wtorek, 21 maja 2019

XXXV Krajowe Seminarium Malakologiczne - podsumowanie

Od osoby, która uczestniczyła w XXXV Krajowym Seminarium Malakologicznym w Szczecinie usłyszałem tylko cztery słowa na ten temat: Żałuj, że nie byłeś. Myślę, że to bardzo dobra recenzja, odwołująca się wprawdzie bardziej do emocji niż rozumu, ale trafna. Bo osobiście żałuję, że nie byłem w stanie dotrzeć w ostatnich dniach na Zachodnie Wybrzeże.
Organizatorzy mieli utrudnione zadanie: seminarium miało się odbyć w pół roku po poprzednim, co już jest pierwszym etapem eliminacji. Poza tym nie bez znaczenia jest położenie, chociaż z Przemyśla malakologów jakoś nie znam, to do Szczecina potrafi być spory kawałek drogi...
Tom streszczeń podaje 35 uczestników (przy 59 autorach i współautorach wystąpień). Bardzo widoczne w układzie streszczeń jest występowanie nazwisk malakologów spoza Polski, co cieszy tym bardziej, że daje perspektywy na nowe kierunki badań. Widać, że polska malakologia ma coraz bardziej międzynarodowy charakter i mam nadzieję, że podejmowana współpraca przekładać się będzie również na publikacje w naszych Folia.
Żałuję nieobecności, bo miałbym szansę poznać kilku malakologów, których znam najwyżej z kontaktu mailowego. Może przyjdzie okazja to nadrobić. Chcę jednak podkreślić, że ten aspekt powinien być równoważny walorom naukowym organizowanych seminariów, to znaczy, że malakolodzy spotykają się nie tylko po to, żeby prezentować swój dorobek, ale żeby się poznawać, tworzyć relacje, które przełożą się (lub nie) na perspektywy współpracy.
Przeglądając tomik streszczeń, za który dziękuję serdecznie organizatorom, zwróciłem uwagę na kilka wystąpień. Proszę wybaczyć, że wprowadzę chaos w kolejności swoich typów, ale chcę uniknąć posądzenia o faworyzowanie kogoś lub czegoś;) Na pewno z rozdziawioną gębą słuchałbym o malakofaunie abysalu. To tak niespotykany wręcz temat w pracach polskich malakologów, że sporadyczne informacje o malakofaunie głębin oceanicznych chłonąłbym jak gąbka. Zagadnienie to opracowane zostało przez prof. Teresę Radziejewską i dr Brygidę Wawrzyniak-Wydrowską. Ponieważ zawsze interesowała mnie faunistyka, posłuchałbym z przyjemnością o malakofuanie ruin zamku Rogowiec w Górach Suchych (byłem blisko w ostatnim czasie...), zwróciłbym uwagę na wystąpienie Anny Drozd prezentujące zagadnienie wykorzystania muszli z kolekcji muzealnych do badania strategii rozrodczych świdrzyków (nieinwazyjnego badania!). Właściwie to zabrnąłem w ślepy korytarz wymieniając zagadnienia, które by mnie interesowały. Szybciej wymieniłbym te, które bym sobie odpuścił, bo takich nie było (może na niektórych bym się rozkojarzył przez chwilę;).
W czasie Seminarium wspominano odeszłego niedawno Profesora Andrzeja Wiktora. Prezentująca jego sylwetkę prof. Beata Pokryszko w czasie szczecińskiego seminarium odebrała nadaną w zeszłym roku godność Członka Honorowego Stowarzyszenia Malakologów Polskich. Obiecuję podzielić wygłoszoną laudacją, kiedy tylko uda mi się do niej dotrzeć.
W Szczecinie potwierdzono, że kolejny zjazd polskich malakologów odbędzie się w Katowicach, choć nie podano jeszcze terminu. Wierzę, że tym razem okoliczności będą bardziej sprzyjające i będę mógł omówić to wydarzenie jako jego uczestnik. Mam już pierwsze pomysły na wystąpienie...


środa, 15 maja 2019

Co w Sudetach spotkałem

Obiecałem przed kilkoma dniami, że podzielę się informacjami na temat wypadu w Sudety. Śmierć prof. Małgorzaty Strzelec spowodowała, że nie miałem głowy do pisania na świeżo. Nie będzie to zatem reportaż z podróży, tylko garstka krótkich uwag faunistycznych poczynionych na marginesie pracy nieżyjącego już profesora Andrzeja Wiktora Mięczaki Ziemi Kłodzkiej i gór przyległych. I żeby jasność była: Profesor Wiktor badał tamte strony przez kilka lat, ja tam spędziłem ledwo kilka dni i to w celach turystycznych, nie badawczych. Nie mam więc ambicji recenzować tutaj pracy sprzed pięćdziesięciu laty... ale coś od siebie dorzucić.
Przed wyjazdem wypisałem sobie kilkadziesiąt miejsc, byłem w dziesięciu, w dziewięciu przyglądałem się ślimakom. Wypisałem sobie też kilka gatunków, które chciałem zobaczyć na żywo, nie wszystko mi się udało zrealizować.
Zacznę od stwierdzenia jednej nieaktualności wspomnianej pracy sprzed pięćdziesięciu lat. Z całą pewnością lista stwierdzonych gatunków może być powiększona o jeden gatunek. I od tego właśnie zacznę.
W zeszłym roku nie udało mi się stanąć nad Źródłami Romanowskimi w Masywie Krowiarek. Byłem o krok, ale nie wiedziałem, gdzie to dokładnie. Tym razem byłem lepiej przygotowany i prawie bezbłędnie trafiłem. Prawie. Bo zamiast do źródeł, wlazłem najpierw do małego potoczku, bodajże Piotrówką zwanym. Sięgnowszy po pierwszy kamień, niemal z radości podskoczyłem. Cały był oblepiony źródlarkami. O jak się ucieszyłem! Ale zaraz po chwili, kiedy afekt opadł i chłodne, choć schorowane, oko badacza zobaczyło, dzierży drżąca dłoń. Zanim nazwałem jeszcze odkrycie, przez myśl przeszła mi mrożąca krew w żyłach hipoteza: a co, jeśli przez ostatnie lata zachwycali się wszyscy nie źródlarką, a wodożytką? Tak, to właśnie odkryłem. Zamiast spodziewanej źródlarki karpackiej Bythinella austriaca f. ehrmanni Pax, znalazłem... wodożytkę nowozelandzką Potamopyrgus antipodarum! Noż cholera, pomyślałem... To ja tu szukam, sprawdzam, czytam, ludziom głowę zawracam tylko po to, żeby wodożytkę znaleźć??? Ochłonąłem i rozejrzawszy się uważniej, podjąłem decyzję o przeniesieniu się w sąsiednie zarośla. Decyzja była słuszna, a widok autochtona z torbą butelek potwierdził moje dedukcje. Oto znalazłem się nad Źródłami Romanowskimi. Ostrożnie sięgnąłem po pierwszy kamień i podnosząc go ku oczom, uspokoiłem się na dobre, choć serce biło mi znacznie szybciej, niż kiedym stawał w wodach Piotrówki przed kilkunastoma minutami... Historyczne stanowisko Bythinella austriaca jest nadal żywe i bardzo mnie ucieszyło, że mogłem choć przez chwilę popatrzeć na żyjące tam źródlarki, na jedynym sudeckim stanowisku. Co ciekawe nie znalazłem tam wodożytki nowozelandzkiej. Towarzyszyła mi taka obawa, że ten obcy gatunek mógłby skutecznie wyprzeć naszą źródlarkę. Widać postanowiły sobie w paradę nie wchodzić... Moje gapiostwo przełożyło się jednak na stwierdzenie nowego dla Ziemi Kłodzkiej gatunku. Jest nim wodożytka nowozelandzka. Jeśli ktoś wątpi, załączam dowód fotograficzny.
Przytulikowi strumieniowemu też się tam dobrze żyje.
Źródło Romanowskie

Potamopyrgus antipodarum z Piotrówki

W pobliżu znajduje się stanowisko bardzo rzadkiego u nas gatunku świdrzyka - Charpenteria ornata. I mam na myśli nie Wapniarkę, a stanowisko w pobliżu kamieniołomu przy wsi Romanowo. Stanowiska rozdzielone są wcale ruchliwą DK 33, z całą pewnością ślimaki nie przelazły tam na nodze samodzielnie...
Nie doczytałem, że nad brzegami Źródeł Romanowskich żył przed laty Vertigo angustior. Skoro nie doczytałem, to i nie sprawdziłem. Szkoda, bo może udałoby mi się potwierdzić.

