środa, 31 grudnia 2014

Rok 2014 - podsumowanie

Niedługo trzeba będzie zacząć przyzwyczajać się do zapisywania nowej daty rocznej. Czasem potrzeba na to kilku tygodni, aby nie wpisywać automatycznie minionego roku, czasem w ciągu kilku dni ręka przywyka do kreślenia nowej cyfry w rocznej dacie. Kończy się rok 2014, ale zanim zniknie w czasie przeszłym, chciałbym na niego spojrzeć jeszcze i rozliczyć się z tego, co udało się zrealizować, z tego, co nie wyszło, z tego, co trzeba będzie przenieść na rok kolejny...
Sprowokowany przez Profesor Pokryszko dokonałem w mijającym roku malakologicznej dekonspiracji... Stało się to przez udział w XXX Krajowym Seminarium Malakologicznym, które bez wątpienia było dla najważniejszym wydarzeniem w tym roku. Nie będę się na ten temat rozpisywał, ale wciąż jeszcze przed oczyma stają mi widoki Gorców i Pienin, a w uszach słyszę nadal wystąpienia kolejnych uczestników Seminarium. Jedyne, czego żałuję w związku z udziałem w tym święcie malakologii, to tego, że nie mam czasu na podtrzymywanie rozpoczętych tam relacji. Może w przyszłym roku uda mi się częściej pisać lub odpowiadać na maile. To jest tzw. pobożne życzenie.
Na seminarium zadebiutowałem nie tylko jako uczestnik, ale również jako prelegent. Przygotowując wystąpienie na tę okoliczność napotkałem w kościele Świętego Ducha w Łasku muszlowe dekoracje, a wśród nich Cerion uva - lądowy ślimak z Karaibów. Obiecuję już w nowym roku napisać kilka słów na temat tego "odkrycia".
Jakkolwiek w ostatnim roku - wbrew moim oczekiwaniom - wcale nie udało mi się za dużo skorzystać z wyjść w teren, był to generalnie udany rok w moich przygodach z poznawaniem rodzimej malakofauny. Po latach udało mi się w końcu spotkać dwa gatunki, których wyglądałem dotąd bezskutecznie. Wałkówka górska Ena montana oraz wałkówka pospolita Merdigera obscura to najcenniejsze (emocjonalnie) gatunki napotkane po raz pierwszy w tym roku. Ucieszył mnie również ślimak wielkozębny Perforatella dibothrion, krążałek ostrokrawędzisty Discus perspectivus oraz spotykane przy różnych okazjach ślimaki nagie, w tym Lehmania marginata, Limax flavus czy Malacolimax tenellus. W prezencie otrzymałem również muszle z Ogrodu Botanicznego w Cambridge, m.in. Candidula intersecta, Trohulus striolatus oraz Lauria cylindracea. Pomimo dość udanego wyjazdu na Mazury (z przystankiem w Wyszogrodzie i piękną skarpą nad Wisłą) oraz wypadu na Południe (Gorce i Pieniny), nie nasyciłem się łażeniem po szuwarach czy chęchach, bardzo jestem niesyty. Z drugiej jednak strony zaobserwowałem u siebie potrzebę ograniczenia zbierania na rzecz dokumentowania. Z tego to głównie płynie, że wciąż mam za mało czasu na porządkowanie zbiorów, katalogowanie etc., etc.
Nie sądzę, aby zbliżający się rok 2015 miał być lepszym od kończącego się. Oczywiście w ciemno biorę wszystkie malakologiczne niespodzianki licząc, że jakieś się trafią. Przybywające obowiązki zawodowe nie pozwalają na hura-optymizm. Z pewnością będzie to rok czekania na bardzo ważną książkę - szczegółów nie zdradzam, ale obiecano mi, że na koniec przyszłego roku powinna być. A to może być praca na dziesięciolecia, więc przebieram nogami z niecierpliwości. Mam nadzieję dotrzeć też do kolejnych tytułów z przeszłości, bo to też przyjemna część malakologowania. Nudzić się nie zamierzam, a co z tego wyjdzie - trochę czas pokaże. Dziękując za wizyty w kończącym się roku, a było ich prawie 11 tysięcy, zapraszam do zaglądania: a gdyby przestoje pojawiły się jakie - o wsparcie proszę i wyrozumiałość.
Nie podejmuję noworocznych postanowień. Jeśli coś zaczynam nowego, każdy czas jest dobry, a Nowy Rok najgorszy. Mam troszkę planów i zamierzam się wkrótce nimi podzielić. Czy uda się je zrealizować? Zobaczymy. Tymczasem życzę, aby rok 2015 przyniósł wiele okazji do radości, na rożnych płaszczyznach: prywatnej, rodzinnej, zawodowej, społecznej... Niech przyprowadzi ze sobą mądrych ludzi, z którymi miło się spotykać, niech rzuci groszem na badania, ale też na drobne przyjemności. Niech będzie hojny w okazje, o których się długo potem będzie pamiętało. I żeby żadna z tych okazji nie została przegapiona. Wszystkiego Lepszego!


Nowe gatunki...



nowe odkrycia...


nowe książki...


i miejsca nowe... i stare.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Mięczaki w akwarystyce morskiej

Jakiś czas temu przybliżałem Drogiemu Czytelnikowi jeden z numerów Zeszytów Akwarystycznych poświęconych ślimakom słodkowodnym. Wspominałem wówczas, że wcześniej wydany został numer tematycznie poświęcony mięczakom w akwarium. Ponieważ dziwnym zbiegiem okoliczności dopiero teraz udało mi się ten numer zdobyć, na bieżąco dzielę się wrażeniami z lektury.
Nie byłbym sobą, gdym lekko nie przynudził opowiadając o perypetiach związanych z nabyciem tego wydawnictwa. Dwa lata temu miałem w łapach swoich egzemplarz pisma, które swój numer w całości poświęciło mięczakom. Nawet nie kartkowałem czy czytałem na miejscu (a mam taką smutną przypadłość, niestety, że czasem większą część książki czytam jeszcze w księgarni), wziąłem po prostu i poszedłem do kasy. Podłe zrządzenie losu chciało jednak, że gotówką nie dysponowałem, a awaria systemu nie pozwalała na płatność kartą. Taaa. Następnego dnia uzbrojony w gotówkę pisma już nie znalazłem, a w innych punktach go nie mieli. I tak poczekałem sobie dwa lata, aż w końcu sprowadziłem ten numer.
Jak zauważyli sami redaktorzy omawianej publikacji: "Ponieważ akwarystyka morska rozwija się bardzo szybko, w tej chwili brak aktualnej pozycji książkowej dla początkujących, wydaje się być bardzo widoczny. Znacznie bardziej dotkliwy jest jednak brak porządnego atlasu morskich zwierząt akwariowych". Trudno nie zgodzić się z przedstawioną opinią, zwłaszcza że marzeniem moim jest posiadanie takiego atlasu, że nie wspomnę o popularnym atlasie krajowych mięczaków... Zamysłem Redaktorów jest przygotowywanie mini-atlasów prezentujących poszczególne typy zwierząt pielęgnowanych w akwariach. Zamysł ciekawy, potrzebny i chyba trafiony: zwięzłe informacje dla zaczynających przygodę z nowymi zwierzętami w akwarium charakteryzują się ogólnością, ale również fachowością, a przecież to fachowych informacji poszukuje się na początku nowych doświadczeń z czymś nowym.
Nie jestem w stanie oszacować liczby akwarystów, którzy mięczaki wzięli sobie za hodowlane wyzwanie. Znam takich, którzy zwierzęta te chętnie trzymają w akwariach, ale jako dodatek, element bioróżnorodności stworzonego sztucznie środowiska. Nie znam nikogo, kto powiedziałby o sobie, że jest specjalistą od mięczaków w akwariach. Chętnie poznałbym... Jeszcze chętniej nawiązałbym z takim współpracę... Wracając jednak do omawianego zeszytu... 36 numer Zeszytów Akwarystycznych wydany został w grudniu 2012 roku, dość dawno już zatem jak na standardy czasopism. Autorzy przedstawili w nim kilka gatunków mięczaków z trzech gromad: ślimaków, małży (małżów) i głowonogów. Ponieważ jest to zeszyt "morski", prezentowane gatunki reprezentują to właśnie środowisko. Omówiono łącznie 8 gatunków ślimaków (w tym jeden pasożytniczy i jeden zdecydowanie niepolecany ze względu na jadowitość - Conus), 5 gatunków małży oraz 4 gatunki głowonogów. Określenie "gatunki" jest z mojej strony bardzo nieprecyzyjne, bo w wielu przypadkach chodzi albo o rodzaj, albo nawet o przedstawicieli jakiejś rodziny. Autorom nie chodziło o dociekania systematyczne czy taksonomiczne, skoncentrowali się na wymaganiach, jakim sprostać musi amator chowu tych zwierząt, które nie należą do najłatwiejszych w utrzymaniu. Tam, gdzie w grę wchodzi obcowanie z niebezpiecznym zwierzęciem, wiele miejsca poświęcają zagrożeniom zniechęcając do hodowli lub zalecając szczególną ostrożność w przypadkowych kontaktach, jak np. z Hapalochleana lunulata, niebezpieczną ośmiornicą możliwą do zawleczenia wraz z transportem rafy dla akwarystów.
W czasie lektury pobrzmiewa od czasu do czasu brak naukowej kindersztuby (np. określenie, że ślimaki nie mają nogi;), nie jest to jednak rażące, a przyznać trzeba, że autorzy zadbali, aby poszczególne gromady zostały choćby pobieżnie, ale jednak omówione. W całości dominuje nuta poradnictwa, co pokrywa się z charakterem pisma. Poza poradami (właściwiej: ogólnymi informacjami), sporo tu zachęty do spróbowania swoich sił w pielęgnowaniu mięczaków w akwarium morskim. Dopóki nie powstanie nowe, obszerne opracowanie zagadnienia, pozostaje to jedną z najcenniejszych publikacji na temat mięczaków w morskiej akwarystyce. Dwa lata minęły i chyba rękawica nie została podniesiona...

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Pusty talerz

Wszystko ma swój sens i swoje ma znaczenie, które trzeba czytać: raz oczywiste, raz pomiędzy tajnymi znakami ukryte. Jedno zdaje się krzyczeć, inne ledwo szepce swój sens...
Wigilijna wieczerza ze swoją obrzędowością, to czas czytania znaczeń ukrytych przed oczyma. To odgrywanie bożonarodzeniowego misterium, w którym gesty i rekwizyty nabierają swojej wymowy.
Opłatek, siano, liczba potraw, choinka i ozdoby na niej, świeca, gwiazda, stajenka, żłóbek...

Tym, którzy zasiadać będą do wigilijnego stołu życzę, aby był to czas doświadczania trwania i bliskości.
Tym, którzy tego dnia posługiwać będą innym, życzę by znaleźli właśnie z tego radość.
Tym którzy właśnie wyruszać będą w drogę, życzę by podążali za pewnym znakiem gwiazdy.
Tym, którzy zmęczeni nachalnymi piosenkami, dosyć mają Świąt, życzę ciszy w której znajdą dosadną moc Słowa.

