wtorek, 31 grudnia 2013

Bilans roczny


Szampan się studzi w lodówce, a właściwie tanie winopodobne coś w szampanokształtnej butelce. Kto by na to jednak zwracał uwagę w sylwestrową noc. Zaraz Nowy Rok, szał na ulicach i po domach. Więc zanim roztańczone nogi wprowadzą mnie w 2014 rok, jeszcze krótkie obejrzenie się za siebie, żeby wiadomo było, z czym startuję.
Mogło być lepiej. Nawet dużo lepiej. Utrwaloną jest u mnie tradycją, że z realizacją planów na ogół jest na bakier i lepiej mi idzie z wykorzystywaniem okazji niż z ich tworzeniem.
W tym roku udało mi się w końcu docenić nieco wschodnią ścianę Polski, znów nie na takim poziomie, jaki by mnie satysfakcjonował, ale początek już jest. Wakacyjny wypad nad Dadaj, Krutynię, do Reszla, Mrągowa i Kętrzyna poszerzył moje zbiory, a przede wszystkim pozwolił cieszyć się czystością Krutyni. Czasem zdarza mi się jeszcze przed snem przyglądać we wspomnieniach kołyszącej się wodzie i oglądać gąbki, krasnorosty i spore okonie, nie wspominając o Pseudanodonda complanata czy Anodonta cygnaea. Na reszelskim zamku powitały mnie świdrzyki, a u wejścia do sanktuarium w Świętej Lipce czekała na mnie muszla św. Jakuba, znak pielgrzymów do Santiago de Compostela. Na wschodzie, ale południowym z kolei, Wisłok podzielił się ze mną Unio crassus i U. pictorum o nietypowej budowie muszli. A nad Wisłokiem znalazłem dodatkowo Helix lutescens i to też było bardzo miłe.
Nowych gatunków w tym roku nie zanotowałem za wiele, choć wzbogaciłem zbiory o kilka nagusów, których dotychczas nie miałem w zbiorach. Tu jednak zaległości są nadal spore, bo Lehmania i Malacolimax to rodzaje, o których pojęcia wciąż nie mam.
Z książkami też bywało różnie. Jest kilka, na które wciąż poluję, kilka udało mi się powyciągać gdzieś spod ziemi. W ostatnich zupełnie dniach znalazłem publikację S. Tworka i K. Zając Ślimak winniczek i stan jego populacji w województwie małopolskim (Kraków 2012). Pewnie nawet mało kto wie, że taka książka została wydana... Więc tym bardziej się cieszę, że ją znalazłem. Spotkałem też kilka publikacji o winniczku i jego krewniaku Helix aspersa i to też dla mnie nowości, choć z działki mniej wciągającej (hodowla).
W tym roku przeżyłem też małe załamanie nerwowe: straciłem wszystko, co zapisałem tylko na twardym dysku, a trochę tego było... Część odzyskałem, ale ogromna ilość artykułów i fotografii przepadła na zawsze. Trzeba się podnieść i iść dalej, jak ślimak, który potrącony przez nieuważnego przechodnia wysuwa się powoli z swojej muszli i kontynuuje bieg...
W roku 2013 zadebiutowałem też tekstem w poważnym piśmie naukowym, więc jestem amatorem z publikacją;) Zawsze to w CV ładniej wygląda. A propos CV, w mijającym roku znów zmieniłem pracę (stąd te ogromne dziury w aktywności blogowej!) - z pewnością mniej jest czasu na podpatrywanie mięczaków w internecie, ale za to może będzie więcej okazji do wyjścia w teren...
Jeszcze blogowo: dziękuję wszystkim, którzy tu zajrzeli lub zaglądali. To ponad 6000 wejść w ostatnim roku. Myślę, że jak na niszową tematykę, to całkiem nieźle. Obiecuje zrobić wszystko, aby aktywność w 2014 nie była mniejsza, a wpisy żeby były regularniejsze i świeższe nieco.
Mógłbym jeszcze tu pisać i pisać, ale przecież trzeba szykować się do balu. Niech więc ten Nowy Rok będzie dobry, czyli jeszcze lepszy od poprzedniego!

Zbiory w 2013 r. wg gmin

sobota, 28 grudnia 2013

Jeszcze słowo o jedzeniu

Dlaczego w Polsce jest najmniej ślubów w miesiącach, w których nazwach nie występuje litera "R"? Czy ktoś zna odpowiedź? Bo ja chyba już tak... Wszystkiemu winne są oczywiście mięczaki. No bo gdzieżby inaczej. I coś jeszcze.
Zacznę łopatologicznie. W styczniu, lutym, kwietniu, maju czy lipcu lub listopadzie kolejki przed ślubne ołtarze rzedną i pustoszeją, za to w czerwcu, sierpniu czy we wrześniu lub grudniu pęcznieją na nowo. Przesądy okazują się być dostatecznie żywotne, aby proboszczowie i kierownicy USC mogli w niektóre miesiące nieco odpocząć od nowożeńców. Skąd ta awersja do miesięcy bez dźwięcznej głoski "r"? Może łatwiej byłoby, gdybyśmy wzorem innych państw europejskich przyjęli łacińskie nazwy miesięcy. Wtedy pojawiła by się pierwsza prawidłowość, taka mianowicie, że "r" niewystępujące w nazwie dotyczy innych miesięcy. Wymieńmy je: Ianuarius, Februarius, Martius, Aprilis, Maius, Iunius, Iulius, Augustus, September, October, November i December. A teraz po polsku: styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, październik, listopad i grudzień. Wspólne są zatem marzec, wrzesień, październik i grudzień, ledwo 1/3 całości. No ale co to ma do rzeczy?
Starożytni wiedzieli coś, czego nie wie wielu współczesnych. Pewne pory roku nie są najlepsze na organizowanie imprez. Starożytni nie znali lodówek, stąd musieli się liczyć z problemami z utrzymaniem świeżości potraw. Wiadomo, że lepiej przechowuje się w chłodnym, stąd na wielkie imprezy najlepiej wybierać było chłodniejsze miesiące, czyli od września do kwietnia. W pozostałe miesiące temperatury panujące na zewnątrz nie gwarantowały, że jedzenie się nie zepsuje. Odnosi się to zwłaszcza do owoców morza, które nie dość, że wymagające w przechowywaniu, to na dodatek jeszcze niesmaczne w miesiącach letnich. Kto ma zwyczaj podróżowania po Południowej Europie ten spostrzeże, że w środku wakacji znikają z targów rybnych omułki, ostrygi czy przegrzebki. Dzieje się tak dlatego, że latem następuje zakwit planktonu, co wpływa na jakość smakową frutti di mare, a nawet może się wiązać z ryzykiem zatrucia toksynami. Małże, będące filtratorami, odżywiają się zawiesiną wodną, w której dominują  wówczas produkujące toksyny glony. Spożywanie ich może się zakończyć zatruciem, od biegunek przez zatrucia neurotoksyczne, paraliż mięśni oddechowych do śmiertelnych zejść włącznie.
Dziś mamy lodówki, szybki transport, środki konserwujące itp. Starożytni tego nie mieli, stąd musieli pamiętać o ostrożności w spożywaniu pokarmów. A że ci sami do perfekcji opanowali mnemotechnikę, to nie ma się co dziwić, że wprowadzili zasadę "r" w nazwie, aby łatwiej pamiętać o zasadach bezpieczeństwa żywności.
I już prawie jesteśmy u celu. W zaleceniach prababci, aby nie robić wesela w miesiącach pozbawionych "r" w nazwie, pobrzmiewa stara zasada organizacji imprez. Uzasadniona względami praktycznymi i bezpieczeństwem biesiadujących. O to samo pewnie chodziło, tyle tylko, że prababcia zapomniała powiedzieć, że chodzi o nazwy łacińskie miesięcy. Potwierdza się tylko teza, że zabobony często idą w parze z lukami w edukacji...
Cóż, miałem taką potrzebę, aby odmitologizować pewną sprawę. Nie wiem, czy mi się udało, ale na wszelki wypadek powtórzę: nie o szczęście nowożeńców chodzi, ale o to, żeby impreza się udała. Nie jestem tropicielem mitów, ale gdy idzie o mięczaki, po prostu nie mogę się powstrzymać...

czwartek, 26 grudnia 2013

Świąteczne obżarstwo

Karpie, dorsze, sandacze czy śledzie królują w tych dniach na polskich stołach. Oczywiście obok bigosów, schabów, golonek, sałatek warzywnych w majonezie etc. etc. Niektórzy ze strachem popuszczają pasek o kolejną dziurkę, niektóre panie dyskretnie już wyszukują w internecie poświątecznej diety-cud. A mnie w ręce wpadły właśnie pamiętniki Jędrzeja Kitowicza i nie omieszkam się nie podzielić małym fragmencikiem. Nie odnosi się wszakże do świątecznych kulinariów, ale mówi coś o zwyczajach żywieniowych z czasów Pierwszej Rzeczypospolitej. Czytam: "Nie ustępując nasi Polacy w niczym Włochom i Francuzom, nawykli powoli, a dalej w najlepsze specjały obrócili owady i obrzezki, którymi się ojcowie ich jak jaką nieczystością brzydzili. Jedli żaby, żółwie, ostrzygł, ślimaki, granele, to jest jądrka młodym jagniętom i ciotkom wyrzynane, grzebienie kurze i nóżki kuropatwie (same paluszki nad świecą woskową przypiekane), w których sama tylko imaginacja jakiegoś smaku dodawała, sałaty, ogórki, musztardy i inne surowizny, które dawano do stołu do sztuki mięsa i pieczeniów. Te nie należały do kuchni, ale do kredensu, i stawiano to na stole razem z serwisem". A w innym miejscu: "Pistacje i pinele wyszły z mody, a nastały na ich miejsce kapary, oliwki, serdele, tartofle i ostrygi marynowane. Wina także zaczęto używać do potraw, które miały być [z] ostrym sosem, mianowicie zaś szafowano nim do ryb, o których zaczęto już powoli trzymać, że szkodzą zdrowiu ludzkiemu, sprawujące w nim przyrodzoną wilgotnością swoją wielość flegmy. A przecięż starzy Polacy byli mocniejsi od dzisiejszych i mieli w sobie więcej ognia, choć jadali ryby w wodzie gotowane" (Opis obyczajów za panowania Augusta III).
Składa się tak, że Boże Narodzenie jest uważane za najbardziej tradycyjne święto w swej obrzędowości, tradycyjne potrawy winny gościć na wigilijnym stole, koniecznie w postnej tonacji. Zastanawiało mnie, jak to się stało, że w polskiej kuchni jakoś bakier byliśmy ze ślimactwem przeróżnym. Jak to się stało, że tworząc postną tradycję wigilii Bożego Narodzenia nie zaprosiliśmy na stół wigilijny winniczków czy szczeżui? Już wyobrażam sobie tę kaszę jaglaną z winniczkami albo szczeżuje w oleju rzepakowym tłoczonym na zimno. Widać jednak dziejowe burze dość okrutnie rozprawiły się z nowinkami, za którymi tak pożądliwie śpieszyli szlacheccy nasi przodkowie. Żal trochę, że pod strzechy nie zapełzły ślimaki, pozostając jedynie na mnisich lub magnackich stołach. Może wtedy świąteczny stół przyciągał by mnie jeszcze mocniej...

wtorek, 24 grudnia 2013

Nie było dla nich miejsca

Kiedy wyobraźnia za mocno przywiąże się do obrazów z dzieciństwa, Boże Narodzenie wydaje się tylko pachnieć siankiem, smakować barszczem i pierogami, błyszczeć choinką i tak dalej. Kiedy jednak pozwolić słowom Łukaszowej relacji, aby przemówiły dłużej do wyobraźni, okazuje się, że Boże Narodzenie niepokoi, rozdrażnia niedopowiedzeniami, rozprasza sielankowy obrazek...
Ciągle nie wiem, czy to, że nie było miejsca w gospodzie oznacza niechęć, czy może ochronę przyszłej matki przed karczemnym towarzystwem... Więcej jest tych momentów, które stawiają więcej pytań, niż dają odpowiedzi.
I takich życzę Świąt: żeby przynosiły więcej pytań niż odpowiedzi, żeby uczyły stawiać pytania i odważnie poszukiwać prawdy, aby wyzwalały ze wspomnień, a ożywiały wyobraźnię. Ale też żeby dawały poczucie pewności, że każda noc zbliży jakoś do nocy dobrego rozwiązania...
Zadumy, zamyśleń, zapytań i zauroczeń z okazji Świąt Narodzenia Pańskiego życzę wszystkim miłośnikom malakologii. A malakologom dodatkowe jeszcze: zachwycających i porywających odkryć, rewelacyjnych obserwacji, pasjonujących doświadczeń, ekscytujących terenów i obfitych grantów badawczych. I wrażliwych serc!

