piątek, 13 kwietnia 2018

Idź

Jeszcze kilkanaście lat temu podstawowym moim środkiem lokomocji były własne nogi, czasem wspomagane w tej misji przez pojazdy komunikacji miejskiej. Wielokrotnie te właśnie nogi opierały się na rowerze. Jeszcze kilkanaście lat temu... Uświadomiłem sobie (ze smutkiem), że przesiadając się do samochodu, pozbawiłem siebie sporego kawałka siebie. Tego dobrego kawałka siebie. Tego kawałka odpowiadającego za obserwację świata i przemyślenia.
Wpadłem na to wczoraj, kiedy wykorzystując swoje własne nogi spieszyłem na uroczystość nadania tytułu doktora honoris causa księdzu Adamowi Bonieckiemu (i nie byłem tam jedynym przedstawicielem malakologicznego półświatka!). Przeplatając tymi nieco przykrótkimi kończynami dolnymi, walcząc ze świadomością narastającego spóźnienia, patrzyłem na to, co się wokół mnie dzieje. Widziałem już obudzone ślimaki. Widziałem też ślimaki, które zaraz po przebudzeniu zdążyły wleźć pod jakiś śpieszący się nie mój but. Nie wiem, czy w czymś moje życie różni się od ich życia, odczuwam jednak, że coś próbuje je zgnieść. Chyba pośpiech, ta cholerna zadyszka nihilizmu...
Przesiadając się do samochodu, zatrzasnąłem drzwi zostawiając ważną cząstkę siebie za drzwiami. Tę cząstkę, która mnie spowalniała i pozwalała patrzeć na coś aż do bólu oczu. Która kołatała od wewnątrz i nie pozwalała na gubienie chwil, która wystukiwała mi rytm trzynastozgłoskowca z cezurą, która podszeptywała mi incipity wierszy znanych i nieznanych poetów, która podgwizdywała bethovenowskie uwertury.
Wierzę, że kiedyś uda mi się wrócić do momentu, w którym będę mógł odnaleźć tamtą cząstkę siebie. Tego niedostosowanego, ale pogodzonego z rzeczywistością nieśmiałego chłopca zapatrzonego w ożywiony świat biologii i metafizyki. Wystarczyło stanąć na nogach, żeby poczuć ziemię pod stopami, żeby poczuć oparcie pozwalające na ponowne wyciągnięcie głowy ku chmurom. Wystarczyło pospacerować, żeby odkryć na nowo rugowaną z duszy prawdę, że jestem mięczakiem, Wygnańcem z Siebie, laureatem Złotego Runa Nicości...

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Malakopedagogika 2, czyli Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci

O książkach dla dzieci, poświęconych mięczakom, lub o nich traktujących, pisałem już kiedyś. Dziś korzystam z okazji, jaką jest obchodzony w urodziny Andersena Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci i dzielę się pobieżnie tym, co w ostatnim czasie zdobyłem, a ponieważ moja biblioteczka malakologiczna w trochę się w tym kierunku rozrosła, to poniżej kilka słów o tym.
Kiedy jakiś czas temu przeglądałem światowe zasoby pod tym kątem, stwierdziłem, że najlepiej u nas nie jest, ale też nie ma tragedii. Mniej więcej dwa tytuły lub tytuliki rocznie można znaleźć. A w każdym z nich jakieś elementy do zarażania malakologiczną pasją. Większość z tego, co na naszym rynku, słabe jest jednak i wciąż szukam czegoś, co by mnie olśniło. Ale też jest kilka fajniejszych tytułów, które polecam.

Wypada zacząć od Andersena, wszak to jego urodziny są pretekstem do święta książki. Mało znana baśń Ślimak i Róża to krótka lektura dla troszkę starszych dzieci, myślę, że optymalnie koło trzeciej klasy.


Skoro jest to Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci, muszę się pochwalić, że w mojej biblioteczce znalazła się też książeczka wydana w Wielkiej Brytanii (u nich wydaje się dziesięć razy więcej książek, niż w Polsce, stąd i malakopedagogika u nich bardziej zaawansowana;). Książka testowana na trzylatce, jedna z ulubionych. Bardzo ciekawa szata graficzna, na każdej stronie znajduje się wypukły brokatowy druk śladu ślimaka: dziecko wodząc palcem podąża za ślimakiem, by ostatecznie dostać się na urodziny. 


Przechodzę do książek-pacynek. Pierwsza z nich, starawa nieco, wydobyta z książkowych zaświatów, skonstruowana jest tak, że można palcami "ożywić" czułki ślimaka Stasia. Fabuła dla trzylatków, nawet z morałem, więc edukacyjna po trosze. Ale te ruchome oczy to bardziej mi zeza na myśl przywodzą, niż ślimacze czułki. Plus za pomysł.