Miejscem mojego noclegowania było Międzygórze. Kto nie był, niech żałuje. Zwłaszcza rezerwatu "Przełom Wilczki". Po inwestycjach poczynionych w ostatnich latach miejsce wydaje się być idealnym do cieszenia oczu. Odpuściłem sobie jakieś szczególne poszukiwania w tamtych okolicach, sucho było strasznie, więc nie nastawiałem się na jakieś spektakularne odkrycia. Popatrzyłem sobie na ślimaka nadobnego Faustina faustina i na wałkówkę górską Ena montana (zwłaszcza ten ostatni gatunek zawsze mnie cieszy, bo znam go z kilku tylko stanowisk).
Bardzo mi zależało na dotarciu do stanowiska, o którym wiem, że od lat nikt go nie sprawdzał. Na północ od Kłodzka, w Górach Bardzkich, znajduje się szczyt Goliniec. Nie pytajcie mieszkańców wsi o  Goliniec, pytajcie o stary kamieniołom, to wskażą dobrą drogę... Już dawno się przekonałem, że miejscowi gdzieś mają oficjalną toponomastykę. Nie wiem, czy zrealizowałem swój cel. Dotarłem na Goliniec, znalazłem stary kamieniołom, ale nie wiem, czy znalazłem akurat ten gatunek, dla którego trud ten podejmowałem. Sucho było jak w mieszkaniu w bloku w pełni sezonu grzewczego... Szukałem ślimaka zaniedbanego Cernuella neglecta (Draparnaud 1805), którego jedyne stanowisko stąd jest właśnie podawane przez profesora Andrzeja Wiktora. Znalazłem muszle, które mogą odpowiadać opisowi, ale wszystkie mocno zwietrzałe, stare, podniszczone, a tym samym trudniejsze do pewnego oznaczenia. Żadnego żywego ślimaka, wszystko sprzed jakiegoś czasu, myślę że może nawet więcej, niż rok. Gdyby mi ktoś te muszle pokazał, to na 100% oznaczyłbym jako Xerolenta obvia. Nie mając żywych okazów, nie zweryfikuję anatomicznie, natomiast kierując się opisem z klucza mogę pokusić się o przypuszczenie, że to jednak Cernuella. Pewności nie mam i chciałbym się tam kiedyś wybrać przy sprzyjających warunkach pogodowych, tj. w czasie ciepłych deszczowych pogód.
Kamieniołom na Golińcu

Było jeszcze trzecie miejsce, które bardzo chciałem zweryfikować. Trafiłem tam, ale nie znalazłem tego, czego szukałem. Chciałem sprawdzić, czy w Dusznikach znajdę Macrogastra badia. Miejsce znalazłem, ale ślimaka nie wypatrzyłem. Inne świdrzyki znalazłem, ale nie kasztanowatego. Może przy innej okazji.
Podobnie na inną okazję przełożyć muszę wrocławskie Pilczyce, gdzie spodziewałem się w drodze powrotnej znaleźć Monacha cartusiana. Badania poznańskich malakologów potwierdziły, że populacje Monacha z Wrocławia to cartusiana. Rodzaj ten znam z Poznania (claustralis na 100%) i z Kielc (ze stanowiska, gdzie występuje claustralis). Nie udało mi się z Wrocławiem, więc też będę musiał wrócić, lub zdać się na żebraninę. Obecnie uważam, że nie mam w zbiorach Monacha cartusiana, choć ten kielecki okaz to mi tych poznańskich nie przypomina, więc może jednak...

Ziemia Kłodzka prosi się, żeby faunistycznie przyjrzeć się jej ponownie. Badania po latach pozwalają na prognozowanie zmian, na ocenę stanu zagrożenia poszczególnych gatunków. Być może udałoby się wydłużyć aktualną listę, a może okazałoby się, że lista świeci pustkami? W każdym razie turystycznie polecam ten kierunek na wypady nie tylko z okazji majówki. I jeśli tam wrócę, to nie tylko dlatego, że wciąż mój apetyt nie jest zaspokojony... Tam po prostu jest pięknie.
Wilczka w Międzygórzu przed wodospadem

Wałkówka górska

wtorek, 14 maja 2019

XXXV Krajowe Seminarium Malakologiczne - zaraz się zacznie!

Prawie pięćset kilometrów dzieli mnie właśnie od miejsca, w którym chciałbym przez najbliższe trzy dni przebywać... I nic to te pięćset kilometrów, bo nad ranem mógłbym już tam być. Nie będzie mnie tam jednak i cóż powiedzieć? Szkoda... Może się uda w przyszłym roku.
Właśnie rozpoczyna się XXXV Krajowe Seminarium Malakologiczne. Dzieje się to w Szczecinie, gdzie właśnie zjeżdżają się malakolodzy z całej (mam nadzieję) Polski, meldują się w hotelach, hostelach i schroniskach, żeby rano o ósmej stawić się w Centrum Dydaktyczno-Badawczym Wydziału Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Szczecińskiego. Nie mam żadnych przecieków na temat frekwencji, nie znam nawet zarysu tematów, które zostaną poruszone. Zżera mnie ciekawość.

Życzę wszystkim malakologom ciekawych wystąpień, burzliwych dyskusji, inspirujących rozmów, ciepłej atmosfery i nowych tematów. Liczę na jakieś wieści z Zachodniego Pomorza. Mam nadzieję, że do zobaczenia na kolejnym Seminarium, nie wiem gdzie, nie wiem kiedy, ale w dobrym gronie zakręconych badaczy i miłośników...

wtorek, 7 maja 2019

100 lat Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu

Nie mogę się zwać synem tej uczelni i nigdy nawet moja stopa nie stanęła dotąd w jej progach, ale w dniu Setnej Rocznicy Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu chciałbym wyrazić swoją wdzięczność temu środowisku za wkład w rozwój polskiej i światowej nauki, a zwłaszcza malakologii.
Przed stu laty otwarto w Poznaniu Wszechnicę Piastowską, którą wkrótce przemianowano na Uniwersytet Poznański. To wykładowcą tej uczelni była dr Maria Młodzianowska-Dyrdowska, tutaj swoją karierę budował prof. Jarosław Urbański, a w czasach współczesnych Uniwersytet stworzył warunki do pracy wielu malakologów i to niezależnie od rektorów tej uczelni, której obecny Rektor w osobie prof. Andrzeja Lesickiego jest dla polskiej malakologii niezwykle zasłużony. Mógłbym wymienić przynajmniej kilkanaście nazwisk osób związanych z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza, które zajmowały się bądź zajmują się malakologią.
Stulecie Uniwersytetu w tak ważnym mieście jak stołeczny Poznań wydaje się być skromnym jubileuszem. Historia nie oszczędzała jednak stolicy Wielkiej Polski i należy się cieszyć, że od stu lat działa uczelnia kształcąca wybitnych przedstawicieli naszego narodu, w tym wyśmienitych malakologów.
Jego Magnificencji profesorowi Andrzejowi Lesickiemu, Rektorowi UAM oraz pracownikom, doktorantom i studentom Uniwersytetu życzę  z okazji pięknego jubileuszu poczucia dumy z dokonań swojej Alma Mater, sukcesów naukowych rozsławiających naukę polską w świecie a także satysfakcji z tworzenia perspektyw na kolejne lata działalności Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Malakofil Ślimaćkiewicz
 