P.S. To, że czasem brakuje miejsca miejsca, wcale jeszcze nie oznacza tragedii. Może gdzieś czeka lepsze. Szukajmy!

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Dwadzieścia lat później

Najbardziej pamiętam wielokrotne moje wycieczki po różnych bibliotekach w poszukiwaniu tej jednej właśnie książki. Próbowałem nawet szczęścia w tzw. wypożyczeniach międzybibliotecznych, ale bez skutku. Nie wiedziałem jak wygląda, co zawiera, jaka jest jej wartość. Znałem jej starszą o kilkanaście lat siostrę, moją rówieśniczkę, z której pomocą uczyłem się znajomości ślimaków wodnych. A jej jeszcze długo nie dane mi było spotkać. Aż do 2007 roku, kiedy otrzymałem ją w prezencie od samego Autora...
Habent libelli fata sua mawiali starożytni. Wspominam dziś o niej, bo jakoś tak uświadomiłem sobie, że skończyła w tym roku 20 lat. Mówienie o wieku książki ma sens tylko wtedy, kiedy książka ta wpłynęła znacząco na czyjeś losy. Wydaje mi się, że jako publikacja malakologiczna była jedną z ważniejszych w ostatnim pięćdziesięcioleciu. Była pierwszym kompletnym kluczem do oznaczania słodkowodnych małży notowanych w Polsce. Pierwszą po kluczu Urbańskiego, która tę gromadę szczegółowo przybliżała i omawiała, podając zaktualizowaną wiedzę na temat choćby tak mało znanych małży z rodziny Sphaeridae, zwłaszcza rodzaju Pisidium.
Małże występujące w Polsce nie są szeroko reprezentowaną grupą zwierząt, a przy uwzględnieniu rozmiarów i trybu życia właściwie można byłoby powiedzieć, że w świadomości wielu miłośników przyrody małże to jakieś trzy, może cztery gatunki, w tym skójka, szczeżuja, omułek i może racicznica. Książka  Mięczaki (Mollusca). Małże (Bivalvia). Fauna Słodkowodna Polski, Zeszyt 7A miała być w założeniu kluczem do oznaczania małży słodkowodnych, stanowiąc uzupełnienie dla zeszytu poświęconego ślimakom. Stąd autorzy książki - prof. Anna Dyduch-Falniowska i prof. Andrzej Piechocki przedstawili wybrane tylko gatunki małży, pomijając zupełnie te żyjące w polskich wodach Bałtyku.
Na przykładzie  tej właśnie pracy można pokusić się o przeanalizowanie, jak zmienia się nasza malakofauna na przestrzeni tak krótkiego okresu jak dwudziestolecie. Oczywiście analiza taka nie może być wyczerpująca (zwłaszcza w takiej jak ta formie), trzeba by bowiem przeprowadzić badania nad stałością populacji, co w przypadku niektórych rzadszych gatunków z rodzaju Pisidium byłoby bardzo praco- i czasochłonne. Niemniej po dwudziestu latach od wydania klucza można na jego marginesach poczynić pewne notatki, które mogłyby posłużyć w przyszłości do wprowadzenie uaktualnień w nowej publikacji tego typu.
Zacznę od tego, że autorzy pracy wymienili we wstępnej części klucza 37 gatunków małży (zarówno słodkowodnych jak i bałtyckich), z czego jeden określając jako wymarły w Polsce (Margaritifera margaritifera). Po dwudziestu latach trzeba by tę listę wydłużyć o kilka gatunków.
Wspomniana perłoródka rzeczna Margaritifera margaritifera (Linnaeus, 1758) oficjalnie jest uważana w Polsce za gatunek wymarły, choć pewne obserwacje nakazują wziąć w nawias dotychczasowe ustalenia. Jakkolwiek nie udało się dotąd potwierdzić występowania żywych osobników, ale w połowie zeszłej dekady znaleziono w Kocim Potoku muszle tego małża, co ożywiło nadzieję na przetrwanie tego gatunku u nas. Jak na razie czekam na sensacyjne doniesienia, ale proponowałbym jednak ponowne wciągnięcie na listę obecności...
Kiedy wydawano klucz prawdopodobnie w naszych wodach żył już azjatycki przybysz Sinanodonta woodiana. Małż ten, zawleczony do nas wraz z narybkiem, prawdopodobnie już pod koniec lat osiemdziesiątych XX w. zaczął u nas występować, obecnie obserwuje się zwiększającą się dynamikę populacyjną szczeżui chińskiej, zwłaszcza w systemie jezior konińskich, podgrzewanych wodą pochłodniczą z elektrociepłowni. Wniosek: na liście obecności kolejna zaznaczona pozycja.
Również ze wschodu pochodzi, choć skądinąd do nas przyszła Corbicula fluminea. Niemająca polskiej nazwy gatunkowej Corbicula została zanotowana w Polsce po raz pierwszy około 2005 roku. Jest to średniej wielkości małż, który kolonizuje nowe obszary Europy po zawleczeniu jej tutaj z Ameryki Północnej. A pierwotną jej ojczyzną było dorzecze Ussuri w Azji. To kolejna pozycja do umieszczenia na zaktualizowanej liście.
Zaraz za nią powinna się znaleźć Corbicula fluminalis o nie bardzo jasnej pozycji systematycznej, uznawana jednak przez większość autorów za odrębny od fluminaea gatunek. Choć ta nie występuje tak licznie jak poprzedni gatunek, to jednak od kilku lat zasiedla wody Dolnej Odry. Więc lista się wydłuża.
Na pewno mówić można jeszcze o dwóch nowych gatunkach, wspominałem niedawno o ich notowaniu. Mam tu na myśli Mytilopsis leucopheata oraz najświeższe z doniesień: Rangia cuneata. Ten pierwszy stwierdzony był w wodach Zatoki Gdańskiej, ten drugi w wodach Zalewu Wiślanego. Ponieważ są to dość świeże doniesienia, nie mam pojęcia jak wygląda status populacji, przypuszczać jednak mogę, że raczej się utrzymują. Więc trzeba zarezerwować dwie kolejne pozycje.
Teraz sprawa, która mnie osobiście przerasta i nie znajduję na nią odpowiedzi. Jak się ma rodzaj Mytilus do jego reprezentacji w Bałtyku. Większość autorów podaje M. edulis, natomiast mnie wiadomo o pracach genetyków, którzy twierdzą, że w wodach Bałtyku żyje również M. trossulus. Czekam na rozstrzygnięcie. Proponuję jednak zarezerwować kolejną pozycję na rozwianie tej wątpliwości.
Teraz sfera hipotez: być może w najbliższym czasie pojawi się u nas małż Dreissena rostriformis bugensis. Jest to jeden z ekspansywnych gatunków na północnej półkuli, bardzo podobny do żyjącej u nas (choć też obcej) Draissena polymorpha. Nie można wykluczyć, że już gdzieś jest, ale nieodróżniana od starszej kuzynki. W każdym razie dla potrzeb publikacji należałoby zastanawiać się nad zostawianiem dla niej miejsca.
Podobnie rzecz się ma z ostrygą pacyficzną Crassostrea gigas, której w Polsce nie notowano, nie mniej na wszelki wypadek ostrzega przed nią minister środowiska jako przed gatunkiem szczególnie niebezpiecznym dla rodzimych ekosystemów.
No i zupełnie na koniec dwie kwestie, z dwóch zupełnie różnych stron. Jedna kosmiczna, druga przyziemna. Kosmiczna kwestia to świdrak okrętowiec Teredo navalis, o którym piszą niektórzy, że pojawił się u szwedzkich wybrzeży Bałtyku. Mnie się wydaje, że raczej d nas nie zawita z racji na zbyt niskie zasolenie. Oby. Natomiast ta kwestia przyziemna rozbija się o gatunki z rodzaju Sphaerium. W Polsce żyją trzy gatunki (corneum, rivicola, solidum), natomiast zdaniem niektórych autorów można by się zastanawiać nad obecnością jeszcze dwóch: nucleus i ovale. Trzeba by pod tym kątem przeprowadzić badania i porównać zbiory historyczne pod kątem poprawności opisu. Taka faunistyka nie jest obecnie w cenie, więc nie sądzę, żeby ktoś się na ten temat rzucił, ale myślę, że warto.
No więc dwadzieścia lat minęło od czasu wydania ostatniego klucza do oznaczania spotykanych w Polsce małży. Widać wyraźnie, że liczba zwiększyła się in plus. Trzeba zweryfikować stanowiska tych Pisidium, o których wiemy, że występują zaledwie na pojedynczych lub na kilku stanowiskach. Pracy więc jeszcze dużo. A to tylko dwadzieścia lat. Klucz się nie postarzał, ale lifting by się przydał, bo zmiany dotyczą kilkunastu procent gatunków...

wtorek, 26 listopada 2013

Rangia cuneata (Sowerby, 1832) - nowy gatunek małża w Polsce

Co ma wspólnego Zatoka Meksykańska z Zalewem Wiślanym? Niewiele. Od niedawna łączy je występowanie tego samego gatunku - Rangia cuneata (Sowerby, 1832), przedstawiciela rodziny Mactridae, małża znalezionego niedawno w polskich wodach.
W Europie małż ten pojawił się w słonawych Wodach Belgii przed 2005 r. i odnotowuje się jego ekspansję. W 2011 roku został stwierdzony również w Polsce, w Zatoce Elbląskiej, przez autorów doniesienia, które opublikowano w najnowszym tomie Folia Malacologica.
Od maja tego roku wiadomym mi już było, że małż ten został znaleziony w Polsce, choć nie znałem szczegółów dotyczących lokalizacji. Kwestia pojawienia się do w polskich wodach była oczywista, skoro wcześniej stwierdzono populację w rosyjskich wodach akwenu.
Rangia cuneata jest małżem średniej wielkości, dochodzącym w środowisku naturalnym do 90 mm długości. W warunkach kolonizowanych obszarów osiąga mniejsze rozmiary, do ok. 40 mm. Trójkątnie jajowata muszla jest jasnobrązowa lub brązowa, wnętrze białe, z dobrze zaznaczonymi odciskami przyczepów mięśni i zatoki płaszczowej.
Małż związany jest z dnem mulistym lub piaszczysto-mulistym. Preferuje wody słonawe, im wyższe zasolenie i wyższa temperatura wody, tym większe szanse na rozmnażanie gatunku. Ponieważ wody Zalewu Wiślanego należą do mocno wysłodzonych, nie spodziewałbym się masowej inwazji. Jak się będzie sytuacja rozwijać, zobaczymy. Ciekaw jestem, czy w wodach Zalewu Szczecińskiego może też już występować, więc czekam na kolejne notatki.
Postaram się wkrótce o ilustracje, ale może to chwilę potrwać...

Jan Warzocha, Aleksander Dragas. 2013. The alien gulf wendge clam (Rangia cuneata G. B. Sowerby I, 1831) (Mollusca: Bivalvia: Mactridae) in the polish part of the Vistula Lagoon (SE Baltic). Folia Malacologica 21(4): 291-292