Ta z kolei (Opowieść z niespodzianką. Ślimaczek) to publikacja najświeższa, bo z 2018 roku. Również przetestowana na trzylatce. Mnie się podoba średnio, bo ślimak, który zgubił muszlę, nie dość, że bardziej przypomina gąsienice, to jeszcze przymierza muszle, skorupy czy filiżanki... Ale testującej się podoba. 


Kolejna z książeczek-pacynek, druga, której bohaterem jest Ślimak Staś. Tutaj wykorzystuje się jeden palec do animacji ślimaka. Plus za formę. Treściowo: taka sobie, ale w testach trzylatki się broni.

I znów książka-pacynka, bardzo podobna w działaniu, tzn. również animowana za pomocą palca. Mała, kartonowa książeczka dość wygodna do czytania-pokazywania. Oczywiście plus za formę plastyczną.


Natomiast książeczka A kuku! Ślimaczek to coś pomiędzy pacynką a książeczką do czytania. Wycięcia na oczy, które z każdą stroną znajdują się w nieco innym miejscu, to całkiem dobry pomysł, ale wykonanie oczu 3D już dużo słabsze. Graficznie biedna, fabularnie słabiutka, natomiast walorem jest to, że zawiera pytania-polecenia, takie na poziomie dwulatka. Generalnie słaba, ale test trzylatki przeszła.


W 2017 roku na naszym rynku pojawiło się kilka z omawianych książek, w tym bardzo ciekawa graficznie książka Ośmiornica Ola. Tu znów, jak w przypadku Ślimaka Stasia powtarza się zestawienie bohaterów. Wcześniej wydana już była książeczka o identycznym tytule, boleję bardzo nad tym, że dotąd dla mnie nieosiągalna. Ta z 2017 roku to również pacynka, w której wykorzystać trzeba aż cztery palce. Świetny pomysł. Szkoda tylko, że ośmiornica ma wtedy włochate macki, ale dziecku to nie przeszkadza. Rodzicowi natomiast może przeszkadzać to, że książka ma wymiary 30x30cm, więc dość trudno tak wielką książką łaskotać małe dziecko, jak sugerują polecenia w fabule. Ale duży plus za formę i drugi plus za samą ośmiornicę, bo to w naszych warunkach przecież egzotyczne zwierzę.


Książka Bardzo pomocna mała ośmiornica to lektura dla nieco starszych dzieci, do czytania i do oglądania. Dobre, a nawet bardzo dobre ilustracje, ciekawa fabuła no i największy plus za to, że ma też bohaterów w postaci małży. To jedyny znany mi w Polsce tytuł dla dzieci, gdzie małże coś mówią;) Szkoda, że książka właściwie do zdobycia wyłącznie w antykwariatach, ale polecam.


Wydawnictwo "Zielona Sowa" wydało w 2016 lub 2017 roku również książeczkę o ośmiornicy, przeznaczoną dla najmłodszych dzieci, na dodatek tzw. książeczkę kąpielową. Również polecam jako pomoc dydaktyczną, zwłaszcza, kiedy dziecko ciężko wieczorem zaciągnąć do odmaczania. Fabularnie niezbyt rozbudowana, ale to książeczka dla najmniejszych maluchów. Wydana na ceracie, nie wiem, czy może służyć również za gryzak, ale chyba bym nie zaryzykował;)



Ośmiornica okazuje się być całkiem nieźle reprezentowana w naszych tytułach. Bardzo dobrą książeczką, której ten głowonóg jest bohaterem, jest Małgorzaty Strzałkowskiej Osiem ramion ośmiornicy z cyklu ABC... Uczę się! To również książeczka dostępna raczej w antykwariatach, ale gorąco polecam. Dodam, że autorka, jedna z najlepszych współczesnych autorek dla dzieci, chyba lubi mięczaki, bo w mojej biblioteczce znajdują się w sumie trzy jej tytuły, z których szczególnie polecam, ze względu na wartość artystyczną, Bajkę o ślimaku Kacperku. Jeśli kto chciałby ją zdobyć, musi się uśmiechać do zaprzyjaźnionych antykwariuszów, w księgarniach niedostępna od około dziecięciu lat.




