wtorek, 5 czerwca 2018

Ogrodzieniec i Smoleń

Nie wiem, czy nastanie moment, w którym wychodząc w teren, będę czuł nasycenie. Dotychczasowe doświadczenia nauczyły mnie nie tyle w teren wychodzić, co wyłapywać chwile na spoglądanie w chęchy za ślimakami. Toleruję to, ale nie akceptuję. Mam potrzebę długich spacerów podporządkowanych wyłącznie malakologicznym celom. Ale to przesuwam na nieokreśloną bliżej przyszłość. Teraz uczę się korzystać z tych chwil krótkich, kiedy przy okazji, sprawy ważniejsze załatwiając, skoczę sobie w bok na ślimaki.
Byłem pierwszego czerwca na pośpiesznej wycieczce po kilku miejscach na Jurze. Gdyby ktoś wciąż myślał jeszcze o utworzeniu Jurajskiego Parku Narodowego, podpisuję petycję od razu. Jest to ten obszar Polski, który - choć bardzo mocno przekształcony działalnością człowieka - nadal zaskakuje bogactwem przyrody.
Na dłużej zatrzymałem się na zamku w Ogrodzieńcu. Jest to jedno z tych miejsc, które uświadamiają, czym dla historii i kultury Polski był potop szwedzki. Myślę, że w odniesieniu do kultury można by wprowadzić wyraźną cezurę na czasy przed potopem i po potopie (szwedzkim, żeby ktoś nie myślał, że promuję przedpotopową kulturę). Szlak Orlich Gniazd jest w ogóle bardzo atrakcyjnym produktem turystycznym, i było to widoczne podczas ostatniego przedłużonego weekendu. Może nie było to oblężenie Ogrodzieńca, ale gwar był jak za najświetniejszych czasów Bonerów. Przygotowana na zamku trasa turystyczna jest całkiem dobrze zestawiona z możliwościami przypatrzenia się życiu natury wkomponowanemu w historię. W szczelinach murów bez problemu wypatrzeć można różne formy życia, ale przede wszystkim ślimaki, które ze względu na wapienne podłoże powinny czuć się tu bardzo dobrze. W największym pośpiechu wypatrzeć mi się udało Pupilla muscorum, Pyramidula pusilla, Vallonia pulchella i trzy gatunki świdrzykowatych (choć myślałem, że cztery): Cochlodina orthostoma, Lacinaria plicata i Clausilia parvula. Oznaczenia tego ostatniego nie jestem całkowicie pewien, ale wkrótce powinienem mieć okazję zweryfikować. Myślałem, że mam do czynienia z czterema gatunkami, ale Lacinaria plicata okazała się bardzo zmienna w formach i po bliższym przypatrzeniu się, żadna z wcześniej wytypowanych muszli Alinda biplicata nie okazała się być tym gatunkiem.
Jestem przekonany, że na samych skałach zamku ślimaki reprezentowane są przez większą liczbę gatunków. Może kiedyś uda mi się przeprowadzić dowód. Nie miałem też najmniejszej okazji, żeby przypatrzeć się zaroślom, które porastają zamkowe wzgórze, tam pewnie też by można było coś znaleźć.
Drugim punktem wyprawy był położony niedaleko Smoleń. Wiedziałem, że jakiś czas temu odrestaurowano nieco ruiny i przywrócono obiekt ruchowi turystycznemu, wprowadzając opłatę za zwiedzanie. Przyznaję, że ta opłata - zwłaszcza w porównaniu z ofertą Ogrodzieńca - wydaje się być nieco rozbójnicza, ale to może suma prywatnych doświadczeń. O Smoleniu czytałem w pracy prof. Witolda Alexandrowicza i stąd wiedziałem, że jest to miejsce występowania poczwarówki maczugowatej Sphyradium doliolum. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że gdzieś ją na zamku znajdę. Nie znalazłem. Szukałem na terenie zamku choćby pustej muszelki, ale wyglądało to tak, jakby zamek zabezpieczała porządna ekipa budowlańców, która na zakończenie prac umyła wszystko jak trzeba myjką samochodową... Zamek okazał się całkowicie jałowy pod względem malakologicznym. Próbowałem sobie tłumaczyć pogodą, ale prawda jest taka, że nie udało mi się wypatrzeć w szczelinach murów absolutnie niczego, nie mówiąc o wytęsknionej poczwarówce maczugowatej... Jak na Dzień Dziecka był to zbyt duży dla mnie zawód... Naszła mnie taka refleksja, że wciąż nie doczekaliśmy się zbadania wpływu prac konserwatorskich na sytuację zwierząt zamieszkujących ruiny. Powtórzę tylko postulat przeprowadzenia takich badań. Gdyby ktoś się chciał ich podjąć, ja zgłaszam swoją gotowość współpracy. Serio.
Przejechałem jeszcze przez Mirów, Bobolice i Olsztyn, ale tylko w Bobolicach zatrzymałem się na chwilę. Zamku od wewnątrz nie widziałem, ale z zewnątrz rekonstrukcję postrzegam jako udaną. Bardziej mnie jednak zachwyciły formy krasowe niż budowlany kunszt, ale przyznaję, że było to ciekawe spotkanie z podejściem do ruiny... Tam tym bardziej warto byłoby przeprowadzić badania pod kątem występowania ślimaków, pytanie tylko, czy jakakolwiek inwentaryzacja przyrodnicza miała miejsce przed przystąpieniem do prac rekonstrukcyjno-budowlanych... W Bobolicach nie miałem już czasu grzebać w ściółce czy obmacywać szczelin w skałach, wydaje mi się tylko, że to co stamtąd zabrałem, to muszle Alinda biplicata. Lepsza lupa pozwoli mi niedługo to zweryfikować.
Szlak Orlich Gniazd znany jest mi we fragmentach. Jura Krakowsko-Częstochowska również znana mi jest wyspowo i nadal jest więcej miejsc do poznania niż miejsc poznanych. Myślę, że to nie było ostatnie słowo Jury na ten rok. Jestem - oczywiście - nienasycony, ale też ucieszony, że coś tam mogłem zobaczyć. A że nie tyle, ile chciałem? Głód też jest motywacją do działania!
Lacinaria plicata
Przykładowe stanowisko Lacinaria plicata
Jak mięczaki, to i reprezentacja kopalna być musi...