Tym, którzy w tym roku w czarnym ubiorze żałoby zbliżą się do wigilijnego stołu, w szczególny sposób życzę świadomości pustego talerza, zostawionego dla przygodnego gościa... Niech pusty talerz będzie czekaniem, a nie nieobecnością...
Giotto, Narodzenie, fragm.

wtorek, 9 grudnia 2014

Racicznica zmienna Dreissena polymorpha (Pallas, 1771)

Dałbym sobie kminku do kawy dosypać, że miałem już w rękach te teksty, zanim je w książce ujrzałem. Przeszukałem zasoby i nic. Ani słowa. A jednak, kiedy czytam kolejne strony to wiem, co będzie w następnym akapicie. Nie sądzę zatem, abym miał do czynienia z czymś na kształt deja vu, raczej po prostu musiałem poznać te teksty rozproszone, przy okazji poszukiwań publikacji profesor Stańczykowskiej... W każdym razie moja pewność, że miałem do czynienia z tymi tekstami wcześniej nie umniejsza radości z ponownej lektury książki Racicznica zmienna (Dreissena polyorpha) jako obiekt badań naukowych, wydanej jako fest schrift dla Pani Profesor Anny Stańczykowskiej z okazji jubileuszu pięćdziesięciolecia pracy naukowej w 2009 roku. A ponieważ już od dawna zamierzałem kilka słów skreślić na temat racicznicy, teraz wykorzystuję okazję.
Zacznę od tego, że w połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku znajdowałem racicznicę zmienną (Dreissena polymorpha Pallas, 1771) w Jeziorze Sulejowskim, sztucznym zbiorniku utworzonym na Pilicy. W odróżnieniu od innych małży nie nastręczała żadnych problemów z identyfikacją i bardzo trudno byłoby mi wówczas pomylić ją z jakimkolwiek innym małżem. Pamiętam jej ogromne skupiska na muszlach skójek malarskich oraz na różnych przedmiotach zalegających na dnie. Pawie czarne, wielokształtne bryły połączonych ze sobą trójkątnawych muszli racicznic ważyć mogły i po kilka kilogramów i nie rozsypywały się przy podnoszeniu za pojedyncze muszle żywych osobników. Działo się to za sprawą bisiorowych nici, którymi racicznica przytwierdza się do podłoża, tworząc kolonie złożone z wielu tysięcy osobników.
Największe jej skupiska znam właśnie z Jeziora Sulejowskiego, z Gopła, z Krutyni i Kanału Augustowskiego. Nie prowadziłem nigdy badan nad ich liczebnością, natomiast dane z literatury wskazują na ogromne jej zagęszczenie dochodzące do 22000 osobników na m2. Takie wartości notowano w Zalewie Szczecińskim pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Podobne wartości podawane były również z Wielkich Jezior Mazurskich.
Racicznica zmienna charakteryzuje się trójkątną muszlą przypominającą racicę, od której bierze polską nazwę. Muszla najczęściej jest jasna z brązowymi lub czarnymi pasami, przypominającymi paskowanie zebry. Stąd też pochodzi jej angielska nazwa: zebra mussel. Znane są przypadki albinotycznych osobników. Rozmiary muszli wynoszą: 25-40 mm długości, 17-23 mm szerokości i do 18 mm wysokości. Spomiędzy połówek muszli wystaje wiązka bisiorowych nici którymi małż przytwierdza się do podłoża. Wśród słodkowodnych małży jest to wyjątkowa sytuacja - bisior króluje w morzach i oceanach.
Obecność bisioru oraz larwa typu trochofora mogą wskazywać na nieodległe ewolucyjnie pochodzenie morskie. Jeśli zaś sprawa dotyczy pochodzenia, to zdaje się, że kwestia jest dyskusyjna. Przyjmuje się, że jest to gatunek ponto-kaspijski, który z końcem XVIII w. rozpoczął ekspansję na północ i zachód Europy. Przed epoką lodowcową zamieszkiwał Europę i niektórzy autorzy twierdzą, że może stanowić element reliktowy w niektórych obszarach kontynentu (np. Jezioro Ochrydzkie, część Niziny Węgierskiej, Zatoka Kurońska, Szlezwik-Holsztyn). Przyjmuje się jednak, że wyginał w epoce lodowcowej i przetrwał jedynie na wybrzeżu Morza Kaspijskiego, Czarnego i Azowskiego. Stamtąd - zdaniem badaczy - zaczął rozszerzać swój zasięg wraz z budową kanałów łączących zlewisko Morza Czarnego i Morza Bałtyckiego. W Polsce notowany po raz pierwszy z Suwalszczyzny, gdzie pojawił się przed 1824 rokiem. Obecnie zamieszkuje niemal całą Polskę w wyjątkiem południowych jej krańców, choć nie wszędzie jest tak samo liczny. Największe zagęszczenie populacji notuje się na północy kraju, w części centralnej związany jest głównie z  dużymi rzekami i zbiornikami zaporowymi (np. z Jeziorem Sulejowskim, ale występuje też w nieodległym Jeziorze Bugaj w Piotrkowie), natomiast na południu występuje właściwie wyłącznie w zbiornikach antropogenicznych i tam notowane są niskie liczebności populacji).
Odwołam się jeszcze do doświadczeń osobistych, a właściwie rodzinnych. O racicznicy opowiadał mi mój ojciec, który w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX w. pracując w energetyce często spotykał tego małża w elektrowniach wodnych. Z jego opowieści wiem, że niejednokrotnie przed remontem turbin potrzeba było angażować nurków do zeskrobywania racicznic z urządzeń hydrotechnicznych, a ilość biomasy dochodziła do kilku ton. Ta osobista wycieczka pojawiła się tutaj w konkretnym celu: chodzi o zabranie głosu w dyskusji nad znaczeniem racicznicy dla natury i gospodarki człowieka. Temat jest złożony i dość skomplikowany, zwłaszcza na gruncie doświadczeń europejskich (w Północnej Ameryce wydaje się być jednak zdecydowanie bardziej uciążliwym gatunkiem obcym, niż w Europie). Dreissena polymorpha jest filtratorem i jako taki przyczynia się do poprawy warunków biochemicznych wód, które zamieszkuje. Poprawia jakość wody, eliminuje z niej biogeny oraz zatrzymuje na jakiś czas metale ciężkie. Podkreśla się, że populacje racicznicy potrafią w ciągu kilku lub kilkunastu dni przefiltrować całą objętość jeziora, dla Zalewu Szczecińskiego szacowano wydajność filtracji na 36 dni. Jednocześnie w czasie zakwitu bruzdnic właściwie zaprzestaje pobierania pokarmu, więc w okresie największego zakwitu filtruje najmniej efektywnie... Masowe wymieranie racicznic wtórnie może przyczyniać się do pogarszania warunków biochemicznych wód. Sama racicznica, a właściwie jej kolonijny tryb życia może znacząco ograniczać również szanse małży skójkowatych, których muszle bardzo często obrasta. Stąd dla środowiska naturalnego trudno o jednoznaczną ocenę roli tego obcego gatunku. Dla gospodarki wydaje się być jednak łatwiej wystawić ocenę negatywną, głównie ze względu na wspomniane już wcześniej obrastanie urządzeń hydrotechnicznych, zakłócających ich pracę lub wręcz ją uniemożliwiającą. Jazy, śluzy i przepusty niejednokrotnie nie spełniają swojej funkcji ze względu na osadzanie się kolejnych osobników racicznicy. W Ameryce Północnej, gdzie racicznica trafiła w latach osiemdziesiątych wraz z (prawdopodobnie) wodami balastowymi statków, przyczynia się nie tylko do strat ekonomicznych w gospodarce wodnej, ale również do wymierania rodzimych gatunków skójkowatych.
Dreissena polymorpha jest jednym z najlepiej zbadanych gatunków mięczaków, prawdopodobnie poświęcono jej najwięcej publikacji. W Polsce do najbardziej zasłużonych badaczy tego gatunku należy prof. Anna Stańczykowska, która racicznicą zajmuje się ponad pięćdziesiąt lat. Jej dorobek naukowy oraz eksperymenty w środowisku życia racicznic są wysoko cenione w świecie hydrobiologii i malakologii. Dzieło profesor Stańczykowskiej kontynuuje m.in. prof. Krzysztof Lewandowski, jej uczeń, a także tacy malakolodzy i ekolodzy jak Jarosław Kobak czy Marcin Czarnołęski.
Zainteresowanych odsyłam do licznej literatury, zwłaszcza do prac prof. Stańczykowskiej. Zachęcam, by przyglądając się racicznicy obserwować bacznie, czy nie pojawiła się w naszych wodach jej kuzynka Dreissena rastiformis bugensis, o której postaram się kiedyś kilka słów również napisać...


niedziela, 30 listopada 2014

Corbicula fluminea (O. F. Müller, 1774) w Polsce

Kiedy oddawałem się lekturze książki Inwazje biologiczne w środowiskach słodkowodnych, uświadomiłem sobie, że jakiś czas temu obiecałem kilka słów poświęcić jednemu z najnowszych składników krajowej malakofauny, małżowi Corbicula fluminea (O.F. Muller, 1774). Minęło już ponad dziesięć lat od czasu, gdy pierwszy raz został stwierdzony w naszych wodach, zadomowił się u nas i poszerza zasięg. Czas więc napisać kilka słów o nim, a może przyda się komuś, kto - tak jak ja - znalazł go przypadkiem podczas spaceru wzdłuż brzegu.
Corbicula fluminea jest słodkowodnym małżem z rodziny Corbiculidae, którego pierwotną ojczyzną jest dorzecze Ussuri, południowo-wschodnie Chiny oraz Korea. W latach dwudziestych XX wieku został zawleczony na kontynent północnoamerykański,  najprawdopodobniej przez chińskich emigrantów, którzy traktowali go jako część diety. Dość szybo zaczął kolonizować kolejne obszary Ameryki, również Południowej, gdzie stwierdzono go pierwszy raz w Wenezueli w połowie XX wieku. Obecnie jest notowany na wszystkich kontynentach, w tym w Australii, a w Europie jego pojawienie się jest datowane na początek lat osiemdziesiątych, kiedy stwierdzono go w rzece Tag w Portugalii i Dordogne we Francji. Jej zasięg rozszerza się bardzo szybko; dla Środkowego Renu podaje się prędkość ok 80-115 km rocznie.
Pierwsze notowanie w Polsce miało miejsce w październiku 2003 roku, kiedy został znaleziony przez Annę Łabęcką w Kanałach Dolnej Odry koło Nowego Czarnowa i Gryfina. Znaleziono wówczas również pokrewny gatunek Corbicula fluminalis. Kiedy w 2006 roku prowadzono badania wzdłuż Odry od źródeł w Czechach do ujścia w Zatoce Pomorskiej, stwierdzono żywe osobniki w Środkowej Odrze w licznych populacjach. W maju 2011 po raz pierwszy stwierdzony został w Wiśle w Krakowie, a w październiku owego roku znaleziono tam żywe osobniki.  
Posiadam ustne informacje o występowaniu Corbicula fluminea w Wiśle na wysokości Wilanowa oraz jeszcze niżej z Wyszogrodu. O ile z Wilanowa wiadomo mi, kto go tam znalazł, o tyle stanowisko z Wyszogrodu pozostaje dla mnie tajemne. Kiedy w lipcu 2014 roku zatrzymałem się nad Wisłą w Wyszogrodzie, nie udało mi się go wypatrzeć, przypuszczam jednak, że znalezienie go nawet niżej jest kwestią tylko i wyłącznie dobrego poszukania.
A czego szukać? Średniej wielkości małża o wyraźnie grubościennej muszli, wyraźnie żeberkowanej. trójkątnej w zarysie, jasnobrązowej lub oliwkowej barwy. Młodsze osobniki mogą być żółtawe. Wielkość muszli dochodzi do ok. 25 mm, rekordowe okazy przekraczały 60 mm, ale nie z obszaru Polski.
Małż ten może stosunkowo szybko rozszerzać swój zasięg min. dzięki wysokiej płodności (do 70 tys. larw uwalnianych przez samicę w ciągu sezonu), zdolności do rozmnażania obojnakiego, szerokiej tolerancji ekologicznej. Znosi niewielkie zasolenie, zamieszkuje różne typy wód, od kanałów po rzeki i jeziora, jest dość odporna na zanieczyszczenia. Populację może ograniczać reżim termiczny, prawdopodobnie w warunkach naturalnych w Polsce jesienią i zimą spora część ginie. Dzięki występowaniu larwy typu pediveliger możliwe jest bierne znoszenie tego małża na kolejne obszary z biegiem rzek. Wiosenne powodzie mogą zatem skutecznie rozszerzać zasięg tego obcego inwazyjnego gatunku.
Uważa się, że jego pojawienie się w wodach wpływa niekorzystnie na rodzimą malakofaunę, zwłaszcza małże skójkowate. Nie prowadzono w Polsce jeszcze szczegółowych badań na ten temat, wykluczyć jednak nie można, że dynamicznie rozwijające się populacje w sezonie wiosenno-letnim skutecznie konkurują o pokarm z rodzimymi Unionidae.
Jak małż ten znalazł się w Polsce? Tego jednoznacznie nie sposób stwierdzić. Prawdopodobne jest przeniknięcie ze środowisk zajmowanych w północnych Niemczech, nie można jednak wykluczyć zawleczenia przez człowieka - przyczynić się do tego mogli wędkarze (używające jej za przynętę) lub akwaryści, mogła trafić również z narybkiem.
W Polsce jej zasięg rozszerza się z zachodu na wschód. Występuje w Odrze, występuje w Wiśle, ale nie wiadomo, czy przeniknęła do rzek w ich zlewniach. Zobowiązany będę, jeśli ktoś podzieli się ze mną informacjami na ten temat. Może czas nie najlepszy na poszukiwania, ale przecież nie przeszkadza w znalezieniu na brzegu pustych muszli...
Kołodziejczyk A. Stańczykowska A. 2011. Corbicula fluminea w: Głowaciński Z (red.) Księga gatunków obcych. Kraków IOP PAN
Maćkiewicz J. 2013. The first record of the asian clam Corbicula fluminea (Bivalvia: Veneroida: Corbiculidae) in the upper Vistula (South Poland). Folia malacologica 21(2), pp. 87-90. 