Poza Małgorzatą Strzałkowską jeszcze dwie autorki częściej niż raz sięgały do ślimaczych motywów. Zmarła w zeszłym roku Wanda Chotomska już dość dawno bawiła się wariantami rymowanki Ślimak, ślimak, pokaż rogi (przynajmniej dwa różne wydania, z tego jedno chyba z lat osiemdziesiątych, niestety jeszcze niewłączone do moich zbiorów). Ciekawszą propozycją jest książka wydawnictwa Wilga z 2004 roku pt. "Kolory". Tutaj duży plus za formę graficzną. Dziecko ma możliwość poruszania ślimakiem, którego można przesuwać po specjalnym torze, dłuższym na każdej kolejnej stronie. Podobnie jak wiele poprzednich tytułów i ten należy do niedostępnych w księgarniach.



Poza Wandą Chotomską jeszcze Ewa Stadtmuller lubi ślimaki, przynajmniej tak można by wnioskować po dwóch tytułach: Jak Skrzat Jagódka uczył ślimaki marzyć oraz Ślimak maruda. W odróżnieniu od wielu z omawianych pozycji, te są jeszcze dostępne w wielu księgarniach. Fabularnie są dość atrakcyjne, choć moja testerka ma skłonność do wyprzedzania fabuły i wymuszania przekładania kartek przed zakończeniem czytania. Myślę, że wielu rodziców wie, co mam na myśli.







Na moich półkach w sumie znajduje się koło trzydziestu książeczek i książek dla dzieci, które łączy wspólny malakologiczny wątek. Czasem jest on wątkiem głównym, czasem tylko pobocznym. Czasem to książeczka dla dzieci młodszych niż roczne, czasem to popularno-naukowe oracowania adresowane dla ciekawych świata dzieci. Jest też kilka takich, które gotów jestem ukrywać przed Testującą, bojąc się, żeby jej intelektualnej krzywdy nie wyrządziły. Pozostało mi jeszcze kilka książeczek do odnalezienia i sprowadzenia. Jeśli ktoś zna poniższe okładki, a chciałby mnie wesprzeć, to gorąco się polecam pamięci. Niektóre z nich pojawiają się na internetowych aukcjach, więc wcześniej czy później raczej je zdobędę. Są też takie, których przez kilka lat nie udało mi się upolować. Tym bardziej więc uśmiecham się do każdego, kto już ze swoich książeczek dla dzieci wyrósł... 






czwartek, 29 marca 2018

Pascha 2018

Jest w liturgii Wielkiego Tygodnia hymn na jutrznię, śpiewany na melodię Krzyżu święty nade wszystko, który uderza naturalistycznym wstępem:
Oto znaki Bożej męki:Żółć, plwociny, trzcina, ocet,Gwoździe i żelazna włócznia,Która święty bok przebiła;Płyną z rany krew i woda,Aby obmyć wszechświat cały.

 Zawsze uderzała mnie dosłowność Wielkiego Tygodnia. Ból jest bólem, zdrada zdradą, cierpienie cierpieniem, a śmierć - śmiercią. Intuicyjnie wyczuwałem od zawsze, że to moment dekonstrukcji mitu, dosłowne odzieranie idei z idealizmu. Pozrywane ścięgna, zwichnięte stawy, stłuczenia, wycieńczenie: wszystko, co w najbardziej okrutny, sarkastyczny sposób, nieludzko potwierdza prawdziwe człowieczeństwo. Dosłowność Wielkiego Tygodnia, ta przesączona doloryzmem i pasją rzeczywistość sprowadzająca wiarę do uniwersalnego doświadczenia cierpienia i współczucia, otwierała mnie i wprowadzała w emocjonalny śpiew Orędzia Paschalnego, które rozsadzało i rozsadza radością  wielkosobotni Kościół. Konkret Wielkiego Piątku zawsze otwierał mnie na konkret Wielkiej Nocy.
Z okazji Świąt Wielkanocnych życzę wszystkim głębokich zamyśleń i prawdziwych duchowych doświadczeń pozwalających przekraczać to co widzialne: cierpienie, ból, zdradę i wkraczać w niewidzialną, a dotykalną przestrzeń zrozumienia, współczucia i usprawiedliwienia. Niech paschalna radość odmienia codzienność i otwiera na nieznane.