Zamek w Bobolicach, stan czerwiec 2018

Brama Lasockich


piątek, 25 maja 2018

Dzika Biologia

Wiosenne i letnie miesiące to nie jest dobry czas na lektury. No, chyba że ktoś się przygotowuje do matury lub egzaminów, wtedy nie powinien wybrzydzać w miesiącach, a czytać, czytać, czytać. Maturzyści mi powiedzą, że się spóźniłem, bo już po, ale nigdy nie wiadomo...
Raczej bez rozmyślania o losie maturzystów sięgnąłem niedawno po książkę, którą z największą, rzekłbym: dziką przyjemnością włączyłem do swoich zbiorów bibliotecznych. Kilkanaście dni temu rozpocząłem jej lekturę i nie mogę się powstrzymać, przed zaanonsowaniem tego wydania. A tymi ogródkami zbliżam się do wyjawienia, że chodzi mi o Biologię autorstwa Jerzego Dzika. To drugi, po Zoologii podręcznik tego Autora wydany przez Uniwersytet Warszawski. Zoologię już rekomendowałem, zaznaczając, że do jej recenzji wrócę (czego jeszcze nie zrobiłem). Biologia jest pracą w jakiejś mierze podobną, przynajmniej w szacie graficznej i formacie, ale ważniejsze jest, że podobna jest w założeniach redakcyjnych. Jest to bowiem (karkołomna) próba stworzenia podręcznika biologii, który posłuży studentom różnych profesji. Nie chodzi nawet o to, żeby ktoś się czegoś nauczył, ale żeby coś zrozumiał. I to jest bardzo ważne założenie, fundamentalne wręcz, bez którego nie sposób zrozumieć całej tej publikacji.
Prywatnie jestem fanem pisarstwa Jerzego Dzika. Odpowiada mi erudycyjny styl pisania, logiczność wywodu, dystans oraz poczucie humoru (jeżeli da się je znaleźć w treści podręcznika, to jest to coś przeze mnie pożądanego). Profesorowi Dzikowi udaje się tylko sprawnie prowadzić narrację, ale - jakby dialogując z czytelnikiem - podprowadzać go pod kolejne treści, które rodzą się z otwieranych pytań.
Gdyby mi ktoś czytał te książkę, mógłbym mówić, że siedzę jak na tureckim kazaniu. Lektura idzie mi dość wolno, muszę się zatrzymywać co parę kroków, wracać o ileś akapitów, czytać ponownie. Ale to moja cecha, nie książki. Nawet mało wyrobiony biologicznie czytelnik powinien się swobodnie poruszać po tematyce, zwłaszcza, że książka ta podporządkowana jest nie tylko celom dydaktycznych, ale też - to moja ocena - celom pedagogicznym (nawet jeśli takich założeń nie przyjmował warszawski paleontolog). Kiedy przechodzę przez kolejne rozdziały, kiedy wyjaśniają mi się kolejne prawidłowości, doświadczam, że zostałem przeprowadzony za rękę przez grząski teren. To przeprowadzenie jest subtelne, towarzyszące, nie narzucające się, ale cenne. Dlatego uważam, że cele pedagogiczne są dostrzegalne w tej pracy.
Próba streszczenia całej biologii w książce liczącej mniej niż 200 stron, musi być szturmem Don Kichota na wiatrak. Gdyby ktoś oczekiwał, że taką książkę da się napisać, musiałby zmienić tożsamość na Sancho Pansę. Nie o to bowiem chodzi w tym podręczniku, żeby sięgający umiał biologię, ale żeby ją zrozumiał, żeby poruszał się po jej prawach jak po labiryncie, po którym już się raz przeszło - bez względu na ilość błędów, namacalnie wie się, że wyjście jest.
Dzik pisze nie podręcznik, a esej. Rozbudowany, solidny, konkretny, ale też finezyjny esej. Przy odrobinie uważności można gdzieniegdzie otrzeć się o paternalizm, ale nie jest to paternalizm nachalny. To bardziej gawęda kogoś mądrego, kto potrafi odpowiedzieć na wiele pytań, które kiedyś sam postawił i przez lata poszukiwał na nie odpowiedzi. To narracja kogoś, kto mógłby w fotelu siedząc, nabijając fajkę aromatycznym tytoniem, wyjaśniać zawiłości biologii molekularnej obrazując anegdotami z wykopalisk paleontologicznych. Mnie taka wizualizacja nasuwa się spontanicznie...
Nawet nie znając Autora, czytelnik szybko zorientuje się, że ma do czynienia z kimś, kto dobrze się orientuje w dziejach życia na Ziemi. To podejście ewolucyjne jest bardzo wyraźne, i bardzo jednocześnie porządkujące. Klucz chronologiczny otwiera naprawdę wiele zawiłości, choć niektórych zamków nie wzrusza, zapraszając do dalszych dociekań.
Nie mnie oceniać merytorycznie tę książkę, niech tym się zajmą specjaliści biolodzy. Byłbym jak niemowlę uczące Usaina Bolta biegania... Ja tę książkę polecam jako intelektualną przygodę na wysokim poziomie, przygodę dla tych, których pasjonuje życie.

