piątek, 17 listopada 2017

Pomysł na jesienne wieczory

Mam w swoich zbiorach bibliotecznych książkę, której do tej pory nie omówiłem tutaj należycie, a i dziś tego nie zrobię. Zasygnalizuję, że jest, a jeśli jej gdzieś szukać, to bardziej w antykwariatach niż księgarniach, bo parę lat minęło już od jej wydania. Traktuje ona o dekoracjach z muszli i przyznać się muszę, jakoś nie bardzo przekonywało to moje poczucie estetyki.
A może warto jednak przyjrzeć się temu i zastanowić się, czy nie jest to obszar godny głębszego przeanalizowania? W 2014 roku na Krajowym Seminarium Malakologicznym prezentowałem wystąpienie poświęcone dekoracjom z muszli w kościele Świętego Ducha w Łasku (woj. łódzkie), koncentrując się nie tyle na walorach artystycznych, co na doborze gatunków.
Latem, kiedy byłem w Sarbsku (to blisko Łeby), w tamtejszym muzeum morskim (jedna z atrakcji kompleksu rozrywkowego), widziałem "obrazy z muszli", które - przyznać trzeba - nie straszyły.
Znalazłem ostatnio taki filmik o gruzińskim duchownym, który z muszli mięczaków tworzy obrazy, w tym również ikony (w sensie religijnym). Nie znam gruzińskiego, więc nie streszczę tego, o czym mówi ojciec Dimitri Sukhitashvili z kościoła Kaszweti Świętego Jerzego w Tbilisi. Drugi link odsyła do anglojęzycznej wersji materiału video, polecam.
Przyznać muszę, że jakkolwiek nadal nie porywa mnie to estetycznie, to jednak "ma to w sobie coś"... Zresztą, oceńcie sami, bo przecież de gustibus non disputandum est... Może więc, skoro jesień późna i wieczory długie, spróbować warto swoich sił na artystycznym poletku, obcując z pięknem samym w sobie, zaklętym w milionach lat ewolucji mięczaków?

https://www.palitravideo.ge/yvela-video/akhali-ambebi/29335-qnizharebis-samothkheq-moluskebis-akhali-ckhovreba-dekanoz-dimitris-namushevrebshi.html
http://www.georgianews.ge/arts-a-culture/22848-unusual-art-archpriest-dimitri-sukhitashvili-creates-icons-from-sea-shells.html 


Jedna z muszlowych kompozycji z Sarbska




piątek, 10 listopada 2017

Nie mogę się doczekać

Był czas, że przed narodem niosłem oświaty kaganek, a właściwiej doświadczałem kagańca w oświacie. Był, niedługi, ale był czas w moim życiu, że jadłem z nauczycielskiego garnuszka. Z głodu nie umierałem, ale nie było to dla mnie. Po kilkunastu latach zdarza mi się jednak czasem zaglądać do szkół i znów mam do czynienia z uczniami, tym razem jako prelegent, nie jako nauczyciel, stąd w spotkaniach tych czuję się wolny i nie towarzyszy mi stres, z którym borykałem się jadając nauczycielski chleb. Dziś spotkania z uczniami różnych typów szkół, ale głównie podstawówek, są dla mnie wyzwaniem, które podejmuję z radością i satysfakcją. Widać, do wszystkiego trzeba dojrzeć.
Dlaczego dziś wzięło mnie na rozdrapywanie szkolnych tematów? Czyżby przypomniał mi się dzień nauczyciela? Nic z tych rzeczy. Dowiedziałem się po prostu, że ukazała się książka, która jest dla mnie pewnym zaskoczeniem, i nie mogę się doczekać, kiedy trafi w moje ręce. Otóż nakładem wydawnictwa Kontekst z Poznania ukazała się rozprawa habilitacyjna Elizy Rybskiej pt Przyroda w osobistych koncepcjach dziecięcych - implikacje dla jej nauczania z wykorzystaniem rysunku (Poznań, 2017, 350 ss.). Zaskoczenie, bo nie wiedziałem, że habilitacja jest przygotowywana w formie książki, a to coraz rzadsze zjawisko w polskiej nauce... Nie mogę się doczekać, bo bardzo mnie ciekawią wnioski, do których doszła Autorka. Znając jej wystąpienia np. z krajowych seminariów malakologicznych, mogę się spodziewać ciekawej i wymagającej lektury. Eliza Rybska nie tylko naukowo zajmuje się dydaktyką biologii czy nauk przyrodniczych, ale jest jej, dydaktyki, praktykiem. Ciekawi mnie zatem, jak ścierać się będą naukowe koncepcje z osobistym doświadczeniem nauczycielki biologii, która poza dydaktyką tej dziedziny, jest też malakologiem. Nie ukrywam zresztą, że spala mnie ciekawość, ile malakologii znalazło się w tej książce.
Podjąłem już kroki, żeby książka do mnie trafiła. Mam nadzieję, że czekanie nie będzie trwać długo. Potem będę potrzebował troszkę czasu, żeby się wgryźć w lekturę (niestety najbliższe tygodnie zapowiadają się kieratowo) i obiecuję, że podzielę się swoimi wrażeniami i refleksjami z lektury. Natomiast już teraz w ciemno mogę mogę lekturę tej książki polecić i malakologom, i nauczycielom biologii, którzy każdego dnia rwą włosy z głowy zastanawiając się, jak dotrzeć do uczniów z wiedzą o otaczającym nas światem ożywionym.
Eliza Rybska. 2017. Przyroda w osobistych koncepcjach dziecięcych - implikacje dla jej nauczania z wykorzystaniem rysunku. Poznań, Wydawnictwo Kontekst, 350 ss.

środa, 25 października 2017

Mierz siły na zamiary

Spacerowałem niedawno wieczorową porą, a że ciepło i mgliście było (słowo daję: słychać było, jak grzyby rosną!), to w wielu miejscach było sporo ślimaków. A dokładniej pomrowów, jeszcze dokładniej: pomrowa wielkiego (Limax maximus). Sporadycznie łaziły też śliniki (zapewne Arion vulgaris, ale kto go tam wie...). Łaziłem i łaziłem, aż w pewnym momencie natknąłem się na nowy dla siebie widok, więc przycupnąłem i popatrzyłem się na coś, czego do tej pory jednoznacznie nie zinterpretowałem. Może ktoś z czytających będzie miał przekonującą interpretację, chętnie wysłucham. A o co chodzi? Otóż wzrok mój przykuł widok pomrowa broniącego się przed kosarzem. Ja głupi myślałem, że to pająk, ale kosarze nie są pająkami, choć są pajęczakami... Otóż - i to udało mi się udokumentować fotograficznie - pomrów najwidoczniej bardzo był nie pocieszony tym, że kosarz próbował się do niego przytulić. Trwało to kilka minut i zakończyło się ucieczką kosarza, któremu widocznie nie podobało się to, że jakiś paparazzi robi mu sesję zdjęciową, na dodatek z fleszem. Kosarz nawiał, pomrów został i siedział tam jeszcze naprawdę długo, po godzinie, kiedy kończyłem spacer, siedział jeszcze w tej samej pozycji...
Przypuszczam, że miałem do czynienia z Phalangium opilio, a przypuszczam tak dlatego, że to kosarz pospolity. Wyczytałem, że w skład jego diety wchodzą poza gąsienicami czy larwami chrząszczy, również ślimaki nagie. Nie dyskutuję z tym, no ale znajmy trochę umiaru! Rozumiem, że może zjadać młodociane ślimaki nagie, czy nawet dorosłe osobniki Deroceras laeve czy agreste albo Arion intermedius, ale rzucać się na największego nagiego ślimaka w naszych stronach? Toż to za wieszczem chciałoby się zadeklamować: "Mierz siły na zamiary"! Mam kłopot z interpretacją tego zjawiska. Nie wydaje mi się, żeby kosarz był w stanie zaatakować o wiele większego od siebie pomrowa w celach kulinarnych. Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób miałby go skonsumować. Ale też nigdy nie widziałem, w jaki sposób kosarze zjadają swoje ofiary... Wydaje mi się jednak, że pomrów w tym starciu jednak od kosarza oberwał, i to raczej oberwał solidnie, bo nie reagował długo na bodźce przyjmując pozycję obronną. Może został porażony jadem, ale nie sprawdziłem, czy kosarze paraliżują swoje ofiary jadem (przypuszczam, że owszem, a pomrów mi świadkiem). Wydaje mi się, że jakiś czas przed rozpoczęciem obserwacji nastąpił atak pajęczaka na ślimaka. Ofiara przyjęła postawę obronną (skurcz ciała z zaznaczoną próbą ucieczki - skręt w prawo, tak jakby pomrów chciał chronić pneumostom, czułki częściowo schowane). Kosarz z różnych stron próbował dobrać się do zdobyczy, może jak porządny myśliwy najpierw coś ustrzelił, a potem zastanawiał się, w co trafił... Wrodzona niecierpliwość i brak doświadczenia w obcowaniu z pajęczakami sprawiły, że wypłoszyłem napastnika i nie wiem, jak historia potoczyłaby się dalej, stąd nie będę konfabulował. Chętnie posłucham kogoś, kto się na tym zna i ma coś do powiedzenia. Po mojemu pomrów musiał paść przez przypadek ofiarą kosarza, który porwał się na ofiarę zdecydowanie dla siebie za dużą. Nie mogę jednak wykluczyć, że to nie było coś nadzwyczajnego i że te zwierzęta tak po prostu mają, że czasem spotykają się na kolacji (w charakterze jednak nie partnerów, a kucharza i menu). Nie mniej nie bardzo chce mi się wierzyć, że liczący kilkanaście centymetrów ślimak nagi mógłby być (obfitą) kolacją dla anorektycznonożnego kosarza. Niechże się ktoś zlituje nade mną i nieuctwo me obnaży interpretując jak należy całe to zajście. Będę wdzięczy. A w ogóle to bardzo chętnie poznałbym inne przykłady relacji drapieżnik - ślimak, więc jeśli ma ktoś wiedzę na ten temat, chętnie przyjmę. W każdej ilości!




sobota, 7 października 2017

A dwadzieścia lat temu...

