do badań mięczaków. W biuletynach Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk opublikował kilka swoich pierwszych prac malakologicznych. Jako student działał w Kole Naukowym Przyrodników, a o tych pierwszych szlifach w pracy naukowej pamiętał, bo wielokrotnie uczestniczył w odbywanych co 10 lat rocznicowych obchodach tego liczącego dzisiaj blisko 100 lat studenckiego koła naukowego. Na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi UAM uzyskał stopień doktora nauk biologicznych w 1962 roku.

Ale od połowy lat pięćdziesiątych był już związany do końca kariery zawodowej z Uniwersytetem Wrocławskim. Pełnił na nim wiele funkcji, a o uznaniu, jakim cieszyła się Jego praca, świadczy wybór na stanowisko rektora Uniwersytetu Wrocławskiego przez społeczność akademicką w pełni demokratycznych wyborach w 1984 roku, chociaż z powodów politycznych tego stanowiska nie objął.

Działał w licznych instytucjach i radach naukowych. Ja podkreślę tylko Jego związki z malakologami. Od 1984 uczestniczył w corocznych Krajowych Seminariach Malakologicznych i należał do członków założycieli Stowarzyszenia Malakologów Polskich, utworzonego w 1993 roku. W 1997 roku w uznaniu zasług dla rozwoju malakologii na świecie i Polsce otrzymał godność Członka Honorowego Stowarzyszenia.

Zakończył się ziemski etap życia Pana Profesora. W takich momentach przywołujemy rzymską maksymę „Non omnis moriar”. Profesor Andrzej Wiktor pozostanie nadal żywy w naszej wdzięcznej pamięci, jako wybitny uczony i znamienity nauczyciel akademicki. Pozostanie w pamięci licznych jego uczniów, polskich i zagranicznych, do których należą nie tylko wypromowani doktorzy, ale także słuchacze jego wykładów i uczestnicy wycieczek terenowych, które prowadził. Zawsze z niezwykłą pasją przekazywał wszechstronną wiedzę i umiejętności. Seminaria malakologiczne, o których wspomniałem, w pierwszych latach nie były tak, jak dzisiaj, mniej lub bardziej klasycznymi konferencjami naukowymi z prezentacją referatów, komunikatów i posterów przedstawiających wyniki badań naukowych uczestników. W tamtych latach istotną częścią seminarium była dyskusja wokół stołu, w trakcie której młodzi adepci malakologii mówili o swoich badaniach i problemach, a potem wysłuchiwali uwag i otrzymywali rady doświadczonych profesorów, wśród których był Andrzej Wiktor. Wycieczki terenowe towarzyszące seminariom miały na celu też zbiór ślimaków, a analiza zebranych okazów była szkołą rozpoznawania gatunków.

Profesor Andrzej Wiktor będzie żył dalej w dziełach, które pozostawił – opublikował ponad 100 różnych publikacji naukowych – artykułów i monografii, w większości w językach angielskim, niemieckim i polskim. Jego pasją były badania ślimaków nagich, nieoskorupionych, których był najwybitniejszym w świecie znawcą. Im poświęcił swoje najwybitniejsze monografie, z nimi są związane jako największe odkrycia m.in. opisanie ponad 60 nowych dla wiedzy gatunków, a także utworzenie nowych taksonów rodzajowych i rodzinowych dotyczące ślimaków z różnych stron świata. Publikował w najwybitniejszych czasopismach malakologicznych, ale nie zapominał o Folia Malacologica, na których łamach publikował wielokrotnie, m.in. wyniki swoich badań przeprowadzonych w czasie wypraw zagranicznych.

Oddaję cześć wybitnemu uczonemu, nauczycielowi wielu z nas. Ale też naszemu koledze, przyjacielowi, z którym tak wiele nas łączyło. Andrzej Wiktor był osobą niezwykłą. Prawą i szlachetną, przede wszystkim zaś był dobrym człowiekiem, zawsze myślącym o innych. Będzie nam go bardzo brakowało.