Jerzy Dzik. 2017. Biologia czyli sens życia. WUW Warszawa, 174pp

poniedziałek, 14 maja 2018

Prof. Andrzej Piechocki - w 80. urodziny: Plurimos annos!

Szczęśliwie od jakiegoś czasu polska wersja Wikipedii zawiera dobrze przygotowany i obszerny biogram dzisiejszego Jubilata. Pozwolę sobie zatem nie powtarzać za Wikipedią, choć pewnie paru powtórzeń nie uniknę. Chciałbym jednak w bardzo osobistym tonie, dołączając się do grona wszystkich, którzy w kolejce z życzeniami się ustawiają, opowiedzieć o moim wielkim Mentorze, Nauczycielu, Mistrzu...
Spotkaliśmy się osobiście dość późno, bo 31 stycznia 2007 roku w Łodzi. Wtedy zdecydowałem się pierwszy raz zapukać do drzwi jego gabinetu na Banacha w Łodzi. Nie byłem tam po raz pierwszy, znaczy na Banacha, ale przy pierwszej mojej wizycie na Wydziale Biologii Uniwersytetu Łódzkiego zwyczajnie po prostu... zwiałem. Studiowałem wtedy w Łodzi, ale nie na Uniwersytecie, i nie miałem śmiałości tak po prostu wejść do gabinetu człowieka, który swoimi publikacjami od lat towarzyszył mojej pasji. Wtedy zwiałem, ale w styczniu 2007 roku po prostu zapukałem, przedstawiłem się i tak dość spontanicznie wymusiłem kilkudziesięciominutową rozmowę. Od tego czasu z różnym nasileniem co jakiś czas - zapowiedziany lub - pukam do drzwi Pana Profesora.
Nigdy nie poszedłem z Profesorem Piechockim w teren, ale to dzięki niemu poznałem pozostałych łódzkich malakologów. Nasze spotkania coraz rzadziej mają malakologiczny charakter: wulkanu erudycji Andrzeja Piechockiego nie da się zamknąć w tematyce samej malakologii, a mnie też śpieszno słuchać relacji z różnych wydarzeń, a jeszcze śpieszniej do dyskusji, które mogłyby trwać, trwać, trwać. Bardzo te dyskusję lubię. Na różne tematy.
Widziałem, jak rodziła się ostatnia wydana książka profesora Piechockiego, widziałem, ile trudów pokonywał, żeby jej wydanie doszło do skutku. Byłem jednym z pierwszych czytelników i recenzentów jego powieściowego debiutu - Ucieczki z Akademii IQ wydanej w 2012 roku. W ogóle jeśli chodzi i bibliografię, to udało mi się zgromadzić zdecydowaną większość opublikowanych przez niego prac.
A zaczęło się oczywiście w podstawówce, kiedy szukając prac o mięczakach w piotrkowskiej bibliotece publicznej, natknąłem się na siódmy zeszyt Fauny Słodkowodnej Polski. Książka znajdowała się w tzw. zbiorach podręcznych, udostępnianych tylko na miejscu. Ucząc się oznaczania słodkowodnych ślimaków przerysowywałem ryciny z tej książki, doprowadzając bibliotekarki do przyśpieszonego bicia serca (a skąd one miały wiedzieć, że po książce nie bazgrzę?). No ale druga część tej pracy, czyli zeszyt 7A (Mięczaki. Małże), pozostawał nieuchwytny dla mnie aż do owego 31 stycznia 2007 roku...
W roku 2016 nakładem Wydawnictwa Naukowego Bogucki wydana została książka Guide to Freshwater and Marine Mollusca of Poland. Pisałem o niej zachwycając się tym tytułem. To na chwilę obecną ostatnia z opublikowanych prac. Od długiego czasu trwa batalia o wydanie Fauny Bałtyku, w której rozdział poświęcony mięczakom opracowany został przez Jubilata. Kiedy to nastąpi, nie wiedzą nawet najstarsi górale, oby nie na świętego Dygdy. Mógłby tam ktoś na Wilczej w Warszawie zrobić coś w tym temacie...
Widziałem niejednokrotnie malakologiczną kolekcję Profesora, mogłem też oglądać okazy, porównywać moje oznaczenia. Zastanawiam się wtedy, czy kiedykolwiek uda mi się utrzymać taki porządek w swoich zbiorach, jaki podpatrywałem w jego kolekcji.
Nie było dziś fety na Banacha. Przed dziesięcioma laty huczniej świętowano urodziny profesora Piechockiego, nakładem Łódzkiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk ukazała się wówczas broszurka prezentująca dorobek łódzkiego hydrobiologa. Dziś spotkaliśmy się biegu, przed gmachem Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska UŁ. Zdążył mi powiedzieć, że przed trzydziestoma laty obchodził urodziny na Oceanie Indyjskim. Zasugerowałem, aby po powrocie do domu zaplanował swoje dziewięćdziesiąte urodziny na Spitsbergenie lub na Antypodach... Plurimos annos, Panie Profesorze, Plurimos annos!
Prof. Andrzej Piechocki w trakcie podpisywania książek w czasie XXXII KSM w Spale