niedziela, 10 listopada 2013

Naturalia

Miło jest w skrzynce pocztowej zamiast rachunku za prąd lub przypomnienia o spłacie karty kredytowej, znaleźć od czasu do czasu przesyłkę od znajomego. Z wielu przyjemności dostępnych na ziemi, odbieranie korespondencji zajmuje jedną z wyższych pozycji w moim prywatnym rankingu. Nie chodzi o to, że ktoś pamięta czy coś takiego, ale o całą celebrację, rozmyślanie czy w skrzynce coś się znajdzie, oglądanie koperty, przyglądanie się znaczkowi, nawet bieganie z awizo - wszystko ma swój urok, który bardzo sobie cenię. W ostatnim tygodniu niespodzianką była dla mnie przesyłka z Kielc, a w niej - pierwszy numer rocznika Naturalia wydanego przez kieleckie Towarzystwo Badań i Ochrony Przyrody.
Od tego zacznę, że to bardzo dobrze, że towarzystwa starają się o własne periodyki. Potrzeba zrzeszania się jest ściśle powiązana z potrzebą wyrażania siebie, własnych poglądów, ale też wspólnego działania i pozostawiania po sobie śladów. Ponoć boje o pismo trwały już od dłuższego czasu, dość stwierdzić, że pierwszy numer datowany jest na 2012 rok.
Roczniki tego typu towarzystw są mi szczególnie drogie, bo na ogół stanowią zapis pracy osób, które zajmują się tym, co kochają, czemu poświęcają swój czas, swoją energię, dla samej przyjemności zajmowania się tym. Nie ma tam nie wiem jak skomplikowanych obliczeń, słów łamanych z greckiego przez łacinę i angielski, nowomowy urosłej jak kalafior na grządce... Jest za to ubranie swoich odkryć, spostrzeżeń, zachwytów i pasji w zrecenzowane wypowiedzi obiektywizujące te doświadczenia.
Przesyłkę otrzymałem od autora jednego z artykułów, Mariusza Gwardjana. Zajął się on inwentaryzacją stanowisk wałkówki trójzębnej Chondrula tridens oraz ślimaka ostrokrawędzistego Helicigona lapicida na obszarze Wyżyny Małopolskiej. Prace faunistyczne są moimi ulubionymi: zbyt duże mam braki w wiedzy biologicznej, aby śledzić transmisję białek w mitochondrialnym DNA lub absorpcję metali ciężkich przez ślimaki z rodzaju XY. Prace faunistyczne są bardziej na moim poziomie. Odnajduję się w nich, pozwalają mi porównywać moje obserwacje z obserwacjami innych. Lubię też - opierając się na takich pracach - poleźć w miejsca wskazane przez autorów i sprawdzić, czy dane są jeszcze aktualne itp. Ucieszyła mnie ta przesyłka i z tego powodu, że w doborowym ptasim towarzystwie znalazło się miejsce i dla ślimaków, i to w pierwszym numerze! A poważniej: cieszą mnie doniesienia tego typu. Pozwalają na zorientowanie się, czy dany gatunek ślimaka utrzymuje jakieś populacje, jaka jest kondycja tych populacji (zwłaszcza w ujęciu historycznym), poza tym pozwala na weryfikowanie doniesień, które mogą tracić na wartości, a powtarzane są przez kolejnych autorów. Marzy mi się takie zatoczone na wielką skalę badanie faunistyczne, katalogowanie wszystkich stanowisk, w miarę bieżące śledzenie zmian, które w nich następują. To się powoli dzieje, i to dzieje właśnie dzięki zapaleńcom oraz możliwościom, jakie przynosi postęp techniczny.
Ucieszyła mnie przesyłka z Kielc, bardzo mnie ucieszyła. I ta żołna na okładce, najpiękniejszy bodaj ptak gniazdujący w Polsce... Naprawdę, miło wziąć do ręki.
Towarzyszy mi nadzieja, że rocznik Naturalia będzie się rozwijał. Jak na razie niepokoi mnie troszkę, że Towarzystwo nie zamieściło go w całości w internecie (myślę, że to jakaś strategia, np. pojawi się po opublikowaniu kolejnego tomu...). Jestem starej daty, wolę drukowane, ale czasy obecne każą bratać się z internetem i warto z tego bratania korzystać.
Kibicuję Kolegom z Kielc, nie w piłce, ale w redagowaniu. Mam nadzieję, że Rocznik nie tylko się utrzyma, ale że będzie się piął poziomem. I oczywiście mam nadzieję, że pozostanie pismem pasjonatów dla pasjonatów. I jeszcze mam nadzieję, że w kolejnych odsłonach nie zabraknie miejsca dla mięczaków. No bo nie wiem jak byłoby coś ciekawego, z mięczakami jest zawsze dla mnie ciekawsze;)
Spis treści, okładka i stopka dostępne na stronie Towarzystwa www.tbop.org.pl

środa, 30 października 2013

Oślizgłe lekarstwo

Jesień. Szaleństwo barw, tak nieprzystające do powagi tej pory. Złoto różnych prób, rubiny, bursztyn oprawiony w srebro mgieł porannych... Ech, poniosło mnie. Słoty i wichury, przymrozki i szaruga to druga strona jesiennej ulotki promocyjnej. I infekcje, o które jesienią łatwiej... Malkontent ze mnie, co na to poradzę. Kiedy jednak dolegliwości pojawiające się wraz z jesienią przypominają o sobie, warto szukać środków przeróżnych ratujących zdrowie.
Mawiają, że gorzki lek najlepiej leczy. Nie wiem, czy to prawda, natomiast potwierdzeniem tej tezy mogłyby być wnioski z lektury artykułu Ślimaki bezskorupowe w medycynie ludowej: przegląd literatury autorstwa Kingi Stawarczyk, Michała Stawarczyka i Bartosza Piechowicza. Praca pojawiła się w 2012 roku na łamach rocznika Etnobiologia (www.etnobiologia.com). Jednego żałuję: że to tylko przegląd literatury a nie większe opracowanie, ale na bezrybiu i rak ślimak;)
Czy można sobie wyobrazić syrop ze ślimaka? Reklamy kremów ze śluzu ślimaków już widziałem, czytałem też kiedyś o specyfikach opartych na pocieraniu ślimakami zmienionych chorobowo miejsc. Praca, o której mówię, pozwoliła mi dowiedzieć się więcej nie tylko o metodach, ale również o ich różnorodnych wariantach niemal na całym świecie. Ciekawe jest stwierdzenie, że pewne zabiegi były bardzo do siebie podobne w różnych stronach Europy...
Najohydniejsza wydała mi się receptura na krztusiec u dzieci: ze śluzu Limax rufus L. (chodzi prawdopodobnie o Arion rufus wg dzisiejszej nomenklatury) zmieszanego z cukrem pudrem miało powstac coś, co leczyło krztusiec. Albo receptura na środek profilaktyczny w zapobieganiu przeziębień, stosowany na Półwyspie Iberyjskim: syrop ze ślimaków nagich z cukrem, podawany do picia po 2-3 dniach od przygotowania specyfiku... Syropy, które z dzieciństwa pamiętam, zdają się być przy tym oranżadą...

Wolę chyba jednak zajadać się czosnkiem i cebulą, jednak gdyby przyszło mi się mierzyć z jesienną infekcją, może spróbuję jakiegoś mazidła na ślimakach. Ciepło jeszcze i rano widuję spacerujące ariony i derocerasy, może by w czym pomogły. Albo taki limax, którego niedawno znalazłem w samochodzie służbowym: podhoduję go trochę, by na wszelki wypadek złagodził objawy odstawienne po zakończeniu sezonu...

Delicje! I już się nie chce chorować;) Lekarstwo, które wielu postawi na nogi zanim jeszcze je zaaplikuje.

poniedziałek, 30 września 2013

Turbo dla speeda

To, co poniżej, to będzie prerecenzja, to jest takie coś, gdy się recenzuje to, czego się jeszcze nie widziało, ale się zamierza. Taki neologizm, stworzony na potrzebę tego wpisu, na wypadek, gdyby ktoś zechciał zarzucić mi, że nie recenzuje się czegoś, o czym się nie ma pojęcia. Zakręciłem? No więc wyjaśniam.
27 września wszedł do kin film animowany pt. "Turbo". To jedna z ostatnich produkcji DreamWorks, co zasadniczo powinno gwarantować ubaw po pachy. Zobaczymy. Niedługo się pewnie wybiorę i coraz bardziej zastanawiam się, czy warto.
Zacznę od - znowuż - metodologicznej uwagi, że zwykliśmy w Polsce, nie wiedzieć czemu, filmy animowane nazywać bajkami. Nie bardzo wiem, skąd to uproszczenie, trudno dzieciom później wytłumaczyć, że bajka nie ma nic wspólnego z bajkami. Leksykonowa definicja bajki, którą pamiętam jeszcze z podstawówki, to "krótki utwór wierszowany zawierający morał". Często bajka bazuje na alegoriach, a jej bohaterami są zarówno ludzie, jak i zwierzęta, rośliny, przedmioty lub zjawiska. Co ważne, pomimo wierszowania, które na ogół kojarzy się z liryką, bajka jest gatunkiem epickim. Uściślając: bajka zawiera morał, to jest najkrótsza definicja.
Z niektórych "bajek" taki tylko płynie morał, że "Trza było nie oglądać!" Bałbym się takiego morału w przypadku filmu w reżyserii Davida Sorena, nie mniej po obejrzeniu zwiastunów coraz bardziej prześladuje mnie przekonanie, że jedyny morał, jaki z niej wypłynie, to ten przywołany przed chwilą. Niepokoi mnie to, bo - powtarzać nie muszę - nie mogę się doczekać dobrego filmu o ślimakach.
Widziałem wiele nowych animacji z różnych wytwórni: lepszych i gorszych. Im bardziej kasowe, tym bardziej przewidywalne; im bardziej promowane, tym bardziej wyeksploatowane wątki. Jeśli film ma być filmem dla dzieci, to nie może być tylko głupawym zbiorem śmiesznych tekstów oraz milionem gadżetów wyciskających z portfela ostatnie grosze. Film dla dzieci powinien mieć walor dydaktyczny, wpisywać się w rozwój dziecka, być ilustracją sytuacji, w których dziecko uczy się wartościowania i dokonywania ocen moralnych. Może dlatego o starszych kreskówkach zwykliśmy mówić "bajki" - bo walor ten posiadały. Uwielbiam humor Bartosza Wierzbięty, podziwiam jego językową płynność, ale obserwując widzów kolejnych animowanych superprodukcji zauważam bez trudu, że jest to puszczanie oka do dorosłego widza, nie zawsze z pamięcią o dzieciach. Szkoda. Szkoda tym bardziej, że do kreskówek przedziera się coraz więcej brutalnego języka ciętej riposty, która empatię traktuje jak papier toaletowy.
Chciałbym zobaczyć film "Turbo". Pewnie po jego obejrzeniu nie miałbym już wątpliwości. A tak, karmię się nimi nie znajdując odpowiedzi. Zwiastuny pokazały, że fabularnie ten film jest wałkowaniem tego samego schematu opartego na zasadzie antagonizmu: słoń marzy o lataniu, gołąb o byciu orłem, niedojda staje się superbohaterem etc., a to wszystko w gęstym sosie komedii omyłek oraz zaskakujących kalamburów. Pośmiać się można, ale trafić za moralną intuicją, już nie zawsze. Owszem, są filmy, w których morał jest klarowny, a fabuła przeplatając wątki prowadzi do wyplecenia pięknego wianuszka właściwych ocen. Gorzej, kiedy słusznym skądinąd wartościom przypisuje się zachowanie niegodne, w którym makiaweliczne dążenie po trupach zdaje się być usprawiedliwione prawem do samorealizacji lub prawem do samostanowienia, bez uwzględniania praw innych do tego samego. Ostatecznie bajka w takiej formule prowadzi do tego, że nie liczy się nic innego, poza własnym dążeniem do zadowolenia.
Bohater filmu "Turbo" to ślimak marzący o karierze wyścigowca (klasyka konstrukcji antagonizmu). Ślimak i wyścigi: zapowiada się ciekawie. O ile jednak znane pojedynki między zającem a żółwiem kończyły się zwycięstwem żółwia nie z powodu nadprzyrodzonych mocy, a dzięki konsekwencji i inteligencji, o tyle bohater filmu staje się superszybkim ślimakiem nie przez konsekwentny wysiłek (owszem, też jest zaznaczony), ale przez nadzwyczajne zrządzenie losu, które mnie się kojarzy ze speedem.
No tak, wzięło mnie na moralizowanie, a teraz jeszcze terapeutyzowanie. Pewnie wszyscy widzą tam uśmiech fortuny, cudowną interwencję, łut szczęścia czy jakby tego jeszcze nie nazwać. Dla mnie to jednak bardziej kryptoreklama jakiegoś cudownego dopalacza, używki lub narkotyku, który pozwoli być tym super, tym najlepszym, jeśli tylko się tego chce. Przyznaję, że to troszkę kompromitujące, nie mniej tak widzę ową niezwykłą przemianę małego ślimaka-marzyciela w finalistę wyścigu Indiana 500. Gdzieś towarzyszy mi obawa, że film zachwieje moją idylliczną wizją ślimaka jako zwierzęcia wrażliwego, konsekwentnego, wytrwale realizującego swoje cele w mężnym przezwyciężaniu przeciwności. Obawiam się, że zobaczę pochwałę pójścia na skróty, po trupach, byleby tylko spełnić własne marzenia...
Pewnie pomimo rozterek pójdę obejrzeć ten film. Pewnie nie raz wybuchnę śmiechem przy dobrym gagu lub zabawnej sentencji. Ale czy obronię formułę bajki, czy będę mógł uczciwie powiedzieć, że to była bajka? Nie wiem. I będę to musiał sprawdzić.
Ale zanim to nastąpi, zdążyłem już przyjrzeć się tmu, jak realizatorzy filmu rozwiązali problem asymetrii ślimaków. Jak się okazuje, ślimaki są potwornie niewdzięcznym obiektem filmowym właśnie z powodu asymetrii. Twórcy filmu nie najgorzej poradzili sobie z profilowaniem muszli, nie mniej w ogóle nie udźwignęli problemu jej budowy. Bez względu na punkt widzenia, muszla zawsze jest spiralna i to tak, że wierzchołek zawsze pozostaje widoczny z boku. Oznaczałoby to, że muszla bohatera jest muszlą planspiralną (nakręconą w jednej płaszczyźnie), jednocześnie ekstrawolutną, tzn., że każdy następny skręt jest węższy od poprzedniego, co w przyrodzie się nie zdarza. Protokoncha tworzy zarazem szczyt jak i dołek osiowy, co potwierdza tylko, że graficy niezbyt uważnie przyjrzeli się winniczkowi.
Nawybrzydzałem przed filmem, oj, zepsułem go sobie. Tym bardziej wiec powinienem go zobaczyć. I ocenić. Ocenić czy warto go polecać. Dlatego to nie była recenzja, tylko prerecenzja. A kto już był, niech się podzieli wrażeniami, chętnie wysłucham.
Turbo, reż. David Soren, DreamWorks 2013

czwartek, 12 września 2013

Szklarka szklarniowa Zonitoides arboreus (Say, 1816)