Muszle C. fluminea znalezione w Wiśle w Krakowie w 2011 r.

czwartek, 27 listopada 2014

Inwazje biologiczne w środowiskach słodkowodnych

Jeszcze na tyle ciepło, że derocerasy niemal codziennie widuję, ale już na tyle zimno, żeby liczyć się z końcem ślimaczego sezonu. Nie bardzo ten moment lubię, bo oznacza dla mnie znaczące ograniczenie malakologicznych natręctw, którym z takim zamiłowaniem oddaję się w wolnych chwilach. Zostaje mi salwowanie się literaturą, która - w wersji polskojęzycznej - jest nie mniej rzadka, niż Anisus vorticulus...
Czasem ulegam pokusie myślenia, że znam już wszystkie książki o mięczakach napisane po polsku. Jest co prawda jeszcze dobre kilkanaście tytułów na które poluję, ale wiem, że one są i tylko kwestią czasu jest, kiedy wpadną mi w ręce.
A czasem jest tak, że wpadają mi książki spoza listy, nie te, na które poluję, a zupełnie nowe, co mnie sobie upolowały. Bardzo, bardzo rzadko się zdarza, że książka sama do mnie przychodzi, i to taka, o której istnieniu po prostu bladego pojęcia nie miałem. I dziś właśnie o takiej książce.
Wracam do domu po pracy, a tu łypie na mnie ze skrzynki na listy jakaś przesyłka. Patrzę - z Katowic. Zanim wszedłem do mieszkania, jeszcze po schodach idąc, zdążyłem spis treści przestudiować.
Przyznaję, że nie słyszałem o tej książce wcześniej, to znaczy słyszałem, od samej Autorki nawet, ale myślałem, że o zupełnie inną publikację chodzi. Czasem sobie tak wmawiam... Nie słyszałem, nie widziałem, nie szukałem jej przez to. Stąd kiedy zobaczyłem okładkę, uśmiech mnie w uszy uderzył. Lubię ten moment zaskoczenia, szkoda, że tak rzadko się zdarza...
Na okładce widnieje trzech autorów: Włodzimierz Serafiński, Małgorzata Strzelec i Mariola Krodkiewska. Spośród autorów znam prof. Małgorzatę Strzelec, której publikacje zdobywałem już jakiś czas temu. Włodzimierza Serafińskiego kojarzę z jednej książki, którą posiadam w malakologicznej biblioteczce. Docent Włodzimierz Serafiński zmarł 25 stycznia 2012 roku. Zawodową karierę związał z Uniwersytetem Śląskim, był m.in. Prodziekanem Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska oraz Kierownikiem Katedry Metodyki Nauczania Biologii. Szczególną częścią jego działalności było badanie mechanizmów inwazji biologicznych. Książka, która w jakiś sposób jest jego dziełem pośmiertnym, tego też dotyczy. Inwazje biologiczne w środowiskach słodkowodnych. Wybrane zagadnienia to skrypt dla studentów kierunków biologia i ochrona środowiska, ale to też opracowanie bardzo ważnego zagadnienia, jakim jest kwestia bioróżnorodności i jej zagrożeń związanych z ekspansją gatunków obcych.
Paleontolodzy potwierdzą chyba, że nigdy w dziejach ożywionego świata, rozprzestrzenianie się gatunków nie następowało z taką prędkością, jak obecnie. Pojawienie się człowieka rozumnego i osiągnięcie przez niego zdolności hodowli zwierząt doprowadziło do tego, że wraz z rozprzestrzenianiem się gatunku, zasięg swój zwiększały gatunki mu towarzyszące, a uszczuplały się populacje, które istniały przed człowiekiem. Jest to bowiem jedyny gatunek na Ziemi, który opanował wszystkie lądy i który najbardziej ze wszystkich gatunków przekształcił je. Część tych przekształceń to skutek planowej, świadomej działalności człowieka, część (zapewne większa) jest skutkiem ubocznym. W tych skutkach ubocznych mieścić się mogą zawleczenia i introdukcje gatunków obcych, z których pojawieniem się na ogół zaczynają się problemy z bioróżnorodnością, o problemach społeczno-gospodarczych nie wspominając.
Książka śląskich biologów ma za zadanie przyjrzeć się wybranych zagadnieniom związanym z inwazjami biologicznymi. Dziwne są to inwazje. Bez dowódcy, bez planów ataku, bez jasnej strategii, przybysze z obcych stron podbijają nowe ziemie (i wody), przekształcając je, na ogół ubożąc. Armia gatunków z różnych królestw zdaje się współpracować w jakiś tajemniczy sposób podbijając nowe tereny, a wszędzie gdzie się pojawi, są z nią kłopoty. O obcych gatunkach nie raz już wspominałem, o niektórych pisałem nieco więcej nawet, ale bardzo ważny jest sam mechanizm inwazji, a jego zrozumienie powinno być pomocne w podjęciu walki ze skutkami tej dziwnej wojny.
Szczególnie świadomi tego problemu pozostają biolodzy z Uniwersytetu Śląskiego, którzy mają możliwość prowadzenia badań i obserwacji w tym rejonie Polski, który najbardziej został działalnością człowieka zmieniony, i gdzie skutki inwazji biologicznych, zwłaszcza w środowisku wodnym, są wyraźnie obecne.
To bardzo ciekawa praca prezentująca różne zagadnienia związane z mechanizmami inwazji biologicznych. Dużo jest w niej omówienia różnych stanowisk, koncepcji i poglądów, zarysowania problematyki, w której nawet wieloletnie badania nie przynoszą jednoznacznych odpowiedzi. Licząca jedenaście rozdziałów praca analizuje zagadnienie od zjawisk natury najbardziej ogólnych, przez szczegółową analizę procesu inwazji i jej skutków, kończąc na case study w postaci opracowania danych dotyczących wodożytki nowozelandzkiej Potamopyrgus antipodarum.
Wstępna lektura książki pozwala mi na wzięcie w nawias pewnych moich sądów na temat skutków inwazji biologicznych i ogólniej: roli gatunków obcych. Pokazuje, jak niezwykle skomplikowanym mechanizmem jest inwazja, ile składowych decyduje o sukcesie kolonizatorskim jakiegoś gatunku i skali skutków tego zjawiska. Ciekawe to, wciągające, wymagające (od laika) przystanków i stawiania znaków zapytania. Myślę, że to jedna z tych książek pisanych dla studenta, który naprawdę chce pogłębić swoją wiedzę, a nie tylko zaliczyć kolokwium... To książka, która wyznaczając pewien kierunek, wcale nie zamyka na własne poszukiwania i biorąc pod uwagę dydaktyczne przeznaczenie publikacji (skrypt akademicki), należy się jej wysoka ocena. Czepialstwem z mojej strony może być pewien postulat do wydawcy, który zamierzam podnieść. Jest taki zwyczaj, że nazwisko autora, który zmarł przed publikacją dzieła, umieszcza się w prostokątnej ramce. Tak też poczyniono na pierwszej stronie, ale nie na okładce. Zwyczaj ten co prawda zanika w wielu obszarach, najmocniej żyjąc w świecie filmu, nie mniej warto o tym pomyśleć przy ewentualnym dodruku czy drugim wydaniu. Jest to pewien hołd składany Twórcy (bez względu na to, czy mówimy o twórczości artystycznej, czy działalności naukowej) i podkreślenie, że dzieło ma charakter pośmiertny. W nauce też jest miejsce na emocje i ta ramka nie jest tylko graficznym wyróżnikiem, ale okazją do tego, żeby uświadomić sobie, ile traci nauka z odejściem badacza... Chciałbym, aby o tym pamiętano, zwłaszcza w środowisku uniwersyteckim. Dedykacja od Autorek to posłannictwo wypełnia, więc warto, by i wydawca pracę domową odrobił...
Serafiński Włodzimierz, Strzelec Małgorzata, Krodkiewska Mariola. 2014. Inwazje biologiczne w środowiskach słodkowodnych. Wybrane zagadnienia. Skrypt dla studentów studiów I i II stopnia na kierunkach biologia i ochrona środowiska. Podręczniki i skrypty Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach nr 154, Katowice WUŚ, pp.1-99



wtorek, 25 listopada 2014

Pilne! Praca dla malakologa!