Doktorat wyłowiony z Grabi


Habilitacja ze Świętym Krzyżem w tle, rok później Złoty Krzyż Zasługi




Rozdział poświęcony małżom w bardzo dobrym podręczniku zoologii

Opracowanie małży oraz ślimaków wodnych 

piątek, 11 maja 2018

Ziemia Kłodzka 2018

Choć mija już prawie tydzień od powrotu, wciąż żyję ostatnią moją majówkową podróżą na południe Polski, do kilku miejsc w Ziemi Kłodzkiej, od Gór Złotych, przez Masyw Śnieżnika, Góry Stołowe, Góry Orlickie, na Wapniarce kończąc (ta podobno należy do Masywu Śnieżnika, ale mogłaby być celem sama w sobie).
Byłem za krótko. Zdecydowanie za krótko, ale wystarczająco długo, żeby się zakochać. Taka miłość od pierwszego wejrzenia to nie jest tylko doświadczenie nastolatków. Mnie się taka zdarzyła właśnie teraz. Jeszcze nie ochłonąłem, na szczęście kierat zawodowy kręci się dość szybko, żeby móc myśleć też o innych sprawach, niż same ślimaki.
Do tej pory Ziemię Kłodzką znałem z publikacji Mięczaki Ziemi Kłodzkiej profesora Wiktora oraz z kilku prac Tomasza Maltza. To jednak troszkę za duże słowo "znałem". Wydawało mi się, że znałem. Rzeczywistość okazała się być bardziej zaskakująca.
Byłem szczęściarzem, bo trafiłem z niezwykłe okno pogodowe. Powtarzana przez kilka dni propaganda załamania pogody przyniosła wspaniałe efekty: przed kopalnią w Złotym Stoku spędziłem w kolejce nie dłużej niż 4 minuty, w kopalni w Kletnie nie dłużej, a parkując w lesie pod Szczelińcem byłem pierwszym o godzinie 9 rano. Cud, jednym słowem: cud. Pozwoliło mi to na wygospodarowanie jakichś mikrochwil na własne malakologiczne potrzeby, bo cel wyjazdu do malakologicznych nie należał.
Najwięcej obiecywałem sobie po Wapniarce, ale - w co trudno uwierzyć - więcej czasu straciłem na szukanie punktów topograficznych wskazanych przez autochtonów, niż na samym delektowaniu się jej urokami. Zależało mi na spotkaniu z Bythinella austriaca w źródłach romanowskich, ale wskazówki skutecznie wyprowadziły mnie w pole. Nie to pole... Więc nie spotkałem się ze źródlarką i tylko mogę żywić nadzieję, że zechce na mnie poczekać. Nie spotkałem się również z Charpentieria ornata, która na Wapniarce ma swoje stanowiska. Też nie płaczę, mam tylko nadzieję spotkać się następnym razem. Znalazłem tak kilka gatunków, w tym sfosylizowaną muszlę nieoznaczonego jeszcze przeze mnie świdrzyka, więc mam powody się cieszyć. Mogłem po prostu popatrzeć sobie na Perforatella vicina, szklarkowate, świdrzykowate czy na Helicigona lapicida, z którą na żywo spotkałem się pierwszy raz dopiero przed rokiem. Tym razem znalazłem jej bardzo dużo, a jedno stanowisko to chyba będzie w ogóle nowe dla nauki (trzeba będzie jeszcze zweryfikować, ale wszystko na to wskazuje). Wszędzie, gdzie się wybrałem, poza Szczelińcem, miałem jakieś pięć minut, żeby ślimaków poszukać. W Górach Stołowych nie szukałem, bo wydawało mi się, że to pozbawione sensu, abstrahując oczywiście od ochrony wyznaczonej przez park narodowy. Było to błędne założenie, bo w Górach Stołowych ślimaki też występują (widziałem nawet na żółtym szlaku jakiegoś rozdeptanego młodego ślinika), Wiktor podaje kilka gatunków stamtąd, ja natomiast nie wczytałem się w to na czas. Nie mniej i tak w parkach narodowych ograniczam się tylko do obserwowania tego, co przy szlakach, a tam wydawało mi się, że nie ma czego wypatrywać.
Pojechałem też na Zieleniec, bo wiedziałem, że to bardzo ciekawe malakologicznie miejsce. A tam okazało się, że kompletnie nic: świerki, jakieś gdzieś pojedyncze jawory i buki, ściółka sucha, gleba zakwaszona: nawet nie mogłem się zmusić do myślenia, że dobrze trafiłem. I się poddałem. I dopiero po powrocie przeczytałem, co straciłem. Dobrze mi tak, nawet do rekonesansu trzeba się przygotować, a ja zwyczajnie nie odrobiłem pracy domowej.
Jestem zakochany. Zwłaszcza w Wapniarce i w Masywie Śnieżnika. Lubieżnie i zachłannie obmacywałem wzrokiem zbocza wymalowane najsoczystszą zielenią pierwszego tygodnia maja. Wiedziałem, że jest tam ślimacze bogactwo. I spokojnie mijałem kolejne stanowiska wydające się być idealnymi do przegrzebania ściółki. Mijałem spokojnie i bez żalu, za to z nadzieją, że szybko tam wrócę, na dłużej, na spokojniej, na obficiej...





poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Pomoc na majówkę?

Szansa, aby zdobyć tę książkę przed 1 maja są raczej znikome, stąd moja rekomendacja może być spóźniona. Dziś jednak dopiero wpadła w moje ręce książka, która może zapowiedzieć całkiem niezłą przygodę, a kontekst majówki może być idealny. Oto właśnie z Warszawy, z Państwowego Instytutu Geologicznego trafiła do moich rąk książka Nie tylko dinozaury Włodzimierza Mizerskiego, Izabeli Olczak-Dusseldrop i Katarzyny Skurczyńskiej-Garwolińskiej. Wiele o tej książce mówi podtytuł: Poradnik dla poszukiwaczy skamieniałości. W istocie jest to poradnik i to kierowany do tych, którzy dopiero chcieliby zacząć przygodę z poszukiwaniem śladów życia z odleglejszych epok Ziemi.
Podstawowym atutem tego przewodnika jest jego osadzenie w realiach geograficznych Polski. Bardzo mocne osadzenie w tych realiach. Pierwszy raz trzymam w ręku książkę, która jest de facto zbiorem tras geologicznych i to tak skonstruowanych, że stanowiska przypisano do konkretnych epok. Dla takich laików jak ja, jest to rozwiązanie rewelacyjne. Podano również bibliografię oraz wykaz instytucji, które mogą przyjść z pomocą bardziej lub mniej doświadczonym poszukiwaczom.
Za krótko książkę trzymałem w ręku, żeby się teraz rozpisywać. Obiecuję do niej wkrótce wrócić, bo wydaje się być tego warta.