czwartek, 8 marca 2018

Folia Malacologica: trzeba coś zrobić

Dosłownie na dniach pojawił się pierwszy w tym roku zeszyt 26. tomu Folia Malacologica. Zawsze z niecierpliwością czekam na kolejne numery i przyznaję, że zacząłem się martwić tym, że długo nie pojawiał się żaden nowy tekst. Trochę mnie Redakcja przyzwyczaiła do tzw. forthcoming papers, których w tym kwartale nie było. Przyglądam się nowej publikacji i widzę, że coś jest nie tak: pismo staje się jak najbardziej międzynarodowe (!) - co bardzo cieszy, ale niepokoi słaba reprezentacja polskich autorów. Osobowo nie jest źle: na szesnastu autorów, jedna czwarta to Polacy. Grono autorów też jest zacne, dlaczego więc tak mało tekstów z Polski spływa do naszego malakologicznego pisma? Fajnie, że w statystykach wieloletnich pojawią się nowe państwa (tym razem Egipt), to jest dobry kierunek, z pewnością daje szansę na zwiększenie tzw. cytowalności, ale bądźmy szczerzy: jeśli pierwszą siłą pisma nie będą polscy malakolodzy, trudno będzie myśleć o trafieniu na listę filadelfijską. Chodzi mi o to, że trzeba publikować. Trzeba pozyskiwać autorów i artykuły, bo w ciągu roku nie może być mniej, niż 25 prac oryginalnych. Trzeba coś zrobić.
Mnie jest dobrze o tym pisać: mojego garnuszka nie napełnia dziekan czy rektor przeliczający punkty ipmact factor. Wolny jestem od tego przymusu publikowania dla punktów. Rozumiem też dylematy polskich naukowców, którzy niejednokrotnie stają ustawieni wewnętrznymi przepisami macierzystych uczelni pod ścianą. Są przecież takie wydziały, które do dorobku nie wliczają w ogóle punktów z twz. listy ministerialnej, na której mocno trzymają się nasze Folia Malacologica. Trudno oczekiwać, żeby ktoś dla idei poświęcał czas, badania, pieniądze i zamiast uścisku dłoni dziekana, dostał burę za publikowanie poza listą filadelfijską. Powiem raz jeszcze: trzeba coś zrobić. Mnie mówić łatwo, bo to nie mój kawałek chleba, ale [tu powinna się włączyć patetyczna muzyka, np. jakiś motyw filmowy] za nami dwadzieścia pięć tomów Folia. To jest ogrom pracy już dwóch pokoleń malakologów. Przez to ponad trzydzieści lat widać ogromny postęp, to naprawdę jest międzynarodowe pismo naukowe i fajnie byłoby wejść do jakiejś europejskiej elity malakologicznych pism. Kierunek jest dobry, ale nie można dopuścić do tego, żeby zabrakło paliwa. A paliwem są przesyłane do druku prace.
Trzeba coś zrobić. Może jakimś rozwiązaniem jest zapraszanie zagranicznych współpracowników do publikowania u nas (patrząc na metryki artykułów można być pewnym szybkiego tempa publikacji, to jest mocny argument); w porównaniu z wieloma pismami Folia są też... tańsze, co może być ważnym argumentem dla naukowców z tzw. krajów rozwijających się. Może też warto by poprosić zagranicznych współpracowników o przygotowanie krótkiego dossier w ich języku narodowym, poprosić Francuzów, Belgów, Włochów, Hiszpanów, Węgrów, Turków i kogo tam kto zna, żeby szło w świat. Pojemność tematyczna Folia jest ogromna, to też jest atutem. No i na koniec: akwizycja i marketing bezpośredni: na sympozjach, konferencjach, kongresach mówić o tym, że takie pismo jest.
A na naszym podwórku: corocznie powstaje kilkadziesiąt prac licencjackich, magisterskich i doktorskich poświęconych mięczakom. To też jest jakiś kierunek. Prace dyplomowe mają inne zadania, ale jest naprawdę sporo prac, które powinny być opublikowane. A Folia Malacologica to też świetne miejsce naukowego debiutu. Drodzy Promotorzy, miejcie to na sercu, pomagajcie w tłumaczeniu na angielski i motywujcie do publikowania. Naprawdę o pomstę do nieba wzywa zaleganie wielu prac tylko na półkach wydziałowych bibliotek lub archiwów dziekanatów!
Pierwszy zeszyt 26. tomu już jest. Co to oznacza? Że trzeba już edytować kolejne artykuły i dobrze by było, żeby były. Trzeba coś zrobić.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Zmarła prof. Maria Jackiewicz (29.11.1920 - 21.02.2018)