Wyszperałem przed chwilą informację, którą muszę jak najszybciej puścić w świat dalej, bo przyznaję, że pierwszy raz w życiu spotkałem się z ogłoszeniem o pracy dla malakologa. Zaskoczony tym bardzo pozytywnie, udostępniam tę informację z nadzieją, że przyda się jakiemuś młodemu adeptowi nauki o mięczakach.
Instytut Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk poszukuje asystenta malakologa, który zajmie się badaniami z dziedziny ekologii wodnych mięczaków, ze szczególnym uwzględnieniem mięczaków chronionych. Poszukiwany jest "młody pracownik naukowy" posiadający dyplom magistra w dziedzinie biologia, ekologia lub ochrona środowiska. Kandydat musi wykazać się dorobkiem publicystycznym na temat ekologii mięczaków siedlisk hydrogenicznych i innymi dokonaniami naukowymi, musi posiadać doświadczenie w badaniach terenowych i laboratoryjnych, znać metody statystyczne, potrafić budować bazy dane, władać angielskim i posiadać licencję pilota. Żartowałem. Żartowałem z tym ostatnim, potrzebne jest tylko prawo jazdy kategorii B, latać nie trzeba umieć.
Co bardzo ważne: czas na składanie aplikacji został określony do 23 grudnia 2014 roku, a wyłonienie kandydatów przewidziano przed 29 grudnia 2014 r,, aby z początkiem stycznia młody malakolog zacząć mógł pracę w Instytucie Ochrony Przyrody PAN w Krakowie.
Gdzie składać swoje dokumenty konkursowe? W Krakowie, w siedzibie IOP przy al. Mickiewicza 33, w sekretariacie, pok. 14. Co prawda nie napisano tego w ogłoszeniu, ale chyba pocztą też się można  wysłużyć w tej sprawie. Więcej nie piszę, bo ogłoszenie można przeczytać na stronie IOP lub  klikając tutaj. Uspokoję tylko, że w konkursie nie będę startował, więc konkurencji nikomu nie zrobię!;) Ale gdybym w konkursie mógł - z formalnego punktu widzenia -startować, nie czekałbym nawet chwili i jeszcze tej nocy wysłałbym swoje si-wi;)

piątek, 21 listopada 2014

Andrzej Falniowski, Przodoskrzelne Polski (1989)

Pęd, jaki widoczny jest w naukach ścisłych, wprowadza swoje zasady, które są niezwykle okrutne dla naukowych publikacji. Kilka razy już na to utyskiwałem, poglądy moje są w tej kwestii dość stabilne: to nie są czasy dla monografii. Pęd publikacyjny powoduje, że trzeba prace wydawać szybko, w dobrze punktowanych wydawnictwach i dbać o dobrą cytowalność (Boże, co za słowo!). A cytowalność liczy się przez krótki tylko czas, dwóch, trzech lat. I tyle. Potem, nawet gdyby się okazało, żeś człowieku proch wynalazł, choćby wszystkie sieneny o Tobie mówiły i o Twojej książce, twój dorobek w Impact factor ani drgnie...
Złe to czasy dla książek wydanych przed paroma laty, paronastoma czy jeszcze wcześniej. Więc leżą sobie te prace czasem gdzieś na półkach bibliotek i czekają na szaleńca, który się nimi zainteresuje. A że mnie do tego szaleństwa blisko, postanowiłem o jednej z takich książek dzisiaj wspomnieć, bo jest wielką nieobecną, nawet na moim poletku;(
Od tego zacznę, że przed kilkunastoma laty, kiedy jeszcze byłem studentem, trafiłem w jednej z bibliotek na książkę Andrzeja Falniowskiego "Przodoskrzelne (Prosobranchia, Gastropoda, Mollusca) Polski. I. Neritidae,Viviparidae, Valvatidae, Bithynidae, Rissoidae, Aciculidae". Praca wydana została w Krakowie, nakładem Uniwersytetu Jagiellońskiego, w 1989 roku, jako 35 zeszyt serii Prace Zoologiczne i 910 pozycja serii Zeszyty Naukowe UJ. Mija zatem dwadzieścia pięć lat od ukazania się tej pracy, z którą - tak mi się wydaje - czas obszedł się trochę szorstko. Kiedy wpadła mi ręce, znałem już dobrze pracę Piechockiego "Mięczaki (Mollusca). Ślimaki (Gastropoda)" z serii Fauna Słodkowodna Polski. Znałem już słodkowodne ślimaki występujące w Polsce, ale wcale mnie to nie starczało. Kiedy więc trafiłem na Falniowskiego, otworzył się zupełnie nowy rozdział. Zaskoczył mnie Falniowski i rozbudowaną strukturą opisów gatunków, bardzo szczegółowymi informacjami na temat budowy skrzeli, układu rozrodczego czy muszli. Zaskoczył mnie zastosowaniem mikroskopów skaningowych do badania budowy muszli czy tarki i wykorzystaniem tego do identyfikowania gatunków. Ale zaskoczył mnie też ilustrowaniem pracy, które - w porównaniu z kluczem Piechockiego - było zupełnie inne, choć pod pewnymi względami - nieco rozczarowujące. Nie mam o to żalu do Autora, schyłek lat osiemdziesiątych był bodajże najgorszym czasem na wydawanie książek w drugiej połowie XX wieku. Może gdyby praca ta wydana była pięć lat później, fotografie i ryciny byłyby dużo lepsze, wyższej jakości. A tak: książka aż razi wydawniczą biedą. Całe szczęście: treść jest dużo bogatsza od ilustracji i dla mnie - laika kompletnego naówczas - była kopalnią nowych informacji. Kopalnią, w której czasem doświadczałem zasypania wiadomościami, których nie potrafiłem przerobić. Nie mniej szereg oryginalnych ilustracji w rozpoznawalnym dla Falniowskiego stylu było pierwszymi dla rycinami krajowych Rissoidae. Ryciny, które znałem z książki Piechockiego, autorstwa Ewy Zajączkowskiej, zachwycały dopracowaniem szczegółów. Ryciny z pracy Falniowskiego były pod tym względem dużo uboższe, bardziej schematyczne, ale pociągały nowością. Zwłaszcza, kiedy pierwszy raz widziałem  Bythiospeum neglectissimum, które później okazało się taksonem z samodzielnego rodzaju Falniowskia Bernasconi, 1990...
Nie wiem, jak to się stało, że książka ta nie zapisała się polskiej malakologii choćby tak mocno, jak wspomniana praca Piechockiego. Może mój osąd jest błędny, ale opieram go na obserwacji odniesień w publikacjach. Bardzo rzadko widywałem w późniejszych publikacjach powoływanie się na to opracowanie Falniowskiego, które jest przecież ogromnym kompendium wiedzy o sporej części rodzimych ślimaków wodnych. Nie wiem, co spowodowało, że książka ta nie doczekała się lepszej prasy. Wydaje mi się, że wielka, mozolna praca krakowskiego malakologa, nie trafiła w swój czas i albo go wyprzedziła, albo zaszkodziły jej okoliczności, na które Autor nie miał wpływu.
Niedobrze dla tej pracy się stało, że została pocięta na części, które są ze sobą mało spójne. Mam na myśli wcześniejszą publikację Falniowskiego, Hydrobioidea of Poland wydaną po angielsku w 1987 roku (jako pierwszy tom Folia Malacologica). Ponieważ w tytule Przodoskrzelnych Polski znajduje się rzymska cyfra I, należałoby przypuszczać, że jest to pierwsza część i oczekiwać części drugiej. A taka się nie pojawiła lub mnie po prostu nic o niej nie wiadomo. Zakładam, że całością opracowania przodoskrzelnych jest ta książka i Hydrobioidea of Poland, być może autor planował wydać po polsku pracę o wodożytkach, ale coś stanęło na przeszkodzie... Spekuluję.
Wydaje mi się, że jest to książka, która proponowała coś nowego. Nie wiem, czy nowatorskie wówczas metody się obroniły Chyba nie bardzo, zwłaszcza, że sam Autor jest teraz autorytetem w dziedzinie badań molekularnych. Ale zapoczątkował - tak myślę - już wówczas trend wykorzystywania nowych technologii w badaniach malakologicznych i to jest atut omawianej pracy.
Dziś w malakologii pojęcie Prosobranchia leży w rozsypce. Bałagan w systematyce mięczaków najbardziej widoczny jest w tej właśnie podgromadzie lub grupie podgromad ślimaków. Może to powoduje, że książka ta nie weszła na salony. Nie wiem. Uważam jednak, że poznając polskie mięczaki, warto podjąć trud dotarcia do wydanej przed ćwierćwieczem książki i zapoznania się z nią. To solidna praca, która wciąż czeka na odkrycie, nawet jeśli świat nauk ścisłych popędził w innym kierunku...

piątek, 14 listopada 2014

Filatelistyka dla malakologa

Historia polskiej filatelistyki sięga roku 1860. Wtedy pojawił się pierwszy znaczek pocztowy w Królestwie Polskim, dwadzieścia lat po Penny Black, najstarszym znaczku pocztowym na świecie.
Filatelistą nigdy nie byłem zbieraczem znaczków - owszem. Z różną intensywnością i zaangażowaniem gromadziłem te maleńkie dzieła sztuki, zamykające na niewielkiej przestrzeni ogrom detali, szczegółów i zamierzeń. Najbardziej pociągały mnie zawsze znaczki wykonane techniką stalorytu, obecnie już raczej niespotykane w obiegu.
Robiłem niedawno troszkę porządku w papierach i w ręce wpadły mi koperty ze znaczkami, o których dawno już chciałem napisać. W polskiej filatelistyce są warte szczególnego odnotowania, ale też są to znaczki z własną, pokręconą historią.
Choć najstarszy polski znaczek pocztowy datuje się na 1860 rok, trzeba było jeszcze 130 lat czekać na pierwszy polski znaczek z motywem wiodącym mięczaka. Dopiero w 1990 roku Poczta Polska wyemitowała serię znaczków "Ślimaki i małże Polski", której autorem jest polski artysta, Jacek Brodowski (ur. 5 lipca 1943 r. w Krakowie). To chyba najdziwniejsza seria w polskiej filatelistyce, ale do końca się nie upieram, bo filatelista nie jestem, a co najwyżej zbieraczem...
Dlaczegóż to miałaby być najdziwniejszą polską serią? Otóż po pierwsze wprowadzono wówczas znaczki beznominałowe. Kto pamięta początek lat dziewięćdziesiątych, pamięta zapewne również panującą wówczas inflację (jej apogeum przypadło na wrzesień 1990 roku, wówczas wynosiła 585,8% w skali roku!). Myślę, że to właśnie kłopoty z inflacją mogły stać u podstaw decyzji o wprowadzeniu znaczków bez nominałów, z literowym oznaczeniem rodzaju usługi, za którą pobrano opłatę w znaczku. Jeśli dobrze pamiętam, opłata A odnosiła się do listów zamiejscowych, opłata B do kartek pocztowych i listów miejscowych. Ale mogę się mylić, bo parę lat już minęło...
Seria jest dziwna, bo zakończyła się na dwóch znaczkach (odpowiednio 3095 - Błotniarka stawowa Lymnaea stagnalis i 3096 - Żyworódka jeziorowa Viviparus contectus), choć planowana była na 10 znaczków. Widać to choćby w nazwie serii, która nie przystaje do rzeczywistości: miały być ślimaki i małże, wydano tylko ślimaki. Jacek Brodowski przygotował projekt 10 znaczków jeszcze w grudniu 1988 roku, ale ostatecznie Poczta Polska wyemitowała tylko dwa z nich. Dziś nie wiadomo nawet, kto podjął decyzję o ograniczeniu serii, a dokumentacja techniczna ponoć została już zniszczona.
Znaczki nie należą do najbardziej urodziwych. Jednokolorowe (zielone dla nominału A, fioletowe dla nominału B), nie zachwycają barwą. Trochę do życzenia pozostawiają same wyobrażenia muszli, zwłaszcza błotniarki stawowej, która wyszła dość żebrowana. Ponoć związane jest to z techniką druku (rotograwiura), która wymaga nieco wyraźniejszych linii. Kto się jednak dobrze rycinom przyjrzy, ten szybko powinien  odnaleźć pierwowzór... Szukać go trzeba w tablicach na kończy książki Anny Stańczykowskiej Zwierzęta bezkręgowe naszych wód. Z tych tablic przerysowywałem swoje pierwsze muszle, tworząc podręczny atlas mięczaków w gładkim zeszycie z szara okładką... W założeniu koncepcyjnym na serię składać się miały jeszcze znaczki z następującymi ślimakami: rozdepka rzeczna Theodoxus fluviatilis, zawójka pospolita Valvata piscinalis, wodożytka bałtycka Hydrobia ventrosa, zatoczek rogowy Planorbarius corneus i ślimak winniczek Helix pomatia oraz z małżami: racicznicą zmienną Dreisena polymorpha, skójką malarzy Unio pictorum, i szczeżują wielką Anodonta cygnaea. Z tego wszystkiego dobrze tylko, że nie wydano znaczka z rozdepką rzeczną, bo w pracy Stańczykowskiej jej podobizna wyjątkowo słabo wyszła... Nie dowiedziałem się też, skąd pochodziłaby podobizna winniczka, ale pewnie pan Brodowski nie miał z tym problemu. Z serii "Ślimaki i małże Polski" wyszły więc tylko dwa ślimaki, a małży się nie doczekaliśmy.
Na wydanych znaczkach umieszczono wyłącznie nazwy polskie, co też składa się na dziwność tej serii. Na ogół na znaczkach umieszczane są łacińskie nazwy gatunkowe obok nazw podanych w językach narodowych. Tutaj ich zabrakło. Wszystko to sprawia, że te dwa niepozorne, na słabym papierze drukowane znaczki (później papier się nieco poprawił), okazują się dla filatelisty całkiem ciekawym rarytasikiem. Mają swoją historię, a przecież to w filatelistyce nie mniej się liczy od kunsztu włożonego w projekt i realizację serii.
Czekam na list, na którym przyklejony będzie polski znaczek z polskimi mięczakami. Na pierwszy taki znaczek trzeba było czekać 130 lat, taką liczbą nie dysponuję, ale byłoby mi bardzo miło, gdyby w końcu taka seria się pojawiła. Cała, nie tylko piąta jej część, jak w przypadku serii zaprojektowanej przez Jacka Brodowskiego. Czekam, może kiedyś przyjdzie taki list...