W. Mizerski, I. Olczak-Dusseldrop, K. Skurczyńska-Garwolińska. 2017. Nie tylko dinozaury. Przewodnik dla poszukiwaczy skamieniałości. Warszawa, PIG-PIB, ss. 256

piątek, 13 kwietnia 2018

Idź

Jeszcze kilkanaście lat temu podstawowym moim środkiem lokomocji były własne nogi, czasem wspomagane w tej misji przez pojazdy komunikacji miejskiej. Wielokrotnie te właśnie nogi opierały się na rowerze. Jeszcze kilkanaście lat temu... Uświadomiłem sobie (ze smutkiem), że przesiadając się do samochodu, pozbawiłem siebie sporego kawałka siebie. Tego dobrego kawałka siebie. Tego kawałka odpowiadającego za obserwację świata i przemyślenia.
Wpadłem na to wczoraj, kiedy wykorzystując swoje własne nogi spieszyłem na uroczystość nadania tytułu doktora honoris causa księdzu Adamowi Bonieckiemu (i nie byłem tam jedynym przedstawicielem malakologicznego półświatka!). Przeplatając tymi nieco przykrótkimi kończynami dolnymi, walcząc ze świadomością narastającego spóźnienia, patrzyłem na to, co się wokół mnie dzieje. Widziałem już obudzone ślimaki. Widziałem też ślimaki, które zaraz po przebudzeniu zdążyły wleźć pod jakiś śpieszący się nie mój but. Nie wiem, czy w czymś moje życie różni się od ich życia, odczuwam jednak, że coś próbuje je zgnieść. Chyba pośpiech, ta cholerna zadyszka nihilizmu...
Przesiadając się do samochodu, zatrzasnąłem drzwi zostawiając ważną cząstkę siebie za drzwiami. Tę cząstkę, która mnie spowalniała i pozwalała patrzeć na coś aż do bólu oczu. Która kołatała od wewnątrz i nie pozwalała na gubienie chwil, która wystukiwała mi rytm trzynastozgłoskowca z cezurą, która podszeptywała mi incipity wierszy znanych i nieznanych poetów, która podgwizdywała bethovenowskie uwertury.
Wierzę, że kiedyś uda mi się wrócić do momentu, w którym będę mógł odnaleźć tamtą cząstkę siebie. Tego niedostosowanego, ale pogodzonego z rzeczywistością nieśmiałego chłopca zapatrzonego w ożywiony świat biologii i metafizyki. Wystarczyło stanąć na nogach, żeby poczuć ziemię pod stopami, żeby poczuć oparcie pozwalające na ponowne wyciągnięcie głowy ku chmurom. Wystarczyło pospacerować, żeby odkryć na nowo rugowaną z duszy prawdę, że jestem mięczakiem, Wygnańcem z Siebie, laureatem Złotego Runa Nicości...

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Malakopedagogika 2, czyli Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci

O książkach dla dzieci, poświęconych mięczakom, lub o nich traktujących, pisałem już kiedyś. Dziś korzystam z okazji, jaką jest obchodzony w urodziny Andersena Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci i dzielę się pobieżnie tym, co w ostatnim czasie zdobyłem, a ponieważ moja biblioteczka malakologiczna w trochę się w tym kierunku rozrosła, to poniżej kilka słów o tym.
Kiedy jakiś czas temu przeglądałem światowe zasoby pod tym kątem, stwierdziłem, że najlepiej u nas nie jest, ale też nie ma tragedii. Mniej więcej dwa tytuły lub tytuliki rocznie można znaleźć. A w każdym z nich jakieś elementy do zarażania malakologiczną pasją. Większość z tego, co na naszym rynku, słabe jest jednak i wciąż szukam czegoś, co by mnie olśniło. Ale też jest kilka fajniejszych tytułów, które polecam.

Wypada zacząć od Andersena, wszak to jego urodziny są pretekstem do święta książki. Mało znana baśń Ślimak i Róża to krótka lektura dla troszkę starszych dzieci, myślę, że optymalnie koło trzeciej klasy.


Skoro jest to Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci, muszę się pochwalić, że w mojej biblioteczce znalazła się też książeczka wydana w Wielkiej Brytanii (u nich wydaje się dziesięć razy więcej książek, niż w Polsce, stąd i malakopedagogika u nich bardziej zaawansowana;). Książka testowana na trzylatce, jedna z ulubionych. Bardzo ciekawa szata graficzna, na każdej stronie znajduje się wypukły brokatowy druk śladu ślimaka: dziecko wodząc palcem podąża za ślimakiem, by ostatecznie dostać się na urodziny. 


Przechodzę do książek-pacynek. Pierwsza z nich, starawa nieco, wydobyta z książkowych zaświatów, skonstruowana jest tak, że można palcami "ożywić" czułki ślimaka Stasia. Fabuła dla trzylatków, nawet z morałem, więc edukacyjna po trosze. Ale te ruchome oczy to bardziej mi zeza na myśl przywodzą, niż ślimacze czułki. Plus za pomysł.