A dwadzieścia lat temu w Muzeum w Tomaszowie Mazowiecki otwarto wystawę czasową Muszle morskie ze zbiorów Muzeum i Instytutu Zoologii PAN.  Dokładnie 7 października 1997 roku... Wspominam, bo nie pamiętam już w jaki sposób się o niej dowiedziałem, ale pamiętam, że wystawę tę obejrzałem. I była to pierwsza wystawa w całości poświęcona morskim muszlom, którą mogłem na spokojnie poznać. Nie była imponująca, ale wówczas zdecydowanie wystarczająca.
Były to czasy, kiedy nie nosiło się ze sobą aparatów cyfrowych;) Nie mam zdjęć z tamtej wystawy, ale mam jej katalog, nota bene chyba pierwsza publikacja na ten temat w mojej prywatnej bibliotece amatora muszli. Mam, i często wracam do tamtej właśnie wystawy, która rozpaliła moją wyobraźnię na lata...

czwartek, 28 września 2017

Francisco Welter-Schultes: European non-marine molluscs, a guide for species identification

Zapewne niewielu zwróciło uwagę na taki maleńki napis, umieszczony na drugiej z ponad siedmiuset stron, jednego z największych opracowań europejskiej malakofauny, którą przygotował niemiecki malakolog Francisco W. Welter-Schultes. Na dole strony umieszczono informację o prawach autorskich, warunkach kopiowania oraz momencie przeniesienia dzieła do domeny publicznej. A nieco poniżej znajduje się informacja o nakładzie (2000 egz.) oraz data wydania: 28 Sept. 2012. Czyli, jakby nie patrzeć, mija dziś właśnie pięć lat o ukazania się książki, którą należy szczególnie polecać każdemu europejskiemu malakologowi, bez względu na obszar zainteresowań, którymi się zajmuje.  A dlaczego, to o tym poniżej.
Przyznać się muszę, że dotąd nie udało mi się jeszcze tej publikacji nabyć. Czekam na lepszą koniunkturę;) Ale miałem okazję przez kilkanaście dni się z nią zaznajamiać i na tej podstawie, doświadczeniem kierowany, polecać ją będę każdemu. Co więcej, robię to kolejny raz, bo już recenzowałem i polecałem ją przed kilkoma laty we wpisie Ordnung. Jestem przekonany, że po pięciu latach od wydania książka zachowuje nadal świeżość, choć zamieszanie w malakologii obecnie jest strasznie i każdego dnia można by toczyć boje o wprowadzenie jakichś zmian. Nikomu dotąd nie udało się stworzyć dzieła podobnego: przedstawienie przeszło dwóch tysięcy gatunków europejskich mięczaków wymaga nakładu pracy nieporównywalnego z czymkolwiek. Nie tylko chodzi przecież o skatalogowanie i usystematyzowanie podstawowej wiedzy o ogromnej liczbie gatunków, ale przecież trzeba ogarnąć również ogromny spis literatury, wydanej w różnym czasie (przynajmniej 200 lat), w różnych miejscach i w różnych językach. Dalej: trzeba tę literaturę przejrzeć pionowo w odniesieniu do poszczególnych gatunków, aby podając informację opierać się na w miarę możliwości najświeższych ustaleniach. To dla poszczególnych rodzin czy rodzajów, ba - nawet gatunków - bywa całkiem trudne (vide problem z nazwą dla Arion vulgaris). Praca Schultesa jest pod tym względem wyjątkowa, bo przypomina coś na kształt atlasu samochodowego Europy: może nie zaznaczono każdej wioski, ale wiadomo, że dojedzie się do celu. A przynajmniej w większości obszarów ma to zastosowanie. Piałem już z zachwytu nad tą książką i nie przeszło mi nic z tej fascynacji. To naprawdę rewelacyjna praca. Proszę tylko nie myśleć, że jest to całość wiedzy o europejskich mięczakach. Bo nie jest. I nigdy nie będzie. Ale jest to najlepsza i najobszerniejsza synteza, jaką obecnie w Europie można spotkać.
Wspominałem, że w tym roku byłem przez chwilkę na Bałkanach. Znalezienie opracowań malakofauny Bałkanów nie jest wcale proste, można - owszem - odszukać prace J. A. Wagnera, ale przecież liczą sobie już ponad sto lat, a przez ten czas coś poszło do przodu. Sięgając po omawianą książkę można przynajmniej zorientować się, z czym ma się do czynienia. I znaleźć podstawowe dane bibliograficzne pomocne przy dalszych poszukiwaniach. Kilka gatunków przywiezionych z Hercegowiny udało mi się odnaleźć w tej pracy w ciągu kilku minut. Bardzo bym tę książkę chciał mieć u siebie na stałe...
Po pięciu latach od wydania widać też pewne braki, które właściwie koncentrują się w jednym obszarze. Chodzi o ślimaki, które kiedyś były umieszczane w podgromadzie Prosobranchia, która to właściwie obecnie jest rozsypana na szereg przeróżnych kladów, z którymi nie bardzo wiadomo co robić. Zauważyłem, że ta "podgromada" jest naprawdę słabo reprezentowana w tym opracowaniu i nie bardzo wiem, co jest przyczyną tego stanu rzeczy. Nie chodzi bynajmniej o kilkadziesiąt gatunków, które w ostatnich latach opisał był  Peter Gloer ze współpracownikami. Trudno znaleźć informację o Bithynella, Falniowskia czy innych gatunkach - owszem: rzadkich, ale przecież reprezentowanych w literaturze anglojęzycznej. Być może jest to związane z jakimś metodologicznym spojrzeniem na to zagadnienie - ponieważ ogromna liczba tych ślimaków jest do siebie potwornie podobna, a identyfikacja możliwa albo na podstawie badań molekularnych, albo wątpliwej wagi cechach anatomicznych, stąd niewykluczone, że zostały pominięte, aby nie wprowadzać dodatkowego chaosu w taksonomii europejskich mięczaków słodkowodnych i lądowych.
Gdyby przyszło mi zasiadać do pracy nad takim dziełem, najpierw długo płakałbym, że to niemożliwe. Schultesowi udało się jednak rzeczy niemożliwej dokonać: rozrysował plan Europy z żyjącymi w niej mięczakami. Można teraz w tym planie uzupełniać braki, nadpisywać niedopowiedzenia, zadbać o szczegóły, ale prawda jest taka, że wiadomo, jak ta Europa wygląda. Nikomu wcześniej takie dzieło się nie udało!
Wydaje mi się, że po pięciu latach od pierwszego wydania nakład powinien być już dawno wyczerpany. Nie wyobrażam sobie, aby książka ta nie trafiła do wszystkich bibliotek wydziałów przyrodniczych wyższych uczelni w Europie. Nie wyobrażam też sobie, że nie znajduje się w podręcznej bibliotece europejskich malakologów.  To coś więcej, niż klucz Urbańskiego z 1957 dla polskich malakologów, dlatego po pięciu latach warto spojrzeć, czy nie zaniedbano tego tematu i najwyższy czas na poprawę, jeśli dotąd z tą książką się nie zapoznało...

przykładowy opis gatunku z mapką i literaturą

poniedziałek, 25 września 2017

8th European Congress of Malacological Societies - podsumowanie

Obiecałem, więc staram się słowa dotrzymać i krótko podsumować to, co działo się w Krakowie między 10 a 14 września 2017 roku. Ponieważ nie było mnie tam, nie mogę ręczyć, że wszystkie podane przeze mnie fakty mają pokrycie w rzeczywistości;)
W 8 Europejskim Kongresie Towarzystw Malakologicznych wzięło udział 139 uczestników, w tym 32 doktorantów. Z całej Europy, a nawet z całego świata, bo poza Europejczykami zgłosiło swój udział również trzech Amerykanów, trzech Japończyków i jedna osoba z Brazylii. Stary Kontynent reprezentowali najliczniej Polacy (armia 35 ludzi), dalej Hiszpanie i Brytyjczycy (po 13) oraz Niemcy, którzy wystawili 12 uczestników. W ciągu trwania Kongresu zaprezentowano 73 wystąpienia ustne oraz 66 posterów. Nowością (przynajmniej dla mnie) była prezentacja prac artystycznych inspirowanych malakologią. Przedstawiono 10 obrazów autorstwa studentów krakowskiej ASP. Co ciekawsze, obrazy były nagrodą za najlepsze wystąpienia doktorantów, i to bardzo mi się podobało. Nie dość, że nagradza się młodych naukowców, to jeszcze promuje się sztukę. Nie wiem, czy był to autorski pomysł organizatorów, ale tak trzymać! A będzie komu, bo kolejny, dziewiąty Kongres, ma się odbyć całkiem blisko, bo w Pradze, a kiedy, to wiadomo na pewno, że w 2020 roku.
W czasie trwania Kongresu obradowali też polscy malakolodzy na Walnym Zebraniu Członków Stowarzyszenia Malakologów Polskich. Ustalono m.in., że najbliższe Krajowe Seminarium Malakologiczne (kurczę, jaka to będzie numeracja: 34 czy 33?) w 2018 roku zorganizowane zostanie przez toruńskich naukowców, następne, w 2019 - prawdopodobnie przez ośrodek szczeciński. Jest dobrze, można szukać tematów do wystąpień.
Mnie pozostaje teraz zanurzyć się w lekturze streszczeń konferencyjnych, co może zająć mi sporo czasu, może jednak nie aż tak dużo, żebym przegapić miał kolejne spotkanie malakologów...