wtorek, 11 listopada 2014

Kręte drogi do Niepodległej

Czytam właśnie Władysława Polińskiego (1885 - 1930) Materyały do fauny malakozoologicznej Królestwa Polskiego, Litwy i Polesia, pracy wydanej niemal przed stu laty, w 1917 roku, w czasie trwającej wówczas I wojny światowej. I właśnie o tym kilka słów porwanej refleksji, na marginesie, ale troszkę obok lektury.
Rozpoczyna Poliński tymi słowy: W ostatnich kilku latach uzyskałem możność opracowania obfitego materyału malakozoologicznego, pochodzącego z kilkudziesięciu miejscowości Królestwa Polskiego, Litwy i Polesia. Miejscowości te położone są przeważnie w okolicach wcale lub prawie wcale pod względem malakozoologicznym nie badanych. Sądzę tedy, że podanie przeglądu gatunków, zebranych w owych okolicach, zapełni częściowo lukę dotkliwą, zawartą w naszej dotychczasowej znajomości omawianego tu działu fauny krajowej, i uwydatni charakterystyczne cechy tego ostatniego. (s.1)
Przywołany akapit opatrzony jest przypisem po słowach W ostatnich kilku latach w następującym brzmieniu: Rękopis pracy niniejszej przygotowany był do druku w lipcu 1914 r. Wskutek wypadków wojennych, w których wziąłem udział w szeregach Legionów Polskich, druk uległ odroczeniu. Uzupełnienia i poprawki, jakie obecnie do rękopisu wprowadziłem, ograniczają się do zaznaczenia paru dorywczych spostrzeżeń faunistycznych, dokonanych przezemnie w polu w czasie marszów i postojów, oraz do uwzględnienia zbiorku mięczaków warszawskich, zebranych w r. 1916 przez kol. J. Domaniewskiego.


Był więc Władysław Poliński legionistą, uczestnikiem działań wojennych na frontach Państw Centralnych, porządkującym wiedzę o mięczakach na terenach państwa Ententy, do których formalnie, do 1917 roku należała Rosja jako zaborca ziem Królestwa Polskiego i Litwy. Co ciekawe, nie przywołuje w tej pracy ni razu swojego późniejszego dyrektora, a z czasem poprzednika na stanowisku dyrektora Muzeum Przyrodniczego w Warszawie (obecnie Muzeum i Instytut Zoologii PAN przy Wilczej 64), Antoniego Józefa Wagnera (1860-1928), który pełnił w tym czasie funkcje komendanta szpitali wojskowych armii Austro-Węgierskiej. I jeden, i drugi, w czasie wojennej zawieruchy prowadził badania malakologiczne, a po zakończeniu działań wojennych przyszło im pracować w tym samym miejscu. Poliński wspominał (w opublikowanym na łamach Annales Zoologici wspomnieniu pośmiertnym), że w czasie wojny prowadził z Wagnerem korespondencję, z której wynikało, że po wojnie Wagner chciałby osiedlić się w Polsce.
A przecież mogło być tak, że dojrzały Poliński wcielony zostaje do Carskiej Armii i wysłany na front walczy gdzieś na południu Europy lub gdzieś nad Nidą potyka się z żołnierzami C.K Armii, gdzie służy Wagner.
Całe szczęście, że ich losy nie przeplotły się na frontach I wojny światowej, a polu malakologicznych badań. Całe szczęście, że obu dane było wojnę przeżyć (i późniejszą z bolszewikami również) i w odrodzonej Polsce tworzyć silny ośrodek muzealno-badawczy. Różnymi drogami szli do Niepodległej, ale kiedy do niej dotarli, razem budowali ją od podstaw w obszarze, na którym znali się wyśmienicie.
Tak ich wspominam przy okazji rocznicy odzyskania niepodległości, przy okazji zakończenia wojny, w czasie której synowie jednego narodu walczyli przeciw sobie na wszystkich frontach...

Antoni J. Wagner (1860-1928)

środa, 29 października 2014

Herbert (29.10.1924 - 28.07.1998) Pan od przyrody

Przez lata potrafiłem z pamięci powtórzyć cały wiersz, a przecież nigdy na pamieć się go nie uczyłem. Nawet więcej: jego autor nie był mi wówczas szczególnie bliskim poetą, może dlatego, że wtedy żył, a ja wybierałem poetów umarłych. Potrafiłem wiersz ten powtórzyć w całości zatrzymując się zawsze na tym fragmencie: w drugim roku wojny / zabili pana od przyrody / łobuzy od historii.
Nie wiem dlaczego z taką mocą ten wiersz wołał do mnie. Nie doświadczyłem straty nauczyciela, ale zawsze odczuwałem jego brak. Nigdy nie miałem przyrodniczego mistagoga, autorytetu, który wprowadzałby mnie w tajniki obserwacji świata. Owszem, w domu rodzinnym mój przyrodniczy temperament nie był hamowany, ale brakowało mi tej szkolnej przestrzeni, która ten popęd do poznawania świata właściwie by kształtowała. Był więc moim wyobrażeniem nauczyciela przyrody, w starym stylu, jak z powieści Makuszyńskiego, Herbertowski Pan od przyrody.
Dziś, w dziewięćdziesiątą rocznicę urodzin najbliższego mi Poety, uświadamiam sobie, jak wielki wywarł na mnie wpływ swoją twórczością. Nie chodzi mi nawet o czas studiów nad nim zwieńczony obroną pracy magisterskiej o motywach teologicznych w jego twórczości, nie chodzi mi o moralną postawę klerka, która była i jest mi  bliska, nie chodzi mi nawet o tę etyczną wrażliwość na której się wychowywałem. Uświadamiam sobie, że to właśnie Zbigniew Herbert wprowadził mnie w przestrzeń zawieszenia pomiędzy światami, którą odnajduję w wierszu Pan od przyrody. Ta postawiona wątpliwość: jeśli poszedł do nieba... oznaczająca możliwość konstruowania różnych dróg, wobec których trzeba się ustosunkować, na których trzeba się odnaleźć w całym tym egzystencjalnym zagubieniu. On - przedstawiciel pokolenia odartego przez wojnę z ojczyzny (Lwów), młodości, beztroski, przyjaciół, nauczycieli - uczył mnie podążania niepewną drogą wierności w zmiennych okolicznościach świata, który się do nas nie przywiązuje. Jemu, Herbertowi, zawdzięczam tę twardą lekcję miłości do świata, który objawiając swoją różnorodność i zmienność, nieustannie powtarza: nikt cię nie pocieszy (Przesłanie Pana Cogito).

Kiedy w deszczowy poranek zdarzy mi się napotkać na drodze ślimaka i przenieść go na drugą stronę, żeby go ktoś nie rozdeptał, przypominają mi się słowa wiersza Pan od przyrody i uświadamiam sobie, że świat przyrody, to świat zadań moralnych, które dopiero trzeba odkryć. I za to Zbigniewowi Herbertowi dziękuję: za niedopowiedzenie zadań, które stawia.

Pan od przyrody

Nie mogę przypomnieć sobie
jego twarzy

stawał wysoko nade mną
na długich rozstawionych nogach
widziałem
złoty łańcuszek
popielaty surdut
i chudą szyję
do której przyszpilony był
nieżywy krawat

on pierwszy pokazał nam
nogę zdechłej żaby
która dotykana igłą
gwałtownie się kurczy

on nas wprowadził
przez złoty binokular
w intymne życie
naszego pradziadka
pantofelka

on przyniósł
ciemne ziarno
i powiedział: sporysz
z jego namowy

w dziesiątym roku życia
zostałem ojcem
gdy po napiętym oczekiwaniu
z kasztana zanurzonego w wodzie
ukazał się żółty kiełek
i wszystko rozśpiewało się
wokoło

w drugim roku wojny
zabili pana od przyrody
łobuzy od historii

jeśli poszedł do nieba
może chodzi teraz
na długich promieniach
odzianych w szare pończochy
z ogromną siatką
i zieloną skrzynią
wesoło dyndającą z tyłu

ale jeśli nie poszedł do góry –

kiedy na leśnej ścieżce
spotykam żuka który gramoli się
na kopiec piasku
podchodzę
szastam nogami
i mówię:
–dzień dobry panie profesorze
pozwoli pan że panu pomogę
przenoszę go delikatnie
i długo za nim patrzę
aż ginie
w ciemnym pokoju profesorskim

