środa, 12 grudnia 2018

Folia Malacologica - Tom 26 Zeszyt 4

Wczoraj, 11 grudnia 2018 r., opublikowany został czwarty zeszyt dwudziestego szóstego tomu rocznika Folia Malacologica. To nasze jedyne krajowe pismo malakologiczne, które od ponad trzydziestu lat (z krótkimi przerwami na początku lat dziewięćdziesiątych) jest areną publikacji dorobku polskich malakologów, a od kilkunastu lat jest profesjonalnym międzynarodowym pismem malakologicznym z językiem angielskim jako językiem publikacji. Choć pismo wciąż nie trafiło na tzw. listę filadelfijską, obserwowany jest wzrost zainteresowania autorów nawet z odległych stron. Lista państw, których przedstawiciele publikowali w Folia systematycznie się wydłuża.
Widać to też w ostatnim z wydanych zeszytów. Poza krajowymi autorami pojawili się również malakolodzy z Niemiec, Turcji, Węgier, Brazylii oraz Indii. Mam nadzieję, że będzie się to przekładać na świętą Cytowalność, której kult w nauce rozwija się w patologicznych rozmiarach w ostatnich dziesięcioleciach... Świętej Cytowalności poświęcę kiedyś odrębny felieton, teraz tylko kij włożę w mrowisko twierdząc, że odkrywca tzw. fauny z Ediacara nie spotkał się z uznaniem redakcji Nature, która odrzuciła jego artykuł jako nie wnoszący niczego nowego do nauki...
Omawiany tom prezentuje całe spektrum malakologicznych zagadnień, od tematów ekologiczno-protekcyjnych, przez faunistykę, rewizję systematyczną, ochronę roślin, geologię czwartorzędu a na recenzjach książek i wystaw skończywszy. Na łamach Folia najpełniej ujawnia się coś, co można by nazwać interdyscyplinarnością malakologiczną: różne dziedziny, różne metodologie, różne cele, ale ten sam przedmiot badań, czyli mięczaki, nie ograniczone do jednego obszaru, jednego środowiska czy jednej gromady. Uważam, że to wszystko stanowi o wartości publikowania w Folia.
Święta Cytowalność w swoim kulcie jest tutaj jeszcze nienasycona, ale kiedyś się to zmieni. Trudno przekonywać autorów zmuszanych do publikowania w pismach z wysokim imact factor, żeby składali artykuły w naszym roczniku dla samych punktów. Jest jednak wiele innych walorów publikacji w tym piśmie. Nie dość, że każdy artykuł jest recenzowany (a lista recenzentów to naprawdę porządne nazwiska światowej malakologii), to i czas publikacji jest bardzo krótki, a koszta właściwie żadne.
Osobiście polecam uwadze i lekturze.