niedziela, 24 września 2017

Profesor Anna Stańczykowska - w 85 rocznicę urodzin

To było tak: gdyby nie ta jedna książka, to bym w ogóle nie wiedział, że w wodzie można szukać czegoś poza błotniarką i zatoczkiem... Serio. To było bardzo dawno temu, tak dawno, że w Polsce jeszcze nie było Internetu (tak, tak, były takie czasy, jeszcze w zeszłym tysiącleciu...). To były początki mojej przygody z malakologią i ona w tej przygodzie była tą pierwszą. Przez pierwsze lata mojej aktywności wszystko, co wyciągnąłem z wody, oznaczałem przy jej pomocy. Po to chyba przyszła na świat, żeby takim jak ja, nieść pomoc. I dziś kilka słów i o niej, i o jej Autorce, świętującej dziś swoje 85. urodziny.
Anna Stańczykowska, bo o niej dziś w szczególnie ciepły sposób myślę, urodziła się 24 września 1932 roku w Warszawie. O jej dzieciństwie i bardzo trudnym jego rozdziale związanym z II wojną światową, okupacją niemiecką i powstaniem warszawskim można przeczytać w wywiadzie, jakiego udzieliła w ramach Archiwum Historii Mówionej. Tam opowiada o swoich doświadczeniach i o tym, w jaki sposób przełożyły się one na wybór życiowej drogi i związanie się z naukami biologicznymi.
A trzeba powiedzieć, że Anna Stańczykowska swoją wieloletnią pracą badawczą zasłużyła na miano jednej z legend polskiej hydrobiologii. Dodać należy, że poza działalnością badawczą, skupionej na ekologii polskich wód oraz szczególnie intensywnymi obserwacjami nad mięczakami, dużą częścią pracy naukowej szanownej Jubilatki, stanowi popularyzacja nauki. Wielokrotnie to podkreślałem i podkreślał będę, że klasą naukowca jest nie tylko zaangażowanie w badania, ale również ich popularyzowanie. Nie sposób policzyć tych wszystkich, którzy - podobnie jak ja - rozpoczęli swoją przygodę z przyrodą od lektury którejś z popularnych publikacji Pani Profesor. Dla mnie fundamentalną pozostaje książka Zwierzęta bezkręgowe naszych wód (prywatnie - moja rówieśniczka), która stanęła na początku moich spotkań z hydrobiologią. Zdecydowanie później pojawili się w mojej biografii Piechocki, Urbański, Wiktor, Falniowski czy Umiński. Rysunki Andrzeja Karabina zamieszczone w tej książce przez kilka lat były podstawą moich terenowych identyfikacji wszystkiego, co w okolicznych wodach żyło. Pamiętam, że pierwsze zbiory z początku lat dziewięćdziesiątych etykietowałem opatrując przerysowywanymi z tej książki rycinami. Do dziś, bez zaglądania do niej, potrafię powiedzieć, że tablice z rycinami prezentującymi mięczaki, ponumerowane są od XVIII do XXII, i do dziś nie wiem, czemu błotniarkę otułkę przedstawiono jako Amphipeplea glutinosa... 
Anna Stańczykowska (właściwie Anna Stańczykowska-Piotrowska) jest malakologiem, którego nazwisko znane jest w świecie jako eksperta od Dreissena polymorpha. Kiedy w Ameryce Północnej rozpoczęła się inwazja tego małża, profesor Stańczykowska była ekspertem pomagającym tworzyć strategię przeciwdziałania ekspansji. W dorobku naukowym poświęconym Dreissena polymorpha  zwrócić należy uwagę nie tylko na różnorodność aspektów badawczych, ale również na niespotykaną wręcz skalę czasową, obejmującą ponad pięćdziesiąt lat badań. Myślę, że warte podkreślenia jest również to, że aktywność naukowa profesor Stańczykowskiej przełożyła się na bliższych i dalszych kontynuatorów jej działa, do których można zaliczyć prof. K. Lewandowskiego, dr hab. Beatę Jakubik, dr hab. Ewę Jurkiewicz-Karnkowską czy dra Andrzeja Kołodziejczyka. Jako aktywny malakolog, promieniujący na grono swoich współpracowników i uczniów, 25 kwietnia 2007 roku została uhonorowana tytułem Członka Honorowego Stowarzyszenia Malakologów Polskich. 
Prosiłem kiedyś jednego z uczniów Pani Profesor, żeby przekazał jej, jak wiele jej zawdzięczam i jak bardzo jestem jej wdzięczny za te pierwsze kroki w świecie malakologii, hydrobiologii i ekologii. Dziś, wdzięczność tę wyrażając na tych elektronicznych łamach, posyłam myśl serdeczną i najcieplejsze życzenia Ad multos annos, Pani Profesor!



środa, 13 września 2017

Jak sobie z TYM radzą świdrzyki?

Czy zdarzyło się Wam kiedyś obserwować, w jaki sposób kierowcy tzw. tirów cofają w wąskich uliczkach? Albo kierowcy autobusów? Ja widziałem kiedyś, co potrafi polski kierowca w ciasnych uliczkach starej Padwy... Obyło się wtedy bez interwencji carabinieri, ale mordobicie od autochtonów było o włos. Rzecz była w tym, że nie dało się autobusu podnieść i brakowało kilkunastu centymetrów, żeby się "złożył w zakręcie". Kiedy ostatnio byłem terenie udało mi się podpatrzeć, jak z podobnym problemem poradziłby sobie świdrzyk. Najkrócej mógłbym to skomentować tak: producenci suplementów diet dla mężczyzn - wstydźcie się! Poniżej prezentuję króciutki filmik pokazujący, w jaki sposób świdrzyk dwufałdkowy Alinda biplicata przenosi ciężar muszli zmieniając kierunek ślimaczego marszu. Bardzo by się taka umiejętność przydała kierowcom. Zawsze uważałem, że powinniśmy się uczyć od mięczaków. Jakość nagrania nie powala, nie wróżę sobie kariery reżyserskiej, nie mniej wydaje mi się, że fajnie popatrzeć na możliwości ślimaka, który umiejętnie przenosi ciężar długiej muszli. Jeśli komuś uda się podobne zachowanie  zarejestrować, niech by się podzielił: możemy stworzymy Festiwal Filmików Ślimaczych?


poniedziałek, 11 września 2017

8th European Congress of Malacological Societes - zaczęło się!

W Grodzie Kraka nad szarą Wisłą trwa właśnie europejskie święto malakologów, czyli kilka pracowitych dni pod nazwą 8th European Congress of Malacological Societes. Jest już po oficjalnym otwarciu obrad, trwają pierwsze wystąpienia referujących naukowców.
Nie ma mnie tam, ale jeśli uda mi się tylko jakiekolwiek uzyskać informacje, będę się dzielił.
Szczegóły, program i temu podobne sprawy do znalezienia na www.euromal.pl.

czwartek, 7 września 2017

Zobaczyć takie coś!

Przed chwilą wypatrzyłem to i nie mogę wyjść z zachwytu. Pomyślałem, że takie rzeczy warto puszczać dalej w świat.
Żadnych szczegółów nie znam, poza tym, że filmik został zarejestrowany na Topsail Island (Karolina Północna, USA, Zachodni Atlantyk), w godzinach porannych, w czerwcu 2012 roku. Niesamowite jest też to, że po takim czasie nagle wypływa gdzieś na przestwór wszechoceanu internetowego...   Film przedstawia zachowanie małży żyjących w piaszczystym dnie po ustąpieniu fali.
A widok piękny, zachwycający, wspaniały...

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Piramidka naskalna Pyramidula pusilla (Vallot, 1801)

To do niej odnosi się wszystko, co dotychczas napisano w polskiej literaturze o piramidce naskalnej Pyramidula rupestris (Draparnaud, 1801), stąd najłatwiej byłoby napisać dementi i sprawa byłaby załatwiona. Pomyślałem jednak, że ponieważ widzieliśmy się ostatnio, poświęcę jej kilka osobnych zdań z nadzieją, że może komuś przyda się to w czasie spotkań w terenie.
Widzieliśmy się całkiem niedawno, w zeszłym tygodniu, w rezerwacie "Zielona Góra" koło Częstochowy (w gminie Olsztyn). To bardzo miłe spotkanie z maleństwem, które wiedzie sobie spokojne życie nie wadząc nikomu, patrząc na świat swoimi maleńkimi oczkami na króciutkich czułkach...
Piramidka naskalna Pyramidula pusilla (Vallot, 1801) jest gatunkiem ściśle związanym ze skałami, głównie wapiennymi, stąd zasięg jej występowania w naszym kraju ogranicza się do południowej Polski, a najdalej na północ wysuniętym stanowiskiem jest rezerwat "Węże" w powiecie pajęczańskim w województwie łódzkim. Stanowisko to przed laty podał Leszek Berger i przyjmuję, że nadal tak jest, bo nie miałem możliwości sprawdzić. Poza tym szukać go można w Tatrach, Pieninach, Górach Kaczawskich (podawane jako stanowisko reliktowe) i w Górach Świętokrzyskich, gdzie przez Piechockiego podawany jest z dwóch stanowisk. Moje spotkania z piramidką zawsze miały miejsce na Jurze, a dokładniej na Górze Zamkowej w Olsztynie oraz po drodze do Jaskini Wierzchowskiej Górnej między Ojcowem a Krakowem. To ostatnie spotkanie też było na Jurze.
W Europie występuje w basenie Morza Śródziemnego, we Francji (Pireneje), Hiszpanii, Portugalii, Niemczech, Belgii, na Wyspach Brytyjskich, w Austrii, Czechach, na  Słowacji, Węgrzech, Ukrainie i w Bułgarii, ponadto występuje też na Kaukazie, w południowej Rosji, a także w Azji Środkowej i Izraelu. Pyramidula rupestris, za którą ją podawano przez wiele lat, ma bardziej wyspowy zasięg na południu i  zachodzie Europy, a różni się przede wszystkim stosunkiem szerokości do wyskości muszli (pusilla jest nieco bardziej płaska).
Pyramidula pusilla jest ślimakiem trzonkoocznym niewielkich rozmiarów, nieprzekraczających 3mm szerokości i 2mm wysokości. Muszla jest zbudowana z ok. 4,5 skrętów, oddzielonych od siebie głębokim szwem, tak głębokim, że zdarzają się populacje, w których ostatni skręt jest oddzielony od poprzednich (podaję za kluczem Wiktora, mnie się jeszcze nie udało takiej populacji spotkać; jest to rzadkość wśród europejskich ślimaków lądowych). Powierzchnia ciemnobrązowej muszli czasem może być pokryta matowym nalotem, widoczne jest na niej wyraźne prążkowanie. Dołek osiowy jest otwarty, bardzo szeroki, umożliwiający oglądanie wszystkich skrętów od spodu. Ślimak żyje na skałach, często w miejscach pełnej ekspozycji na działanie promieni słonecznych, rzadziej kryje się w jakichś szczelinach. Żyje również na murach i na kamieniach. Prawdopodobnie odżywia się porostami. Występuje gromadnie, co oznacza, że kiedy się spotyka ten gatunek, najczęściej na jednym stanowisku można znaleźć wiele osobników. Jest gatunkiem jajożyworodnym: jaja rozwijają się w macicy przekształconej ze spermowiduktu (to daje odpowiedź na pytanie, jak na płaskiej nasłonecznionej ścianie skały składać jaja...).
Gdyby znał ktoś miejsce, w którym występuje skalaryczna forma tego gatunku, tzn. z odklejonym ostatnim zwojem, byłbym wdzięczny za informację. Pomimo tego, że jest to niewielki ślimak, jest bardzo wdzięczny do obserwacji, dlatego też zachęcam do przyjrzenia się mu w czasie letnich lub jesiennych spacerów po Jurze. Lub gdziekolwiek indziej, gdzie tylko występuje.
I jeszcze jedno: na Czerwonej Liście Gatunków Ginących i Zagrożonych w Polsce znalazła się w kategorii NT - niższego ryzyka, bliska zagrożeniu. Nie twierdzę, że ruch turystyczny jest zagrożeniem dla tego gatunku, ale ręce opadają, kiedy widzi się skały w rezerwacie przyrody pomazane jak mury bałuckiej kamienicy...



w towarzystwie Cochlodina orthostoma, dla pokazania wielkości

Przykładowe stanowisko P. puslilla w rezerwacie "Zielona Góra"
 

piątek, 25 sierpnia 2017

Ślimak ostrokrawędzisty Helicigona lapicida (Linnaeus, 1758)