W piątek wieczorem dotarła do mnie wiadomość, że w dniu 21 lutego 2018 roku odeszła do Wieczności śp. prof. dr hab. Maria Jackiewicz, polska malakolog, wieloletnia wykładowczyni związana z Uniwersytetem Adama Mickiewicza w Poznaniu, wychowawczyni wielu pokoleń polskich biologów.
Spotykałem prof. Marię Jackiewicz od późnego swojego dzieciństwa, mniej więcej koło szóstej klasy podstawówki. Nie osobiście, ale za pośrednictwem lektur, głównie podręcznika Zoologii Bezkręgowców pod redakcją Grabdy oraz klucza do krajowych ślimaków słodkowodnych Piechockiego. Jej nazwisko zawsze kojarzyło mi się z dwoma gatunkami: Galba occulta - który to gatunek opisała (na podstawie materiałów zebranych przez Leszka Bergera) w 1959 roku jako nowy dla nauki (później umieszczany w rodzaju Catioscopa, dziś traktowany jest jako synonim dla Ladislavella) oraz Acicula polita, której przekrój oka (!) rozpalał moją wyobraźnię nad pracą malakologa w laboratorium. Jej nazwisko towarzyszyło mi od początku zainteresowań rodzimą malakofauną, a szczególnego znaczenia nabierał fakt, że było jednym z nielicznych polskich nazwisk przy dwuczłonowych nazwach gatunków notowanych w Polsce.
Maria Jackiewicz studiowała w latach 1945-1950 biologię na Wydziale Matematyczo-Przyrodniczym Uniwersytetu Poznańskiego, wieńcząc je tytułem magistra filozofii w grudniu 1950 roku. Była już wówczas pracownikiem (asystent-stażysta) w Zakładzie Zoologii tejże uczelni, a promotorem jej pracy był prof. Jarosław Urbański. Pod jego kierunkiem przygotowała pracę magisterską pt. Z badań anatomiczno-porównawczych nad niektórymi gatunkami z rodzaju Radix Montfort na terenie Wielkopolski (wydaną w 1954 roku przez PTPN w Poznaniu) oraz pracę doktorską Badania nad zmiennością i stanowiskiem systematycznym Galba palustris O.F. Mull., którą obroniła w dniu swoich imienin, 8.12. 1959 roku.
Zajmowała się systematyką i taksonomią różnych mięczaków, ale największą sławę przyniosły jej badania nad błotniarkami Europy. Uchodziła za niekwestionowany autorytet w tej dziedzinie. Jej prace były jednymi z najczęściej cytowanych prac naukowych. Ponadto zajmowała się badaniami nad Aciculidae (habilitacja w 1967 roku na podstawie histologii A. polita), a w późniejszym czasie włożyła niemało trudu w opracowanie dotyczące Succinidae Polski.
Od września 1991 roku formalnie przeszła na emeryturę, pracując na macierzystej uczelni na połowie etatu, prowadząc wykłady i ćwiczenia. W kwietniu 1997 roku otrzymała tytuł Członka Honorowego Stowarzyszenia Malakologów Polskich (laudację wygłaszał prof. Andrzej Piechocki, jemu zawdzięczam wiele szczegółów biograficznych). Za wybitne zasługi na polu nauki odznaczona była Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Medalem Komisji Edukacji Narodowej.
Zmarła w 98. roku życia, 21 lutego 2018 roku w Poznaniu. Jej pogrzeb odbędzie się 28 lutego 2018 roku, najpierw o godz. 11:15 zostanie odprawiona Msza św. w jej intencji w kościele pw. Objawienia Pańskiego przy ul. Miastkowskiej 128, po czym ceremonie pogrzebowe zakończone zostaną na Cmentarzu Junikowo o godz. 12:30. 
Nie dane mi było spotkać się kiedykolwiek ze śp. prof. Marią Jackiewicz osobiście. Pozostaję jednak jej dłużnikiem wdzięczności za towarzyszenie mi w rozwoju moich pasji.
Niech odpoczywa w Pokoju.









piątek, 23 lutego 2018

Ślimakurier 7

Oczywiście nie muszę rozpoczynać od tego, że nie mogę obrobić się z zaległościami... Jeszcze trochę i wszystkie one zwalą się na mnie i pęknę. Zatrudnianie ślimaka w firmie kurierskiej nie jest dobrym pomysłem, a ja trochę tak właśnie funkcjonuję zawodowo...
A propos ślimaków i kurierów. Jest takie tego połączenie, które jest całkiem atrakcyjne. Mam na myśli redagowany przez Profesor z Wrocławia nieregularnik malakologiczny "Ślimakurier". Jego kolejne numery nie doczekały się wzmianek z mojej strony, stąd deklamując mea culpa i teatralnie bijąc się w pierś, polecam lekturze. Wszystkie dotychczasowe reaktywowane numery dostępne są na oficjalnej stronie Stowarzyszenia Malakologów Polskich. Trzeba zajrzeć i przeczytać.
Zwłaszcza w ostatnim numerze polecam spojrzeć na wspomnienie o śp. profesorze Samku, którego odejście było impulsem do stworzenia kolejnego, siódmego numeru Ślimakuriera.
Gdzie tego szukać? Na stronie Stowarzyszenia, www.malakologia.org. Polecam