sobota, 4 maja 2019

Zmarła prof. dr hab. Małgorzata Strzelec

Wczoraj, 3 maja 2019 r. dotarła do mnie smutna i zaskakująca wiadomość, że tego dnia zmarła prof. dr hab. Małgorzata Strzelec, śląska hydrobiolog i malakolog zajmująca się od lat wpływem anropopresji na bioróżnorodność.
Spotkaliśmy się raz, w październiku 2014 r. w Łopusznej, w czasie XXX Krajowego Seminarium Malakologicznego. Znaliśmy się wcześniej z kontaktu mailowego, ja ponadto znałem Panią Profesor z dwóch książek, które wówczas zasilały moją biblioteczkę. Długo rozmawialiśmy o stanowiskach Ferrissia fragilis w Polsce, o Corbicula fluminea i możliwości jej pojawienia się na Górnym Śląsku, a przede wszystkim o pomyśle monitoringu tempa sukcesji ślimaków w zbiornikach antropogenicznych tworzonych wzdłuż nowych autostrad i dróg ekspresowych. Pomysł wydał się ciekawy, ale z powodu braku zasobów ludzkich, nigdy nie doszedł do skutku...
Kilka tygodni później Pani Profesor Strzelec zaskoczyła mnie przesyłką zawierającą jej książkę napisaną razem z dr Mariolą Krodkiewską i nieżyjącym już wówczas prof. Serafińskim. W liście wspominała mi, ile emocji kosztowało ją opracowywanie notatek ze spotkań ze swoim byłym szefem, który zmagając się z chorobą, chciał dokonać pewnych wieloletnich podsumowań...
Słabo znam biografię profesor Małgorzaty Strzelec. Wiem, że naukowo i zawodowo związana była z Katowicami, gdzie pełniła funkcję kierownika Katedry Hydrobiologii w Wydziale Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Śląskiego. To na tej uczelni zdobywała stopnie i tytuły (habilitacja w październiku 1994 roku na podstawie książki Ślimaki (Gastropoda) antropogenicznych środowisk wodnych Wyżyny Śląskiej. 22 stycznia 2007 roku uzyskała tytuł profesora zwyczajnego. Wychowała kilku doktorów (m.in. Aneta Spyra, Anna Cieplok, Mariola Krodkiewska i Iga Lewin), recenzowała dorobek w przewodach habilitacyjnych m.in. Beaty Jakóbik. Nie wiem, ilu magistrów wyszło spod jej ręki, ale miała opinię dobrego dydaktyka i naukowca szanującego twórcze poszukiwania swoich uczniów.
Pamiętam, że w Toruniu, w czasie XXXIV KSM zapowiadano seminarium w Szczecinie, mówiono również, że do przygotowania następnego zgłosiła się profesor Małgorzata Strzelec...
Odejście profesor Małgorzaty Strzelec napełnia smutkiem. Polska nauka straciła pracowitego badacza, a środowisko polskich malakologów straciło znawczynię hydrobiologii oraz specjalistkę od bentosu zbiorników antropogenicznych. Straciliśmy przede wszystkim dobrą osobę, która o swojej pracy mówiła z nienarzucającą się ciekawością. Straciliśmy współtwórczynię polskiej malakologii ostatniego ćwierćwiecza.
Uroczystości pogrzebowe rozpoczną się 7 maja 2019 r. o godz. 11 w kaplicy cmentarnej pw. Matki Bożej Anielskiej przy ul. 11 Listopada w Dąbrowie Górniczej.
Niech odpoczywa w Pokoju!




 

wtorek, 30 kwietnia 2019

Zaraz ruszam

Przed laty schodził tę ziemię śp. profesor Wiktor. Nie mogłem sobie wyobrazić, żeby nie stanąć na Ziemi Kłodzkiej w roku Jego braku.
Ruszam rano. Dam znać po powrocie. Cicerone z zakreśleniami ks. Jerzego Kaczmarka już w plecaku!

sobota, 20 kwietnia 2019

Surrexit Christus vere!

Na rozum, nie sposób tego pojąć. Ale trzeba próbować. W tym celu trzeba pozwolić poprowadzić dłoń do Źródła. Nie wyrywać jej, nie cofać. On pozwala na wątpliwości, On zna gorycz rozterek, On zna granice, za które nam nie udaje się wyjść. Naprawdę.
Z okazji Świąt Paschalnych wszystkim miłośnikom malakologii, czytelnikom i inspiratorom życzę radości eksplodującej w sercu, wiary przeświecającej rozum i miłości, która pozwala odważnie mierzyć się z niepojętą codziennością.
Malakofil Ślimaćkiewicz




środa, 17 kwietnia 2019

Zatoczek skręcony Bathyomphalus contortus (Linnaeus, 1758)

Przyjąć można, że w Polsce żyje dwadzieścia gatunków zaliczanych do rodziny Planorbidae. Oczywiście w systematyce mięczaków panuje obecnie takie zamieszanie, że nie ma co iść na noże w obronie tej liczby, ale tak się mniej wiecej przyjmuje. Rzecz w dwóch gatunkach, które za nic zatoczków nie przypominają, ale są obecnie zaliczane do tej rodziny (chodzi o Ancylus fluviatilis i Ferrissia fragilis). Generalnie - wyłączając wspomniane dwa wyjątki - muszle zatoczków są łatwe do odróżnienia od innych rodzin, a nawet poszczególne rodzaje dają się od siebie odróżnić bez szczególnego kłopotu. Z tych wszystkich natomiast jest jeden gatunek zatoczka, z którym jako amator nigdy nie miałem najmniejszego problemu z identyfikacją. A pierwszy raz spotkaliśmy się jakieś ćwierćwiecze temu...
Ujednolicając etykiety w swoich zbiorach doszedłem do próbek z gatunkiem, który chciałbym dziś nieco przybliżyć. Zatoczek skręcony Bathyomphalus contortus (Linnaeus, 1758) jest tym gatunkiem z rodziny Planorbidae, z którym zawsze lubiłem się spotykać, bo i urodą różni się od pozostałych zatoczkowatych, i nie sprawia kłopotów w identyfikowaniu.
Spotykamy się najczęściej przy brzegach jezior, stawów lub stagnujących rzek, najczęściej w trzcinowiskach lub zarzęsionych kożuchach. Łazi sobie, jak to płucodyszne ślimaki wodne mają w zwyczaju - nogą do góry sunąc po spodniej stronie lustra wody. Często też widuję go na martwych tkankach roślin (w moich obserwacjach bardzo często na rozkładających się liściach pałki wodnej). Jeśli nastawiam się na znalezienie właśnie tego gatunku, szukam spokojnych zatoczek, gdzie na płyciznach zalega kilkucentymetrowa warstwa rozkładających się roślin, zwłaszcza takich sporych fragmentów.
Nie jest to przedstawiciel olbrzymów wśród naszej malakofauny. Raczej średniak i to w tych dolnych rejestrach. Średnica muszli nie przekracza 6 mm przy wysokości 1,5-2 mm (wg Piechocki, Wydrowska-Wawrzyniak, 2016). To, co najbardziej ułatwia oznaczanie tego gatunku, to "grubość" muszli, spawająca wrażenie jakbyśmy trzymali w palcach małą pastylkę. Przy niewielkich rozmiarach muszla składa się z wielu skrętów co sprawia, że trudno ją pomylić z muszlą innego gatunku. Pomocne jest również charakterystyczne zagłębienie środka muszli, wyglądające jak nakłucie igłą oraz półksiężycowate ujście muszli.
O tej porze roku ślimaki przystępują do rozrodu. Spotkać można kopulujące osobniki tworzące nawet tzw. łańcuchy kopulacyjne złożone z kilku zwierząt, które przyjmują rolę samicy lub samca. Oglądając żywe ślimaki warto też zwrócić uwagę na ich czułki, podobnie jak u innych zatoczkowatych długie i nitkowate, u tego gatunku lekko różowawe.
Mija połowa kwietnia, a ja tego roku jeszcze nie stanąłem nad brzegiem wody... Będzie to trzeba rychło nadrobić. Mam jedno upatrzone miejsce i wydaje się, że łatwo spotkam tam zatoczka skręconego. Lubię patrzeć, jak się porusza, jak przenosi muszlę, jak reaguje na dotyk. Mam też nadzieję, że poza nim spotkam jeszcze i inne ślimaki, bo choć tyle lat brodzę po różnych bajorach, wciąż jest kilka gatunków, których na oczy nie widziałem. A może wypatrzę larwy chruścika Limnephilus flavicornis, które z dzieciństwa jeszcze pamiętam obklejone domkiem z muszelek mniejszych zatoczkowatych... Dam znać, jak coś ciekawego wypatrzę.