Mniej więcej wiem, że ubóstwo naszej krajowej malakofauny podyktowane jest w głównej mierze tą smutną anomalią, że morze mamy na północy, a góry na południu. Gdyby było odwrotnie, może łatwiej byłoby zatrzymać mięczaki przed lodowcami, które kilkakrotnie chciały się u nas zadomowić, nie wiedząc, czy zostawać tutaj na dłużej. Taka jest przynajmniej jedna z teorii na temat rozmieszczenia mięczaków w Polsce: wycofywały się przed lodowcem na południe, a tam je zatrzymywały góry. A gdy lodowiec ustępował, te z południa nie mogły iść dalej na północ, bo znów grodziły im drogę Karpaty.
No więc takie ułożenie geograficzne spowodowało, że różnorodność mięczaków w naszym kraju jest taka sobie. Oczywiście można stawiać na turystykę. I o tym słów kilka.
Przyznaję się do tego, że jakoś nieufnie spoglądam na obce elementy w świecie przyrody. Uważam - i pogląd ten wyrażałem już niejednokrotnie - że introdukcja obcych gatunków może się źle skończyć dla rodzimych i źle wpłynąć na bioróżnorodność. Biologia to nie polityka, tutaj (i tylko tutaj) czystość rasowa nie jest źle widziana. Kiedy więc spotykam nowego ślimaka, nie cieszę się aż tak bardzo jak wtedy, gdy znajduję coś naszego, czego jeszcze na oczy nie widziałem.
Przed kilkoma dniami miałem okazję wystawić na próbę moją otwartość na przybyszów. W niedzielny poranek na liściu storczyka z rodzaju Phalenopsis zauważyłem spacerującego sobie spokojnie ślimaka, o muszli bardzo podobnej do muszli Zontidae. Po paru minutach oglądania doniczek ze storczykami odkryłem jeszcze dwa inne osobniki, więc inwazja to wielka nie była, ale jednak...
Już trzy lata temu miałem okazję zobaczyć tego ślimaka, ale nie w pełni okazałości. Wtedy znajomy przyniósł mi dwie muszelki od swojego znajomego - hodowcy storczyków - z prośbą o pomoc w zwalczaniu szkodnika. Problem w tym, że muszelki zostały przyniesione w papierowej kopercie, którą na wszelki wypadek znajomy włożył do kieszeni... Z tych obłamanych łupinek nie mogłem do końca wywnioskować, czy to szklarka szklarniowa Zonitoides arboreus (Say, 1816).
Tym razem jestem bliższy pewności, że to ten gatunek. Muszla bardzo podobna do skorupki obłystka (Zonitoides nitidus), choć jaśniejsza i z bardziej wyraźnym prążkowaniem. Wielkość nie przekracza 5-6mm szerokości i 2,5-3 mm wysokości. Dołek osiowy szerszy niż u rodzimego przedstawiciela Gastrodontidae, do których zalicza się rodzaj Zonitoides. Ponieważ widziałem żywe ślimaki, mogę potwierdzić, że tył ciała był niebiesko-szary, podobnie jak czułki i górna część boków ciała ślimaka, pozostałe zaś części jasnoszare.
Ślimak ten naturalnie występuje w Ameryce Północnej, od Meksyku i Kostaryki po Nową Fundlandię i Kolumbię Brytyjską. Zasadniczo jest gatunkiem leśnym, preferującym wilgotne podłoże, ale trafia się również w środowiskach antropogenicznych. Łatwo ulega zawleczeniu: notowany był już w Australii, Japonii, Paragwaju, Kenii, na Madagaskarze i na Kamczatce, a w Europie m.in. w Szwecji (gdzie stopniowo się naturalizuje), Danii, Rosji, w Czechach czy Niemczech. Oficjalnie w Polsce występuje tylko w szklarni Ogrodu Botanicznego w Krakowie, gdzie też został odnaleziony po raz pierwszy w 1993 r. przez prof. S. Alexandrowicza.
Moje znalezisko pochodzi najprawdopodobniej z Holandii, ponieważ na etykiecie doniczki była informacja o pochodzeniu storczyka z Niderlandów. Najprawdopodobniej zawędrował z transportem kwiatów, a w systemie korzeniowym storczyka znalazł dogodne warunki do zniesienia podróży.
Na razie nie wiem, czy poza trzema osobnikami coś jeszcze kryje się w doniczkach. Od czasu do czasu spoglądam na nie i nie dostrzegam niczego nowego. Nie wykluczone jednak, że coś się jeszcze znajdzie.
Turyści z Holandii nie mieli u mnie łatwego życia. Jakkolwiek nie zauważyłem, żeby obce ślimaki wyrządziły jakieś szkody, nie mniej wolałem szklarki upić i zakonserwować. Jeśli więc o mnie chodzi, to nie przyczyniłem się za bardzo do wzbogacenia krajowej malakofauny. Ale wzbogaciłem się o znajomość kolejnego gatunku, pod tym oczywiście warunkiem, że to, to to...


czwartek, 29 sierpnia 2013

Pod różne adresy

Przepraszam. Trudno byłoby mi nawet tłumaczyć się i myślę, że lepiej zrobię zaniechując tego. Pozostaje mi to poczucie wstydu, palące, cierpkie, gorzkie. Słowem: ohydne poczucie wstydu.
Pomimo półtoramiesięcznego milczenia działo się sporo. Może  nie tak sporo, żeby zaspokoić moje żądze poznawcze, nie mniej było wiele okazji, żeby się podzielić. A tak, jeśli wrócę do tematu, to będzie wyglądało jakbym się chciał chwalić.
Więc zacznę  z drugiej strony. Nie mogę się odnaleźć. Kolejny raz przebudowuję swoją karierę zawodową, kolejny raz od podstaw zaczynam nową pracę. Stąd ta zadyszka, a właściwiej: zapaść aktywności publicystycznej na blogu.
 Od czasu ostatniego wpisu działo się sporo w świecie malakologii, na przykład miał miejsce Światowy Kongres Malakologiczny (World Congress of Malacology) w Ponta Delgada na Azorach. Wzięło w nim udział kilku przynajmniej Polaków, ale relacji jeszcze nie mam, może za kilka dni wysłucham paru słów na ten temat. Mniej więcej w tym samym czasie kiedy trwał kongres, ja próbowałem swoich sił na kajaku. Ponieważ był to mój debiut w roli kajakarza, to jestem szczęśliwy, że miejscem debiutu była rzeka Krutynia, właściwie odcinek od wsi Krutyń do Rosochy. Cudo. Jedno z tych magicznych miejsc, do których chciałoby się nieustannie wracać. Zresztą chyba nie tylko we mnie takie wrażenia się rodziły, skoro miejscami rzeka przypominała alejkę w wodnym hipermarkecie... Przejrzysta woda pozwoliła mi popatrzeć na dno i na to, co tam żyje. A obok gąbek i krasnorostów można znaleźć i inne atrakcje, z mięczakami włącznie. Przyznaję z zażenowaniem, że myślałem o dwóch gatunkach Pisidium, bardzo rzadkich, które można znaleźć w dolnym biegu Krutyni, ale było to niepoważne zamierzenie. Udało mi się wypatrzeć natomiast Anodonta complanata, której wcześniej z bliska nie oglądałem.
Na zamku w Reszlu z kolei wypatrzyłem świdrzyki i jeśli nie podaję nazw gatunkowych to dlatego, że moje klucze utknęły w pudłach i czekają na wydobycie. Wstyd byłoby mi podawać nazwy, które nie odpowiadają rzeczywistości. Ale zamek piękny, a i sam Reszel dla amatorów malakologii ciekawy, bo jest jednym z cittaslow w Polsce.
A na przeciwległej stronie mapy Polski oglądałem z bliska Wisłok. I tam też popatrzyłem na ciekawe okazy Unio crassus i U. pictorum o wybitnie wydłużonych muszlach. Na Podkarpaciu przyglądałem się też ślimakom żółtawym, choć akurat żadnego żywego nie wypatrzyłem (pewnie przez upały...). Wypatrzyłem natomiast masę śliników Arion vulgaris, które potrafią w ciągu kilkunastu minut wydostać się nie wiadomo skąd i przejść do nocnej wyżerki. Przy okazji upolowałem bardzo dorodnego Limax maximus, który tym się między innymi różni od Limax cinereoniger, że jest synantropem oraz tym, że ma jednolicie ubarwioną podeszwę nogi.

Obawiam się, że to koniec podbojów na ten rok. Jeśli gdzieś się pojawię, to niespodziewanie, poza planami. Cieszyłbym się na widok każdego nowego gatunku, którego dotąd nie udało mi się jeszcze wypatrzeć. Muszę się jednak bardziej skoncentrować na uporządkowaniu tych zbiorów, które przez ostatnie lata zgromadziłem. Oj, wiele pozostawia do życzenia, bardzo wiele. Aż wstyd.
Może więc czas na poprawę? Nie obiecuję. Ale chcę się poprawić. Naprawdę.

piątek, 12 lipca 2013

Sucharek

Zjawisko to zaobserwowałem po raz pierwszy przed kilkunastu laty, w 1998 lub '99 roku. Na ogół ma ono miejsce latem, choć widywałem je również późną wiosną i wczesną jesienią.

Na fotografiach widać ślinika, czarno umaszczonego, podpowiem, że to Arion rufus albo Arion vulgaris (=lusitanicus). Na pierwszy rzut oka nie widać, aby coś się tam działo. To fakt. Zdarzenie miało już miejsce, a fotografie przedstawiają skutek. Smutny skutek. Smutny dla ślimaka...
Na zdjęciach widoczny jest ślinik podążający w kierunku kryjówki, do której już nigdy nie dotrze. Zaskoczony wzrostem  temperatury i promieniowania słonecznego nie zdążył już schronić się przed zabójczym działaniem słońca. Jak to możliwe, że zwierzę staje się tak nieuważne?
Zastanawiam się nad mechanizmem tego zjawiska. Wiążę je przede wszystkim ze środowiskami antopogenicznymi, choć "w naturze" też kilkakrotnie to widziałem. Najczęściej jest to związane z dość wilgotnymi porankami, lekko zachmurzonymi, takimi, po których trudno ocenić, jaka będzie pogoda. Ślimaki powinny być mądrzejsze i lepiej od ludzi przewidywać pogodę. W takich sytuacjach, jak ta opisywana, ślimak rano wyrusza na żerowanie. Rośliny są wilgotne, skropione rosą, co pozwala na szybkie przemieszczanie się i smaczny posiłek. Kiedy ślimak jest najedzony, postanawia wrócić do kryjówki. Nie doszedłem jeszcze tego, czy ślimaki nagie preferują stałe kryjówki, takie bazy wypadowe, czy też chowają się gdzie popadnie, byleby było bezpiecznie. I jedna i druga teza mają swoją argumentację. Wydaje mi się jednak, że niepłoszone ślimaki mają raczej swoją kryjówkę, natomiast nękane (choćby zabiegami agrotechnicznymi lub innymi okolicznościami) kryją się w dość przypadkowych miejscach. Wróćmy do opisywanej sytuacji. Kiedy ślimak się naje i wraca do swojej kryjówki, następuje zmiana warunków atmosferycznych. Promienie słoneczne nagrzewają ziemię szybciej niż dotąd i zaczyna się wyścig. Jeżeli ślimak znalazł się na chodniku, wybetonowanym podjeździe czy na utwardzonej drodze, wzrost temperatury podłoża następuje szybciej. Zwłaszcza na asfaltowych lub betonowych elementach dróg. Gdyby ślimak pozostał na żerowisku, pewnie ukryłby się w korzeniach roślin lub w ostateczności na spodniej stronie liści (ślimaki nagie rzadko preferują ten typ schronienia). Wejście na chodnik wyłożony betonowymi płytami jest ryzykowne, choć teoretycznie niesie ze sobą możliwość sporej wygranej: jeśli dotrze na czas, może ukryć się w szczelinach między płytami, gdzie nie dosięgnie go żaden drapieżnik... Temu ze zdjęcia nie udało się jednak dojść do celu. Dlaczego? Źle wyliczył czas dojścia, prawdopodobnie nie uwzględniając wydłużającej się drogi ze względu na wzrost lepkości śluzu.
Wzrost temperatury powoduje drażnienie ślimaka. Musi wtedy wytwarzać więcej śluzu, aby chronić swoje ciemne ciało przed poparzeniem słonecznym. Śluz jest też niezbędny do poruszania się. Im jest cieplej i im niższa wilgotność powietrza, tym szybciej śluz wysycha, stając się najpierw bardziej lepki,potem zamieniając się w opalizującą suchą błonkę. Wzmożone zapotrzebowanie na śluz powoduje odwodnienie ślimaka, jego ruchy stają się przez to bardziej powolne. Im bardziej ślimak stara się pośpieszyć, tym więcej energii go to kosztuje, a im więcej energii traci, tym wolniej się porusza. W efekcie: czasem na kilka centymetrów przed kryjówką (kamienieniem, cegłą, starą szmatą, porzuconą deską, grudą ziemi itp.) znajduje się - nawet po kilka - zasuszonych ślimaków nagich. To prawdopodobnie najwyższa cena, jaką zapłaciły za ewolucyjny wynalazek pozbawiający ich muszli. Szybkość, którą zdobyły wraz z pozbyciem się balastu muszli nie zawsze rekompensuje ryzyko wyschnięcia.
Zastanawia mnie natomiast, jak to możliwe, że niektóre osobniki ślimaków nagich nie nauczyły się rozpoznawać warunków atmosferycznych. Czy to wina obżarstwa, tej jeszcze jednej porcyjki, po której ciężko wstać od stołu?  Czy to wina spóźnialstwa, za które kiedyś trzeba zapłacić? Może to pokłosie młodzieńczej naiwności i wiary w to, że jeszcze zdążę? A może to wina człowieka, że tak dużo miejsca zabetonował, zaasfaltował, udeptał i utwardził? Nie wiem; to pytania dla ślimaków, pod rozwagę. Choć wydaje mi się, że i my możemy się czegoś z tej przykrej lekcji nauczyć...