Wśród mięczaków występujących w Polsce niewiele jest gatunków, które nie nastręczają problemów z identyfikacją. Oczywiście, jest cała masa gatunków pospolitych, łatwych do oznaczenia, nawet dla osób, które malakologią się nie zajmują. Większość jednak gatunków wymaga albo popatrzenia przez lupę, albo zastanowienia się, czy dane środowiskowe mogą potwierdzić występowanie czegoś gdzieś tam... Mnie się wczoraj udało spotkać gatunek, który choć bardzo rzadki, w Polsce trudny do pomylenia z czymkolwiek innym. W czasie wędrówki przez Rezerwat "Zielona Góra" koło Częstochowy (w gminie Olsztyn) udało mi się pierwszy raz w życiu spotkać ten gatunek na żywo, dotąd znałem go tylko z kilku pobliskich stanowisk,  gdzie jednak trafiały się tylko zsubfosylizowane muszle. O jakim myślę zwierzęciu?
Ślimak ostrokrawędzisty Helicigona lapicida (Linnaeus, 1758) jest jednym z tych gatunków, w przypadku którego dość trudno o pomyłkę. Należący do rodziny Helicidae ślimak jest - jak na nasze warunki - dość duży, dorasta bowiem do 20 mm (zwykle do 18) szerokości i ok. 8 mm wysokości. Muszla jest zatem dość płaska, ale najbardziej charakterystyczną jej cechą, utrwaloną w polskiej nazwie gatunkowej, jest kil obrzeżający muszlę, czyli ostra krawędź nie występująca u innych naszych ślimaków tej wielkości. Wygląd jak soczewka z grubego szkła... Ujście muszli zakończone jest białawą wargą, okalającą całe brzegi ujścia. Dołek osiowy jest otwarty, szeroki i głęboki. Barwa muszli muszli oscyluje w tonacjach brązów, z deseniem w postaci ciemniejszych i jaśniejszych plamek. Charakterystyczna jest również matowa powierzchnia muszli.
Jest to ślimak charakterystyczny dla zacienionych stanowisk, preferuje ściółkę lasów, zwłaszcza bukowych, oraz skały, rumowiska skalne czy ruiny zamków. Mnie się udało go spotkać w szczelinach skały, ale szukać go można pod kamieniami czy pod kłodami drzew. Po deszczu spotkać go można pełzającego - mnie się to nie udało, bo pogoda nie była deszczowa. Wiktor (2004) podaje, że sporadycznie pełza również po pniach drzew.
Cytowane źródło podaje, że Helicigona lapicida występuje w Polsce w Sudetach, na Jurze oraz na Pomorzu Zachodnim. Kiedyś występował również w Wielkopolsce, Beskidzie Zachodnim, w Górach Świętokrzyskich i na Pojezierzu Mazurskim.  Od czasu opublikowania klucza Ślimaki lądowe Polski zanotowano kilka stanowisk, które rzucają nowe światło na zasięg występowania tego gatunku w naszym kraju. Z całą pewnością występuje nadal na Kielecczyźnie (Bobrza i kamieniołom na Dybkowej Górze k. Gnieździsk). Spotykany jest w Drawieńskim Parku Narodowym (pogranicze Wielkopolski i Pomorza Zachodniego), a najbardziej na północny-wschód wysunięte stanowiska znajdują się w Puszczy Romickiej.
Przez Polskę przebiega wschodnia granica zasięgu tego zachodnio- i środkowoeuropejskiego gatunku. Od lat objęty jest u nas ochroną prawną (ochrona częściowa), ale trudno go szukać w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt. Czemu? Nie wiem, wydaje mi się, że powinien się tam znaleźć.



Rezerwat "Zielona Góra" - przykład stanowiska H. lapicida L.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Rozjazdy dalekie

No to w końcu wyjechałem na dłużej. Zrobiłem trochę kilometrów, objechałem tym razem trochę Europy i wróciłem znów do swoich zajęć zostawiając sobie troszkę wspomnień i parę muszelek zebranych pośpiesznie w różnych miejscach. Zupełnie nowych miejscach. I zupełnie nowych muszelek, co od zawsze cieszyło mnie chyba najbardziej... Nie był to typowy wyjazd ślimakowy, ale nauczyłem się wykorzystywać różne okazje, aby nacieszyć i oko, i serce. Więc z niedosytem, ale zadowolony wróciłem z moich wojaży.
W Polsce tam, gdzie jest sucho, trudno znaleźć ślimaki. Są tak zwane gatunki kserofilne, charakterystyczne  dla nasłonecznionych stanowisk, ale nie dość, że mamy ich w Polsce niewiele, to i bardzo rzadko się zdarza, żeby występowały masowo (z obserwacji mógłbym co najwyżej wskazać na Helicella obvia i jej masowe oblepianie roślin, ale to też nie to, co można zobaczyć na południu Europy). Mój wyjazd nałożył się na falę największych upałów, które wówczas wysuszały południe kontynentu (podobno woda w Balatonie osiągnęła 30C, więcej niż powietrze nad Bałtykiem;). Wiedziałem, że długotrwałe upały i susze nie są najbardziej sprzyjającymi okolicznościami do poszukiwań ślimaków lądowych, ale nie było najgorzej. Najpierw udało mi się znaleźć kilka muszli Rumina decollata (Linnaeus, 1758), dorosłych osobników, tzn. pozbawionych już pierwszych skrętów muszli. Miałem w swoich zbiorach kilka takich muszli z Rawenny, ale właśnie młokosów, czyli tej wielkości, którą traci dorosły ślimak. Nie znam całego tego mechanizmu, ani z czym jest on związany, w każdym razie jest tak, że R. decollata jako dorosły ślimak wygląda tak, jakby ktoś odłamał jej wierzchołek muszli. Jeśli zatem zdarzy się komuś we Włoszech czy Chorwacji znaleźć ślimaka, zwłaszcza w pobliżu zabudowań ludzkich, pozbawionego wierzchołka muszli, to może być prawie pewien, że to właśnie ten gatunek.
Znalazłem też Theba pisana (O.F. Müller, 1774), z tym tylko, że w przypadku tego gatunku znalazłem i puste muszle, i żywego osobnika. Siedział sobie przyklejony do jakiejś agawy tak cholernie twardej i ostrej, że nie miałem szans najmniejszych wydobyć go z kryjówki. Nie był też zainteresowany sesją zdjęciową, stąd przepraszam za jakość zdjęć z Th. pisana w tle. W tym samym miejscu znalazłem też setki ślimaków z gatunku Trochoidea pyramidata (Draparnaud, 1805). Prawie niewidoczne, ale wystarczyło schylić się mocniej by wypatrzeć w trawniku całe ich mnóstwo. Te, pomimo upałów, zdawały się być niewrażliwe na skwar i łaziły sobie. Może dlatego, że chodnik był zraszany wodą?
To były zdobycze chorwackie. Potem przyszedł czas na Bośnię i Hercegowinę. Tam krajobraz wydawał się jeszcze bardziej jałowy niż na chorwackim wybrzeżu. Nie udało mi się wypatrzeć nic żywego, ale za to w tanatocenozach znalazłem kilkanaście gatunków i to w jednym miejscu, pod jedną wapienną skałą. Trochę czasu mi zejdzie, zanim uda mi się pooznaczać te zbiory, ale ponad wszelką wątpliwość przywiozłem stamtąd Poiretia cornea (Brumati, 1838) i Pomatias elegans (O.F. Müller, 1774), choć ten gatunek znałem już wcześniej. Natomiast w Kravicy, pod wodospadami, gdzie wydawało mi się znaleźć setki mięczaków, wypatrzyłem aż jednego zatoczka rogowego Planorbarius corneus. Pewnie źle szukałem...
Pierwszy raz byłem na Bałkanach i przyznaję, że jestem pod ogromnym wrażeniem tamtych stron. Nie mogłem się napatrzeć na te setki kilometrów wapiennych wzgórz i pagórków, porosłych sucholubną roślinnością. Nawet urzekający Adriatyk nie zrobił na mnie takiego wrażenia, co te bezkresne, chciałoby się rzec, wapienne jałowiska. Dobrze się chyba stało, że trafiłem tam akurat w czasie największych upałów, bo przecież gdybym trafił jakimś cudem na deszcz, zwariowałbym od nadmiaru kontaktu ze ślimakami. Więc jest niedosyt, ale z zadowoleniem.


Theba pisana


Znajome muszle winniczka

Pod jedną ze skał wapiennych...



piątek, 28 lipca 2017

Rufus, lusitanicus czy vulgaris?

No to w końcu mamy ślimacze lato, nareszcie! Uprzykrzające urlopowiczom życie pogody są wręcz idealne do obserwowania ślimaków, zwłaszcza lądowych. Zdarza się, że wieczorami widuję po kilkaset śliników wyłażących z przeróżnych zakamarków na żer. Czasem widok jest jak w horrorze Ślimaki (The Slugs) o którym na blogu niegdyś wspominałem: przerażająca ilość głodnych ślimaków pełznących w stronę czegokolwiek, co da się zjeść, zwłaszcza kwiatów i warzyw...
Pogody są idealne zwłaszcza dla ślimaków nagich. Nie muszą się szczególnie starać. Żarcia w brud, kryjówek pod dostatkiem i wysoka wilgotność ułatwiająca długą aktywność dobową. Czego chcieć więcej? Dziś zatem kilka słów o ślimaku, który wielu malakologom sen spędza z powiek, nie wspominając o działkowcach, dla których jest synonimem ogromnych strat w uprawach.
Wiadomym jest, że żyje w Polsce kilka gatunków nagich ślimaków z rodzaju Arion. Rzecz w tym, że niedokładnie wiadomo ile, i jakie. Systematyka tego rodzaju jest dość zawiła dla laików, a niewielu malakologów lubi babrać się w goliźnie ślimaczej. Sprawę komplikuje synonimizacja opisanych gatunków oraz skłonność do tworzenia międzygatunkowych hybryd. Badania molekularne pewnie stopniowo będą sprawę rozjaśniać, ale sporo jeszcze Wisły upłynie, zanim zrobi się porządek.
Do największych krajowych Arionidae należą: Arion rufus i niemal identyczny Arion vulgaris, do którego odnoszą się niemal wszystkie dane z literatury na temat A. lusitanicus. Nie czuję się siłach, aby próbować rozjaśniać różnice pomiędzy gatunkami, natomiast w największym uproszczeniu mogę powiedzieć, że A. lusitanicus jest endemitem iberyjskim, natomiast tym paskudnym ekspansywnym ślinikiem znanym z tysięcy stanowisk w Polsce i w Europie jest A. vulgaris. Natomiast jest jeszcze A. rufus, który prawdopodobnie ma w Polsce wschodnią granicę zasięgu. Wiktor (2004) podaje, że śliniki te nie występują razem, ale chyba uznać trzeba, że dane te są nieaktualne. Podobnie dane dotyczące zasięgu A. rufus. Ma ten gatunek skłonność do synantropizacji i łatwo ulega zawleczeniu. Spotykałem go zarówno w rejonach naturalnego występowania (buczyny w okolicach Koszalina, sosnowe bory w Słowińskim Parku Narodowym), jak i w okolicach Kętrzyna czy Leżajska, a w okolicach Łodzi mógłbym go łopatą na przyczepę TIRa ładować...
W przypadku oznaczeń tych ślimaków zdać się można wyłącznie na badana anatomiczne i genetykę. Próba określania na podstawie barwy czy wyglądu jest całkowicie pozbawiona sensu. Co ciekawe, populacje dużych śliników na ogół są jednobarwne, ale barwa nie jest cechą stałą. Obserwuję to w miejscach, w których od kilku lat przyglądam się ślinikom. Corocznie ślimaki są nieco inne. Najczęściej przybierają barwę brązowawą w różnych odcieniach, ale bywa, że są prawie pomarańczowe albo prawie czarne. Takie czarne smoliste widywałem tylko na północy i na zachodzie Polski, natomiast pomarańczowe (pomidorowe) widywałem w różnych częściach Polski. W tym roku widuję jasnobrązowe lub czekoladowe (raczej jednak czekolada mleczna niż moja ulubiona gorzka...). Czy jednak mam do czynienia z A. rufus czy A. vulgaris, tego nie wiem, ale ufając malakologom wiem, że z pewnością nie z A. lusitanicus...