Ta z kolei (Opowieść z niespodzianką. Ślimaczek) to publikacja najświeższa, bo z 2018 roku. Również przetestowana na trzylatce. Mnie się podoba średnio, bo ślimak, który zgubił muszlę, nie dość, że bardziej przypomina gąsienice, to jeszcze przymierza muszle, skorupy czy filiżanki... Ale testującej się podoba. 


Kolejna z książeczek-pacynek, druga, której bohaterem jest Ślimak Staś. Tutaj wykorzystuje się jeden palec do animacji ślimaka. Plus za formę. Treściowo: taka sobie, ale w testach trzylatki się broni.

I znów książka-pacynka, bardzo podobna w działaniu, tzn. również animowana za pomocą palca. Mała, kartonowa książeczka dość wygodna do czytania-pokazywania. Oczywiście plus za formę plastyczną.


Natomiast książeczka A kuku! Ślimaczek to coś pomiędzy pacynką a książeczką do czytania. Wycięcia na oczy, które z każdą stroną znajdują się w nieco innym miejscu, to całkiem dobry pomysł, ale wykonanie oczu 3D już dużo słabsze. Graficznie biedna, fabularnie słabiutka, natomiast walorem jest to, że zawiera pytania-polecenia, takie na poziomie dwulatka. Generalnie słaba, ale test trzylatki przeszła.


W 2017 roku na naszym rynku pojawiło się kilka z omawianych książek, w tym bardzo ciekawa graficznie książka Ośmiornica Ola. Tu znów, jak w przypadku Ślimaka Stasia powtarza się zestawienie bohaterów. Wcześniej wydana już była książeczka o identycznym tytule, boleję bardzo nad tym, że dotąd dla mnie nieosiągalna. Ta z 2017 roku to również pacynka, w której wykorzystać trzeba aż cztery palce. Świetny pomysł. Szkoda tylko, że ośmiornica ma wtedy włochate macki, ale dziecku to nie przeszkadza. Rodzicowi natomiast może przeszkadzać to, że książka ma wymiary 30x30cm, więc dość trudno tak wielką książką łaskotać małe dziecko, jak sugerują polecenia w fabule. Ale duży plus za formę i drugi plus za samą ośmiornicę, bo to w naszych warunkach przecież egzotyczne zwierzę.


Książka Bardzo pomocna mała ośmiornica to lektura dla nieco starszych dzieci, do czytania i do oglądania. Dobre, a nawet bardzo dobre ilustracje, ciekawa fabuła no i największy plus za to, że ma też bohaterów w postaci małży. To jedyny znany mi w Polsce tytuł dla dzieci, gdzie małże coś mówią;) Szkoda, że książka właściwie do zdobycia wyłącznie w antykwariatach, ale polecam.


Wydawnictwo "Zielona Sowa" wydało w 2016 lub 2017 roku również książeczkę o ośmiornicy, przeznaczoną dla najmłodszych dzieci, na dodatek tzw. książeczkę kąpielową. Również polecam jako pomoc dydaktyczną, zwłaszcza, kiedy dziecko ciężko wieczorem zaciągnąć do odmaczania. Fabularnie niezbyt rozbudowana, ale to książeczka dla najmniejszych maluchów. Wydana na ceracie, nie wiem, czy może służyć również za gryzak, ale chyba bym nie zaryzykował;)



Ośmiornica okazuje się być całkiem nieźle reprezentowana w naszych tytułach. Bardzo dobrą książeczką, której ten głowonóg jest bohaterem, jest Małgorzaty Strzałkowskiej Osiem ramion ośmiornicy z cyklu ABC... Uczę się! To również książeczka dostępna raczej w antykwariatach, ale gorąco polecam. Dodam, że autorka, jedna z najlepszych współczesnych autorek dla dzieci, chyba lubi mięczaki, bo w mojej biblioteczce znajdują się w sumie trzy jej tytuły, z których szczególnie polecam, ze względu na wartość artystyczną, Bajkę o ślimaku Kacperku. Jeśli kto chciałby ją zdobyć, musi się uśmiechać do zaprzyjaźnionych antykwariuszów, w księgarniach niedostępna od około dziecięciu lat.




Poza Małgorzatą Strzałkowską jeszcze dwie autorki częściej niż raz sięgały do ślimaczych motywów. Zmarła w zeszłym roku Wanda Chotomska już dość dawno bawiła się wariantami rymowanki Ślimak, ślimak, pokaż rogi (przynajmniej dwa różne wydania, z tego jedno chyba z lat osiemdziesiątych, niestety jeszcze niewłączone do moich zbiorów). Ciekawszą propozycją jest książka wydawnictwa Wilga z 2004 roku pt. "Kolory". Tutaj duży plus za formę graficzną. Dziecko ma możliwość poruszania ślimakiem, którego można przesuwać po specjalnym torze, dłuższym na każdej kolejnej stronie. Podobnie jak wiele poprzednich tytułów i ten należy do niedostępnych w księgarniach.



Poza Wandą Chotomską jeszcze Ewa Stadtmuller lubi ślimaki, przynajmniej tak można by wnioskować po dwóch tytułach: Jak Skrzat Jagódka uczył ślimaki marzyć oraz Ślimak maruda. W odróżnieniu od wielu z omawianych pozycji, te są jeszcze dostępne w wielu księgarniach. Fabularnie są dość atrakcyjne, choć moja testerka ma skłonność do wyprzedzania fabuły i wymuszania przekładania kartek przed zakończeniem czytania. Myślę, że wielu rodziców wie, co mam na myśli.