na końcu korytarza liści


poniedziałek, 27 października 2014

Bolesław Kotula (1849-1898) - 165 rocznica urodzin

Jest taki zwyczaj, że dla uczczenia czyjegoś dorobku, nadaje się nazwie rodzajowej lub gatunkowej rośliny lub zwierzęcia nazwisko badacza lub osoby zasłużonej. Można też - tym samym sposobem - poczynić komuś małą uszczypliwość, jak (podobno) zrobił to sam Linnaeus, nadając ropusze szarej nazwisko Buffona, francuskiego przyrodnika i filozofa. W każdym razie jest tak, że zaszczytem dla przyrodnika jest posiadać "swój gatunek" lub gatunek sobie dedykowany. Przeglądając wykazy nazw gatunkowych znaleźć można wiele nazw, które nawiązują do nazwisk przyrodników. W wykazie chronionych mięczaków z obszaru Polski można wskazać Trichia lubomirskii czy Trichia bakowskii, Bythinella micherdzinskii czy Chilostoma rossmaesslaeri.
Żyje w Polsce również ślimak, którego nazwa podawana jest często w dwóch formach, z których jedna wydaje się być błędna. Już dawno temu zwróciła moją uwagę nazwa Semilimax kotulai i występująca równie często Semilimax kotulae. Drugą uważam za błędną ze względu na męski rodzaj nazwiska Kotula, od którego przeźrotka ta bierze nazwę. I temuż właśnie nazwisku chciałbym poświęcić dziś kilka słów. A dokładniej: jednej osobie, która to nazwisko nosiła: Bolesławowi Kotuli, polskiemu badaczowi chrząszczy, mięczaków i roślin alpejskich.
Bolesław Kotula urodził się 27 października 1849 roku w Cieszynie. Zainteresowania przyrodnicze, zwłaszcza botaniką i entomologią, odziedziczył po ojcu, urzędniku sądowym. W 1868 roku uzyskał świadectwo dojrzałości cieszyńskiego gimnazjum i tegoż roku podjął studia na Wydziale Medycznym uniwersytetu we Wiedniu, jednakże po dwóch latach przeniósł się na Wydział Filozoficzny (tak, tak, moi mili, zoologia kiedyś była nauką filozoficzną - gdyby kto dziś miał ją za rzecz mało praktyczną - tak było, popytajcie starszych malakologów, jaki tytuł mają na dyplomach magisterskich!). W 1871 roku przeniósł się na studia do Krakowa, na Uniwersytet Jagielloński, gdzie wkrótce został asystentem profesora Nowickiego w Katedrze Zoologii. Zajmował się w tym czasie faunistyką Babiej Góry, Tatr, Ojcowa i okolic Krakowa, a efektem jego prac było kilka publikacji zamieszczanych głównie w sprawozdaniach Komisji Fizjograficznej Akademii Umiejętności w Krakowie, z którą związał się w 1874 roku, która finansowała wiele z jego prac badawczych w terenie.
Prawdopodobnie nie przelewało mu się, skoro w latach 1874-75 pracował jako nauczyciel gimnazjalny we Lwowie, a od 75 do 88 na podobnym stanowisku w Przemyślu (inna sprawa, że i gimnazja wówczas nie kojarzyły się tak smutnie, jak obecnie). Wszędzie, gdzie pracował zawodowo, pracował też naukowo badając faunę okolic, w których zamieszkiwał. Szczególnym upodobaniem obdarzył jednak Tatry, w których spędzał kolejne wakacje od 1879 roku. Badał wówczas pionowe rozmieszczenie roślin naczyniowych, a stworzony przez niego zielnik zdeponowany jest obecnie w Instytucie Botaniki Polskiej Akademii Nauk. Zebrane przy okazji prac botanicznych ślimaki tatrzańskie pozwoliły mu opracować zagadnienie pionowego rozmieszczenia ślimaków w tatrach, a praca O pionowem rozsiedleniu ślimaków tatrzańskich wydana w 1884 r. uznawana jest za jedną z cenniejszych publikacji malakologicznych XIX wieku. Na podstawie zbiorów Kotuli, Westerlund, szwedzki malakolog, opisał kilka nowych gatunków ślimaków, w tym wspomniany na wstępie Semilimax kotulai.
Około 1888 roku zaczął podupadać na zdrowi i w związku z tym często wyjeżdżał do uzdrowisk na Śląsku, w Tyrolu i Bawarii. Kontynuował tam swoje prace botaniczne, których celem było poznanie poziomego i pionowego rozmieszczenia roślin alpejskich. Mieszkał wówczas w Insbrucku i stamtąd podejmował liczne wyprawy alpejskie, przeszło 500 w ciągu lat 1894-1898. Zebrany wówczas zielnik liczy sobie 25000 kart. Zielnik nie został jednak przez niego opracowany, gdyż w czasie sierpniowej wyprawy 1898 roku na lodowcu Ebenferner Bolesław Kotula tragicznie zginął w jednej z głębokich szczelin lodowca.
Dziś mija 165 lat od narodzin tego przyrodnika, którego przyrodnicza pasja warta jest pamięci. Czytam więc jego dzieło delektując się dziewiętnastowieczną  ortografią, przestarzałą systematyką, nieobecną już toponomastyką... Przedwcześnie odeszły pozostawił po sobie jednak spuściznę, która niesie jego imię, jak przeźrotka swoją zredukowaną muszlę...
No własnie: on sam używa określenia Vitrina Kotulae, więc chyba nie mam racji twierdząc, że powinno być kotulai...

wtorek, 21 października 2014

Mięczaki chronione w Polsce

Kiedy 8 października w Łopusznej zaczynało się XXX Krajowe Seminarium Malakologiczne, tego samego dnia weszło w życie opublikowane dzień wcześniej Rozporządzenie Ministra Środowiska z dn. 6 października 2014 roku w sprawie ochrony gatunkowej zwierząt (Dz. U. 2014 poz. 1348). Ponieważ poprzednie rozporządzenie było z października 2011 roku i nieco różniło się zakresem, postanowiłem kilka słów skreślić na temat tego aktu wykonawczego. Pisałem już o mięczakach objętych ochroną, czas teraz na nową odsłonę.
W trzy lata po poprzednim rozporządzeniu w sprawie ochrony gatunkowej zwierząt, nowe przepisy wprowadzają kilka niespodzianek. Pozwolę sobie - co jakoś jest wytłumaczalne - pominąć inne typy zwierząt, a zająć się wyłącznie mięczakami. Pragnąc uniknąć błędu pars pro toto nie będę wysuwał kategorycznych ocen, nie mniej analiza zapisów odnoszących się do mięczaków budzi mój niepokój co do jakości tych przepisów...
Według nowego rozporządzenia ochroną ścisłą objęte zostały następujące gatunki małży i ślimaków (Załącznik 1):
1.(498) Gałeczka żeberkowana Sphaerium solidum 
2.(499) Perłoródka rzeczna Margaritifera margaritifera [x]
3.(500) Skójka gruboskorupowa Unio crassus [1] [x]
4.(501) Niepozorka ojcowska Falniowskia neglectissima
5.(502) Poczwarówka pagórkowa Granaria frumentum
6.(503) Świdrzyk łamliwy Balea perversa
7.(504) Świdrzyk ozdobny Charpentiria ornata [x]
8.(505) Świdrzyk śląski Cochlodina ostata
9.(506) Świdrzyk kasztanowaty Macrogastra badia
10.(507) Świdrzyk siedmiogrodzki Vestia elata
11.(508) Ślimak tatrzański Faustina cingullelum (Chilostoma cingullelum)
12.(509) Ślimak Rossmasslera Faustina rossmaessleri (Chilostoma rossmaessleri)\
13.(510) Ślimak obrzeżony Helicodonta obvoluta
14.(511) b.p.n.g. Caseolus calculus [1]
15.(512) Ślimak  żeberkowany Helicopsis striata
16.(513) Poczwarówka pagoda Pagodulina pagodula
17.(514) Szklarka podziemna Mediterranea inopinata (Oxychilus inopinatus)
18.(515) Zatoczek łamliwy Anisus vorticulus [1]
19.(516) Poczwarówka kolumienka Columella columella
20.(517) Poczwarówka górska Pupilla alpicola
21.(518) Poczwarówka zębata Truncatellina claustralis
22.(519) Poczwarówka zwężona Vertigo angustior
23.(520) Poczwarówka północna Vertigo arctica
24.(521) Poczwarówka zwężona Vertigo moulinsiana
Objaśnienia:
(510) - liczby w nawiasach oznaczają pozycję w Załączniku nr 1 do rozporządzenia
[1] - oznacza zakaz umyślnego płoszenia lub niepokojenia
x - oznacza ochronę czynną
b.p.n.g. - brak polskiej nazwy gatunkowej

Ochroną częściową objęte zostały (Załącznik nr 2):
1.(63) Gałeczka rzeczna Sphaerium rivicola
2.(64) Groszkówka głębinowa Pisidium conventus
3.(65) Szczeżuja wielka Anodonta cygnaea
4.(66) Szczeżuja przypłaszczona Pseudoanodonta complanata
5.(67) Igliczek karpacki Acicula parcelineata
6.(68) Zawójka rzeczna Borysthenia naticina
7.(69) Źródlarka czerwonawa Bythinella metarubra
8.(70) Źródlarka żywiecka Bythinella zyvionteki
9.(71) Źródlarka Micherdzińskiego Bythinella mierdzinskii
10.(72) Pomrowik mołdawski Deroceras moldavicum
11.(73) Ślimak ostrokrawędzisty Helicigona lapicida
12.(74) Ślimak żółtawy Helix lutescens
13.(75) Ślimak winniczek Helix pomatia [4]
14.(76) Ślimak Bąkowskiego Petasina bakowskii (Trichia bakowskii)
15.(77) Ślimak Bielza Petasina bielzi (Trichia bielzi)
16.(78) Ślimak wielkozębny Perforatella dibothrion
17.(79) Błotniarka otułka Myxas glutinosa
18.(80) Pomrowiec nakrapiany Tandonia rustica
19.(81) Bursztynka piaskowa Quickella arenaria (Catinella arenaria)
20.(82) Poczwarówka Geyera Vertigo geyeri
21.(83) Poczwarówka zmienna Vertigo geesii
22.(84) Alderia niepozorna Alderia modesta
Objaśnienia j.w.
[4] - zakazy przetrzymywania, posiadania, zbywania, oferowania do sprzedaży, wymiany, darowizny, a także wywożenia poza granicę państwa, o których mowa w § 6 ust. 1 pkt 6, 10 i 11 oraz w § 7 pkt 4, 5 i 6, nie dotyczą okazów gatunków, pozyskanych poza granicą państwa i wwiezionych z zagranicy na podstawie zezwolenia regionalnego dyrektora ochrony środowiska lub Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska

Jest kilka niespodzianek. Po pierwsze, pojawia się ślimak, o którym większość malakologów w Polsce może powiedzieć, że nie występuje w naszym kraju i nigdy w nim nie występował. Mowa tu o Caseolus calculus Lowe, 1854, ślimaku żyjącym m.in na Maderze... Trafił na listę pewnie z tabel unijnych przepisów, tak przypuszczam, ale źle to świadczy chyba o prawodawcy, skoro pozwala sobie na takie niedopatrzenia... Być może za decyzją ministra stoją jakieś poważne racje, o których mi nic nie wiadomo, ale konia z rzędem temu, który ten gatunek znajdzie w Polsce na naturalnym stanowisku...
Zaskoczeniem może okazać się również wymienienie w Załączniku 2 trzech gatunków źródlarkowatych opisanych przez Falniowskiego w 1987 roku, których oznaczenia podjąć się może chyba co najwyżej sam Falniowski. Może przesadzam, ale nie znam malakologów, którzy potrafiliby odróżnić Bythinella zyvionteki od Bythinella micherdzinskii. Zapewne gatunki te zasługują na ochronę. Słyszałem, że B. zyvionteki nie występuje już na stanowiskach w okolicach Żywa, z których została opisana. W przypadku tych gatunków brak chyba dobrych pomysłów: na ochronę zasługują, ale jak tę ochronę skutecznie im zapewnić? Pojęcia nie mam.
Zaskoczyła mnie również obecność jedynego bałtyckiego ślimaka na ministerialnej liście. Ciekaw jestem, ilu ludziom udało się w Bałtyku spotkać alderię niepozorną Alderia modesta (Loven, 1844). Ten tyłoskrzelny ślimak z rzędu workojęzycznych jest nielicznym przedstawicielem podgromady w naszych wodach. Nie przekracza w polskich warunkach ok. 10 mm długości, a postępujące zanieczyszczenie wód Bałtyku przyczynia się do spadku populacji Alderii. Nie udało mi się jeszcze wypatrzeć go nigdy i wiedzę o tym, jak wygląda, czerpałem głównie z  prac Żudzińskiego...