piątek, 14 lipca 2017

Zanim pójdę na plażę

Jest szansa, że pojadę w tym roku nad morze, nasze polskie, zimne, kochane, Morze. Jeszcze nie teraz, jeszcze muszę poczekać na urlop, ale perspektywa jest. Więc trzeba się przygotować do wyjazdu, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie. A tegoroczne przygotowania postanowiłem poprowadzić w zupełnie inną niż dotychczas stronę. Zostałem do tego sprowokowany nieco jednym z moich bibliofilskich nabytków, który stał się powodem pewnych zaskoczeń, o których wspomnę poniżej.
Utyskiwałem niejednokrotnie na ubóstwo naszej rodzimej malakofauny. Żeby zrozumieć ten stan rzeczy trzeba jednak nie gniewać się na ślimaki, tylko spojrzeć na ustalenia geologów i tam szukać przyczyn tego stanu rzeczy. Bo nie zawsze tak było. Winę ponoszą przede wszystkim zlodowacenia, które w czwartorzędzie rozdawały karty w tej części Europy. Napierający od północy lądolód niszczył stopniowo wszystko, co przed nim, a ustępując, tworzył warunki do kolonizacji określonym gatunkom w określonym czasie. Ponieważ geografia naszego kraju jest taka, że morze mamy na północy, a góry na południu, stąd sytuacja mięczaków w okresach interglacjalnych nie była za ciekawa: uciec przed lodowcem może by się udało, gdyby nie bariera Karpat na południu. Te same Karpaty stanowiły również barierę w ekspansji gatunków z południa, kiedy u nas puszczały lody. Może tylko dla uczciwości dopowiem, że mówiąc o zlodowaceniach nie mówimy o jednej czy drugiej sroższej zimie, ale o trwających tysiącami lat procesach klimatycznych przekształcających właściwie całą północną półkulę. Przynajmniej czterokrotnie obszary naszego kraju, w różnym stopniu, znajdowały się pod lodem na długie tysiące lat. I choć w geologicznej skali czasu to tylko ułamki, dla historycznego myślenia to wartości ogromne. Dzięki pracy geologów wiemy jednak, jak kształtował się klimat w określonych epokach i jakie miało to konsekwencje dla żyjących tutaj zwierząt. W moje ręce wpadła ostatnio książka Sylwestra Skompskiego pt. Fauna czwartorzędowa Polski. Bezkręgowce. Wydana przed ponad ćwierćwieczem straciła już dużo na aktualności, ale nie w sensie niezgodności, co w sensie ilościowym: dobrze byłoby pamiętać, że ćwierćwiecze to długi dla nauki okres i owoce naukowych dociekań mogłyby znacząco uzupełnić przygotowaną wówczas publikację. W rozdziale poświęconym mięczakom podaje Skompski kilkadziesiąt gatunków mięczaków, które w czwartorzędzie (a więc na przestrzeni ostatnich 2.580 tysięcy lat) występowały na terenach dzisiejszej Polski. Jest to zbiór danych z literatury oraz badań własnych autora, obejmujących zapis kopalny mięczaków w najmłodszym okresie geologicznym.  Skompski wymienia następujące gatunki reprezentowane w pokładach geologicznych czwartorzędu dzisiejszej Polski:
Ślimaki:
  1. Theodoxus fluviatilis
  2. T. serratiliniformis
  3. Viviparus contectus
  4. V. viviparus
  5. V. diluvianus
  6. V. politus
  7. V. striatus
  8. Valvata cristata
  9. V. piscinalis
  10. V. pulchella
  11. V. naticina
  12. Lacuna vincta
  13. Littorina littorea
  14. Rissoa membranacea
  15. R. inconspicua
  16. Hydrobia balthica
  17. H. ulvae
  18. Ventrosia stagnorum
  19. Paladilhia (=Belgrandia) marginata
  20. Potamopytrgus jenkinsi
  21. Marstoniopsis scholtzi
  22. Lithoglyphus naticoides
  23. L. jahni
  24. Bithynia tentaculata
  25. B. leachi
  26. Acicula polita
  27. Fagotia acicularis
  28. Bittium reticulatum
  29. Scala clathrus
  30. Nassa reticulata
  31. Diaphana minuta
  32. Odostomia pallida
  33. Chrysalida spirali
  34. Eulimella nitidissima
  35. Carychium minimum
  36. C. tridentatum
  37. Aplexa hypnorum
  38. Physa acuta
  39. Ph. fontinalis
  40. Lymnaea stagnalis
  41. L. corvus
  42. L. turricula
  43. L. truncatula
  44. L. peregra
  45. L. (=Myxas) glutinosa
  46. Planorbarius corneus
  47. Planorbis plan orbis
  48. P. carinatus
  49. Anisus septemgyratus
  50. A. spirorbis
  51. A. leucostomus
  52. A. vortex
  53. A. vorticuls
  54. A. contortus
  55. Gyraulus albus
  56. G. laevis
  57. G. rossmaessleri
  58. G. acronicus
  59. G. riparius
  60. Armiger crista
  61. Hippeutis complanatus
  62. Segmentina nitida
  63. Menetus dilatatus
  64. Ancylus fluviatilis
  65. Acroloxus lacustris
  66. Cochlicopa lubrica
  67. C. nitens
  68. C. lubricella
  69. Columella Columella
  70. Truncatellina cylindrica
  71. Vertigo angustior
  72. V. antivertigo
  73. V. pygmaea
  74. V. substriata
  75. V. pseudosubstriata
  76. V. arctica
  77. V. parcedentata
  78. Pupilla muscorum
  79. P. sterri
  80. P. loessica
  81. Vallonia cos tata
  82. V. pulchella
  83. V. ennensis
  84. V. tenuilabris
  85. Acanthinula aculeata
  86. Gastrocopta serotina
  87. G. turgida
  88. Abida intrusa
  89. Chondrula tridens
  90. Succinea putris
  91. S. oblonga
  92. Oxyloma elegans
  93. Punctum pygmaeum
  94. Discus rotundatus
  95. D. ruderatus
  96. D. perspectivus
  97. Vitrea transsylvanica
  98. Nesovitrea hammonis
  99. N. petronella
  100. Aegopinella pura
  101. Ae. lozekiana
  102. Ae. ressmanni
  103. Oxychilus depressus
  104. O. inopinatus
  105. Zonitoides nitidus
  106. Z. sepultus
  107. Euconulus fulvus
  108. Cochlodina cerata
  109. Macrogastra ventricosa
  110. M. densestriata
  111. M. tumida
  112. M. plicatula
  113. Balea biplicata
  114. Lacinaria plicata
  115. Vestia turgida
  116. Bulgarica cana
  117. Bradybaena fruticum
  118. Helicella obvia
  119. Helicopsis striata
  120. Perforatella rubiginosa
  121. P. incarnata
  122. P. vicina
  123. P. bidentata
  124. P. dibothryon
  125. Trichia unidentata
  126. T. hispida
  127. Euomphalia strigella
  128. Helicodonta obvoluta
  129. Soosia diodonta
  130. Helicigona lapicida
  131. Chilostoma banaticum
  132. C. faustinum
  133. Arianta arbustorum
  134. Isognomastoma isognomastoma
  135. Cepaea vindobonensis
  136. C. hortensis
  137. C. nemoralis
  138. Helix pomatia
oraz małże:

  1. Portlandia (=Yoldia) arctica
  2. Brachydontes lineatus
  3. Mytilus edulis
  4. Unnio pictorum
  5. U. crassus
  6. Pseudanodonta complanata
  7. Astarte borealis
  8. Divaricella divaricata
  9. Mysella bidentata
  10. Cardium lamarcki
  11. C. paucicostatum
  12. Spisula subrtuncata
  13. Macoma balthica
  14. Mya arenaria
  15. Scrobicularia plana
  16. Dreissena polymorpha
  17. Arctica (=Cyprina) islandica
  18. Corbicula fluminalis
  19. Pisidium amnicum
  20. P. sulcatum (=astardoides)
  21. P. henslovanum
  22. P. supinum
  23. P. milium
  24. P. subtruncatum
  25. P. nitidum
  26. P. lilljeborgi
  27. P. pulchellum
  28. P. casertanum
  29. P. obtusale
  30. P. moitessierianum
  31. Sphaerium rivicola
  32. S. solidum
  33. S. corneum
  34. S. lacustre
  35. Venerupis aurea senescens
Nazwy podałem według zapisu stosowanego przez autora publikacji, dziś trzeba by dopisać wiele synonimów, a przede wszystkim dostosować do obowiązującego nazewnictwa. Lista wymaga pewnego komentarza. Z powyższych gatunków posiadam w swoich zbiorach dwie muszle Nassarius reticulatus z interglacjału eemskiego z okolic Mikoszewa. To niewiele jak na 173 gatunki obecne w osadach czwartorzędowych. Część z wymienionych gatunków już wymarła i znana jest wyłącznie z zapisu kopalnego, np. Pupilla loessica. Inne gatunki, jak np. Littorina littorea są dość rozpowszechnione na świecie, ale nie występują na naszym terenie. Tak jest też ze wspomnianym Nassarius reticulatus, którego dziś znaleźć można w wielu ciepłych wodach morskich, ale nie w Bałtyku. No chyba że znajdzie się jakaś pusta muszla w wypłukanych starszych depozytach.
Przynajmniej jeden gatunek wydaje mi się być tutaj nie na miejscu, a mianowicie Potamopyrgus antipodarum (=jenkinsi). Wydaje mi się, że musiało nastąpić błędne zidentyfikowanie gatunku, ale nie wiem, z jakiego źródła pochodzi informacja o występowaniu P. antipodarum. Upieram się, że to zwierzę pochodzi z półkuli południowej i nie mogło u nas żyć przed kolonizacją w XIX-XX wieku. Zaskoczeniem dla nie było pojawienie się Corbicula fluminalis. Według zapisu geologicznego wymarła tutaj pod koniec interglacjału mazowieckiego. Zatem w odniesieniu do dzisiejszego podboju należałoby bardziej mówić o rekolonizacji naszych wód, a określenie "gatunek obcy" wydaje się być w takim ujęciu nie na miejscu... Podobnie oczywiście rzecz się ma z Dresissena polymorpha i z Lithoglyphus naticoides, wymienianych jako gatunki obce. Zastanawia mnie, czy można tu mówić o jakimś szczególnym mechanizmie rekolonizacji, muszę poszukać, poczytać, popytać, bo bardzo to interesujące.
Spośród wymienionych małży nie występuje u nas dziś już 11-12 gatunków. Ślimaków jest zdecydowanie więcej wśród nieobecnych, naliczyłem 27 gatunków, łącznie z gatunkami obecnie wymarłymi. Znów nie mam jasności co do gatunków, o których współcześnie sądzi się, że są elementem obcym w naszej malakofaunie, a mianowicie Physa acuta i  Menetus dilatatus. Muszę zrewidować swoje poglądy na temat pojęcia "gatunek obcy".
To, co widzimy jadąc na wakacje, to przekształcony przez człowieka świat po ostatnim zlodowaceniu. Kiedyś, jeśli Ziemia sobie z nami poradzi, tworzyć będziemy kolejne warstwy geologiczne, w których oprócz depozytów naturalnych trafiać się będą artefakty z wszechobecnym plastikiem. Warto postudiować czasem informacje o kształcie naszych ziem przed setkami tysięcy lat, otwiera to bowiem wiele nowych perspektyw i wyjaśnia wiele wątpliwości. I rodzi wiele nowych, ale przecież czyż nie po to jest czas urlopu, aby odkrywać nowe rzeczy?

Nassarius reticulatus z interglacjału eemskiego, Mikoszewo

S. Skompski. 1991. Fauna czwartorzędowa Polski. Bezkręgowce. Warszawa, WUW, 238pp.
  

środa, 5 lipca 2017

Znów najpiękniejszy w Polsce jest lipiec nad wodą

Pożyczyłem tytuł od księdza Twardowskiego. Może nie będzie mi tego miał za złe. Ta melodia trzynastozgłoskowca i wyrażona nią prawda nie pozwoliły mi się oprzeć. I choć dziś, jadąc do pracy, widziałem ludzi poubieranych jak w połowie października, to przecież jest lipiec, a jak lipiec, to nad wodę!
Hydrobiologia była jedną z pierwszych moich miłości, takich absolutnych, dziecięcych, bezwarunkowych... Nigdy jednak nie szła w parze z życiowymi wyborami, więc się stopniowo przeobrażała w miłość platoniczną, z czasem - jednostronną, a później, jak to z taką miłością bywa: niekarmiona obumierała. Nie wiem, czy da się wskrzesić miłość zaniedbaną, rozkochać na nowo, spotęgować to wspomnienie i rozpalić, by w trzewiach grzało. Z ludźmi chyba tak się nie da, z pasją - może.
Był taki czas, że wszystko prawie, co o mięczakach wiedziałem, odnosiło się do mięczaków wodnych. Ląd i co na nim żyło, było tylko dodatkiem (dziś te proporcje całkiem się powywracały). Stawy mijane po drodze do szkoły, wiosenne rozlewiska śródpolne, rowy melioracyjne, nizinne rzeczki, glinianki późno odkryte jezioro Sulejowskie były gwarancją zaspokojenia hydrobiologicznych zainteresowań, wspieranych rozproszonymi lekturami. A ponieważ zacząłem od cytowania literatury pięknej, pozostanę przy literaturze, z tym że - nazwijmy ją - praktycznej.
Jednym z ostatnich moich nabytków jest wydany niemal przed dwudziestu laty klucz Bezkręgowce słodkowodne Polski.  Podtytuł wskazuje, że publikacja ogranicza się do makrofauny bezkręgowej, czyli do zwierząt, które oglądać można gołym okiem i oznaczać przy pomocy niewielkiego powiększenia. I dobrze, bo gdyby chcieć te wszystkie przywry na przykład poznać, to trzeba by innej metodologii, i bardziej opasłego tomiska. A tak - czytelnik dostaje do ręki bardzo porządny klucz, dzięki któremu - według zapewnień autorów - będzie mógł bez wątpliwości oznaczyć zwierzę do sklasyfikowanego taksonu (zatem nie zawsze do gatunku). A czytelnikiem może być i student, i nauczyciel (np. w szkole średniej), i licealista, a także - co być może ma zastosowanie w moim przypadku - amator hydrobiologii.
Andrzej Kołodziejczyk i Paweł Koperski, biolodzy z Uniwersytetu Warszawskiego, przygotowali ten klucz w 2000 roku. Obecnie wymaga on już kilku zmian i wiadomo mi skądinąd, że prace nad takimi trwają, jest więc szansa, że w jakimś czasie nastąpi wznowienie lub wydanie nowego klucza, do czego jednak bardzo by się finansowy mecenat przydał.
Wracając do meritum, czyli do samego klucza: jest to rzecz naprawdę godna polecenia każdemu, komu zależy na jakimś całościowym oglądzie bezkręgowych form życia słodkowodnego. Myślę, że najwięcej korzystają z tego studenci takich kierunków, jak biologia, ochrona środowiska czy nauki rolnicze, bo przecież publikacja przygotowana została przed dydaktyków wyższej uczelni i ten zamysł redakcyjny wyraźnie daje się wyczuć. Nie mniej jednak klucz pisany jest tak, aby nie przeładowywać specjalistycznym słownictwem, a tam gdzie ono występuje, opatrzone jest wyjaśnieniem. Układ samego klucza oparty jest na zasadzie wykluczeń cech, co przy odrobinie przygotowania pozwala na szybkie poruszanie się w opisie. Przy bardziej popularnych taksonach uwzględniono nie tylko nazwę łacińską, ale również popularną nazwę polską, z zastrzeżeniem jednak, że ma być to pomocą, a nie wykładnią.
Słabą stroną klucza jest - w mojej ocenie - mała dbałość o podanie źródeł, skąd zaczerpnięto ryciny (bo nie są to raczej oryginalne rysunki, a z całą pewnością powiedzieć tak mogę o sporej części mięczaków) a także brak uwidocznionych skal rysunków. Skalowanie bardzo pomaga w wyobrażeniu, z jakim zwierzęciem mamy do czynienia. Chociaż autorzy konsekwentnie podają wymiary opisywanych zwierząt, uwzględniając maksima znane z literatury, graficzna skala byłaby jednak przydatna. Myślę, że klucz wzbogaciłaby również część "przewodnikowa", zaopatrzona w barwne fotografie choćby najbardziej pospolitych przedstawicieli poszczególnych taksonów. Ale piszę to z perspektywy amatora, który czasem potrzebuje, żeby mu coś pokazać jak dziecku...
Jaka jest podstawowa korzyść z posiadania klucza Bezkręgowce słodkowodne Polski? Otóż taka, że planując wypad na przykład na jeziora lub nad rzekę, można zaopatrzyć się w wiedzę pomocną do nazwania tego, co koło nas pływa. A dzięki temu uchronić się na przykład przed ugryzieniem przez jakiegoś wodnego chrząszcza, co doskonale z dzieciństwa pamiętam...

A. Kołodziejczyk, P. Koperski. 2000. Bezkręgowce słodkowodne Polski. Klucz do oznaczania oraz podstawy biologii i ekologii makrofauny. Warszawa, Wyd. UW, 250pp.

piątek, 30 czerwca 2017

Stanisław Feliksiak (06.04.1906 - 30.06.1992) w 25. rocznicę śmierci

Ćwierć wieku mija już od momentu, kiedy zakończył ziemskie życie prof. Stanisław Feliksiak, zoolog, malakolog, dydaktyk i popularyzator nauki, wieloletni pracownik Państwowego Muzeum Zoologicznego w Warszawie. Bez niego, bez jego ofiarnego, heroicznego wręcz zaangażowania i odwagi, zbiory Muzeum prawdopodobnie nie przetrwałyby wojennej zawieruchy.
Przyszedł na świat w rodzinie robotniczej w Łodzi, 6 kwietnia 1906 roku. Po maturze w Męskim Gimnazjum im. Piłsudskiego rozpoczął w 1926 roku studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Już na drugim roku studiów pracował w Państwowym Muzeum Przyrodniczym, by po kilku latach być etatowym asystentem pełniącym obowiązki kustosza działu malakologicznego. Doktoryzował się na podstawie pracy o anomaliach w budowie Unio tumidus, i temat ten, tzn. mechanizmów anomalii musiał być u bliski, bo na podstawie pracy o anomialiach w budowie układu rozrodczego A. arbustorum habilitował się już po wojnie na młodym wówczas Uniwersytecie Łódzkim. Był już wówczas dyrektorem Muzeum przy Wilczej i funkcję tę pełnił do przekształcenia Muzeum w Instytut Zoologii Polskiej Akademii Nauk w 1953 roku.
Głównym obszarem jego zainteresowań była malakologia. To jemu zawdzięczamy pierwsze informacje o występowaniu w Polsce Physa acuta,  on gromadził sporą część zbiorów malakologicznych tworzących kolekcję Muzeum Zoologicznego PAN, a tworzył te zbiory w czasie licznych podróży morskich do obu Ameryk, jeszcze w okresie przedwojennym.
Jako młody naukowiec dostrzegał konieczność popularyzowania nauki, a robił to w sposób najbardziej fundamentalny - przez przygotowanie podręczników. Właściwie to kilkadziesiąt roczników uczniów i studentów korzystało z jego podręczników. Przed wojną przygotował podręcznik dla klas szóstych szkół podstawowych, wówczas zwanych powszechnymi. Po wojnie kontynuował tę działalność m.in. przez pisanie podręczników zoologii dla studentów wyższych szkół rolniczych.
Wspominałem przed kilkoma miesiącami ego rolę w ocaleniu zbiorów Muzeum Przyrodniczego. To właśnie on stał za organizacją ewakuacji zbiorów do klasztoru bernardynów w Piotrkowie Trybunalskim w listopadzie 1944 roku. To on, po zakończeniu Powstania Warszawskiego, którego był uczestnikiem, przedostając się z obozów w Pruszkowie organizował grupę ludzi ratujących ocalałe z pożaru zbiory (dużą część z nich zabezpieczył przed zniszczeniem zakopując w kilkumetrowych dołach, które własnoręcznie kopał w warunkach wczesnej zimy 1944 roku.). Oceniał, że dzięki temu udało się ochronić około 60% zbiorów przedwojennego Muzeum. Nie dziwi więc, że bezpośrednio po opuszczeniu Warszawy przez Niemców,  wyznaczony został na kierownika reaktywowanego Muzeum.
Kilka lat przed śmiercią podjął się intensywnych działań nad redakcją Słownika Biologów Polskich. Opracowanie to, obecnie mniej znane, było pokłonem złożonym polskim przyrodnikom, którzy na trwałe zapisali się w polskiej i światowej nauce.
Zmarł 25 lat temu, 30 czerwca 1992 roku w Warszawie. Spoczywa na cmentarzu w Tłuszczu. Kolejne pokolenia malakologów mogą go już nie znać, ale wciąż liczni są, którzy u progu swoich naukowych karier mogli korzystać z jego wiedzy, konsultacji czy wsparcia. Ważne, aby pamiętać, że właśnie temu człowiekowi zawdzięczamy ocalenie niezwykle cennych zbiorów Muzeum Przyrodniczego w Warszawie. Ważne też, aby pamiętać, że jeśli nawet nie my, to nasi nauczyciele jemu właśnie zawdzięczają wprowadzenie do znajomości przyrody...