niedziela, 31 marca 2019

Poczwarówka malutka - Truncatellina cylindrica (Férussac, 1807)

Chciałbym, aby ten rok (2019) był w moim wydaniu rokiem częstszych wypadów w teren i chciałbym jeszcze, aby głównym kierunkiem poszukiwań były najpospolitsze nasze maluchy. Długa jest lista gatunków, których dotąd nie udało mi się spotkać, ale wcale nie krótka jest lista gatunków, które gdzieś kiedyś udało mi się spotkać lub nawet zebrać. Są gatunki pospolite, które jednak spotykam zdecydowanie rzadziej od innych pospolitych, a niewielkich rozmiarów gatunków. Jednym z takich właśnie jest poczwarówka malutka Truncatellina cylindrica (Férussac, 1807). Znam ten gatunek aż z dwóch (słownie: dwóch!) stanowisk, łącznie z trzech okazów, które zasilają moje zbiory... Nie wiem, czemu tak się dzieje, bo mniejsze gatunki, jak na przykład krążałek malutki Punctum pymaeum czy stożeczek drobny Euconulus fulvus spotykam dużo częściej i liczniej...
Poczwarówka malutka jest gatunkiem ślimaka trzonkoocznego z rodziny Vertiginidae, jednym z trzech przedstawicieli rodzaju Truncatellina występujących w Polsce. Spośród nich jest też najpospolitszym. Jest to - i można by nazwie wierzyć - malutki przedstawiciel naszej malakofauny, bowiem wysokość muszli nie przekracza 1,9 mm, a szerokość maksymalnie osiąga 1,3mm. Gołym okiem trudno odróżniać ją od innych poczwarówek, ale kilkukrotne powiększenie pozwala dojrzeć charakterystyczne delikatne żeberkowanie, bardzo regularne, którego nie widać tylko na zaokrąglonym szczycie. Ujście muszli pozbawione ząbków i listewek, a warga bardzo słabo wywinięta, ostra i delikatna. Dołek osiowy otwarty. Muszla wydaje się być matowa, żółtawa, blado-złotawa.
Gatunek występuje na  terenach zasobnych w wapń, w miejscach suchych, najczęściej w w trawie, w ściółce, pod kamieniami, rumoszem skalnym, na półkach skalnych, w szczelinach murów, na nasypach kolejowych czy hałdach (w Wolicy w Rejonie Świętokrzyskim na hałdzie węglanowej gatunek ten występował masowo: Barga-Więcławska 1997).
Zdaniem Wiktora (2004) jest to gatunek pospolicie występujący w Polsce, jednak nieobecny na jej północy. W górach osiąga wysokość do 1300 m.np.m. 
Chciałbym w tym roku przypatrzeć się, czy potrafię ją wynaleźć na nowych stanowiskach. Powinien ją spotykać częściej. Dzielę się odnalezioną próbką (2/3 całości mojego depozytu), którą znalazłem w czasie porządkowania zbiorów. Okazy pochodzą sulejowskiego wapiennika, zebrane w czerwcu 2016 roku.
Chciałbym na koniec tego roku móc się podzielić nowymi znajomościami z maluchami, mam nadzieję, że coś się z tego uda...

poniedziałek, 25 marca 2019

Wiosenne marzenia

Dawno się nie produkowałem. Opuściłem się, przepraszam. Nie to, że nie było o czym pisać, ale jakoś ciężko było... Czasem tak jest.
Dziś z letargu wybudziła mnie przesyłka z zamówioną książką (właściwiej jedna z dwóch przesyłek, o drugiej przy innej okazji). Ponieważ zupełnie przeoczyłem jej premierę, muszę zrobić coś, żeby się jakoś zrehabilitować. Książka, którą trzymam w ręku zasługuje na to, żeby być zauważoną i tytułem wstępu muszę dodać: zasługuje też, żeby być docenioną.
W 2017 roku Wydawnictwo Widnokrąg z Piaseczna wprowadziło na polski rynek tłumaczenie książeczki dla młodszych dzieci pod tytułem Remik marzyciel. Tłumacz pracy nie miał za dużo, bo publikacja skoncentrowana nie jest na słowie, a na obrazie. Anne Crausaz napisała i zilustrowała książkę, której największym atutem są właśnie ilustracje. Ale nie oznacza to, że tekst jest nieważny. nie ma tu prostych wierszyków, tak charakterystycznych dla książeczek dla dzieci. Poznajemy wiosenne dwa ślimaki (mamę i tatę, Lucynkę i Wirgiliusza), ich miłość i rodzinne plany. W jakiś sposób nienachalnie wchodzimy w biologię ślimaków, poznajemy najstarsze ich dziecko - tytułowego Remka. I tutaj wchodzimy w świat jego przeżyć, a dokładniej jego marzeń. I o tym właśnie jest ta książeczka: o dziecięcych marzeniach w dochodzeniu do odkrycia i akceptacji siebie.
To jest mądra książeczka, całkowicie wolna od moralizatorstwa czy dydaktyzmu. Z dzieckiem przechodzi się przez szereg świetnie skomponowanych ilustracji, bardzo prostych i bardzo wysmakowanych, zaskakujących i głębokich. Słowa grają drugorzędną rolę. Obrazy nie zamykają w ilustracjach. Wręcz przeciwnie: otwierają wyobraźnię, prowokują do własnych poszukiwań połączeń, do koncentracji na szczególe lub na kompozycji.
Opierając się na własnym doświadczeniu rzekłbym, że to książka dla dwu-trzy letnich dzieci. Zdecydowanie taka, którą dziecko ogląda razem z rodzicem, który może od siebie dołożyć nowe interpretacje.
To, co najbardziej mi się w tej książce podoba, to poza urzekającymi ilustracjami, wolność od nachalności. Kilka lat temu recenzowałem książkę Kim jest ślimak Sam?, która obecnie znów trafiła w centrum genderowych sporów. Na tamtej publikacji nie zostawiłem zbyt dużo suchych nitek z jednego głównie powodu: przemyconej opresyjności. Książka Anne Crausaz Remek marzyciel jest książką o akceptacji siebie bez wchodzenia w obszar tożsamości płci (choć tutaj zostanie mi zarzucone, że na końcu Remek wybiera Martynkę, a zatem na siłę można wytaczać działa przeciwko stereotypom...). Akceptacja siebie i kochanie swojego życia jest zadaniem, które rodzic może realizować z dzieckiem na różne sposoby, a omawiana książeczka jest świetnym narzędziem do tego. Gdyby jednak chcieć ją oderwać całkowicie od tych walorów, i tak się obroni swoją urodą, pomysłowością, estetyką i kreatywnością w prostocie. Polecam zdecydowanie.
Dziś obchodzony jest Dzień Świętości Życia. Przez przypadek złożyło się, że akurat dziś przyszło mi zachwycać się tą książeczką. I myślę sobie, że akceptacja jest właśnie tym kierunkiem, który powinien przyświecać wszystkim szanującym życie.
Anne Crausaz. 2017. Remek marzyciel (Raymond reve). tłum. Anna Nowacka-Devillard. Wydawnictwo Widnokrąg. Pruszków, ss.56

czwartek, 28 lutego 2019

Tłuściochy

Zjadają głównie ogórki z dodatkiem mielonych skorupek jaj i siemienia lnianego. To ostatnie chyba sprawia, że rosną jak na drożdżach... Są ze mną trzeci miesiąc i gdybym miał taki apetyt jak one, musiałbym się już toczyć. Mija tłusty czwartek, a ja patrzę na swoje głodomory i myślę, że dobrze zrobiłem nie dzieląc się z nimi pączkami;)