piątek, 30 listopada 2018

Odnowienie Doktoratu profesora Andrzeja Piechockiego

Jest taki uczelniany zwyczaj (wieloletni, choć nie wiekowy), że osoby szczególnie zasłużone dla rozwoju nauki czy uczelni, czci się uroczystością Odnowienia Doktoratu po pięćdziesięciu latach od jego obrony. Taki złoty jubileusz doktoratu. Zdarzyło się, że w dniu wczorajszym, 29 listopada 2018 roku, Uniwersytet Łódzki uhonorował w ten sposób trzech pracowników nauki, w tym profesora Andrzeja Piechockiego, malakologa, który swoją karierę naukową związał z Łodzią.
Urodzony 14 maja 1938 roku w Bydgoszczy na miejsce studiów wybrał Łódź, argumentując - jak to podkreślił w dniu wczorajszym - że była dalej od domu niż Toruń. Na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi UŁ obronił w 1961 roku pracę magisterską Mięczaki Parku Ludowego w Łodzi (obecnie to Park im. J. Piłsudskiego na Zdrowiu). Pracy tej nigdy nie miałem okazji poznać, w odróżnieniu od na przykład doktoratu czy habilitacji, które to znane są mi od lat. Z doktoratem Andrzeja Piechockiego jest tak, że wyłowił go w Grabi, nizinnej rzecze (dopływ Widawki, dopływu Warty, dopływu Odry), podobnie jak kilku innych biologów związanych z Uniwersytetem Łódzkim. Przez kilka lat żyłem w mieście nad tą rzeką i miałem niejednokrotnie ambicję sprawdzenia po kilkudziesięciu latach opisanych w doktoracie stanowisk. Nigdy oczywiście tych ambicji nie doprowadziłem dalej jak do etapu planów, a wszystkie moje nad Grabią pobyty miały miejsce na stanowiskach innych niż opisane w pracy Mięczaki (Mollusca) rzeki Grabi i jej terenów zalewowych obronionej w 1968 roku, a opublikowanej we Fragmenta Faunistica w roku następnym. Promotorem tej pracy (podobnie jak wcześniejszego magisterium) był prof. Leszek Pawłowski.
Uroczystość odnowienia doktoratu wiąże się z przedstawieniem dorobku jubilatów. Dokonuje tego promotor, w omawianym przypadku był nim prof. Jacek Siciński. Podkreślając dorobek jubilata wspomniał tylko na końcu wystąpienia, że Jubilat jest również aktywny na polu literackim. Ten wątek nie został w żaden sposób rozwinięty, a okazja była, więc pozwolę sobie tutaj na minimalne uzupełnienie. Przed kilkoma dniami trafiła do księgarń (w Bydgoszczy i w Łodzi, w tym mieście konkretnie do Księgarni Naukowej przy ul. Kopcińskiego) powieść Obywatel Jan P. autorstwa łódzkiego malakologa. Nie jest to oczywiście fabularny debiut, taki nastąpił już niemal dekadę temu najpierw w formie reportażu (Ekspedycja, 2010) a następnie w formie powieści Ucieczka z Akademii IQ, 2012 (obie te książki recenzowałem na tych łamach). Tym razem czytelnik otrzymał sporą dawkę wiedzy historyczno-obyczajowej ubranej w narrację o Janie P., prywatnie o ojcu Autora. Od kilku dni leży ta książka przy nocnej lampce, ale natłok spraw zawodowych nie pozwolił mi na przeczytanie więcej niż kilkudziesięciu stron. Czyta się szybko i dość przyjemnie, choć czasem utykam na jakichś erudycyjnych szczegółach. Nie jest to recenzja, ale wszystkim, którzy profesora Andrzeja Piechockiego znają, tę powieść polecam jako "autobiografię rozszerzoną". Napiszę o tym za kilkanaście, może kilkadziesiąt dni, kiedy uporam się z zawodową karuzelą.
Jubilat w czasie wystąpienia, 29.11.2018

Najświeższe dzieło Andrzeja Piechockiego

Doktorat Andrzeja Piechockiego

wtorek, 27 listopada 2018

XXXV Krajowe Seminarium Malakologiczne - zapowiedź

Już wiadomo gdzie, lecz kiedy - na to czekać trzeba jeszcze kilka dni, zdecyduje demokracja. Znaczy większość. Chyba, że będzie po połowie, wtedy... Wtedy nie wiem, ale się dowiem!
Wiadomo już, że XXXV Krajowe Seminarium Malakologiczne odbędzie się w  hanzeatyckim mieście Szczecinie, natomiast rozpisano właśnie plebiscyt mający wyłonić termin. Zaproponowano dwa: 10-12 kwietnia 2019 roku lub 8-10 maja 2019 roku. Nie dokonałem jeszcze kalkulacji, który z nich dla mnie lepszy. W Szczecinie byłem i w kwietniu, i w maju. Nawiasem mówiąc byłam tam trzykrotnie (za pierwszym razem w listopadzie) i każdorazowo miałem wietrzną i chłodną pogodę. Może tym razem będzie inaczej. W maju Szczecin rozkwita różowymi kasztanowcami, których jest tu zdecydowanie więcej niż w innych miastach. Piękniej też w maju prezentują się szczecińskie platany. Kwiecień byłby dla mnie zawodowo bezpieczniejszy, więc muszę pogłówkować.
Dla wszystkich zainteresowanych wyznaczono czas do 3 grudnia, należy zdążyć z deklaracją terminu. Zdecyduje większość wskazań i na jej podstawie w kwietniu lub maju malakolodzy zjadą do Centrum Naukowo-Badawczego Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Szczecińskiego przy al. Mickiewicza 16.
Kiedy tylko pojawią się nowe informacje, postaram się na bieżąco je udostępniać. Już teraz czas, aby zastanowić się nad treścią i formą wystąpienia (referat, komunikat lub poster), ja w tej chwili bladego pojęcia nie mam, czym mógłbym się podzielić z malakologami. Czasu troszkę zostało, ale jak przyjdzie wysyłać streszczenie, to dobrze już coś mieć. Termin wiosenny ten ma mankament, że ciężko w czasie zimy o uzupełnienie obserwacji lub zbiorów w terenie, więc trzeba będzie pójść w innym nieco kierunku. Zobaczymy.
Organizatorem XXXV Krajowego Seminarium Malakologicznego są prof. Marianna Soroka i dr Brygida Wawrzyniak-Wydrowska i jeśli kto nie otrzymał pierwszego komunikatu organizacyjnego, powinien skontaktować się z Organizatorami. Tam również należy przesyłać swoje deklaracje dotyczące terminu.