A wszystkim, których śmierć Pana Profesora pogrążyła w bólu i żałobie, małżonce, rodzinie, współpracownikom, uczniom, składam wyrazy głębokiego współczucia.
List kondolencyjny przesłał również profesor Andrzej Piechocki, wybitny malakolog, Członek Honorowy Stowarzyszenia Malakologów Polskich:
Jego Magnificencjo, Szanowny Panie Dziekanie, Szanowni Państwo,
Przesyłam słowa szczerego współczucia i żalu z powodu śmierci Prof. dr hab. Andrzeja WIKTORA,
jednego z najwybitniejszych polskich zoologów, zaliczanego do grona czołowych współczesnych malakologów, którego wkład w badania mięczaków Polski i świata pozostanie fundamentalny.
Będę Go pamiętał jako serdecznego przyjaciela, człowieka szlachetnego i prawego, w każdej sytuacji skłonnego do pomocy i poświęcenia dla innych.
Rodzinie Zmarłego przekazuję słowa głębokiego współczucia.
Na ręce Rektora Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Adama Jezierskiego, wysłany został również list przez prof. Jacka Sicińskiego, kierownika Katedry Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii Uniwersytetu Łódzkiego:
Wielce Szanowny Panie Rektorze,
z głębokim żalem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Prof. dr hab. Andrzeja Wiktora, jednego z najwybitniejszych polskich zoologów. Osiągnięcia Profesora w zakresie taksonomii, morfologii i ekologii ślimaków lądowych (Gastropoda terrastria) stawiają Go w rzędzie czołowych specjalistów klasy światowej.
Wielu z nas miało sposobność podziwiać działalność Profesora na kongresach naukowych, w roli recenzenta rozpraw doktorskich i prac habilitacyjnych oraz jako członka Komitetu Zoologii PAN i PAU.
W naszej pamięci Prof. Wiktor pozostanie jako człowiek głębokiej wiedzy, udzielający cennych rad, chętny do pomocy, odważny w  wypowiadanych opiniach, szlachetny i uczciwy.
W imieniu własnym oraz pracowników Katedry Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii Uniwersytetu Łódzkiego, na ręce Jego Magnificencji przesyłam słowa ubolewania z powodu ogromnej straty, jaką poniosła nauka polska i środowisko naukowe Wrocławia.
Uroczystościom pogrzebowym w kościele Świętej Rodziny przewodniczył przyjaciel Profesora biskup Adam Dyczkowski, filozof przyrody, emerytowany biskup legnicki; natomiast homilię pogrzebową wygłosił i przewodniczył uroczystościom na cmentarzu biskup świdnicki, prof. Ignacy Dec. Homilię, którą wygłosił w dniu pogrzebu, opublikował serwis internetowy diecezji świdnickiej. Pozostawiam ją lekturze pod załączonym linkiem.

Biskupi Adam Dyczkowski (z prawej) i Ignacy Dec w czasie uroczystości pogrzebowych

sobota, 19 stycznia 2019

Edgar Allan Poe malakologiem?

19 stycznia 1809 roku w Bostonie urodził się Edgar Allan Poe, najbardziej bodaj w świecie znany amerykański pisarz i poeta doby romantyzmu. I choć jego nazwisko nieodłącznie kojarzy się głównie z gotycką grozą literacką, jego zasług doszukiwać się można i na tak odległych obszarach, jak zoologia, a dokładniej rzecz ujmując: malakologia. Wiele wskazuje na to, że to właśnie Edgar Allan Poe stoi za wprowadzeniem terminu "malakologia (malacology)" do szerokiego zoologicznego słownictwa. I choć sam termin jest o kilka (de Blainville, 1825) lub kilkanaście (Rafinesque, 1814) lat starszy, Poemu można by przypisać największe jego rozpropagowanie u jego początków...
Działo się to 180 lat temu, gdy trzydziestoletni Poe  w kulturalny sposób dokonał czegoś, co dziś nazwalibyśmy plagiatem. Wykorzystując rozpoznawalne już nazwisko wydał był pod nim właśnie opracowanie The Conchologists first Book, poprzedzając je przedmową i wstępem, w którym omówił znaczenie terminu "malakologia". Dokonał też wielu przeredagowań wydanego dwa lata wcześniej oryginalnego działa Thomasa Wyatta, który to niejako "poprosił" Poego o użyczenie nazwiska dla publikacji, której pierwsze wydanie (w cenie 8 dolarów) było zdecydowanie za drogie, by trafić pod amerykańskie strzechy. Pomysł był trafiony, bo wydana w 1839 roku książka podpisana autorstwem Edgara A. Poe doczekała się już w następnym roku drugiego wydania, a przystępna cena (1,5 dolara) przełożyła się na duże zainteresowanie skutkujące trzecim wydaniem w 1845 roku. Zasługą amerykańskiego poety było więc nie tylko wprowadzenie tematyki konchologicznej na szerokie wody czytelnictwa między Atlantykiem a Pacyfikiem, ale również spopularyzowanie naukowej (malakologicznej) interpretacji zainteresowań historią naturalną w duchu ustaleń Cuviera, którego dzieła w obszernych fragmentach Poe przetłumaczył i wkompilował w książkę.
Od narodzin Edgara Allana Poe mija 210 lat. Romantyczna twórczość i skomplikowana biografia wpisały go w panteon twórców, którym fascynować się nie przestają wszelkiego rodzaju "dusze czujące ból świata". Warto mieć jednak w świadomości, że parając się tak nieświatową dziedziną wiedzy, jaką jest malakologia, ma się wśród jej twórców między innymi wybitnego poetę. A o kształtowaniu się samego terminu jak i oznaczonej przezeń nauki warto poczytać w tekście rosyjskiego malakologa Maxima Vinarskiego The bitrh of malacology. When and how z 2014 roku.



Edgar Allan Poe, (C) Wikipedia