Teraz...
Miesiąc temu...




czwartek, 31 stycznia 2019

Profesor Wiktor w pamięci żyjących

Przed miesiącem otrzymałem informację, że profesor Andrzej Wiktor zakończył ziemskie życie. Trudno było mi się pogodzić z myślą, że nie ma Go wśród nas. Choć nie znalazłem się w gronie Jego studentów lub współpracowników, cieszyłem się Jego życzliwością i wielokrotnie doświadczałem Jego przyjaznego wsparcia. Dług, który zaciągnąłem, nie łatwo mi będzie spłacić. 
Pomyślałem, że dobrze byłoby, gdybym wrócił do słów, którymi żegnano Go wśród Jego uczniów i przyjaciół. Nie uczestniczyłem w tej części uroczystości pogrzebowych, która miała miejsce na Uniwersytecie Wrocławskim, uznałem jednak za słuszne przedłożyć te słowa, które z różnych stron w dniu pogrzebu popłynęły w czasie pożegnania Pana Profesora.
Słowa prof. Romana Dudy, byłego rektora Uniwersytetu Wrocławskiego:
Andrzej Wiktor pochodził z rodziny ziemiańskiej, o tradycjach sięgających odsieczy wiedeńskiej Jana III Sobieskiego. Ludowa Polska wyrzuciła tę rodzinę z ojcowizny i edukację po wojnie Andrzej rozpoczynał w Gorlicach, a po osiedleniu się rodziny w Sopocie tam ją kontynuował. Po maturze u jezuitów w Gdyni rozpoczął studia przyrodnicze na Uniwersytecie Poznańskim, ale ukończył je na Uniwersytecie Wrocławskim, z którym związał się na całe zawodowe życie. Po swoim mistrzu profesorze Władysławie Rydzewskim został dyrektorem Muzeum Przyrodniczego i wybitnym, na skalę światową, malakologiem.
Zaprzyjaźniliśmy się już jako dorośli ludzie, okazało się bowiem, że przyrodnik i matematyk mogą mieć wiele wspólnego: wiarę w naukę, umiłowanie uniwersytetu, podobny stosunek do wiary i życia.
Muzeum Przyrodnicze, którego Profesor Andrzej Wiktor był dyrektorem przez ponad dwie dekady, dzieli od wrocławskiej katedry krótki spacer przez Ogród Botaniczny. Pamiętam jak dzisiaj ów piękny dzień późną wiosną 1984 r. w którym spotkałem go wychodzącego z żoną Jadwigą z katedry. Kontrast między słoneczną aurą a czarnym garniturem Andrzeja był tak uderzający, że stanąłem zdumiony. Okazało się, że władza nie zatwierdziła jego wyboru na rektora naszego uniwersytetu. Rektor poprzedniej kadencji został przez władze po niecałym roku sprawowania tego urzędu odwołany, a tego dnia w osobie Andrzeja zyskaliśmy rektora już na wstępie do tego urzędu nie dopuszczonego. Reakcja Andrzeja była cicha, ale wymowna: do pracy przyszedł w demonstracyjnie żałobnym stroju, ale swój ból ofiarował Panu Bogu. Nie dał się ponieść odruchom goryczy i nienawiści.
Inne wspomnienie z tych samych lat. Ksiądz Kardynał zainicjował wtedy tzw. opłatki akademickie, które szybko stały się wydarzeniami w naszym akademickim życiu, konsolidującymi środowisko i podnoszącymi jego morale. W takim dniu zbieraliśmy się na mszy świętej w seminaryjnej kaplicy, a potem schodziliśmy do refektarza, gdzie jeden z zaproszonych wygłaszał przemówienie, po którym następowało dzielenie się opłatkiem i poczęstunek. Pierwszym takim mówcą, na pierwszym opłatku akademickim, był Profesor Wiktor. I było to przemówienie świetne. Świetne oratorsko, ale wrażenie na obecnych zrobiła jego głębia, czuło się bowiem, że mówi nie tylko wielki uczony, ale także człowiek głęboko wierzący i gorący patriota.
Andrzej polityki nie lubił, a nawet od niej stronił, ale kiedy trzeba było – stawał w potrzebie. Był jednym z pierwszych członków Solidarności na naszym Uniwersytecie, a w ponurych latach osiemdziesiątych został członkiem podziemnego Społecznego Komitetu Nauki, którego zadaniem było monitorowanie represji w środowisku akademickim, redagowanie „Informatorów” (wydaliśmy ich 8), przekazywanie informacji do Warszawy, rozdzielanie niewielkich funduszy pomocowych i przydzielanie zaproszeń „rodzinnych” na wyjazdy za granicę (w istocie były to kilkumiesięczne prywatne stypendia).
Po śmierci Jadwigi, jego pierwszej żony, którą bardzo przeżył, dwukrotnie wyjechaliśmy wspólnie do sanatoriów, w Zakopanem i w Lądku Zdroju, i z tych wyjazdów mam wiele dobrych wspomnień. Mieszkając razem, chodząc na długie spacery – dużo rozmawialiśmy. Andrzeja pasjonował świat przyrody. Podziwiał jego piękno i złożoność, z lubością odkrywał przed laikiem jego tajemnice, ale przede wszystkim w cudzie życia i jego oszołamiającej rozmaitości widział rękę Stwórcy i uważał, że swoją pracą badacza oddaje Mu cześć. Nie był filozofem i filozofii nie lubił, ale lubił rozmowy o tym, jak osiągnięcia nauki – nie tylko teoria ewolucji, której był gorącym zwolennikiem, ale także teoria Wielkiego Wybuchu i różne inne odkrycia – składają się na spójny i racjonalny, zgodny wiarą obraz świata.
Jako biolog Andrzej odbył kilka dłuższych wypraw, z których najważniejszy dla niego był kilkumiesięczny pobyt na rybackim kutrze na atlantyckich łowiskach oraz pół roku badań w Papui – Nowej Gwinei. Odbył też kilka wypraw krótszych, m.in. w góry Kaukazu, Hiszpanii i Bułgarii, a że był głodny świata i poznawania, to mogło i powinno być tych wypraw więcej. Jednakże w mrocznych czasach PRL-u wyjazdy zagraniczne wiązały się z dużymi utrudnieniami i nieraz były blokowane. Ofiarą takich praktyk padał także Andrzej.
Ten brak Andrzej wyrównywał wędrówkami po kraju. Bywało, że w okresie wiosennego przesilenia telefonował i pytał „A może pojechalibyśmy zobaczyć, czy nadchodzi wiosna?” I jechaliśmy na pobliską Radunię lub do rezerwatu w Muszkowicach, ten drugi wyjazd łącząc zawsze z odwiedzinami Henrykowa i mszą świętą u tamtejszych cystersów. Byliśmy też raz w Tatrach i parokrotnie w Sudetach, a latem na spływach kajakowych, m.in. na Czarnej Hańczy, Krutyni i Zachodnich Jeziorach Mazurskich. Jako towarzysz takich wypraw był Andrzej świetny, nie tylko wytrzymały na trudy i niepogody, ale przede wszystkim zawsze życzliwy i chętny do pomocy.
Śmierć pierwszej żony była dla niego ciosem, ale po latach spotkał Hanię, w której znalazł wierną towarzyszkę życia i jego pasji poznawczych, a w ostatnich paru trudnych latach także niezwykłe wsparcie i opiekę. W dobrych latach odbywali wyprawy samochodowe po wschodnich rejonach Polaki, od Bieszczad po Podlasie, a także autokarowe z zaprzyjaźnionymi krakowskimi przyrodnikami, po Europie.
Z natury serdeczny, otwarty i wszem życzliwy, był Andrzej zwrotnie otoczony serdeczną życzliwością bliskiego otoczenia: rodziny, współpracowników i przyjaciół. Bardzo sobie cenił przyjaźń „Harnasia”, czyli biskupa Adama Dyczkowskiego, z którym dzielił niezrównane poczucie humoru i z którym się wzajemnie odwiedzali. Wiernego i bardzo bliskiego przyjaciela miał w księdzu prałacie Andrzeju Dziełaku. Cieszył się przyjaźnią dra Jerzego Woźniaka, który za piękną przeszłość konspiracyjną został po wojnie skazany na karę śmierci i cały rok przesiedział w celi śmierci, a kiedy szczęśliwym zbiegiem okoliczności zmieniono mu tę karę na dożywocie i po latach, w wyniku jakiejś amnestii, zwolniono, to Andrzej pomógł mu dostać się i ukończyć studiach medyczne.
O Andrzeju można mówić długo. Był wielkim uczonym, który całe swoje życie poświęcił nauce i który naukę traktował jak życiowe powołanie, a nie zawód i rodzaj kariery, a rolę profesora widział nie w konkurencyjnej walce o wyższą osobistą pozycję, ale w trosce o ułatwianie życiowego startu młodym. Był człowiekiem uniwersytetu w najlepszym sensie tego słowa. Kochał swoją pracę w Muzeum Przyrodniczym, a z wyróżnień najwyżej sobie cenił członkostwo Polskiej Akademii Nauk. Ale przede wszystkim był skromnym i dobrym, pięknym i wartościowym człowiekiem. Każde rozstanie rodzi ból, ale w przypadku Andrzeja na dnie tego bólu jest także wdzięczność do losu, że postawił na naszej drodze takiego człowieka i obdarzył nas tak długą jego obecnością.
Z przemówienia prof. Andrzeja Lesickiego, rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu:
W imieniu Stowarzyszenia Malakologów Polskich oddaję hołd pamięci Pana Profesora doktora habilitowanego Andrzej Wiktora, emerytowanego profesora zwyczajnego Uniwersytetu Wrocławskiego, wieloletniego dyrektora Muzeum Przyrodniczego tegoż Uniwersytetu, zmarłego 31 grudnia 2018 roku.