sobota, 10 listopada 2018

Do Niepodległej

Niejednokrotnie wspominałem już wielkie umysły związane z malakologią, których losy wplatały się w skomplikowane historie niepodległościowych dążeń Polaków. Dybowski, Jelski, Poliński czy Wagner to nazwiska, które mocno zapisały się w polskiej, a nawet światowej malakologii. A jest też nazwisko, które zdecydowanie rzadziej się pojawia wśród malakologów polskich okresu odzyskania niepodległości. Wstyd mi wyznać, ale prawie nic nie wiem na na temat biografii jedynej kobiety wśród polskich malakologów I połowy XX wieku. Ponieważ w przeddzień obchodów 100 rocznicy Odzyskania Niepodległości wiele mówi się o ojcach Niepodległej, zasadnym wydaje mi się, aby choć krótko wspomnieć i o "matkach" Niepodległej.
W roku 1885 na świat przyszła Maria Młodzianowska, późniejsza zoolog związana z Uniwersytetem Poznańskim. Studiowała w Kijowie. Obecność kobiet na ówczesnych uniwersytetach nie była oczywistością, a w wielu rejonach Europy studiujące kobiety stanowiły rzadkość. W polskich realiach wyglądało to inaczej: rodziny, często pozbawione ojców czy synów odpowiedzialnych za utrzymanie, szybko przechodziły pod zarząd zaradniejszych kobiet. Żony i córki zesłańców, więźniów politycznych, uciekinierów czy emigrantów być może bardziej przyczyniły się do przetrwania polskości niż zaangażowani w wykrwawiające działania mężowie i synowie Polski.
Polskie kobiety, walczące o swoje prawa, o równouprawnienie, prawo głosu itd. były zjawiskiem dużo bardziej naturalnym, niż ich odpowiedniczki we Francji i wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii. Być może właśnie w takim klimacie wychowywała się Maria Młodzianowska. Dość zaznaczyć, że w 1925 roku uzyskała doktorat na Uniwersytecie Poznańskim. Zajmowała się faunistyką przygotowując publikacje poświęcone mięczakom Wielkopolski, która wówczas był stosunkowo słabo zbadanym malakologicznie obszarem Rzeczpospolitej. Przygotowała również ważną pracę o mięczakach Wileńszczyzny. To ona stała za wprowadzeniem w malakologiczne arkana późniejszego profesora Jarosława Urbańskiego, do jej uczniów należał również Jerzy Adamowicz (1908-1939), badacz mięczaków Polesia, ofiara pierwszych tygodni II Wojny Światowej... Maria Młodzianowska-Dyrdowska zmarła w Poznaniu w 1931 roku, w wieku zaledwie 46 lat.
Nie znam innych malakologicznych biografii polskich kobiet. Być może nie było innych, a może po prostu nigdy ich działalność nie poszła dalej jak zbiory, obserwacje czy kolekcjonowanie. Jestem jednak przekonany, że bez tego żeńskiego pierwiastka nie byłoby niepodległej Polski.