Nie podoba mi się w rozporządzeniu systematyczny bałagan. Widać tam jakieś trzymanie się układu systematycznego, ale mało jest przekonujące. Chyba lepiej byłoby oprzeć się na starszych podziałach systematycznych, alb posłużyć się porządkiem alfabetycznym. Byłoby wygodniej, bo przecież systematyka mięczaków to obecnie wojna pozycyjna z licznymi frontalnymi atakami i przesuwaniem okopów to w jedną, to w drugą stronę, a wszystkiemu towarzyszy coraz to większe spustoszenie...

W porównaniu z poprzednim brzmieniem rozporządzenia, lista mięczaków nieco się wydłużyła, z 38 do 46 gatunków, ale zmniejszyła liczba gatunków objętych ochroną ścisłą czynną (do trzech z dziewięciu w 2011 r.). Jest również różnica w części dotyczącej ślimaka winniczka, z którą też mam pewien problem. Wprowadzono rozporządzeniem wymiar ochronny dla Helix pomatia, rozróżniając jednak na województwa. I tak w województwach: śląskim, opolskim, małopolskim, świętokrzyskim, podkarpackim i lubelskim wymiar ten wynosi 31 mm, na pozostałym obszarze 30 mm. Ten jeden milimetr różnicy musi skądś pochodzić. Nie znam jeszcze publikacji o tym traktujących, ale jeśli istnieją - znajdę je. Musi ten milimetr robić wielką różnicę, szkoda, że nie wiadomo - komu?

Jest więc kilka zmian w przepisach, z którymi warto się zapoznać. Generalnie można odnieść wrażenie, że pomimo wydłużenia list gatunków, przepisy zostały nieco złagodzone, ale bardzo nieznacznie. W rozporządzeniu mowa jest o okazach zwierząt bez doprecyzowywania o ich części, co było szczególnie istotne dla ornitologów, ale i dla malakologów może mieć znaczenie. Posiadanie bocianiego pióra to przecież nie to samo, co posiadanie okazu gatunku...
Muszę sobie dać chwilę na lepsze rozeznanie w nowych przepisach. Mam kilka tropów do detektywistycznej pasji, od choćby skąd ten maderski ślimak przylazł do Ministerstwa Środowiska... Obawiam się tylko, że zanim się tego dowiem, przepisy znów się zmienią.

wtorek, 14 października 2014

XXX Krajowe Seminarium Malakologiczne - Sprawozdanie

Obiecałem, że coś napiszę. Myślałem: wieczorami siadał będę i opisywał cały dzień. Oj naiwny, naiwny... Nie było wieczorów na siedzenie przed komputerem, bo wieczory należały do rozmów, konwersacji, dyskusji, szeroko rozumianego życia towarzysko-kulinarnego i innych aktywności, które skutecznie wieczór przesuwały daleko w noc. Skoro jednak obiecałem coś napisać, to trzeba się wywiązać, choć wcale to łatwe nie będzie. A dlaczego? Bo wciąż towarzyszy mi ekscytacja, wiąż jeszcze nie zeszły ze mnie emocje tamtych dni.
Tegoroczne Krajowe Seminarium Malakologiczne miało jubileuszowy charakter, bo było trzydziestym z kolei spotkaniem polskich malakologów. Pierwsze z seminarium, zorganizowane z inicjatywy prof. Stefana Alexandrowicza, odbyło się w Krościenku nad Dunajcem w 1985, a uczestników seminarium Organizator wyszukiwał po publikacjach i wydzwaniał z zaproszeniem korzystając z książek telefonicznych…
Dziś, w dobie mediów społecznościowych, Internetu i telefonów komórkowych, dotarcie do malakologów jest nieporównywalnie łatwiejsze, co widać w rosnącej liczbie wystąpień i uczestników kolejnych seminariów. Moja noga stanęła tam pierwszy raz i był to czas, który wciąż zajmuje obie moje półkule mózgowe…
Seminaria malakologiczne – jak wszystkie tego typu konferencje, sympozja czy kongresy – ma dwie strony: naukową, związaną z prezentacją wyników ostatnich badań, konsultacjami, dyskusjami i nawiązywaniu nowych relacji badawczych, oraz silnie z tym powiązaną stronę towarzyską, gdzie każda chwila sprzyja już nie tylko wymianie poglądów, ale również wspomnieniem, anegdotom i ogólnie ujmując: pielęgnowaniu przyjaźni. Nawiasem mówiąc, bardzo spodobała mi się kuluarowa anegdotka rodem z Torunia, bardzo bliska moim amatorskim doświadczeniom. Opowiadała jedna z osób* zajmująca się przywrami digenicznymi, że w czasie ćwiczeń terenowych ze studentami, podczas zbierania zatoczków do badań nad stopniem zarażenia przywrami, zapytał ktoś z autochtonów, czym się zajmują. Pouczona doświadczeniem, chcąc uniknąć skomplikowanego tłumaczenia celu badań, zdawkowo odpowiedziała: „Badamy jakość wody”. W odpowiedzi dało się słyszeć z ust nadjeziornego autochtona: „A myślałem, że zbieracie te zatoczki, co są zarażone tymi przywrami…”
Smaczków temu podobnych więcej było w czasie jubileuszowego Seminarium. Niech one zostaną we wspomnieniach uczestników, niech obrastają własnym życiem, powtarzane jako dygresje w trakcie wykładów. Nie mogę jednak nie docenić tej właśnie strony Krajowego Seminarium Malakologicznego: od jakiegoś czasu udaje mi się zdobywać tomy konferencyjnych streszczeń, wiem  mniej więcej, o czym się dyskutuje, w jakim kierunku podążają badania. Najbardziej brakowało mi jednak kontaktu z ludźmi, którzy większą lub mniejszą cześć swojego życia, nie tylko zawodowego, związali z malakologią. Miałem okazję poznać już kilku malakologów, z kilkunastoma utrzymuję mniej lub bardziej intensywną korespondencję. Ale to wciąż mało, mało, mało. Seminarium stworzyło mi okazję nie tylko osobistego spotkania z legendami (tak, tak właśnie mam prawo określać niektóre z osób uczestniczących w seminarium), ale również rozmów z nimi, wymiany poglądów czy po prostu wyrażenia im swojej wdzięczności za wprowadzenie mnie w świat pasji. Bardzo żałuję tylko, że nieobecna był prof. Anna Stańczykowska-Piotrowska, z której książki Zwierzęta bezkręgowe naszych wód jako kilkuletni chłopiec przerysowywałem muszle mięczaków podpisując je łacińskimi nazwami i poszukując polskich odpowiedników. Może następnym razem uda mi się osobiście pokłonić Pani Profesor i cząsteczkę swojego długu wobec niej spłacić. Żal mi również, że nie spotkałem i innych – Tomasza Umińskiego, Andrzeja Kołodziejczyka czy Stanisława Myzyka, ale przecież nie można mieć wszystkiego…
Dla osób, które przygodę z malakologią – tak jak ja – zaczęły od fascynacji muszlami, spotkanie z profesorem Samkiem musi być  wydarzeniem niezwykłym. Zdążyłem mu powiedzieć, że pierwszą egzotyczną muszlę udało mi się oznaczyć na podstawie jego książki Świat muszli z 1976. Do dziś uważam tę książkę za niezwykle cenną publikację na temat nie tylko mięczaków i ich muszli, ale również historycznych i kulturowych związków człowieka z mięczakami.
Wiele mógłbym wymieniać nazwisk, które znaczyły kolejne etapy na drodze mojej malakologicznej pasji. Ale w jednym miejscu: prof. Wiktor, Piechocki, Alexandrowicz, Pokryszko, Lewandowski a nawet Robert Cameron… Gubię się i nadal nie odnajduję słów oddających emocje, które wciąż mi towarzyszą…
Bardzo miłe były również te momenty, kiedy wyciągając rękę mogłem się przedstawić  ludziom, z którymi od jakiegoś czasu pozostaję w korespondencyjnym kontakcie. Nie będę ich wymieniał, bo to duża część z tych, którzy malakologią się zajmują. Ale to naprawdę miłe. A jeszcze milsze były te momenty, kiedy po jakimś czasie rozmowy okazywało się, że Malakofil to ja… Oj, połechtało to próżność niejednokrotnie, oj połechtało…
Spotkania z legendami to jedno. Ale spotkania z nadziejami są nie mniej ekscytujące. Kiedy siedziałem i przysłuchiwałem się wystąpieniom polskich malakologów, którzy karierę naukową dopiero budują, widziałem niezwykłe perspektywy otwierające się przed nimi. Nisko się chylę przed nimi, przed ich pracowitością, pasją, dążeniem do znaczących wyników. Może w tym sporo jest mojej naiwności, a niech tam, ale to przecież kolejna zmiana sztafety, to oni za lat trzydzieści będą podpisywać swoje książki takim zawstydzonym amatorom, których niechcący zarazili pasją… Oczyma wyobraźni widzę ich – dzisiejszych magistrów i doktorów, jak uzyskują kolejne stopnie i tytuły. Widzę ich i milcząco zachwycam się ich pracą…
Pora zejść z górnego C i oddać kilka słów wystąpieniom. Nie będę ich omawiał. Te, które najbardziej mnie interesowały, udało mi się wysłuchać, w ogóle nie opuściłem żadnego z wystąpień. Żadnego! I tylko mój pęcherz mi świadkiem, że czasem nie było łatwo pogodzić śle dennie wywodu z fizjologią i perspektywą wymiany spostrzeżeń w czasie krótkiej przerwy kawowej. No w dwóch miejscach jednocześnie jeszcze nie nauczyłem się bywać, stąd fizjologia musiała ustępować pierwszeństwa pasji… Nie było chyba takiego referatu, który by mnie znudził, choć były takie, które wysłuchiwałem trochę jak na tureckim kazaniu. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka dziura w biologicznej wiedzy. Czasem po prostu zwyczajnie ni w ząb nie rozumiałem, o czym prelegent mówi. I chyba niektóre referaty były dla mnie trudniejsze niż wystąpienie prof. Camerona, który mówił po angielsku, a ja jakoś nigdy tego języka się nie uczyłem (słowo daję, że coś tam zrozumiałem, zwłaszcza liczby;)).
Pierwszego dnia obrad największe wrażenie zrobił na mnie najmniej malakologiczny referat prof. Witolda Alexandrowicza pt. Ile trwają dwie minuty? Dydaktyczny majstersztyk! Dla mnie, który przez kilkanaście tygodni tego roku walczył z książką Jerzego Dzika Dzieje życia na Ziemi było to jak odsłonięcie zasady działania magicznej sztuczki: iluzja fascynuje, kiedy jest nieznana, ale kiedy ujrzeć ją od drugiej strony, radość jest jeszcze większa i rozlewać się chce na innych. Tak właśnie się czułem, jakby ktoś wtajemniczył mnie w magiczną sztuczkę. A na czym sztuczka polegała? Żeby dzieje Ziemi skorelować z rocznym kalendarzem i kolejnym datom przypisać ważne wydarzenia w dziejach planety. Świetne!
Prace „słodkowodne” wypełniły pierwszy dzień Seminarium. Z otwarta gębą przysłuchiwałem się kolejnym referatom i komunikatom, latałem wzrokiem za slajdami prezentacji i chłonąłem jak gąbką wszystko, o czym tylko była mowa. A po zakończonych obradach jeszcze Walne Zebranie Członków Stowarzyszenia Malakologów Polskich… Również pierwsze w mojej historii…
Jak to określił prof. Wiktor, drugiego dnia wypełzliśmy na ląd. Od początku popołudniowej sesji (bo przed południem była wycieczka – spływ Dunajcem) zaczęła się tematyka ślimaków lądowych. I tutaj znów zachłanność wiedzy wygrywała z potrzebami innej natury, ale i prezentowane referaty były nad miarę wciągające, a wystąpienie nt Mikrotomografii komputerowej w badaniach malakologicznych, które przyjąłem w harmonogramie jako jedno z tych, co nic nie zrozumiem, okazało się rewelacją (łac. revelatio oznacza objawienie). Odniosłem również wrażenie, że i wśród słuchaczy spotkało się z wielkim zainteresowaniem, wskazując na nową metodę badań, która zapowiada świetne wyniki. A kiedy sobie pomyślę, że już kilka tygodni temu wiedząc, co będzie przedmiotem wystąpienia Anny Sulikowskiej-Drozd, nie wypytałem o szczegóły. A to takie niesamowite rzeczy się okazały!
Czekałem na wystąpienie dr Tomasza Kałuskiego (prezesa Stowarzyszenia), który podjął temat śliników z rodzaju Arion (to te wielkie, oślizgłe, brązowe lub czarne, co zjadają warzywa na działkach;). Wniosek płynął z referatu taki: Arion lusitanicus jest endemitem iberyjskim, a to, co zżera nam marchewkę, to niewątpliwie jest Arion vulgaris. No przesadziłem z tym „niewątpliwie” – wątpliwości nadal jest sporo i wiele warzyw zostanie jeszcze zjedzonych, zanim szkodnikowi ostatecznie nadane zostanie imię…
Zaskoczył mnie też referat malakologa praktycznego pt. Wpływ barwy światła na parametry rozrodu i tempo wzrostu ślimaka Helix aspersa aspersa. W tomach streszczeń pokonferencyjnych dotychczas pomijałem te referaty w pierwszej lekturze i czytałem je dopiero na koniec, dla całości obrazu. A ten mnie zaciekawił i postanowiłem, że w końcu poświecę na blogu trochę miejsca pracy malakologów z Instytutu Zootechniki z Balic, co przekładałem dotąd z nieznanych (nieuświadomionych) przyczyn.
Zanim nastał dzień trzeci, była jeszcze uroczysta kolacja. I jubileuszowy tort ze ślimakiem. I podziękowania dla organizatorów. A zasłużyli na gorące słowa podziękowań, bo zorganizowali naprawdę porządnie całe Seminarium, dbając i o umysł, i o ciało. I o wypoczynek też, w malowniczym cieniu Gorców i Pienin. A odpowiedzialnymi za organizację byli w tym roku malakolodzy z Wrocławia. Świetna robota!
I nastał dzień trzeci. Tu głos należał najpierw do przeszłości: badania nad ślimakami trzecirzędowymi i czwartorzędowymi prezentowane były przez malakologów poruszających się z wprawą po geologii. Nie wyobrażałem sobie, żeby nie wysłuchać wystąpienia doc. Ewy Stworzewicz z Krakowa na temat Eoceńskich ślimaków w inkluzjach bursztynu bałtyckiego. Znowu byłem zmieszany, bo szczęka mi opadała z wrażenia i bałem się ślinotoku na widok złotych muszelek w bursztynie…
W ostatnim bloku tematycznym, po ostatniej przerwie kawowej, a przed obiadem, zaczął się trochę maraton sprintem, czyli gonienie czasu i walka z trudnościami technicznymi, które nieoczekiwanie dały znać o sobie. Pośpiech nie pomagał w zrozumieniu najtrudniejszych dla mnie zagadnień, czyli fizjologii, genetyki i badań molekularnych, które wtedy były właśnie najbardziej reprezentowane. Pośpiech nie oszczędził również prof. Samka, który również musiał pomijać części swojego referatu na temat wykorzystania mięczaków jako wzorca w technice i sztuce. Czekałem na to, jak na gwóźdź programu, stąd lekki niedosyt odczułem. Ale rozumiem, że czasem tak z czasem bywa. Sam też doświadczyłem żelaznej dyscypliny moderatora sesji, i swoje wystąpienie musiałem zaprezentować wykorzystując sposoby Macieja Orłosia… Powiedziałem kilka słów o małym kościółku w Łasku, który zaskakuje dekoracjami ołtarza i ambony muszlami mięczaków, w tym kubańskimi Cerion uva. Chyba nie tylko ja byłem tym zaskoczony…
Wiele mógłbym jeszcze pisać, wspominać, opowiadać. Nie zeszły jeszcze ze mnie emocje tamtych spotkań, więcej w tej narracji emocji niż rozumu. A niech tam. Przecież tam byłem. Miodu nie piłem, ale co widziałem, na blogu spisałem…