poniedziałek, 8 lipca 2013

Profesor Leszek Berger (1925-2012)

Kto na rowerze zjechał siedemnaście powiatów, uganiając się za mięczakami pogranicza Wielkopolski, Śląska i Jury? Przy takiej podpowiedzi wskazać można właściwie na jedną tylko postać, poznańskiego malakologa i herpetologa, prof. Leszka Bergera. Postanowiłem poświęcić kilka słów temu żabiemu rewolucjoniście w dniu, w którym przypada pierwsza rocznica jego śmierci.
Ponieważ nie dane mi było poznać osobiście profesora Bergera, informacje które zamieszczam są pokłosiem internetowej kwerendy. Mam nadzieję, że nie pomieszam. Zależy mi na tym, aby wspomnieć go dzisiaj, bo niezwykła postać w polskiej nauce.
Jeśli wierzyć w to, co o nim piszą, to przyszedł na świat 10 lutego 1925 roku w Pabianicach. W młodości mieszkał w Lewkowcu i w Ostrowie, gdzie w 1947 roku zdał maturę, by po niej rozpocząć studia biologiczne na uniwersytecie w Poznaniu. jeszcze jako student, w 1950 roku, został asystentem w Muzeum Przyrodniczym w Poznaniu. Pracę magisterską napisał pod kierunkiem prof. Jarosława Urbańskiego (Mięczaki Pojezierza Mazurskiego). Dziesięć lat później obronił doktorat "Mięczaki pogranicza Wielkopolski, Śląska i Jury Krakowsko-Wieluńskiej), który został opublikowany w 1961 r. jako zeszyt 1 25 tomu Prac Komisji Biologicznej. Kopię tej pracy posiadam w swoich zasobach bibliotecznych i czasem do niej zaglądam, zwłaszcza kiedy planuję wycieczkę do Częstochowy.
Rozwijająca się kariera malakologa została przerwana zakazem publikacji o mięczakach, który to zakaz wyszedł z ust samego Urbańskiego. Po latach, w 2010 roku na łamach Forum Akademickiego, prof. Berger nie chciał powiedzieć, jakimi pobudkami kierował się prof. Urbański decydując się na takie działanie. W każdym razie drogi malakologii i Leszka Bergera zaczęły się rozchodzić, myślę że z pewną stratą jednak dla malakologii. Leszek Berger zajął się płazami, a dokładnie: żabami zielonymi. Przygotował habilitację, ale jej obrona posuwała się gorzej niż w ślimaczym tempie. Powodem tego było odkrycie, które przerosło ówczesne umysły. Rozprawę habilitacyjną odrzuciły zarówno Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu jaki i Uniwersytet Jagielloński. Tylko otwartość umysłu prof. Węgorka ocaliła pracę Bergera, która okazała się rewolucją w zoologii, a dokładnie w rozumieniu mechanizmów dziedziczenia genetycznego. Badania Leszka Bergera stały się podstawą do odkrycia hybrydogenezy - zjawiska dotąd nieznanego genetykom, a i obecnie nie do końca zrozumiałego. W hodowli mieszańców żab okazał się niezmordowanym, kontynuując badania po przejściu na emeryturę w 1995 r. Wówczas dom jego żony w Jaskółkach stał się prywatnym laboratorium, w którym do końca trwały badania nad żabami.
Lektura wspomnień prof. Bergera, zamieszczonych na Forum Akademickim, rodzi smutek. Nie zrobił zawrotnej kariery, nie stał się towarem eksportowym, a wręcz przeciwnie: nie oszczędzano mu trudności, kładąc pod nogi kolejne przeszkody. Bardzo późno został profesorem, a i sam tytuł profesora nadzwyczajnego otrzymał po trosze dzięki mięczakom. Wypromował bowiem doktorantkę, Annę Dyduch, która pod jego patronatem przygotowała pracę na temat polskich Sphaeriidae, na których znał się jako jeden z nielicznych w Polsce. Dopiero 10 lipca 1990 otrzymał tytuł profesora zwyczajnego.
Zastanawiam się, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby swobodnie mógł dalej zajmować się mięczakami. Herpetologia zawdzięcza mu wiele, jego prace porządnie zamieszały, co dla nauki jest zawsze ożywcze i odświeżające. Może podobnie byłoby i z malakologią. Tego się już nie dowiemy.
Kiedy przejeżdżam przez Działoszyn, wiem jakie ślimaki tam znajdował. Znam najdalej na północ wysunięte stanowisko Pyramidula pusilla (=rupestris) z rezerwatu Węże, wiem jakich mięczaków spodziewać się w okolicy Kłobucka. Wiem też, że to on zaczął zdecydowanie odróżniać krajowe Cochlicopidae, wykazując preferencje siedliskowe dla lubrica, lubricella i nitens. Wiem też, że nie zdążę go zaczepić, zapytać o pewne niuanse...
Zmarł 8 lipca 2012 r. w Jaskółkach k. Ostrowa Wielkopolskiego w wieku 87 lat. To już rok. W tym czasie żaby pewnie rozlazły się po okolicy wypełniając swym śpiewem ciepłe wieczory. Nawet słowiki przegrywają u mnie z tą wieczorną melodią. Widać w żabach też się można zakochać, choć to tak samo niedorzeczne jak zauroczenie mięczakami...
Fotografia żaby wodnej Pelophylax kl. esculentus z zasobów wikipedia.org

Muzeum Przyrodnicze Uniwersytetu Łódzkiego

O tej placówce wspominałem już kilkakrotnie, choć nigdy nie poświęciłem jej więcej zdań. Myślę, że trzeba to zmienić, a pretekstem może być moja ostatnia wizyta w tym muzeum.
Położone w centrum miasta, między ulicami Sienkiewicza a Kilińskiego, jest Muzeum Przyrodnicze Uniwersytetu Łódzkiego instytucją znaną wśród łodzian, istniejącą przeszło sto lat, choć w obecnym kształcie i miejscu początków by szukać w 1930 roku. Nie istniał jeszcze wtedy Uniwersytet Łódzki, a muzeum nazywało się Muzeum Przyrodniczo-Pedagogiczne i podporządkowane było głównie celom dydaktycznym. Być może wielu, którzy kiedyś je odwiedzało, pamięta je jako Muzeum Ewolucji, głównie za sprawą wystawy stałej poświęconej zagadnieniom darwinizmu.
Nie jest to muzeum, które zapierałoby dech w piersiach. Niewielki budynek, w którym niegdyś mieściła się miejska jadłodajnia, położony jest przy ul. Kilińskiego 101, na tyłach Parku im. Sienkiewicza. Nie rzuca się w oczy, nie krzyczy z daleka. Stoi sobie i czeka na tych, którzy bez pośpiechu zatrzymaliby się przy szklanych gablotach i oddali się podziwianiu bioróżnorodności.
Coś mnie zagnało do Muzeum w ostatnią sobotę. Nie planowałem tej wycieczki. Tak się złożyło jednak, że miałem godzinę dla siebie, więc postanowiłem sprawdzić, czy coś się w nim zmieniło od 2009 roku, kiedy ostatni raz tam byłem.
No więc się trochę pozmieniało. A w tej części, która mnie interesuje najbardziej, to nawet pozmieniało się dużo: więcej eksponatów, nieco jaśniej, nieco ciekawiej. Ekspozycja poświęcona mięczakom rozszerzyła się troszkę, choć nie na tyle, żeby zaspokoić mój głód. Doceniam to, że dzieje się na lepsze, a jednocześnie mam sporo zastrzeżeń do tej właśnie części. Dlaczego? No bo ten niedosyt jest za duży...
Przede wszystkim w wyeksponowanych zbiorach muszli mięczaków zabrakło większego uporządkowania. Oczywiście nie są one rozrzucone w nieładzie, jak popadnie. Leżą obok siebie równo, zabezpieczone przed przewracaniem się, w układzie gromad (ślimaki, małże, pojedyncze walconogi, głowonogi i chitony), ale już systematyki w poszczególnych gromadach nie sposób się doszukać. Inna rzecz, że systematyka mięczaków jest w gruncie rzeczy wciąż otwarta i nieporozumieniem byłoby kurczowo trzymać się którejś z koncepcji, jednak warto by wprowadzić tu jakiś element porządkujący.
To, czego mi najbardziej brakuje w części poświęconej mięczakom, to polskiej reprezentacji. Jest ona, nie mniej trudno nie skojarzyć jej roli z rolą reprezentacji narodowej w piłce nożnej - aż wstyd kontynuować ten wątek. Kilka gatunków ślimaków, w tym dwa źle podpisane, kilka gatunków małży. Ślimaki za nisko, małże za wysoko... Na dolnej półce gabloty ze ślimakami reprezentacja kraju: Cepaea hortensis, C. nemoralis, C. vindobonensis, Arianta arbustorum, Helicella obvia, Clausilia sp. (moim zdaniem Alinda nie Clausilia, ale ułożenie eksponatów nie pozwoliło mi na lepsze przyjrzenie się), Succinea putris, Helix pomatia, Viviparus contectus, Lymnaea ampla (podpisana Lymnaea limosa f. ampla - o ile nazwa rodzaju jest problematyczna, o tyle synonim limosa jest już mocno przestarzały i niestosowany od półwiecza przynajmniej...), Lymnaea auricularia i zatoczkowate: Planorbarius corneus, Planorbis planorbis oraz Anisus vortex, niepodpisany, który znalazł się omyłkowo wśród zatoczków pospolitych. Reprezentacja małży też nie prezentuje się lepiej, choć mają wyeksponowaną muszlę, którą pamiętam od pierwszej mojej wizyty w muzeum jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. To szczeżuja wielka, która naprawdę zasługuje na tę nazwę. Piękna, jasna muszla, bardzo rozdęta, przeszło dwudziestocentymetrowej długości. Cudeńko, które właściwie już się nie trafia w warunkach naturalnych (w takich rozmiarach), leży niestety na górnej półce, gdzie nie można dostrzec pełni jej wdzięku. Krajowe małże reprezentuje również Margaritifera margaritifera, okaz zakonserwowany w alkoholu, również nie najlepiej wyeksponowany.
Na tle stawonogów, ptaków czy ssaków kolekcja mięczaków nie jest może imponująca, choć z pewnością przyciąga uwagę kolorami i różnorodnością form. Żal mi, że na tym tle nie zadbano bardziej o przedstawienie krajowej malakofauny, co miałoby spory walor dydaktyczny.
Ważne jest, że jakieś zmiany idą. Zbiory są powiększane, a mięczaki w tych zbiorach prezentują się przyzwoicie. 311 gatunków, o których wspomina strona internetowa Muzeum, to nie jest imponujący wynik, ale sprawa jest otwarta, może kiedyś będzie lepiej.