Przemawiam także w imieniu społeczności akademickiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, którym mam zaszczyt teraz kierować, ponieważ Profesor Andrzej Wiktor był też związany z naszym Uniwersytetem. Na Uniwersytecie Poznańskim odbył pierwsze etapy zdobywania wyższego wykształcenia biologicznego, tu miał wybitnych nauczycieli w osobach profesorów Jarosława Urbańskiego i Jana Rafalskiego, którzy zainspirowali go do badań mięczaków. W biuletynach Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk opublikował kilka swoich pierwszych prac malakologicznych. Jako student działał w Kole Naukowym Przyrodników, a o tych pierwszych szlifach w pracy naukowej pamiętał, bo wielokrotnie uczestniczył w odbywanych co 10 lat rocznicowych obchodach tego liczącego dzisiaj blisko 100 lat studenckiego koła naukowego. Na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi UAM uzyskał stopień doktora nauk biologicznych w 1962 roku.

Ale od połowy lat pięćdziesiątych był już związany do końca kariery zawodowej z Uniwersytetem Wrocławskim. Pełnił na nim wiele funkcji, a o uznaniu, jakim cieszyła się Jego praca, świadczy wybór na stanowisko rektora Uniwersytetu Wrocławskiego przez społeczność akademicką w pełni demokratycznych wyborach w 1984 roku, chociaż z powodów politycznych tego stanowiska nie objął.

Działał w licznych instytucjach i radach naukowych. Ja podkreślę tylko Jego związki z malakologami. Od 1984 uczestniczył w corocznych Krajowych Seminariach Malakologicznych i należał do członków założycieli Stowarzyszenia Malakologów Polskich, utworzonego w 1993 roku. W 1997 roku w uznaniu zasług dla rozwoju malakologii na świecie i Polsce otrzymał godność Członka Honorowego Stowarzyszenia.

Zakończył się ziemski etap życia Pana Profesora. W takich momentach przywołujemy rzymską maksymę „Non omnis moriar”. Profesor Andrzej Wiktor pozostanie nadal żywy w naszej wdzięcznej pamięci, jako wybitny uczony i znamienity nauczyciel akademicki. Pozostanie w pamięci licznych jego uczniów, polskich i zagranicznych, do których należą nie tylko wypromowani doktorzy, ale także słuchacze jego wykładów i uczestnicy wycieczek terenowych, które prowadził. Zawsze z niezwykłą pasją przekazywał wszechstronną wiedzę i umiejętności. Seminaria malakologiczne, o których wspomniałem, w pierwszych latach nie były tak, jak dzisiaj, mniej lub bardziej klasycznymi konferencjami naukowymi z prezentacją referatów, komunikatów i posterów przedstawiających wyniki badań naukowych uczestników. W tamtych latach istotną częścią seminarium była dyskusja wokół stołu, w trakcie której młodzi adepci malakologii mówili o swoich badaniach i problemach, a potem wysłuchiwali uwag i otrzymywali rady doświadczonych profesorów, wśród których był Andrzej Wiktor. Wycieczki terenowe towarzyszące seminariom miały na celu też zbiór ślimaków, a analiza zebranych okazów była szkołą rozpoznawania gatunków.

Profesor Andrzej Wiktor będzie żył dalej w dziełach, które pozostawił – opublikował ponad 100 różnych publikacji naukowych – artykułów i monografii, w większości w językach angielskim, niemieckim i polskim. Jego pasją były badania ślimaków nagich, nieoskorupionych, których był najwybitniejszym w świecie znawcą. Im poświęcił swoje najwybitniejsze monografie, z nimi są związane jako największe odkrycia m.in. opisanie ponad 60 nowych dla wiedzy gatunków, a także utworzenie nowych taksonów rodzajowych i rodzinowych dotyczące ślimaków z różnych stron świata. Publikował w najwybitniejszych czasopismach malakologicznych, ale nie zapominał o Folia Malacologica, na których łamach publikował wielokrotnie, m.in. wyniki swoich badań przeprowadzonych w czasie wypraw zagranicznych.

Oddaję cześć wybitnemu uczonemu, nauczycielowi wielu z nas. Ale też naszemu koledze, przyjacielowi, z którym tak wiele nas łączyło. Andrzej Wiktor był osobą niezwykłą. Prawą i szlachetną, przede wszystkim zaś był dobrym człowiekiem, zawsze myślącym o innych. Będzie nam go bardzo brakowało.

A wszystkim, których śmierć Pana Profesora pogrążyła w bólu i żałobie, małżonce, rodzinie, współpracownikom, uczniom, składam wyrazy głębokiego współczucia.
List kondolencyjny przesłał również profesor Andrzej Piechocki, wybitny malakolog, Członek Honorowy Stowarzyszenia Malakologów Polskich:
Jego Magnificencjo, Szanowny Panie Dziekanie, Szanowni Państwo,
Przesyłam słowa szczerego współczucia i żalu z powodu śmierci Prof. dr hab. Andrzeja WIKTORA,
jednego z najwybitniejszych polskich zoologów, zaliczanego do grona czołowych współczesnych malakologów, którego wkład w badania mięczaków Polski i świata pozostanie fundamentalny.
Będę Go pamiętał jako serdecznego przyjaciela, człowieka szlachetnego i prawego, w każdej sytuacji skłonnego do pomocy i poświęcenia dla innych.
Rodzinie Zmarłego przekazuję słowa głębokiego współczucia.
Na ręce Rektora Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Adama Jezierskiego, wysłany został również list przez prof. Jacka Sicińskiego, kierownika Katedry Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii Uniwersytetu Łódzkiego:
Wielce Szanowny Panie Rektorze,
z głębokim żalem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Prof. dr hab. Andrzeja Wiktora, jednego z najwybitniejszych polskich zoologów. Osiągnięcia Profesora w zakresie taksonomii, morfologii i ekologii ślimaków lądowych (Gastropoda terrastria) stawiają Go w rzędzie czołowych specjalistów klasy światowej.
Wielu z nas miało sposobność podziwiać działalność Profesora na kongresach naukowych, w roli recenzenta rozpraw doktorskich i prac habilitacyjnych oraz jako członka Komitetu Zoologii PAN i PAU.
W naszej pamięci Prof. Wiktor pozostanie jako człowiek głębokiej wiedzy, udzielający cennych rad, chętny do pomocy, odważny w  wypowiadanych opiniach, szlachetny i uczciwy.
W imieniu własnym oraz pracowników Katedry Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii Uniwersytetu Łódzkiego, na ręce Jego Magnificencji przesyłam słowa ubolewania z powodu ogromnej straty, jaką poniosła nauka polska i środowisko naukowe Wrocławia.
Uroczystościom pogrzebowym w kościele Świętej Rodziny przewodniczył przyjaciel Profesora biskup Adam Dyczkowski, filozof przyrody, emerytowany biskup legnicki; natomiast homilię pogrzebową wygłosił i przewodniczył uroczystościom na cmentarzu biskup świdnicki, prof. Ignacy Dec. Homilię, którą wygłosił w dniu pogrzebu, opublikował serwis internetowy diecezji świdnickiej. Pozostawiam ją lekturze pod załączonym linkiem.