Na moich półkach w sumie znajduje się koło trzydziestu książeczek i książek dla dzieci, które łączy wspólny malakologiczny wątek. Czasem jest on wątkiem głównym, czasem tylko pobocznym. Czasem to książeczka dla dzieci młodszych niż roczne, czasem to popularno-naukowe oracowania adresowane dla ciekawych świata dzieci. Jest też kilka takich, które gotów jestem ukrywać przed Testującą, bojąc się, żeby jej intelektualnej krzywdy nie wyrządziły. Pozostało mi jeszcze kilka książeczek do odnalezienia i sprowadzenia. Jeśli ktoś zna poniższe okładki, a chciałby mnie wesprzeć, to gorąco się polecam pamięci. Niektóre z nich pojawiają się na internetowych aukcjach, więc wcześniej czy później raczej je zdobędę. Są też takie, których przez kilka lat nie udało mi się upolować. Tym bardziej więc uśmiecham się do każdego, kto już ze swoich książeczek dla dzieci wyrósł... 






czwartek, 29 marca 2018

Pascha 2018

Jest w liturgii Wielkiego Tygodnia hymn na jutrznię, śpiewany na melodię Krzyżu święty nade wszystko, który uderza naturalistycznym wstępem:
Oto znaki Bożej męki:Żółć, plwociny, trzcina, ocet,Gwoździe i żelazna włócznia,Która święty bok przebiła;Płyną z rany krew i woda,Aby obmyć wszechświat cały.

 Zawsze uderzała mnie dosłowność Wielkiego Tygodnia. Ból jest bólem, zdrada zdradą, cierpienie cierpieniem, a śmierć - śmiercią. Intuicyjnie wyczuwałem od zawsze, że to moment dekonstrukcji mitu, dosłowne odzieranie idei z idealizmu. Pozrywane ścięgna, zwichnięte stawy, stłuczenia, wycieńczenie: wszystko, co w najbardziej okrutny, sarkastyczny sposób, nieludzko potwierdza prawdziwe człowieczeństwo. Dosłowność Wielkiego Tygodnia, ta przesączona doloryzmem i pasją rzeczywistość sprowadzająca wiarę do uniwersalnego doświadczenia cierpienia i współczucia, otwierała mnie i wprowadzała w emocjonalny śpiew Orędzia Paschalnego, które rozsadzało i rozsadza radością  wielkosobotni Kościół. Konkret Wielkiego Piątku zawsze otwierał mnie na konkret Wielkiej Nocy.
Z okazji Świąt Wielkanocnych życzę wszystkim głębokich zamyśleń i prawdziwych duchowych doświadczeń pozwalających przekraczać to co widzialne: cierpienie, ból, zdradę i wkraczać w niewidzialną, a dotykalną przestrzeń zrozumienia, współczucia i usprawiedliwienia. Niech paschalna radość odmienia codzienność i otwiera na nieznane.


czwartek, 8 marca 2018

Folia Malacologica: trzeba coś zrobić

Dosłownie na dniach pojawił się pierwszy w tym roku zeszyt 26. tomu Folia Malacologica. Zawsze z niecierpliwością czekam na kolejne numery i przyznaję, że zacząłem się martwić tym, że długo nie pojawiał się żaden nowy tekst. Trochę mnie Redakcja przyzwyczaiła do tzw. forthcoming papers, których w tym kwartale nie było. Przyglądam się nowej publikacji i widzę, że coś jest nie tak: pismo staje się jak najbardziej międzynarodowe (!) - co bardzo cieszy, ale niepokoi słaba reprezentacja polskich autorów. Osobowo nie jest źle: na szesnastu autorów, jedna czwarta to Polacy. Grono autorów też jest zacne, dlaczego więc tak mało tekstów z Polski spływa do naszego malakologicznego pisma? Fajnie, że w statystykach wieloletnich pojawią się nowe państwa (tym razem Egipt), to jest dobry kierunek, z pewnością daje szansę na zwiększenie tzw. cytowalności, ale bądźmy szczerzy: jeśli pierwszą siłą pisma nie będą polscy malakolodzy, trudno będzie myśleć o trafieniu na listę filadelfijską. Chodzi mi o to, że trzeba publikować. Trzeba pozyskiwać autorów i artykuły, bo w ciągu roku nie może być mniej, niż 25 prac oryginalnych. Trzeba coś zrobić.
Mnie jest dobrze o tym pisać: mojego garnuszka nie napełnia dziekan czy rektor przeliczający punkty ipmact factor. Wolny jestem od tego przymusu publikowania dla punktów. Rozumiem też dylematy polskich naukowców, którzy niejednokrotnie stają ustawieni wewnętrznymi przepisami macierzystych uczelni pod ścianą. Są przecież takie wydziały, które do dorobku nie wliczają w ogóle punktów z twz. listy ministerialnej, na której mocno trzymają się nasze Folia Malacologica. Trudno oczekiwać, żeby ktoś dla idei poświęcał czas, badania, pieniądze i zamiast uścisku dłoni dziekana, dostał burę za publikowanie poza listą filadelfijską. Powiem raz jeszcze: trzeba coś zrobić. Mnie mówić łatwo, bo to nie mój kawałek chleba, ale [tu powinna się włączyć patetyczna muzyka, np. jakiś motyw filmowy] za nami dwadzieścia pięć tomów Folia. To jest ogrom pracy już dwóch pokoleń malakologów. Przez to ponad trzydzieści lat widać ogromny postęp, to naprawdę jest międzynarodowe pismo naukowe i fajnie byłoby wejść do jakiejś europejskiej elity malakologicznych pism. Kierunek jest dobry, ale nie można dopuścić do tego, żeby zabrakło paliwa. A paliwem są przesyłane do druku prace.
Trzeba coś zrobić. Może jakimś rozwiązaniem jest zapraszanie zagranicznych współpracowników do publikowania u nas (patrząc na metryki artykułów można być pewnym szybkiego tempa publikacji, to jest mocny argument); w porównaniu z wieloma pismami Folia są też... tańsze, co może być ważnym argumentem dla naukowców z tzw. krajów rozwijających się. Może też warto by poprosić zagranicznych współpracowników o przygotowanie krótkiego dossier w ich języku narodowym, poprosić Francuzów, Belgów, Włochów, Hiszpanów, Węgrów, Turków i kogo tam kto zna, żeby szło w świat. Pojemność tematyczna Folia jest ogromna, to też jest atutem. No i na koniec: akwizycja i marketing bezpośredni: na sympozjach, konferencjach, kongresach mówić o tym, że takie pismo jest.
A na naszym podwórku: corocznie powstaje kilkadziesiąt prac licencjackich, magisterskich i doktorskich poświęconych mięczakom. To też jest jakiś kierunek. Prace dyplomowe mają inne zadania, ale jest naprawdę sporo prac, które powinny być opublikowane. A Folia Malacologica to też świetne miejsce naukowego debiutu. Drodzy Promotorzy, miejcie to na sercu, pomagajcie w tłumaczeniu na angielski i motywujcie do publikowania. Naprawdę o pomstę do nieba wzywa zaleganie wielu prac tylko na półkach wydziałowych bibliotek lub archiwów dziekanatów!
Pierwszy zeszyt 26. tomu już jest. Co to oznacza? Że trzeba już edytować kolejne artykuły i dobrze by było, żeby były. Trzeba coś zrobić.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Zmarła prof. Maria Jackiewicz (29.11.1920 - 21.02.2018)