Muzeum, jak większość, w poniedziałki jest nieczynne, za to w czwartki można wejść za darmo. W pozostałe dni cena też jest prawie symboliczna, bo pięć zł za bilet normalny i 3 zł za bilet ulgowy. Na rodzinny spacer miejsce doskonałe, nie tylko dla tych, którzy wszędzie wypatrują ślimaków.

środa, 3 lipca 2013

Zmarła dr hab. Magdalena Szarowska

Z żalem i ze smutkiem dzielę się informacją, że w dniu 11 czerwca 2013 r. odeszła dr hab. Magdalena Szarowska, pracownik Zakładu Malakologii Instytutu Zoologicznego na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ziemską wędrówkę zakończyła w sześćdziesiątym pierwszym roku życia, "w pełni sił twórczych i zapału do pracy", jak w nekrologu napisał Rektor najstarszej polskiej uczelni.
Dr hab. Magdalena Szarowska była przez całe życie zawodowe i naukowe związana z tą uczelnią. Miała opinię dobrego dydaktyka; w roku akademickim 2008/2009 znalazła się wśród wyróżnionych nagrodą Rektora UJ za wysoką jakość pracy dydaktycznej. Była również bardzo dobrym naukowcem, zajmującym się mięczakami, w tym bałkańskimi Rissooidea, niezwykle skomplikowaną grupą ślimaków. To właśnie pracą nad ich filogenezą molekularną, systematyką i ewolucją cech morfologicznych habilitowała się 24 marca 2009 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim, przedstawiając analizę genetyczną  i morfologiczną 12 cech 33 rodzajów bałkańskich Rissooidea. Recenzentami jej pracy byli m.in. prof. Pokryszko i prof. Wiktor.
Wśród polskich malakologów zdecydowanie częściej sięgała do genetyki niż inni. Większość publikacji (często jako współautor z prof. Falniowskim) odnosiło się do tych właśnie zagadnień. Zajmowała się również wymianą genetyczną wyspowych populacji ślimaków podkrakowskich dolinek jurajskich (grant KBN z 2003 r.).
14 czerwca 2013 r. spoczęła na cmentarzu w podkrakowskim Radziszowie, uszczuplając grono polskich malakologów o wybitnego specjalistę, oddanego dydaktyka i dobrego człowieka.
Niech odpoczywa w pokoju.

niedziela, 30 czerwca 2013

Ukradkiem

Chciałem napisać wcześniej, ale coś przeszkodziło. Mniejsza o to. W piątek, 28 czerwca udało mi się po dwóch dniach poszukiwań dostać na stacji benzynowej ostatni numer Tygodnika Powszechnego. Wystarczy, że do gazety dołożą gratis w postaci płyty i już nie masz co liczyć na lojalność kioskarza... Udało się i skoro tylko dojechałem do pracy wziąłem się za konsumpcję gratisu. A to rzecz nie byle jaka, bo wydana pod patronatem Dwójki Polskiego Radia autorska płyta z wierszami Ryszarda Krynickiego. A tego dnia właśnie Krynicki obchodził siedemdziesiąte urodziny.
No więc usiadłem przy biurku i przegrzebując dokumenty słuchałem wierszy czytanych spokojnym, zamyślonym, ale nie zmanierowanym głosem. Nie jest dobrym pomysłem słuchanie wierszy przy okazji, zajmując się czym innym. Poezja jest muzą zazdrosną i nie lubi dzielenia się z innymi... Więc zdarzało się, że do wierszy wracałem po dwa, trzy, a nawet cztery razy, żeby się wsłuchać. Aż doszedłem do ścieżki dwudziestej, do wiersza Ukradkiem.
Oto paradoks: chciałem zrobić Krynickiemu jakiś urodzinowy prezent, uczcić jakoś jubilata, któremu jestem tak wdzięczny choćby za wydanie "Króla mrówek" Zbigniewa Herberta. Bo też się wstyd przyznać, ale nie znam zbyt dobrze twórczości Krynickiego i zdecydowanie więcej mógłbym powiedzieć o innych przedstawicielach Nowej Fali, Zagajewskim czy Barańczaku. Paradoks na tym polega, że to ja otrzymałem prezent od Jubilata. Kiedy słuchałem, jak czyta wiersz "Ukradkiem" poczułem się, jakby dedykował go właśnie mi, tak na wyłączność. Nie mówię nic więcej. Oddaje ten tekst dalej. Niech rośnie, dojrzewa i drapie od wewnątrz...
UKRADKIEM
Ukradkiem, dyskretnie
podnoszę ze ścieżki
swojego starszego brata,
ślimaka,
żeby go nikt nie nadepnął.

Starszego pewnie o miliony lat.
Brata w niepewności istnienia.
Obaj jednako nie wiemy,
po co zostaliśmy stworzeni.
Obaj jednako zapisujemy nieme pytania,
każdy swoim najbardziej intymnym pismem:

potem strachu, nasieniem, śluzem.


Plurimos annos, Panie Ryszardzie...

czwartek, 6 czerwca 2013

Krakanie

Kończąc poprzedni wpis na blogu, wspomniałem o niemieckim samochodzie. Przedwczoraj przypomniał o swoim wieku i zasługach w zdobywaniu świata i poprosił o kilka dni urlopu. Właściwie: zażądał, bo  bez żadnego ostrzeżenie po prostu nie odpalił i nie robi tego już trzeci dzień. Czyli sam sobie wykrakałem wizytę u mechanika, która znowu szarpnie za oberwaną kieszeń.
Pomyślałem sobie tak: nie ma tragedii. Nie chce odpalić - to nie, pojadę autobusem, trochę zaoszczędzę, trochę poczytam po drodze, trochę więcej pospaceruję do przystanku. Same plusy. Taaaa, już to widzę, jak sobie wmówiłem propagandę sukcesu.
Wczoraj był Światowy Dzień Ochrony Środowiska Naturalnego, święto ogłoszone przez ONZ w 1972. Fajna okazja, żeby zastanowić się troszkę nad problematyką ochrony środowiska, a co z tym nierozerwalnie związane - również ochrony przyrody. No i tak: już drugiego dnia dojazdu do pracy środkami komunikacji publicznej okazało się, że koszt dojazdu "wte i wewte" przekroczył koszt paliwa, jakie zużywam przeciętne dojeżdżając do pracy własnym samochodem. Zaraz, coś tu się nie zgadza! Przecież wszędzie na świecie transport zbiorowy jest tańszy niż indywidualny, więc co jest grane? Czyżbym miał tak ekonomiczny (a tym samym ekologiczny) pojazd, że na głowę biję komunikację publiczną i zadaję kłam ekologom i zielonym ekonomistom? Niemożliwe, przecież moje auto jest stare, technologie nie tak zaawansowane, więc nie może być tańsze od przejazdu PKSem. A jednak. Same autobusy pewnie dużo starsze niż to moje i pewnie jeszcze więcej przejechały równików. I na pewno zostawiają więcej spalin, bo każde przyśpieszenie tych wehikułów pozostawia za dyliżansem czarną chmurę nadpalonej ropy... Może dlatego te bilety takie drogie, bo większa część oleju napędowego, zamiast być zamieniona na energię i spaliny, zamieniania jest na te ostatnie, a energii wystarcza co najwyżej na wprawianie pojazdu w swoisty rezonans powodujący, że czytanie książki staje się wyzwaniem dla najcierpliwszych...
Przejechanie 60 km komunikacją publiczną kosztowało mnie 16 zł 30 groszy. To prawie dwukrotnie więcej niż przejazd samochodem, oczywiście bez uwzględniania kosztów amortyzacji, ubezpieczenia i innych narzutów na koszta, które przecież też muszą być uwzględnione w cenie biletu. Dziś za bilet na trasę o długości 6 km (słownie sześć kilometrów, czyli sześć tysięcy metrów) zapłaciłem 4 złote. Znaczy to, że jeden kilometr kosztował mnie ok. 67 groszy, prawie dwa razy więcej niż w dniu wczorajszym. To wychodzi więcej niż zryczałtowana stawka za przejazd 1 km samochodem osobowym z silnikiem o pojemności poniżej 900 cm3 i troszkę mniej niż za to samo, ale samochodem z silnikiem powyżej 900 cm3 (swoją drogą: ciekawe, czy Minister Infrastruktury ma rozeznanie, ile samochodów z silnikiem o pojemności poniżej jednego litra jeździ po polskich drogach...).
Trudno mi się pogodzić z taką sytuacją. Nie mając obecnie samochodu, decyduję się na jazdę komunikacją zbiorową. To powinno być tańsze, bo niekoniecznie wiąże się z wygodniejszą jazdą. W istocie: muszę dojść do przystanku blisko kilometr, przesiadać się w miejscowości, w której autobusy jeżdżą raz na półtorej godziny lub rzadziej, zastanawiać się czy w ogóle autobus przyjedzie, czy się zatrzyma na przystanku, czy mnie zabierze (no bo może właśnie przeładowany). A w drodze powrotnej to jeszcze muszę przejść trzy kilometry, bo autobus nie jedzie na moje osiedle, a komunikacja miejska zapewni mi podwózkę za cztery złote (za trzy kilometry!) dopiero za godzinę... Do tego dochodzi niemiłosierny hałas w czasie jazdy i dołączony w promocji wibrator wmontowany w każdą część autobusu. Okoliczności takie jak braki w higienie czy zwykłe przepocenie po całym dniu pracy, nie wymagają dalszego komentowania. I jeszcze stanie w czasie jazdy... Jeśli autobusem, to idzie wytrzymać, jak busikiem, to trzeba się schylać i lawirować, żeby się nie wyłożyć na kolejnym zakręcie.
Źle się dzieje, że tak wygląda sytuacja. Za daleko mam do pracy, żeby dojeżdżać rowerem (druga sprawa: nie miałbym możliwości wejść pod prysznic po takiej przejażdżce). Pracować muszę, więc do pracy dojeżdżam samochodem. Wolałbym autobusem, ale jakoś nie widzę, żeby mnie próbowano przyciągnąć. Więcej: towarzyszy mi przekonanie, że komunikacja publiczna jest wspaniałym rezerwuarem peerelowskiej mentalności: tam nie jestem klientem, tylko balastem. A infrastruktura jest beznadziejna. Więc nie zostaje mi nic innego, jak podzielić się z mechanikiem moimi dochodami i na powrót korzystać z niemieckiego samochodu, który wciąż ma ambicje dziesięciokrotnego okrążenia równika...
Mam świadomość, że jeżdżąc samotnie do pracy swoim samochodem przyczyniam się do niszczenia środowiska naturalnego. Mam świadomość, że tracę sporo czasu. Mam też świadomość, że tracę bardo dużo z moich pasji, bo nie mogę się przyglądać trawnikom, drzewom, murkom i innym miejscom, gdzie łażą sobie ciekawskie ślimaki. Naprawdę chciałbym to zmienić, naprawdę wolałbym korzystać z rozwiązań opartych na transporcie zbiorowym. Ale w Polsce B jest to niemożliwe. W Polsce B upokarza się człowieka nawet wtedy, kiedy chce się przesiąść do autobusu. W Polsce B argumenty ochrony środowiska umykają bardzo, ale to bardzo daleko od zdrowego rozsądku...
Nie wiem, ile potrwa moje unieruchomienie samochodu. Nie wiem, ile wystarczy mi cierpliwości do pseudokomunikacji zbiorowej. Na razie pozostaje mi to, co jest. Wymuszone spacery, w czasie których stwierdzam kolejne bardzo liczne stanowiska ślinika, jeszcze nie wiem czy wielkiego, czy luzytańskiego. Jak podrosną, może ktoś mi pomoże oznaczyć rufus czy vulgaris (= lusitanicus). W każdym razie pogoda sprzyja ślimakom i dobrze to widać, idąc na przystanek po wydeptanej ścieżce wśród rozmiękczonych nieużytków wzdłuż nieczynnych torów kolejowych - jedynej drogi z osiedla na przystanek.
I czemu wciąż się obawiam spóźnienia na autobus, zatrzymując się na ścieżce i przenosząc niepoprawne wstężyki gajowe, którym właśnie w tym momencie zachciało się wchodzić mi pod nogi...
Minął wczoraj Światowy Dzień Ochrony Środowiska Naturalnego. Jak tak dalej pójdzie, to cała naszą ekologię szlag trafi przez rozklekotane autobusy pekaesów. Ciekawe, czy ktokolwiek zwraca na to uwagę, czy może właśnie księgowość wyliczyła, że trzeba podnieść bilety, bo straty za duże... I obym tego znów nie wykrakał!