Biskupi Adam Dyczkowski (z prawej) i Ignacy Dec w czasie uroczystości pogrzebowych

sobota, 19 stycznia 2019

Edgar Allan Poe malakologiem?

19 stycznia 1809 roku w Bostonie urodził się Edgar Allan Poe, najbardziej bodaj w świecie znany amerykański pisarz i poeta doby romantyzmu. I choć jego nazwisko nieodłącznie kojarzy się głównie z gotycką grozą literacką, jego zasług doszukiwać się można i na tak odległych obszarach, jak zoologia, a dokładniej rzecz ujmując: malakologia. Wiele wskazuje na to, że to właśnie Edgar Allan Poe stoi za wprowadzeniem terminu "malakologia (malacology)" do szerokiego zoologicznego słownictwa. I choć sam termin jest o kilka (de Blainville, 1825) lub kilkanaście (Rafinesque, 1814) lat starszy, Poemu można by przypisać największe jego rozpropagowanie u jego początków...
Działo się to 180 lat temu, gdy trzydziestoletni Poe  w kulturalny sposób dokonał czegoś, co dziś nazwalibyśmy plagiatem. Wykorzystując rozpoznawalne już nazwisko wydał był pod nim właśnie opracowanie The Conchologists first Book, poprzedzając je przedmową i wstępem, w którym omówił znaczenie terminu "malakologia". Dokonał też wielu przeredagowań wydanego dwa lata wcześniej oryginalnego działa Thomasa Wyatta, który to niejako "poprosił" Poego o użyczenie nazwiska dla publikacji, której pierwsze wydanie (w cenie 8 dolarów) było zdecydowanie za drogie, by trafić pod amerykańskie strzechy. Pomysł był trafiony, bo wydana w 1839 roku książka podpisana autorstwem Edgara A. Poe doczekała się już w następnym roku drugiego wydania, a przystępna cena (1,5 dolara) przełożyła się na duże zainteresowanie skutkujące trzecim wydaniem w 1845 roku. Zasługą amerykańskiego poety było więc nie tylko wprowadzenie tematyki konchologicznej na szerokie wody czytelnictwa między Atlantykiem a Pacyfikiem, ale również spopularyzowanie naukowej (malakologicznej) interpretacji zainteresowań historią naturalną w duchu ustaleń Cuviera, którego dzieła w obszernych fragmentach Poe przetłumaczył i wkompilował w książkę.
Od narodzin Edgara Allana Poe mija 210 lat. Romantyczna twórczość i skomplikowana biografia wpisały go w panteon twórców, którym fascynować się nie przestają wszelkiego rodzaju "dusze czujące ból świata". Warto mieć jednak w świadomości, że parając się tak nieświatową dziedziną wiedzy, jaką jest malakologia, ma się wśród jej twórców między innymi wybitnego poetę. A o kształtowaniu się samego terminu jak i oznaczonej przezeń nauki warto poczytać w tekście rosyjskiego malakologa Maxima Vinarskiego The bitrh of malacology. When and how z 2014 roku.



Edgar Allan Poe, (C) Wikipedia

piątek, 18 stycznia 2019

XXXV Krajowe Seminarium Malakologiczne - garść informacji

Krąży pomiędzy malakologami drugi komunikat Organizatorów XXXV Krajowego Seminarium Malakologicznego. Podano w nim szereg ważnych informacji, w tym najważniejszą: terminy. Wiadomo, że spotkanie naukowe środowiska polskich malakologów zaplanowane jest na dni od 15 do 17 maja br., w miejscu już wcześniej podanym, czyli w Centrum Dydaktyczno-Badawczym Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Szczecińskiego.
Z propozycją tematu i streszczeniem wystąpienia trzeba się uwinąć do 15 lutego. Do końca lutego trzeba dokonać wpisowego, natomiast rezerwacji noclegów należy dokonać we własnym zakresie.
Nad moim udziałem w Seminarium gromadzą się coraz ciemniejsze chmury. Dokładnie cztery dni po zakończeniu obrad odbędzie się jubileusz dwudziestolecia organizacji, w której pracuję. Problem w tym, że jestem głównym organizatorem wydarzenia, więc chyb się nie da połączyć. To problem podstawowy. Wydaje mi się jednak, że postawiono również nieco zaporowe ceny dla takich jak ja, czyli instytucji samofinansujących. Nie mając możliwości pokrycia kosztów przez uczelnię / zakład pracy, liczę te złotówki z większą uwagą, a ich się tu nazbierało. Opłata konferencyjna została określona na 400 zł, do tego dochodzą koszta dojazdu oraz noclegu. Całość daje smutny obraz, przed którym stają nie ja jeden, bo przyglądają się mu również studenci i malakolodzy emerytowani, którzy nie mogą liczyć na refundację kosztów udziału. Nie mam pomysłu, ani na rozwiązanie problemu pierwszego, ani pomysłu na problem drugi. W takich sytuacjach czas zdaje się nie być po stronie sojuszników...
Dobrze byłoby zrobić coś, co umożliwi spotkanie jak najliczniejszej grupy malakologów i jej sympatyków. Jak to zrobić, pojęcia nie mam. Potrzeba jest jednak kontynuowania wysiłków podjętych przed trzydziestu paru laty i integrowania tego środowiska. Maile i facebóki tego nie zastąpią, a dziedzictwo jest znaczące...

wtorek, 8 stycznia 2019

Co nam zostawił Andrzej Wiktor

Nigdy nie widziałem klifów w Dover. Podobno to one natchnęły angielskiego poetę, Johna Donne'a do napisania Medytacji XVII kończącej się znanym wersetem: Nie pytaj, komu bije dzwon, bije on tobie. Medytację (wiersz) otwiera nie mniej znany incipit Nikt nie jest samotną wyspą. Przez całą drogą powrotną z Wrocławia towarzyszyły mi dziś słowa angielskiego mistyka. Ten obraz, utrwalony w jego medytacji, najlepiej oddaje to, co dziś czuję. Wracając z uroczystości pogrzebowych śp. Profesora Wiktora nie mogę odpędzić od siebie wyobrażenia klifu, który obrywając się, wpada w otchłań morza...
Śmierć zabrała wspaniałego człowieka, niezwykłą osobowość, wielki autorytet naukowy i moralny. Była jak morska fala, która uderzała, uderzała i uderzała, by finalnie osiągnąć swój cel: zabrać do siebie ten kawałek opoki. Ale z drugiej strony przecież ta skała sama w sobie stanowi zapis dawnego życia morza, tak dawnego, że nawet stare sekwencje naszego DNA nie bardzo to pamiętają...
Wraz ze śmiercią Profesora kończy się jakaś epoka w polskiej malakologii. Owszem, są inni i zasług ich nie zamierzam pomniejszać. A jednak Jego śmierć wyznaczać jakiś koniec. Jakiś moment, od którego wszystko będzie inne...
Profesor Andrzej Wiktor spoczął na Cmentarzu Parafialnym Świętej Rodziny na Wrocławskim Sępolnie. W ostatniej drodze towarzyszyli mu najbliżsi, rodzina, współpracownicy, uczniowie i przyjaciele. Przedstawiciele różnych pokoleń, którzy w Nim odnajdywali towarzysza, kompana, mentora, nauczyciela, mistrza, autorytet... Każdy miał swój powód, aby ostatni raz przejść z nim drogę, która czeka każdego z nas.
Kiedy widzi się osuwający klif, doświadcza się nieodwracalnej straty. Trzeba jednak zdobyć się na odwagę patrzenia z innej perspektywy, z poszanowaniem dla praw, które rządzą światem. Śmierć jest częścią tego świata. Ale śmierć nie jest unicestwieniem, jest początkiem czegoś innego. Klif, który osunął się morze, stanie się z czasem piaszczystą plażą, po której być może biegać będą nasi potomni. Coś się nieodwracalnie skończyło. Coś jednak pozostało. I tym jest wdzięczność. Wdzięczność, która uskrzydla, która mobilizuje do pokonywania siebie, do dawania z siebie czegoś innym, dopóki coś możemy z siebie dać...