poniedziałek, 19 lutego 2018

Marzec w listopadzie, a ja w lutym

Powinienem był o tym napisać już dawno temu i właściwie sam siebie nie przekonałem żadnym usprawiedliwieniem, dlaczego robię to z takim poślizgiem. Komputery w ostatnim czasie dostarczają mi niezbitych dowodów na tezę, że zagłada ludzkości przyjdzie właśnie przez nie...W ciągu ostatnich trzech miesięcy mój komputer dwukrotnie skutecznie zablokował mi pracę na kilkanaście dni w najbardziej newralgicznych momentach i z wielu zaległości do tej pory się nie wygrzebałem. Jedną z tych zaległości jest sprawa doktoratu Magdy Marzec, którą powinienem był jeszcze w listopadzie nagłośnić... Więc robię to w lutym, bo też na "L" (następne byłoby w lipcu?).
23 listopada 2017 roku na Uniwersytecie Wrocławskim miała miejsce obrona pracy doktorskiej Magdaleny Marzec. Przedmiotem pracy była biologia Bulgarica cana, świdrzyka z którym nie miałem dotąd sposobności spotkać się osobiście gdzieś na łonie natury... Dokładny tytuł pracy, który przyniósł Magdzie Marzec stopień doktorski, brzmi Biologia świdrzyka siwego Bulgarica cana.
Jestem tym namolnym szczęściarzem, któremu pracę tę udało się u źródeł zdobyć i w całości przeczytać. Jestem też tym malkontentem, który będzie utyskiwał, że nie będzie z tego książki, ale malkontent pociesza się złożoną mu obietnicą, że w nieodległym czasie na jej podstawie opublikowanych zostanie kilka prac naukowych. Ponieważ moje lektury w językach innych od polskiego nie przynoszą mi wielkiej radości i nawet takiego zrozumienia, cieszę się, że pracę poznałem napisaną w oryginale po polsku. Bardzo bym chciał, naprawdę bardzo, żeby z tego była książka, ale cieszył się będę, jeśli chociaż obszerniejsze fragmenty trafią na jakieś porządne łamy, np do Folia Malacologica. I tutaj powinienem postawić kropkę, ale postawię przecinek, po którym dodam, że strasznie potrzeba jest pisać do Folii! Tutaj wykrzyknik. I bez żartów: zaraz powinien wyjść pierwszy zeszyt 26 tomu Folia Malacologica, i naprawdę byłoby dobrze, żeby znalazły się w nim jakieś teksty. Najlepiej dobre, choćby tak dobre jak biologia gatunku Bulgarica cana...
Bulgarica cana ze strony tytułowej rozprawy doktorskiej Magdaleny Marzec
A o biologii świdrzyka siwego napiszę na blogu, jak tylko się z nim w lesie spotkam. I mam nadzieję zrobić to w tym roku...

wtorek, 30 stycznia 2018

XXXIV Krajowe Seminarium Malakologiczne - zapowiedź

No to już wiadomo gdzie i kiedy. Od 13 do 15 września 2018 r. w Toruniu powinno się zagęścić od malakologów. Z Polski, ale też - miejmy nadzieję - z zagranicy. Pora dobra, bo lato, miejsce piękne, bo Toruń... Pozostaje tylko rezerwować termin i planować wystąpienie.
A propos terminów. Organizatorzy - malakolodzy z Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i Stowarzyszenie Malakologów Polskich - apelują, żeby do 14 lutego przesłać deklarację udziału. Nie chodzi o zgłoszenie, a deklarację, żeby wiadomo było wstępnie, jak rozmawiać o finansach...
Inne ważne terminy: 13 maja 2018 - wpłata wpisowego, 3 czerwca 2018 - przesłanie tematu wystąpienia i jego streszczenia.
Jest więc kilkanaście dni na zastanowienie i kilka miesięcy na podziałanie w tym temacie.
Przyznaję się bez bicia, że nie mam jeszcze wykrystalizowanego pomysłu na wystąpienie, mam jednak wielką potrzebę pojawić się w Toruniu, więc czas się chyba brać do roboty...