piątek, 31 maja 2013

Ordnung

Nasze wyobrażenia na temat innych nacji na ogół podlegają jakiejś daleko idącej stereotypizacji, spłaszczającej przedstawicieli innych narodów do słów-kluczy lub utartych powiedzonek, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Dla nas Włosi to makaroniarze, Szkoci to skąpcy, Czesi śmiesznie mówią i opijają się piwem, Rosjanie są wiecznie pijani i tak dalej. Ale obrażamy się, gdy ktoś napisze, że Polacy to pijacy, kombinatorzy i złodzieje samochodów... Stereotypy na ogół są fałszywe i nie warto się nimi kierować.
A jednak. Sam przyłapałem się na tym, jak bardzo w mojej głowie uruchomiły się automatyczne myśli o Niemcach, kiedy pierwszy raz trzymałem w rękach książkę, której autorem jest niemiecki malakolog, Francisco Welter-Schultes. Trzymając w ręku ciężką, wielką księgę oprawioną w sztywne okładki, pomyślałem: Ordnung muss sein! Śpieszę wyjaśnić, że jak dotąd książkę trzymałem w rękach przez kilka minut i że dotąd nie udało mi się włączyć jej do swojej biblioteki. O tym za chwilę. Co to za książka? Niezwykła. European non-marine molluscs, a guide for species identification, wydana w Getyndze w 2012 r. Widziałem ją jakieś dwa miesiące temu, teraz jestem na etapie budowania specjalnego funduszu na rzecz sprowadzenia do rąk własnych tego dzieła. Przeglądając ostatni numer Folia Malacologica natrafiłem na recenzję tego wydawnictwa autorstwa prof. Beaty Pokryszko z Muzeum Przyrodniczego Uniwersytetu Wrocławskiego. Polecam ten tekst, bo prof. Pokryszko pisze bardzo komunikatywnym stylem, dobrze się to czyta, zwłaszcza że recenzje to ostatnie prace w Folia wydawane jeszcze dwujęzycznie, tj. po angielsku i po polsku.
Dlaczego kiedy trzymałem w rękach książkę zoologa z Getyngi chodziło mi po głowie niemieckie powiedzenie Ordnung muss sein? Bo uporządkować i usystematyzować wiedzę o przeszło dwóch tysiącach gatunków europejskich mięczaków jest zadaniem, z którym może się zmierzyć tylko ktoś, kto porządek ma we krwi, a z tym kojarzą mi się Niemcy. Prof. Pokryszko na marginesie recenzowanej książki napisała o ocenie dorobku naukowców, o pogoni za punktami za publikacje itp., wskazując tym samym na ogrom poświecenia, jakim wykazać się musiał autor, podporządkowując pięć lat pracy naukowej jednemu opracowaniu. Porządek, jaki wprowadza opracowanie Schultesa jest nie do przecenienia. To pierwsza tak potężna objętościowa praca poświęcona identyfikacji europejskich mięczaków. Powiedzmy to wprost: dziś już takich książek się nie pisze, bo pomimo niezwykle skutecznych i pomocnych narzędzi komputerowych, do takiej pracy potrzeba benedyktyńskiej cierpliwości, niemieckiej dyscypliny i niezwykłej pasji, aby chcieć to zrobić. Sam przegląd literatury fachowej byłby zadaniem dla zwykłego śmiertelnika prawie niewykonalnym, a teraz jeszcze dokonanie krytycznych ustaleń, koniecznych syntez, sporządzenie notatek, wykreślenie map, wykonanie fotografii. Więcej: zgromadzenie materiału porównawczego do ilustracji byłoby zadaniem, przez które nie przeszedłby nikt bez właściwego zapału i naukowego zaplecza.
Otwieranie się kolejnych granic (w lipcu do UE wchodzi Chorwacja - kolejne wyzwania dla malakologów) powoduje, że częściej podróżujemy, łatwiej zdobywamy "pamiątki" z podróży, ale wcale łatwiej nie zdobywamy wiedzy na temat przywiezionych zdobyczy. Dzięki publikacjom tak syntetycznym, jak ten klucz do europejskich mięczaków, takim jak ja łatwiej będzie oznaczać zbiory, porządkować je, nadawać im pozory uporządkowania.
Jak na pięć lat pracy, rozmiar oraz jakość dzieła, książka wcale droga nie jest. To raptem tylko 128 euro plus koszta wysyłki... Poważnie mówię. To nie jest dużo. Co wcale nie znaczy, że jest to mało. Nie wiem, ilu malakologów w Polsce może tak sobie lekką ręką zamówić tę książkę. Jeśli jednak tego nie zrobią, jeśli nie sprowadzą sobie tej publikacji, nie będą mogli korzystać z najobszerniejszego (na dzień dzisiejszy) przewodnika po europejskiej malakofaunie. Wydaje się więc, że trzeba skarbonkę postawić na biurku i wrzucać do niej cokolwiek na ten właśnie cel...
A mimo mojego zachwytu nad tą książką, i tak towarzyszy mi niedosyt. Spory niedosyt. Nie chodzi mi nawet o poszczególne fotografie czy informacje o gatunku. Chodzi mi o obserwowaną metodologię, która przyświeca wielu tego typu przedsięwzięciom: non-marine... Czy doczekamy się kiedyś opracowania, które komplementarnie omówi wszystkie gatunki europejskiej malakofauny, w tym morskiej? Rozumiem, że tam dopiero pojawiają się problemy z systematyką, zasięgiem występowania etc., a przecież w kolejnych dużych projektach omija się szerokim łukiem tę część mięczaków, która - wcale nie wykluczone - mogłaby się okazać ilościowo większa od lądowej i słodkowodnej.
Pozostaje to moim niespełnionym marzeniem: książka (może nawet: książki, bo przecież jedna publikacja mogłaby się okazać zbyt wielka, zbyt ciężka, zbyt niepraktyczna) o wszystkich europejskich mięczakach, oskorupionych i nie, lądowych i wodnych, morskich i słodkowodnych... Gdyby więc kto z takim pomysłem chodził, niech pamięta, że część szlaku przetarł już Welter-Schultes. I zrobił to wyśmienicie.
Czy jeśli będę bardzo grzeczny w tym roku, to Mikołaj przyniesie mi ją pod choinkę? Może tak, pod warunkiem jednak, że do tego czasu nie rozsypie się do reszty mój zdezelowany niemiecki samochód, którym już dziewiąty raz objeżdżam równik;)
Welter-Schultes Francisco. 2012. European non-marine molluscs, a guide for species identification. Bestimmungsbuch für europäische Land- und Süsswassermollusken. Göttingen, 752pp.

poniedziałek, 27 maja 2013

Zmarł profesor Kazimierz Stępczak (1936-2013)

W dniu wczorajszym otrzymałem informację o śmierci profesora Kazimierza Stępczaka, poznańskiego biologa, związanego z Zakładem Zoologii Ogólnej Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Gotów jestem stwierdzić, że odszedł człowiek znany i nieznany zarazem całemu mojemu pokoleniu, tym wszystkim, którzy edukację podstawową odbierali w latach osiemdziesiątych i początku lat dziewięćdziesiątych XX w.
Nie znałem osobiście profesora Stępczaka i nawet nie zdążyłem mailowo zaczepić go - co mam w podłym zwyczaju od jakiegoś czasu. Więcej powiem: znany mi był wyłącznie jako autor i redaktor pracy o biologii ślimaka winniczka Helix pomatia (Warszawa-Poznań, 1983), choć wiedziałem również o wcześniejszych jego pracach poświęconych winniczkowi. Natomiast nie wiedziałem, a właściwie: nie uświadamiałem sobie, że był również autorem podręczników szkolnych, z których dwa, tj. Biologia kl. 4 i Biologia kl. 8 były moimi podręcznikami w szkole podstawowej. Poza tym zajmował się również dydaktyką ochrony środowiska, a jego podręcznik przez długie lata obowiązywał w zasadniczych szkołach zawodowych. Pisanie podręczników szkolnych to wielka odpowiedzialność: dobrze skonstruowany potrafi podsycać pasję, źle - skutecznie ją gasić. Podręczniki do biologii dostępne w szkole podstawowej pamiętam dość dobrze. Nie były tak bogato ilustrowane, jak obecne, ale były ciekawe. Chociaż i trudne. Ale w "tamtych" czasach nie było internetu, nie było tylu kanałów przyrodniczych w kablówce, a i publikacje popularnonaukowe nie były tak nasączone obrazkami...
Muszę wyznać, że nazwisko profesora Stępczaka wróciło do mnie niedawno za sprawą dość poważnej gazety, która obeszła się z nim nie najładniej i było mi przykro z tego powodu. Rzecz dotyczyła "politycznej" aktywności poznańskiego naukowca i jego poparcia dla obrony poseł Pawłowicz. Nie mam zamiaru wnikać w rozsądzanie racji. Uważam, że demokracja oznacza prawo wyrażania swoich poglądów niezależnie od obowiązujących trendów czy koniunktur politycznych. Natomiast wspomniana gazeta raczyła się rozprawić z poparciem udzielonym posłance PiS w ten sposób, że wyłuskała osobę prof. Stępczaka spośród sygnatariuszy listu otwartego środowisk naukowych Poznania, zrzeszonych wokół AKO. Wystarczyło zestawić "specjalistę od ślimaków" z tematem związków partnerskich, aby wysnuć wniosek, że poparcie w tej sprawie nie może być poważne. Z tego powodu jest mi bardzo wstyd. Bo nie można zasłużonych naukowców traktować tak, jakby byli ćwierćinteligentami z wykształceniem wąskotorowym.
Nie znam biografii profesora Kazimierza Stępczaka. Wiem, że związany z Uniwersytetem Adama Mickiewicza wypromował kilkunastu doktorów, w tym kilku malakologów. Mam nadzieję, że jego uczniowie dadzą o nim świadectwo, że wspomną go na łamach Folia Malacologica lub innych naukowych stronicach. Mam też nadzieję, że oceniając jego dorobek będzie brane pod uwagę to oddziaływanie, jakie wywierał na pokolenia polskich uczniów. Pewnie niektórym przez niego śniła się biologia po nocach, może niektórzy musieli wkuwać ją na blachę, nie mogąc pojąć jej tajników. A może znajdą się również tacy, którzy nie mogli się doczekać lekcji biologii w podstawówce. Jeśli tacy są, niech wspomną swoje przygody z podręcznikiem do biologii i westchną za ich Autora, którego odejście jest stratą nie tylko dla jego bliskich, ale również dla środowiska polskich malakologów.
Reqiescat in Pace.
Uroczystości pogrzebowe ś.p. prof. Kazimierza Stępczaka rozpoczną się 29 maja 2013 r. o godz. 12 mszą świętą żałobną w Skórzewie, po czym nastąpi pochówek na skórzewskim cmentarzu.
 
Biogram prof. Kazimierza Stępczaka dostępny na www.zzo.amu.edu.pl/ks.html. Fotografia ze strony Zakładu Zoologii Ogólnej UAM.