piątek, 23 czerwca 2017

Łąka w Bęczkowicach

Przejeżdżam w tamtych okolicach jakieś dwa, trzy razy w roku, i to na dodatek odnosi się to do ostatnich kilku lat. Zawsze to przejazd, przy okazji załatwiania spraw służbowych. Poprzednio robiłem już przymiarkę, natomiast dopiero teraz udało mi się zatrzymać na kwadrans. Kwadrans, za to bez przygotowania, w krótkich butach (!) i w podkoszulku z krótkim rękawem (szczęście, że portki chociaż miałem długie)... Przynajmniej rekonesans mam za sobą.
Jest takie niezwykłe miejsce na pograniczu powiatów piotrkowskiego i radomszczańskiego, objęte ochroną w ramach programu Natura 2000, zwane Łąką w Bęczkowicach. Jest to kilkadziesiąt hektarów łąk nad Luciążą, prawym dopływem Pilicy. Łąki te, turzycowiska, młaki, torfowiska, miejscami porośnięte krzewami, od wielu lat nie są użytkowane gospodarczo, co i sprzyja, i nie sprzyja ochronie siedlisk. Zależy, co się chce chronić.
Mnie to miejsce interesuje - co oczywiste - z powodu żyjącej tam malakofauny. Jest to już przebadany pod tym kątem obszar, ale nie znam publikacji na ten temat. Ważnym jest, że na obszarze tym znależć można przynajmniej trzy ślimaki z tzw. Dyrektywy Siedliskowej, tj. Vertigo angustior, Vertigo moulinsiana i Anisus vorticulus. Ponieważ strój mój pozwalał na obserwacje zdalne, naiwnością byłoby z mojej strony, gdybym się spodziewał coś znaleźć. A jednak. W pierwszej kępce turzycy, przy samej drodze, znalazłem dwie muszle Vertigo angustior. Więcej ciekawostek nie wypatrzyłem, ale wzrok nie ten, a z pewnością strój nie ten... W wodzie wypatrzeć się dało kilka pospolitych gatunków: Viviparus contectus, Bithynia tentaculata, Physa fontinalis, Lymnea stagnalis, Planorbis planorbis i Planorbarius corneus. Ten ostatni reprezentował formę typową, choć spodziewałem się, że będę miał do czynienia z formą ammonoceras Westerlund, którą najczęściej spotykam w podobnych ciekach. Z lądowych ślimaków wypatrzyłem jeszcze równie pospolite Succinea sp. i Zonitoides nitidus. Myślę, że malakofauna tego obszaru jest dużo bogatsza, bo łąka ma podłoże alkaliczne, a to powinno sprzyjać różnorodności mięczaków. Zapewne żyją tam również małże, ale jak to miałem z brzegu sprawdzić...
Kolejny raz byłem blisko wyjścia w teren i kolejny raz muszę powiedzieć sobie: to nie było to! Żebym chociaż zdążył wziąć kalosze... Albo żebym jakiś miał kasarek ze sobą... Nie mniej i tak się cieszę, bo rekonesans był nad podziw udany. A że niedosyt mam? No kurczę, przecież mogłem się nie zatrzymywać!
Poczynię teraz uwagę bardziej ogólnej natury: Łąka w Bęczkowicach to dla jej właścicieli takie nie wiadomo co. Ani na tym zwierząt wypasać, ani kosić, ani nawet odłogiem zostawić. A jest to przykład bardzo atrakcyjnego obszaru o niezwykłej bioróżnorodności, zarówno flory jak i fauny. Czasem warto popatrzeć z innej strony i na ugorach dojrzeć niesamowite bogactwa.

Widok na Obszar Natura 2000 "Łąka w Bęczkowicach"

Widok na Luciążę poniżej łąki


Troszkę przybrzeżnej malakofauny

Bithynia i Physa

Zatoczek rogowy Planorbarius corneus L., obok pod liściem P. planorbis


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Lektura na wakacyjny wyjazd

Zgodnie z wydawniczymi zapowiedziami jest już na rynku księgarskim nowy atlas muszli, któremu warto kilka słów poświęcić z racji choćby zbliżających się wakacji. Zażartowałbym sobie nawet, że książka, którą trzymam w ręku mogłaby stanowić świetną nagrodę za wyniki w nauce dla któregoś z uczniów późnej podstawówki lub likwidowanego gimnazjum. Mogłaby, ale niekoniecznie świetną. Może dobrą, ale na pewno nie świetną...
Wielokrotnie na tych łamach powtarzałem, że zawyżam ocenę polskim książkom poświęconym mięczakom. Ponieważ jest tego typu publikacji u nas zdecydowanie za mało, rzadko zdarza mi się kąśliwość przy recenzowaniu podobnych wydawnictw. No chyba, że chodzi o książki popularnonaukowe dla dzieci, wtedy potrafię być złośliwy. Teraz jednak wyzbędę jakiejkolwiek złośliwości, ale wystawiana ocena nie będzie najwyższych lotów. A szkoda, bo zapowiadając przed kilkoma tygodniami nowy tytuł, bardzo się napaliłem i miałem nadzieję, że mnie coś mile zaskoczy.
Na początku czerwca 2017 roku warszawskie wydawnictwo SBM wypuściło na rynek księgarski książkę dr Mai Prusińskiej Atlas muszli. Opisy 180 gatunków. Nie jest łatwo wydać jednoznaczną ocenę na jej temat. Mam z tym sporą trudność i postaram się te trudności nazwać.
Najpierw sprawa autorstwa, wcale nieoczywista. Książkę przygotowała związana z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim absolwentka biologii na UMK, dr Maja Prusińska, znana przede wszystkim ze swojej aktywności na gruncie akwarystyki. Powiedzmy to sobie od razu: autorka nie jest malakologiem (co nie jest bez znaczenia dla książki), ale ma dobre przygotowanie biologiczne, i w książce jest to uwzględniane. Ktoś, kto interesuje się muszlami, nie musi być biologiem, ale wchodząc w dość wąską specjalizację trzeba się liczyć z tym, że naraża się na uważniejszą krytykę ze strony środowiska, dla którego ta specjalizacja jest chlebem powszednim. Konsultacje z malakologami może pozwoliłyby nadać książce nieco inny kształt... Nie jest to tak, że jakieś rażące uchybienia znajdują się w tekście, ale coś na wątrobie leży. Na stronie 22 podano informację, że z jaj Vittina semiconica (Lamarc, 1822) wykluwają się larwy. Nie spotkałem się wcześniej z informacją, że ślimaki z rodziny Neritidae mają w rozwoju osobniczym etap larwalny. Nie wykluczam, że tak nie jest, ale coś mi tu zgrzytnęło. Podobnie informacja o samozapłodnieniu u Cepaea hortensis - owszem, możliwe, ale to ostateczność, normalnie obserwuje się zapłodnienie krzyżowe, jak u większości form obojnaczych. To jest jednak czepialstwo, natomiast wspomniałem o nieoczywistości autorstwa. Nie odnosi się do tekstu: ten jest bardzo widocznie pisany według ścisłego schematu, przez co opisy są przejrzyste, ale dość... nudnawe. Mnie chodzi o problem ilustracji. Jeśli coś jest atlasem, warstwa graficzna musi stanowić jakąś wartość publikacji. A z czym mamy tu do czynienia? Ze stokowymi fotkami na bezpłatnych licencjach i stylizowanych ilustracjach tworzonych w programie graficznym na bazie fotografii, czasem tych samych, co zamieszczonych przy opisie gatunku. Po co? Po co było uciekać się do takiego posunięcia, na którym atlas tylko traci? Ilustracje nie spełniają swojej podstawowej funkcji - nie pomagają w identyfikowaniu gatunków (vide ilustracje do krajowych Unionidae, Corbicula fluminea lub  do porcelanek). Albo powinna pozostać fotografia, albo rysunek, w którym uchwycono najistotniejsze cechy pozwalające na rozróżnienie, z czym ma się do czynienia. Tutaj zastosowano jakiś skrót, który obniża jakość pracy. Moim zdaniem - znacząco.
Dwie rzeczy jeszcze mnie odpychają od tej nowej książki: przyjęte nazewnictwo oraz źródła. Nie wiem, czy to jakiś genius loci, ale w pułapkę tę wpadli już wcześniej Penkowski i Wąsowski (również związani z UWM) w atlasie Muszle (Warszawa, Multico 2000 i 2016): forsowanie na siłę polskich nazw gatunkowych, sztucznych, kalkowanych z języka angielskiego lub z jakichś żargonowych akwarystycznych lub kolekcjonerskich (?) światków. Nie ma potrzeby silić się na polskie nazwy gatunkowe zwierząt, które nie funkcjonują w języku potocznym. Po co wprowadzać takie nazwy jak grzebiolinka europejska słodkogorzka Glycimeris glycimeris (nawiasem mówiąc: poprawniej byłoby słodko-gorzka, bo tak w języku polskim zapisuje się połączenia kontrastowe), busykon lewoskrętny Busycon perversum (pewnie nie zwróciłbym uwagi, gdyby na ilustracji muszla nie była... prawoskrętna), zagłębka namiocikowa Oliva porphyria - to tylko  drobne przykłady. Zupełnie poza kategorią pozostaje "ślimak Military Helmet Neritina pulligera (Linnaeus, 1758): naprawdę nie wiem, do czego to przypasować.
Czepiłem się również wykazu polecanej literatury. Część z prezentowanych w wykazie tytułów to bardzo dobre opracowania, zwłaszcza dla kolekcjonerów muszli. Ale nastąpiło tu pewne pomieszanie celów: nie bardzo z zestawienia bibliograficznego można wywnioskować, czy książka ma być dla hobbystów-konchologów, czy dla biologów (może nawet malakologów). Obok popularnych przewodników Autorka poleca bardzo specjalistyczne artykuły, na dodatek trudno dostępne, bo opublikowane np. przez Zeszyty Naukowe Wyższej Szkoły Rolniczej w Olsztynie, na dodatek w 1968 roku... Coś tu zawiodło, i Autorka powinna o tym wiedzieć pracując naukowo, że nie każda literatura jest właściwa do cytowania. Zwłaszcza, co jest moim zdaniem karygodnym zaniedbaniem, w wykazie nie znalazły się takie opracowania, jak klucze Piechockiego do mięczaków wodnych, Wiktora do ślimaków lądowych czy fundamentalna praca z punktu widzenia konchistyki - Atlas muszli ślimaków morskich Andrzeja Samka. To już zakrawa na nieodrobienie pracy domowej... Trudno nawet domyślać się, czemu tak ważne opracowanie nie znalazło się zalecanej literaturze.
Zabrakło mi czasu, aby książkę przejrzeć uważniej. Nie sprawdzałem, czy poprawne są zapisy nazw gatunkowych (z pewnością Anentome Helena (Philippi, 1847) nazwana w książce "Krwawą Heleną" powinno się zapisać jako Clea helena), tu zresztą w nazewnictwie mięczaków jeszcze długo będzie bałagan, więc nie ma co się roztrząsać. Zauważyłem, że w atlasie znalazły się zarówno ślimaki (w tym również słodkowodne i lądowe), jak i małże oraz bardzo skąpa reprezentacja chitonów, walconogów i głowonogów. W ślimakach ponad wszelką wątpliwość błędnie zamieszczono fotografię przy opisie ślimaka przydrożnego Helicella obvia  (Menke, 1828), na któej znajduje się jakiś młodociany przedstawiciel Helicidae (stawiam na Cepaea). Listę zastrzeżeń mógłbym jeszcze rozciągnąć na słowniczek i niektóre terminy, ale naprawdę potrzebowałbym dużo więcej czasu na składanie wszystkich elementów do opisu prezentowanej publikacji.
Blisko już koniec roku szkolnego i trzeba w końcu wystawić ocenę. Wygląda na coś między trzy a cztery. Wyżej nie mogę, choć chciałbym, i to bardzo, aby więcej było u nas publikacji o mięczakach. I choć pracę tę oceniłem bez górnolotnych wzdychań, i tak będę zachęcał, aby się z nią zapoznać, a może nawet nabyć. Bo dopóki liczba tego typu prac nie przekracza jednej na kilka lat, to warto to mieć.