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Prof. Andrzej Samek (22.06.1924-14.01.2018) - in memoriam

Jeśli w dzisiejszych czasach określenie "Człowiek renesansu" nie pozostaje tylko stylistyczną figurą, to nie znam drugiej osoby, której tytuł ten by równie godnie przysługiwał. Nie znam drugiej osoby, która by swoim życiem tak zapracowała na za to zaszczytne miano. A dziś pozostaje mi powiedzieć, z prawdziwym bólem i rozbiciem: odszedł prawdziwy człowiek renesansu...
W niedzielę, 14 stycznia, w wieku blisko dziewięćdziesięciu czterech lat odszedł do Wieczności profesor Andrzej Samek, wybitny naukowiec, dydaktyk, autor podręczników i popularyzator nauki, a właściwiej: różnych nauk. Odszedł człowiek wielu pasji, niezwykły autorytet dla wielu, naprawdę wielu... Jeszcze do niedawna spotkać go można było dyżurującego w pokoju 124 w Katedrze Automatyzacji Procesów Wydziału Inżynierii Mechanicznej i Robotyki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Jeszcze pół roku temu na Politechnice Krakowskiej, z którą również był związany zawodowo, organizował konferencję w ramach "Uniwersytetu Młodego Odkrywcy". Trudno nawet wymienić większość zainteresowań naukowych, którymi się zajmował w swoim długim, pracowitym i twórczym życiu, wystarczyłoby, aby obdzielić kilka życiorysów. Jego odejście to wielka strata dla środowiska polskich malakologów, a mnie jakoś szczególnie trudno wyrażać się o Profesorze w czasie przeszłym...
Na świat przyszedł 22 czerwca 1924 roku w Krakowie, i z tym miastem sercem związany był przez całe życie. I choć jego serce, jak również kariera zawodowa i życie rodzinne należały do Krakowa, był to jeden z tych umysłów, dla których świat był za mały. Ukończył studia inżynierskie na Oddziale Lotniczym Wydziału Politechnicznego Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie (1950), następnie pracował w szkolnictwie średnim technicznym, by w latach sześćdziesiątych wrócić do pracy dydaktycznej i badawczej na Politechnice Krakowskiej. W latach siedemdziesiątych przygotował i opublikował podręczniki z zakresu budowy maszyn, w latach osiemdziesiątych zorganizował pierwsze w Polsce studia z zakresu robotyki, a w latach dziewięćdziesiątych w szczególny sposób podjął się działań w zakresie bioniki, w której to dziedzinie był niekwestionowanym w Polsce autorytetem. Jednocześnie poza działalnością zawodową, którą strasznie tu okroiłem, oddawał się innym swoim pasjom, do których należały lotnictwo, przyrodoznawstwo i historia. W odniesieniu do Profesora Samka wyrażenie "Człowiek Renesansu" nie ma nic wspólnego z przesadą czy kokieterią. Niech bronią tego fakty: publikował książki popularyzujące zarówno konchistykę (w tym pierwszą na polskim rynku książkę poświęconą w całości muszlom: Świat muszli z 1976), jak i historię nauk przyrodniczych (Historya naturalna, czyli... z 1994 roku), a w drugiej dekadzie XXI wieku spod jego ręki wyszły książki o historii lotnictwa węgierskiego oraz historia floty... austriackiej. Jeśli tego mało, proszę spojrzeć do wydanej w 2004 roku książki Atlas muszli ślimaków morskich i na prawie pół tysiąca gwaszów, które wykonał osobiście, z niezwykłym pietyzmem i realizmem do zilustrowania atlasu. Na to wszytko dołożyć trzeba jeszcze podręczniki akademickie, w tym podręcznik Bionika (2013) oraz Kształcenie inżynierów (2017).
Profesor Andrzej Samek był pierwszym moim mistagogiem malakologii. To jemu zawdzięczam wprowadzenie w "świat muszli", to właśnie jego książka stała u początku moich zachwytów nad muszlami morskimi. Choć znałem innych autorów, z których czerpałem wiedzę naukową o ślimakach, Samek jako pierwszy ukazał mi muszlę jako wartość, jako kulturowy kod towarzyszący człowiekowi od prehistorii.
Był aktywnym członkiem Stowarzyszenia Malakologów Polskich, któremu w uznaniu zasług dla rozwoju polskiej malakologii nadano w 2007 roku tytuł Honorowego Członka SMP. Na seminariach malakologicznych bywał od samego początku, uwrażliwiając malakologów na różne konteksty ich badań...
Spotkaliśmy się tylko raz, w październiku 2014 roku w Łopusznej, podczas XXX Krajowego Seminarium Malakologicznego. Rozmawialiśmy najpierw jakoś ogólnikowo podczas sesji posterowej, a potem dłużej po moim referacie o ozdobach z muszli. Miał gotowe kilka podpowiedzi, gdzie temat można byłoby rozwinąć, podawał nazwy miejscowości, epoki historyczne, konteksty... Dziś wspominając tamtą rozmowę, słysząc jego głos, ze ściśniętym gardłem, wspominam jednego z największych erudytów, jakiego w życiu spotkałem. Podobno przygotowywał kolejną książkę, poświęconą w całości głowonogom. Nie napiszę już maila z pytaniem, kiedy do księgarń praca ta trafi... Już nie napiszę...
Wspominam dziś Profesora Andrzeja Samka z żalem, jaki towarzyszy stracie osoby bliskiej. Był mi bliski, bardzo bliski, nie w relacjach, a w wyznawanych wartościach, w misji budowania mostów między myślą a obserwacją, między techniką a przyrodą.
Uroczystości pogrzebowe ś.p. Profesora Andrzeja Samka odbędą się w piątek, 19 stycznia 2018 r. o godz. 13:40 w kaplicy Cmentarza Rakowickiego w Krakowie.