***
Życie Profesora Andrzeja Wiktora było ciekawym życiem, pracowitym życiem, świadomym życiem. Nie było tylko biologicznym procesem, poddanym prawom ewolucji, było również moralnym zobowiązaniem intelektualisty o ogromnym zaufaniu do porządku świata. Pozostawione przez Profesora Andrzeja Wiktora prace przez długie lata wyznaczać będą jeszcze kierunki badań. Część z tych prac się obroni, część wyparta zostanie nowymi ustaleniami. Warto jednak oddać się ich lekturze nie tylko dla ich naukowego kunsztu. Warto czytając je przypominać sobie pełne swady anegdoty opowiadane przez Profesora Wiktora, jeśli to możliwe, przypominać sobie jego tembr głosu, mimikę i gestykulację. Tego w tekstach nie ma, ale kto go znał, ten na każdej stronie znajdzie swojego Andrzeja Wiktora...
And therefore never send to know for whom the bell tolls; It tolls for thee












  




Nie jest to pełen dorobek Profesora Andrzeja Wiktora, a jedynie wycinek tego, co udało mi się zdobyć, przeczytać, zgromadzić (z wyjątkiem Fauny Grecji, której do tej pory nie znalazłem).  Otwieram i słyszę: Proszę się nie przejmować, amator to też człowiek, tylko że normalny...

wtorek, 1 stycznia 2019

Prof. Andrzej Wiktor (04.02.1931 - 31.12.2018) - in memoriam

Trzymam w ręku kartkę pocztową wysłaną z Poznania 31 października 2016 roku, kartkę z... przeprosinami. Kartkę od profesora Andrzeja Wiktora, mojego mentora, mojego Mistrza. Trzymam tę kartkę i bardzo mi trudno ukryć smutek, który towarzyszy mi i przygniata mnie od chwili, gdy dotarła do mnie wiadomość o śmierci Pana Profesora. Ta kartka jest dowodem na to, że ś.p. Profesor Andrzej Wiktor był nie tylko wybitnym naukowcem, był przede wszystkim Wspaniałym Człowiekiem...
Nie mógłbym sobie wyobrazić gorszego zakończenia tamtego roku. Wieczorem otrzymałem sms z Wrocławia. Nie mogłem uwierzyć. Na kilka godzin przed rozpoczęciem 2019 roku dowiedziałem się, że skończyła się ziemska wędrówka Człowieka, który dla mnie był wzorem, a którego traktowałem jak kogoś, kto zastępuje dziadka i nie chodzi o relację wieku, ale o takie towarzyszenie, w którym okazywana wiara i sympatia stają się motorem do stawania się kimś innym, kimś lepszym...
Poznałem Pana Profesora najpierw mailowo, przez jakiś czas wymieniając poglądy, a właściwie zaczepiając listownie co jakiś czas. Spotkaliśmy się osobiście pierwszy raz w grudniu 2007 roku (na Dworcu Głównym we Wrocławiu, a okoliczności spotkania stanowią kanwę kilku anegdot). W następnym roku gościłem w jego gabinecie w Muzeum Przyrodniczym we Wrocławiu, wtedy też podpisał moją deklarację członkowską Stowarzyszenia Malakologów Polskich (był malakologiem, który rekomendował przyjęcie mnie do tej organizacji, razem z prof. Andrzejem Piechockim). W 2012 roku przyjął mnie nawet na dłuższą rozmowę w swoim mieszkaniu w Poznaniu. Widzieliśmy się ostatnio w październiku 2014 roku w Łopusznej, w czasie seminarium malakologicznego, a rozmawialiśmy telefonicznie ostatni raz w 2017 roku. Wcześniej była jeszcze historia ze wspomnianą kartką: rozmawialiśmy przez telefon w październiku 2016 roku, chodziło o potwierdzenie udziału w seminarium, które organizowane było w Spale. Przedstawiłem się za cicho, rozmowa była wyjątkowo słaba technicznie, coś trzeszczało. Pan Profesor nie dosłyszał nazwiska, a przypuszczając, że rozmawia z nowym w naszym półświatku malakologiem, wypytywał o zainteresowania, polecał kontakt z różnymi malakologami, oferował swoją pomoc w różnych sprawach. Z mojej strony zabrakło umiejętności przywrócenia rozmowy na właściwy tor i tak rozmawialiśmy przez chwilę jeszcze, kończąc ciepłymi pozdrowieniami. Pan Profesor do Spały nie dojechał, nie pozwolił mu na to stan zdrowia. Po kilkunastu dniach w skrzynce na listy znalazłem przesyłkę, w której Pan Profesor przepraszał za nieporozumienie i za "gadanie od rzeczy". Nie potrafię sobie wyobrazić, jak wielką trzeba mieć klasę, żeby dołożyć tyle wysiłków (znaleźć mój adres korespondencyjny itp.), żeby napisać przeprosiny za zamieszanie, którego byłem w stu procentach winien. Takiego Profesora Andrzeja Wiktora poznałem i obraz tak niesamowicie wrażliwego człowieka towarzyszył mi od początku naszej znajomości. Pamiętam, kiedy zapytałem go z pewnym wyrzutem, dlaczego będąc na emeryturze nie publikuje artykułów, z rozbrajającą szczerością wyjaśnił mi, że nie ma problemów ze znalezieniem redakcji, które wezmą jego teksty, ale ma świadomość, że w to miejsce nie zostanie wzięty tekst młodego malakologa, który potrzebuje się wykazać z publikacyjnego obowiązku... Mając ugruntowaną pozycję w świecie nauki nie korzystał z przysługującego mu miejsca autorytetu ustępując pola tym, którzy toczyli boje o dobre łamy. Nie mogę też nie wspomnieć, że zawsze, czy w mailach, czy w rozmowach osobistych lub telefonicznych pytał, czym się aktualnie zajmuję, doradzał, sugerował, proponował pomoc lub polecał kogoś, kto się jakimś zagadnieniem zajmował. To jest moje doświadczenie Profesora.
Kiedy przeczytałem wiadomość o śmierci Andrzeja Wiktora, poczułem jak mi w sercu eksploduje czarny fajerwerk smutku. Kilka godzin później niebo rozjaśniło się feerią przeróżnych pirotechnicznych pokazów, a ja patrzyłem nieobecnie w rozświetlone niebo nie mogąc odpędzić smutku. Wciąż nie znalazłem sobie miejsca. Przeglądam książki Pana Profesora, patrzę na wpisane dedykacje, przekładam w palcach kartkę-relikwię, odszukuję nieliczne zdjęcia z mojego archiwum. Modlę się o wieczny spokój dla Niego, polecając Opatrzności Jego bliskich, którzy w bólu przeżywają rozłąkę. Ogromny mam wobec Niego dług wdzięczności, bladego pojęcia nie mam, jak ten dług mógłbym spłacić...
Dziękuję Panie Profesorze...


(c)foto Kazimierz Myzyk, zmodyfikowane