czwartek, 9 maja 2013

XXIX Krajowe Seminarium Malakologiczne - podsumowanie

Rozjechali się i wrócili do swoich domów, zakładów, instytutów, wydziałów, do swoich zajęć, badań, analiz, dociekań... Świnoujskie plaże czekają na turystów, zapominając pewnie o malakologach, którzy przed trzema tygodniami właśnie w Świnoujściu debatowali nad problemami współczesnej malakologii.
Dotarły do mnie streszczenia wystąpień. Pomyślałem, że warto kilka słów wspomnieć o tym, co działo się w czasie XXIX Krajowego Seminarium Malakologicznego. Nie będę jednak kronikarzem zjazdu: nie było mnie tam, więc pogląd wyrabiać mogę jedynie na podstawie opinii tych, którzy tam właśnie przebywali. Bez emocjonalnego świadectwa, ale z zaangażowaniem podzielić się zamierzam moimi refleksjami na temat wystąpień malakologów.
Nie będę poruszał się ani chronologicznie, ani alfabetycznie. Nawet nie zamierzam tworzyć rankingu. Po prostu chcę kilka słów skreślić na temat wystąpień, które zwróciły moją uwagę.
Na pewno uważnie słuchałbym wystąpienia Joanny Pieńkowskiej, Marcina Górki i Andrzeja Lesickiego o współwystępowaniu dwóch niezwykle do siebie podobnych ślimaków z rodzaju Monacha, które występują w Polsce. Autorzy porównali populacje polskie i czeskie i ustalili na podstawie budowy układów rozrodczych oraz badań genetycznych, że mamy do czynienia: 1) z dwoma gatunkami: Monacha cartusiana i Monacha claustralis, które występują również w Czechach. 2) Monacha cantiana okazała się prawdopodobnie błędną identyfikacją M. claustralis; 3) M. cartusiana występuje w Polsce południowej (stanowisko z Wrocławia), natomiast M. claustralis znana jest ze stanowisk w Polsce zachodniej (Poznań), centralnej (Kielce) oraz północnej (nie pamiętam lokalizacji, chyba gdzieś w okolicach Żarnowca); 4) W Kamieniołomie Wietrznia oba gatunki ze sobą współwystępują (podobnie na dwóch stanowiskach w Pradze), co tym bardziej gmatwa sprawę identyfikacji gatunków. Ponieważ posiadam w zbiorach materiały zarówno z Poznania jak i z Wietrzni, łudziłem się, że mam oba gatunki. A teraz nie wiem. Być może mam dwa, może mam jeden, a może mam dwa plus hybrydę obu? Dlatego tak bardzo mnie ten tekst zaciekawił.
Nie uciekając daleko od Poznania przysłuchiwałbym się wystąpieniu na temat identyfikacji Subulina octona z Poznańskiej Palmiarni. Rzecz w tym, że od lat trzydziestych podawano w literaturze stanowisko Opeas pumilum stwierdzone przez Urbańskiego. Marianna Soroka, Anna Sulikowska-Drozd oraz Maria Urbańska wzięły się jednak za sprawdzenie i okazało się, że Urbański się nie pomylił, ale O. pumilum nie występuje już poznańskich cieplarniach. Na przestrzeni lat populacja ta została prawdopodobnie wytrzebiona (być może działaniami pielęgnacyjnymi roślin - to moje zdanie), a w to miejsce, nie bardzo wiadomo w jaki sposób - weszła S. octona. Będę musiał zweryfikować ponownie mój wykaz mięczaków z obszaru Polski.
Uwagę moją przykułby z pewnością referat poświęcony zachowaniom ślimaków (ślimaczków) z rodzaju Vallonia. Okazuje się, że mają one zwyczaj "objadania" własnych jaj z pewnego grzyba (Arthrobothys) i nie bardzo wiadomo, czy jest to strategia ochrony jaj własnego gatunku (tego nie udało się jeszcze dowieść w przypadku ślimaków lądowych) , czy sposób na urozmaicenie diety. Osobiście opowiadam się za pierwszym rozwiązaniem, ale pozwolę, aby temat badano dalej, bo może się okazać zaskakujący w wynikach. Prace na tym prowadziły Elżbieta Kuźnik-Kowalska, Małgorzata Proćków oraz Elżbieta Pląskowska z różnych ośrodków naukowych Wrocławia.
Wydaje mi się, że nie odpuściłbym sobie wystąpień na temat ślimaków rzeki Nidy (Anna Cieplok, Małgorzata Strzelec), mięczaków jeziora Wigry (B. Wawrzyniak-Wydrowska), mięczaków Żywca (debiutująca Kamila Zając) czy - bliskiego mi z racji doświadczeń zawodowych - tematu malakologicznych wątków w podręcznikach gimnazjalnych (Eliza Rybska, Agnieszka Cieszyńska). Uwagę swoją skupiłbym również na wystąpieniach poświęconych strategiom rozrodczym świdrzyków z podrodziny Baleinae (A. Sulikowska-Drozd, Tomasz Maltz i Izabela Jędrzejowska) oraz - z zupełnie innej strony - na referacie Dominiki Mierzwy-Szymkowiak o kolekcji prof. Tomasza Umińskiego w Muzeum Zoologicznym PAN.
Kolejny raz przekonuję się, ile tracę nie biorąc udziału w seminariach malakologicznych. Kolejny raz rozpalam nadzieję, że następnym razem będzie inaczej, że w końcu się uda pojechać. Szansa w kolejnym roku - według wstępnych planów może to być bardzo mi bliska (emocjonalnie, nie geograficznie!) Łopuszna, mekka miłośników filozofii Tischnera... A będzie to jubileuszowe, XXX  Krajowe Seminarium Malakologiczne.
Ze Świnoujścia pod Turbacz kawał drogi. Mam nadzieję, że odległość nie wystraszy malakologów, a do tego czasu trzeba szukać tematów, którymi warto by podzielić się z ciekawymi malakologicznych tajników.

piątek, 3 maja 2013

Folia malacologica 21, zeszyt drugi

Kto majówkę planował w plenerze, z piknikowym koszem, może się czuć  nieco zawiedzionym. Kapryśna wiosna wystawia na próbę nerwy miłośników słońca i ciepłych pogód.
Ja nie narzekam. Widziałem dziś dorodne wstężyki, które w majowych deszczach  czują się wyśmienicie. Winniczki może nieco bardziej zestresowane, bo właśnie zaczął się sezon legalnego ich pozyskiwania (oczywiście tylko tam, gdzie wolno, czyli m.in. poza parkami krajobrazowymi i narodowymi oraz tam, gdzie wojewodowie nie wydali stosownych zakazów). Nawiasem mówiąc jeszcze się w tym roku z winniczkiem nie spotkałem, za co winić należy przede wszystkim mocno opóźnioną realizację planów terenowych na ten rok...
A z początkiem maja pojawił się nowy zeszyt Folia malacologica. Kto by się wiec deszczu bał i wolał majówkę urządzać w domu, może wziąć się za lekturę kilku artykułów, które godne są chyba wspomnienia.
Gloer pisze o Bithynella Rumunii. Wspominałem już niejednokrotnie o ogromnym szacunku, jakim go darzę. Jestem pod niesamowitym wrażeniem systematyczności jego pracy i kolejnych deskrypcji nowych gatunków. To imponujące.
W drugim artykule eksploatowany jest wątek genetycznych relacji wewnątrz nadrodziny Rissooidea. Przyznaję, że genetyka to dla mnie coraz czarniejsza magia, ale duet Falniowski-Szarowska jest gwarancją naprawdę porządnych opracowań.
Bardziej zainteresował mnie tekst prof. Piechockiego i Agnieszki Szlauer-Łukaszewskiej. Autorzy omawiają malakofaunę środkowego i dolnego biegu Odry, informując o notowaniach m.in. rzadszych gatunków ślimaków i małży, w tym. np. Borysthenia naticina czy Sphaerium solidum. Lubię tego typu teksty. Dzięki nim zyskuje lepszą orientację faunistyczną i zoogeograficzną. I jakkolwiek z Odry nie posiadam żadnych zbiorów, tak uważam, że właśnie nasze duże rzeki powinny być malakologicznie lepiej opracowane, bo to ostatnie tej miary wielkości rzeki w Europie, które zachowują w miarę naturalny charakter.
Zeszyt zamyka tekst Jarosława Maćkiewicza o pierwszym stwierdzeniu Corbicula fluminea w Wiśle. Dotychczas ten inwazyjny małż znany był u nas tylko ze wspomnianej wcześniej Odry. W maju 2011 r. po raz pierwszy został stwierdzony na zupełnie nowym obszarze, w krakowskiej Wiśle, dokładnie naprzeciwko Wzgórza Wawelskiego. Obecność w Wiśle może oznaczać, że Corbicula czuje się w Polsce nie najgorzej i raczej spodziewać się jej można zarówno na dalszych odcinkach tej rzeki, jak i w zupełnie nowych miejscach, co pewnie jest tylko kwestią czasu.
Może więc, jeśli się rozpogodzi, warto by wyskoczyć gdzieś nad rzekę i popatrzeć, czy nie zawitała tam Corbicula. Kto wie, może może uda się znaleźć coś ciekawego. Nigdy nie należy ignorować roli przypadku w nauce, a przypadkowe spotkania mogą czasem być źródłem wielu nowych wyzwań...
Zapraszam na http://foliamalacologica.com.
foto z artykułu o Corbicula z Wisły

wtorek, 30 kwietnia 2013

Niedobrze

Minęło dwa tygodnie od tego wieczoru, kiedy siedząc przy komputerze nanosiłem ostatnie poprawki na przygotowywane wystąpienie. Po chwili wystąpienie zamieniło się w bluescreen a restart komputera przyniósł zadziwiającą odpowiedź, że nie znaleziono systemu operacyjnego. Ot, zdarza się, pomyślałem i wypowiedziałem dość długi szereg słów powszechnie uważanych za obraźliwe. Długość litanii wulgaryzmów nie wpłynęła jednak na stanowisko komputera: pomimo próśb, błagań, nalegań, gróźb, przeklinań i najsoczystszych wulgaryzmów, złośliwe urządzenie pozostało nieubłagane. Złośliwie uparło się zeżreć mi efekty prac z ostatnich kilku... No właśnie. Z ostatnich kilkunastu lat.
Starzeję się. Gdybym był młodszy, szukałbym rozwiązań pod ziemią nawet, a tak, ograniczyłem się do kilkunastu konsultacji z informatykami i kilkudziesięciu prób reanimacji twardego dysku. Jeśli ktoś chciałby zaproponować odzyskiwanie danych, to już to przerabiałem. Zabezpieczenia były takie, że wyciągnięcie nawet wszystkich klastrów z twardego dysku nic nie zmieni.
Przeżywam żałobę po stracie kilku tysięcy artykułów, kilkuset książek, kilkuset fotografii i kilkudziesięciu opracowań własnych. Poza tym prywatne zapiski, kopie deklaracji podatkowych, zaszyfrowane i zabezpieczone hasła do haseł i wszystko to, co zapisywałem cyfrowo w nadziei udogodnienia pracy. Żałoba po odejściu osoby jest bardziej bolesna, ale jednocześnie przesiąknięta jakąś eschatologiczną nadzieją. A tej mi obecnie brak. Piekło cyfrowej nicości nie pozostawia złudzeń. Strata jest pewna, nieodwracalna, banalna.
Bronię się przed wzięciem odpowiedzialności na siebie: mogłem przecież robić backupy, ale kiedy danych przybywa, szybko dochodzi się do przekonania, że jest to stratą czasu. Wierzyłem w moc sprzętu, w moc zabezpieczeń, w moc informatycznych anestezjologów. Widać wiara ta była niedojrzała i musiała runąć. Upokorzony tym doświadczeniem uśmiecham się do kartki i do pióra i wspominam te czasy, kiedy dane generowało się stokrotnie wolniej, ale stokrotnie dłużej też się je traciło. Pozostaje mi teraz rola seneksa rozprawiającego nad  ułudą tego świata. Nie znam lekarstwa na inflację informacji. Bezpośrednio po zdarzeniu, kiedy dotarło do mnie jak mało pozostało z mojej pracy, pomyślałem sobie: to znak! Trzeba opuścić tę cywilizację i zaszywając się gdzieś w głuszy, wybierać korzonki i nimi się żywić. Szybko jednak przypomniałem sobie o prawie własności gruntów, o pozwoleniach budowlanych, obowiązku meldunkowy, konieczności składania rozliczeń, przepisach o ochronie przyrody etc. Ucieczka od cywilizacji pewnie jest możliwa, ale jest rozwiązaniem indywidualnym, którego nie da się zastosować jako normy ogólnej. Więc pozostaje mi dystansować się. Żyję w czasach inflacji treści. Czasem z tego korzystam i jest mi dobrze, czasem to mnie wykorzystuje i jest mi źle. Nasze genetycznie uwarunkowane zbieractwo przeżywa prawdziwy karnawał. Gromadzimy wszystko co się da scyfryzować. A potem tylko ctrl+s i błogie przekonanie, że ocaliłem coś z życia. Niektórzy (a nawet bardzo wielu) w tym momencie jeszcze wrzuca na wszelkiego rodzaju portale społecznościowe, w nadziei że ktoś kliknie lajka. Tak naprawdę przestaliśmy cenić informację. Mamy ich taki nadmiar, tak uzależniliśmy się od kolejnych pobrań, ściągnięć, żółtych czy czerwonych pasków, newsów, że właściwie nic już nie wiemy. Pomyśleć, ile haseł używamy do logowania, ilu pinów, kodów i innych świętych kluczy. Wydaje się nam, że trzymamy świat w ręce, że wiemy o nim wszystko. A prawdą jest, że im więcej wiemy, tym mniej rozumiemy.
Tego nauczyłem się po przygodzie z komputerem. Kilkaset książek może ponownie uda się ściągnąć z sieci, kilka tysięcy artykułów pewnie nadal jest dostępnych, choć już do wszystkich nie dotrę. I chyba już nie będę próbował. Może to była pycha ubrana w eksploracyjny popęd?
Zaczynam coś na nowo. Rzeczy ważne odnajdę szybko, reszta pewnie i tak nie miała większego znaczenia. Maj już blisko, a ja prawie się w krzaki nie wybrałem. Może więc czas przewartościować co nieco i wybrać się w miejsca, które wołają z daleka.
A szczerze: wcale mi nie przeszło. Wciąż patrzę na uszkodzony twardy dysk i zastanawiam się, jak mogłem w tak idiotyczny sposób pozbyć się efektów wieloletnich poszukiwań. Uczymy się całe życie, a mądrość się z nas naigrawa...