Na stronach internetowych Radia Kraków dostępne są do odsłuchania wypowiedzi Profesora Samka popularyzujące bionikę. Ci, którzy mieli szczęście znać go osobiście i słuchać jego wykładów, wiedzą, z jaką pasją potrafił opowiadać o swoich obserwacjach i badaniach, ile zaangażowania wkładał w udostępnianie wiedzy, w budowanie mostów między techniką a przyrodą. Wiedzą, jak głęboki, pracowity i mądry człowiek krył się za tymi słowami. Człowiek Renesansu.

Niech odpoczywa w pokoju.
prof. dr hab. inż. Andrzej Samek (22.06.1924 - 14.01.2018)
 




czwartek, 11 stycznia 2018

Wiara i rozum

Marzy mi się zająć się tym tematem kiedyś na poważnie, nawet w oderwaniu od głównych moich zainteresowań krążących wokół mięczaków. Marzy mi się dokonać kwerend poszerzonych i skrupulatnych. Marzy mi się wciągnięcie w to działanie wielu ludzi podobnie do mnie zainteresowanych tym obszarem. Marzy mi się i kiedyś za to marzenie się wezmę. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś...
Relacje między wiarą i rozumem mogą iść w bardzo różnych kierunkach. Ja wierzę  i jestem przekonany o możliwości godzenia obu i śmiem przypuszczać, że nie jestem w tym przekonaniu osamotniony. A ponieważ dziś mija 380. rocznica urodzin błogosławionego Nikolasa Steno, pomyślałem z okazji skorzystać.
Urodzony w Kopenhadze Niels Stensen nie był malakologiem, więc nie powinien zaprzątać mi głowy. Jednak jego nazwisko powinno być znane i wśród malakologów, zwłaszcza tych, którzy w badaniach swoich korzystają ze zdobyczy geologii i paleontologii. Stensen jest bowiem uważany za ojca stratygrafii, a sformułowane przez niego podstawowe zasady tej dziedziny obowiązują do dziś. Opublikowane w 1666 roku wnioski dotyczące zębów rekinów i "kamiennych języków" otworzyły drogę do racjonalnego wyjaśniania zjawisk geologicznych. I choć sam Sensen niedługo potem dokonał konwersji na katolicyzm i po kilku latach został biskupem wśród katolickiej mniejszości północnych Niemiec i Danii, zarzuciwszy aktywność geologa i anatoma, wkład jego w racjonalną interpretację dziejów Ziemi jest ogromny. Trzeba przecież pamiętać, że w tamtych czasach w amonitach widziano węże zaklęte w kamień, a i wiele koncepcji naukowych opartych było na utrwalonych przesądach (dziś zresztą jest podobnie...). Bynajmniej nie za prace geologiczne, a za moralną postawę w służbie Kościołowi Steno został beatyfikowany przez Jana Pawła II, nie mniej jest przykładem człowieka, którego uskrzydlały tak wiara, jak i rozum.
Kiedy zdarza mi się sięgać po opracowania z zakresu stratygrafii czy paleontologii, które w rozwoju moich malakologicznych dociekań stanowią integralną cząstkę, wspominam zawsze postać bł. Nikolasa Stensena. Dobrze, że byli tacy, którzy mieli odwagę wierzyć i szukać prawdy...
Byli przed nim i po nim ludzie, którzy w refleksji nad światem dopuszczali do głosu interpretację wiary i rozumu. W tym roku minie dwadzieścia lat o momentu, kiedy wspomniany już Jana Paweł II ogłosił encyklikę Fides et ratio poświęconą temu problemowi. Może więc jest to tym bardziej sprzyjający czas, żeby wziąć się za realizację jednego z marzeń?

Google doodle z 11.01.2012 r.