W piątek wieczorem dotarła do mnie wiadomość, że w dniu 21 lutego 2018 roku odeszła do Wieczności śp. prof. dr hab. Maria Jackiewicz, polska malakolog, wieloletnia wykładowczyni związana z Uniwersytetem Adama Mickiewicza w Poznaniu, wychowawczyni wielu pokoleń polskich biologów.
Spotykałem prof. Marię Jackiewicz od późnego swojego dzieciństwa, mniej więcej koło szóstej klasy podstawówki. Nie osobiście, ale za pośrednictwem lektur, głównie podręcznika Zoologii Bezkręgowców pod redakcją Grabdy oraz klucza do krajowych ślimaków słodkowodnych Piechockiego. Jej nazwisko zawsze kojarzyło mi się z dwoma gatunkami: Galba occulta - który to gatunek opisała (na podstawie materiałów zebranych przez Leszka Bergera) w 1959 roku jako nowy dla nauki (później umieszczany w rodzaju Catioscopa, dziś traktowany jest jako synonim dla Ladislavella) oraz Acicula polita, której przekrój oka (!) rozpalał moją wyobraźnię nad pracą malakologa w laboratorium. Jej nazwisko towarzyszyło mi od początku zainteresowań rodzimą malakofauną, a szczególnego znaczenia nabierał fakt, że było jednym z nielicznych polskich nazwisk przy dwuczłonowych nazwach gatunków notowanych w Polsce.
Maria Jackiewicz studiowała w latach 1945-1950 biologię na Wydziale Matematyczo-Przyrodniczym Uniwersytetu Poznańskiego, wieńcząc je tytułem magistra filozofii w grudniu 1950 roku. Była już wówczas pracownikiem (asystent-stażysta) w Zakładzie Zoologii tejże uczelni, a promotorem jej pracy był prof. Jarosław Urbański. Pod jego kierunkiem przygotowała pracę magisterską pt. Z badań anatomiczno-porównawczych nad niektórymi gatunkami z rodzaju Radix Montfort na terenie Wielkopolski (wydaną w 1954 roku przez PTPN w Poznaniu) oraz pracę doktorską Badania nad zmiennością i stanowiskiem systematycznym Galba palustris O.F. Mull., którą obroniła w dniu swoich imienin, 8.12. 1959 roku.
Zajmowała się systematyką i taksonomią różnych mięczaków, ale największą sławę przyniosły jej badania nad błotniarkami Europy. Uchodziła za niekwestionowany autorytet w tej dziedzinie. Jej prace były jednymi z najczęściej cytowanych prac naukowych. Ponadto zajmowała się badaniami nad Aciculidae (habilitacja w 1967 roku na podstawie histologii A. polita), a w późniejszym czasie włożyła niemało trudu w opracowanie dotyczące Succinidae Polski.
Od września 1991 roku formalnie przeszła na emeryturę, pracując na macierzystej uczelni na połowie etatu, prowadząc wykłady i ćwiczenia. W kwietniu 1997 roku otrzymała tytuł Członka Honorowego Stowarzyszenia Malakologów Polskich (laudację wygłaszał prof. Andrzej Piechocki, jemu zawdzięczam wiele szczegółów biograficznych). Za wybitne zasługi na polu nauki odznaczona była Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Medalem Komisji Edukacji Narodowej.
Zmarła w 98. roku życia, 21 lutego 2018 roku w Poznaniu. Jej pogrzeb odbędzie się 28 lutego 2018 roku, najpierw o godz. 11:15 zostanie odprawiona Msza św. w jej intencji w kościele pw. Objawienia Pańskiego przy ul. Miastkowskiej 128, po czym ceremonie pogrzebowe zakończone zostaną na Cmentarzu Junikowo o godz. 12:30. 
Nie dane mi było spotkać się kiedykolwiek ze śp. prof. Marią Jackiewicz osobiście. Pozostaję jednak jej dłużnikiem wdzięczności za towarzyszenie mi w rozwoju moich pasji.
Niech odpoczywa w Pokoju.