I jeszcze na koniec: zupełnie poza malakologią odkryłem coś bardzo inspirującego – blog krakowskiego doktoranta Andrzeja Antoła, który serdecznie polecam: http://jyndrek.blogspot.com/ Nie o mięczakach, ale naprawdę trudno przejść obojętnie.

* nie zapytałem, czy mogę anegdotkę w świat posyłać, więc wolę tak anonimowo;)

Konferencyjny tom
Jubileuszowa publikacja...

Był okolicznościowy tort...
... i czas na przypatrzenie się ślimakom też się zalazł;)

wtorek, 30 września 2014

Gruba Kaśka

Gruba Kaśka obchodziła niedawno swoje pięćdziesiąte urodziny. Tak wyczytałem i pomyślałem od razu, że warto by przy okazji o czymś ważnym wspomnieć.
Grubą Kaśkę znają przede wszystkim Warszawiacy. A przynajmniej powinni ją znać. I ci z lewej, i ci z prawej strony... Wisły, nie sceny politycznej! Grubą Kaśkę powinni znać wszyscy, którzy piją wodę w warszawskich kranów lub korzystają z tej wody do mycia.
O którą Grubą Kaśkę chodzi? No powinienem wspomnieć na początku, że to nie żadna działaczka na rzecz ochrony środowiska, a jedna z największych w Europie pomp infiltracyjnych, ujęcie wody dla Warszawy, widoczne dla przejeżdżających mostami Wisły.
Gruba Kaśka to ujęcie wody spod dna rzeki, uruchomione we wrześniu 1964 roku. Ciekawostką jest to, że budowla znajduje się nie na brzegu, a w samym korycie rzeki, a dostać się do niej można jednym tunelem z prawobrzeżnej Warszawy. Podyktowane jest to m.in. względami bezpieczeństwa: ujęcie wody dla tak wielkiego miasta musi być właściwie chronione przed zagrożeniami różnego typu, w tym przed zagrożeniami terrorystycznymi.
I po trosze o tym dziś kilka słów. Nie wiem, jaka jest wydajność pomp Grubej Kaśki. Niektóre źródła podają, że ok. 100 tys.m3, inne że do 120 tys. m3 na dobę. Sporo. A przecież dostarczenie takiej ilości wody do celów komunalnych wiąże się z koniecznością zapewnienia właściwych parametrów bezpieczeństwa wody. Iluż to laborantów musiałoby na bieżąco pracować, aby do miejskich rur nie dostała się jakaś toksyczna substancja zdolna zagrozić zdrowiu miasta? No ilu? Pewnie sporo, ale żeby nie było ich za dużo, w Grubej Kaśce zastosowano specjalny system, oparty na pracy zwierząt...
Uzależnić zdrowie miliona ludzi od pracy zwierząt? Czy nie jest to przynajmniej nie roztropne? Otóż proszę sobie wyobrazić, że na świecie wykorzystywany jest taki patent na bezpieczeństwo wody oparty na filtracyjnych zdolnościach małży. Nie to, że małże mają tę wodę przefiltrować i oczyszczoną puścić w rury, nie nie, to by było niemożliwe. Chodzi o wykorzystanie zdolności filtracyjnych i reagowania małży na zagrożenia związane ze zmianą chemizmu wody.
Małże jako zwierzęta osiadłe pozyskujące pokarm przez filtrowanie wody, musiały w toku ewolucji wypracować mechanizm chroniący je przed niekorzystnymi warunkami środowiska, w którym żyją. Podstawową ochroną przed niekorzystnymi czynnikami są dwuczęściowe muszle, które zamykają się wraz z wystąpieniem niebezpieczeństwa. Jeśli czynnikiem drażniącym jest napastnik, zwarte skorupki pozwalają odeprzeć pierwszy atak, natomiast jeśli zagrożenie jest związane z  obecnością szkodliwych da zwierzęcia substancji, zamknięcie muszli pozwala na przeczekanie niekorzystnej zmiany. Ten mechanizm wykorzystany został w biomonitoringu ujęcia wody z Wisły dla Warszawy, a z tego, co mi wiadomo, również w wielu innych polskich miastach stosowany jest ten system monitoringu jakości ujmowanej wody.
Jak to działa? Jest to połączenie żywych zwierząt oraz odpowiednich czujników i programu komputerowego do analizowania aktywności małży. W systemie wykorzystuje się skójkę zaostrzoną Unio tumidus lub - zdecydowanie rzadziej -  skójkę gruboskorupową Unio crassus. W odpowiednim pojemniku przepływowym umieszcza się kilka (na ogół osiem) osobników jednego gatunku, pochodzących z odłowu w naturalnym siedlisku. Małże przygotowuje się do misji specjalnej przez przytwierdzenie czujników, które rejestrują aktywność zwierzęcia. Przytwierdzone do podłoża małże filtrują wodę w poszukiwaniu cząstek pokarmowych, a na zagrożenie związane np. z wystąpieniem związków siarki, reagują błyskawicznym zamknięciem muszli. Nad pracą "specjalistów" czuwa odpowiednio przygotowany program komputerowy, który nieustannie analizuje aktywność filtratorów i uruchamia odpowiedni alarm w przypadku zinterpretowania zachowania małży jako reakcji na zagrożenia. W ten sposób informacja o skażeniu może być przekazana do centrum zarządzania błyskawicznie, bez wielogodzinnego oczekiwania na wynik laboratoryjnych badań wody, którym i tak jest poddawana. Aby zapewnić właściwą pracę małży, wykorzystuje się je nie dłużej niż trzy miesiące, po czym trafiają z powrotem do swojego środowiska, a ich miejsce zajmują nowe osobniki.
Nie słyszałem, aby gdziekolwiek system ten zawiódł. Jest z pewnością dużo bardziej precyzyjny, niż standardowe próbkowanie, które tę ma wadę, że nie daje pierwszego ostrzeżenia w czasie bezpośredniego skażenia. Nie wiem, czy jest to polski patent, ale z pewnością jedna z polskich firm, PROTE - Technologie dla Środowiska sp. z o.o. zajmuje się wdrażaniem i utrzymaniem systemu biomonitoringu ujęć wód SYMBIO opartym na pracy małży.
Byłem niedawno w Warszawie i stałem na brzegu Wisły, trochę poniżej Grubej Kaśki i po drugiej stronie, bo na Bielanach. Myślałem o tych kilku małżach, które mimowolnie, nieświadome swej roli, stoją na straży bezpieczeństwa Warszawiaków.  I pomyślałem sobie, że warto im kiedyś oddać głos. Wciąż czekam na wieści o filmie "Gruba Kaśka" w reżyserii Julii Pełki: "Julio, dajże im w końcu powiedzieć coś o sobie! Są tacy, którzy na to czekają, jak na zmiłowanie..."
Wisła poniżej Grubej Kaśki