Maja Prusińska. 2017. Atlas muszli. Opisy 180 gatunków. Warszawa, Wydawnictwo SBM, 190pp.

środa, 31 maja 2017

Wykaz mięczaków objętych ochroną gatunkową w Polsce

Doprawdy, nie bardzo wiem, jak do tego dojść mogło, być może przez przedświąteczną ganianinę, dość jednak mi wyznać, bijąc się w piersi, że zaspałem gruszki w popiele i przegapiłem nowe rozporządzenie w sprawie ochrony gatunkowej dziko żyjących zwierząt w Polsce. A to już prawie pół roku, jak obowiązują nowe przepisy (od 1 stycznia 2017 r.), więc czas najwyższy spojrzeć, jak się przedstawia sytuacja zwierząt nas interesujących, to jest mięczaków. Poprzednie przepisy obowiązywały od października 2014 roku, a i one były wprowadzone po dwóch latach od poprzedzających je rozwiązań prawnych. O jednych i o drugich wypowiadałem się już czas temu, dziś kolej popatrzeć na pomysły Ministra Środowiska odnośnie do ochrony mięczaków.
Rozporządzenie z dn. 16 grudnia 2016 roku w sprawie ochrony gatunkowej zwierząt (Dz.U 2016 poz. 2183) opatrzone zostało trzema załącznikami, określającymi odpowiednio wykaz zwierząt objętych ochroną ścisłą z uwzględnieniem ochrony czynnej, wykaz zwierząt objęty ochroną częściową oraz wykaz zwierząt chronionych, które mogą być pozyskiwane. Jest też czwarty załącznik, ale bez mięczaków, więc go pomijamy.
Spójrzmy na pierwszy z załączników. W pozycjach 500-523 znajdziemy mięczaki objęte ochroną ścisłą. Należą do nich: 

MAŁŻE BIVALVIA
VENEROIDA
500. gałeczka żeberkowana Sphaerium solidum
UNIONOIDEA
501. perłoródka rzeczna Margaritifera margaritifera x
502. skójka gruboskorupowa (1) Unio Krassus x
ŚLIMAKI GASTROPODA
NEOTAENIOGLOSSA
503. niepozorka ojcowska Falniowskia neglectissima
PŁUCODYSZNE PULMONATA
504. poczwarówka pagórkowa Granaria frumentum
505. świdrzyk łamliwy Balea perversa
506. świdrzyk ozdobny Charpentieria ornata x
507. świdrzyk śląski Cochlodina costata
508. świdrzyk kasztanowaty Macrogastra badia
509. świdrzyk siedmiogrodzki Vestia elata
510. ślimak tatrzański Faustina cingullelum
511. ślimak Rossmasslera Faustina rossmaessleri
512. ślimak obrzeżony Helicodonta obvoluta
513. ** (1) Caseolus calculus
514. ślimak żeberkowany Helicopsis striata
515. poczwarówka pagoda Pagodulina pagodula
516. szklarka podziemna Mediterranea inopinata
517. zatoczek łamliwy (1) Anisus vorticulus
518. poczwarówka kolumienka Columella columella
519. poczwarówka górska Pupilla alpicola
520. poczwarówka zębata Truncatellina claustralis
521. poczwarówka zwężona Vertigo angustior
522. poczwarówka północna Vertigo arctica
523. poczwarówka jajowata Vertigo moulinsiana
Symbole ujęte w wykazie oznaczają:
** - brak polskiej nazwy gatunkowej
(1) – zakaz umyślnego płoszenia lub niepokojenia
x – wymóg ochrony czynnej
W załączniku 2, określającym zwierzęta objęte ochroną częściową, umieszczono z kolei następujące mięczaki (pozycje od 72 do 93):
MAŁŻE BIVALVIA
VENEROIDA
72. gałeczka rzeczna Sphaerium rivicola
73. groszkówka głębinowa Pisidium conventus
UNIONOIDEA
74. szczeżuja wielka Anodonta cygnea
75. szczeżuja spłaszczona Pseudoanodonta complanata
ŚLIMAKI GASTROPODA
ARCHITAENIOGLOSSA
76. igliczek karpacki Acicula parcelineata
ECTOBRANCHIA
77. zawójka rzeczna Borysthenia naticina
NEOTAENIOGLOSSA
78. źródlarka czerwonawa Bythinella metarubra
79. źródlarka żywiecka Bythinella zyvionteki
80. źródlarka Micherdzińskiego Bythinella micherdzinskii
PŁUCODYSZNE PULMONATA
81. pomrowik mołdawski Deroceras moldavicum
82. ślimak ostrokrawędzisty Helicigona lapicida
83. ślimak żółtawy Helix lutescens
84. ślimak winniczek (4) Helix pomatia
85. ślimak Bąkowskiego Petasina bakowskii
86. ślimak Bielza Petasina bielzi
87. ślimak wielkozębny Perforatella dibothrion
88. błotniarka otułka Myxas glutinosa
89. pomrowiec nakrapiany Tandonia rustica
90. bursztynka piaskowa Quickella arenaria
91. poczwarówka Geyera Vertigo geyeri
92. poczwarówka zmienna Vertigo genesii
SACOGLOSSA
93. alderia niepozorna Alderia Modesta
Zastosowane oznaczenie (4) odnosi się do odstępstwa  określonego w § 9 pkt 6 zakazy przetrzymywania, posiadania, zbywania, oferowania do sprzedaży, wymiany, darowizny, a także wywożenia poza granicę państwa, o których mowa w § 6 ust. 1 pkt 6, 10 i 11 oraz w § 7 pkt 4–6, nie dotyczą okazów gatunków pozyskanych poza granicą państwa i wwiezionych z zagranicy na podstawie zezwolenia regionalnego dyrektora ochrony środowiska lub Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska.
Został jeszcze trzeci załącznik, w którym znajdziemy ślimaka winniczka Helix pomatia. O nim napisano, że można go ręcznie zbierać w okresie od 20 kwietnia do 31 maja, jeśli osobnik jest nie mniejszy niż 30 mm.
Co o tym rozporządzeniu można powiedzieć? Chyba tylko tyle, że w odniesieniu do mięczaków zmieniły się tylko przepisy dotyczące winniczka. Dotychczasowe przepisy wprowadzały limit 30 dni w roku na zbiór ręczny oraz wprowadzały rozróżnienia minimalnej wielkości w różnych województwach. Teraz odstąpiono od tego podziału i de facto wydłużono okres pozyskiwania winniczka do celów handlowych do 41 dni. Dziś właśnie kończy się okres legalnego zbioru, winniczki mogą odetchnąć.
Jakieś uwagi jeszcze? Przez ostatnie dwa lata nie udało mi się dojść, dlaczego ochroną ścisłą objęty jest w Polsce ślimak, który tu nie występuje. Jeśli ktoś zna odpowiedź, niech się ze mną podzieli, abym w niewiedzy z tego świata schodzić nie musiał…
Zasadniczo odnieść by można wrażenie, że nic się nie zmieniło w ochronie mięczaków w Polsce. Jest jeden tylko zapis różniący rozporządzenia, a mianowicie § 9 pkt 8, który uchyla wcześniejsze zakazy ze względu na racjonalną gospodarkę leśną, jeżeli technologia prac uniemożliwia ich przestrzeganie. Wszystko ok., tylko co naprawdę znaczy „racjonalna gospodarka leśna”. Zaraz pomyślałem o Helicodonta obvoluta i o Helicigona lapicida, i o wszystkich naszych krajowych Clausiliidae: te się na pewno z tego jednego zdania bardzo ucieszą…