środa, 31 października 2018

Ocalić od zapomnienia

Nagła zmiana pogody na słoneczną pewnie zachęci, żeby jutrzejszy dzień Wszystkich Świętych bardziej spędzić na cmentarzach niż w domach. Jeszcze niedawno straszono, że złota polska jesień to już przeszłość, a oto za oknem i ciepło, i słonecznie. Jakkolwiek nigdy nie potrafiłem zrozumieć polskiej tradycji przejeżdżania Polski wszerz i wzdłuż (ale zawsze w korkach) w celu tzw. grobingu, tak zachęcałbym w tym roku, aby naprawdę troszkę czasu na cmentarzach spędzić. Nic podobno tak nie przywraca apetytu na życie, jak powtarzanie memento mori...
Za sprawą warszawskiej malakolog Dominiki Mierzwy-Szymkowiak wpadł w moje ręce trzeci numer nowej serii Memorabilia Zoologica wydawanych przez Muzeum i Instytut Zoologii PAN w Warszawie. Tom poświęcony jest działalności Jana Sztolcmana, którego dziewięćdziesiąta rocznica śmierci minęła 28 kwietnia 2018 roku. Sztolcan, którego główna aktywność nakierowana była na faunę Ameryki Południowej, jest być może lepiej znany w Peru, niż w Polsce. Niewątpliwie, o czym świadczy również opracowana w Memorabiliach korespondencja, należał do czołowych zoologów ówczesnego świata. Dziś mało kto kojarzy to nazwisko z osiągnięciami dla nauki i dla Polski...
1 listopada to dzień, w którym można sobie uświadomić, że uczestniczymy w podwójnej sztafecie: ewolucji i wiedzy. Dziedziczymy geny po naszych przodkach, ale też dziedziczymy ich wytwory pracy. Czasem to drugie dziedzictwo ma nie mniejszy wpływ na nasze życie, co genetyczny bagaż. Chciałbym, aby w tym klimacie cmentarnych zadumań taka pojawiała się myśl, że my z nich wszyscy, nawet jeśli genetycznie odlegli, to w sensie dziedzictwa - nawet nieuświadomionego - jesteśmy kolejną zmianą tej sztafety rozpoczętej zejściem z drzewa...
Cieszy mnie, że są jeszcze ludzie, którzy nie rezygnują z wysiłków przybliżania potomnym pamięci o tych, którzy kiedyś budowali nasz świat. I towarzyszy mi poczucie wdzięczności za tę aktywność. Mam też nadzieję, że to poczucie wdzięczności będzie podstawową tonacją zapalonych świeczek...

niedziela, 21 października 2018

Pożegnanie z sezonem

Chłodami straszą. Mówią, że kończy się złota polska jesień i że zaraz tąpnie zima. Czy ich słuchać, tego nie wiem, czasem się nie pomylą... Doświadczenie mi podpowiada jednak, że w drugiej połowie października warto ze sobą jakąś fiolkę nosić, ale nie ma co szaleć, bo już po sezonie. Trudno mi się z tym pogodzić, że kolejny rok terenowy można zaliczyć do czasu przeszłego (nie)dokonanego, ale chyba nie ma innego wyjścia...
Wiele wskazuje, że w zeszłym tygodniu zakończyłem sezon. Wierzę w cuda, ale raczej tu się ich nie spodziewam. Poszedłem, bo miałem nadzieję znaleźć konkretnie jeden gatunek, Acanthinula aculeata, ale nie miałem szczęścia. Za sucho. Ten rok w ogóle uważam za wyjątkowo suchy i pod tym względem za mało udany. Wyskoczyłem na dwa kwadranse do Lasu Chełmskiego, czyli takiego niezwykłego miejsca między Łodzią a Zgierzem. Lubię to miejsce. Bywały takie lata, że trudno tam było przejść, żeby przypadkiem nie rozdeptać jakiegoś ślimaka.
Byłem, ale nie znalazłem jeżynki kolczastej. Może innym razem. Nie znalazłem właściwie niczego nadzwyczajnego, ale przynajmniej popatrzyłem sobie na parę gatunków. Dosłownie kilka kroków od siebie znalazłem Limax maximus i Limax cinereoniger. Te akurat sporo się od siebie różniły, ale generalnie osobniki tych gatunków potrafią być do siebie bardzo podobne, a odróżnić je najłatwiej po ciemnych obrzeżach stopy L. cinereoniger.  Jest to miejsce, gdzie bardzo licznie występuje Alinda biplicata. Dorosłych osobników znalazłem kilka, ale młodocianych zdecydowanie więcej, w tym takie siedzące na drzewie na wysokości ok. 60-80 cm. Czyżby znaczyło to, że młodzież nie boi się zimy? (Chodzenie w czapkach to też nie jest ulubione zajęcie gimbazy, więc może brak respektu dla chłodu to taka cecha wspólna młodego pokolenia nawet odległych ewolucyjnie gatunków...)
Spotkałem Euconulus fulvus, ale tylko jednego osobnika. Sporo było Zonitidae, ale nie oznaczyłem jeszcze, co to może być. Był też duży Arion (pewnie vulgaris), Cepaea nemoralis, Arianta arbustorum... Widać, że większość już się do zimy szykowała. Gdyby przez ostatnie miesiące nie było tak sucho, mogłoby to wszystko wyglądać inaczej.
W krzaki już raczej nie pójdę. Nie było w tym roku za dużo okazji, a nawet jak były, to aura mała sprzyjała. Czuję się nienasycony. Może następny rok będzie lepszy. Chciałbym poszukać troszkę więcej gatunków, których do tej pory nie poznałem za mocno, zwłaszcza z rodziny Milacidae. Wiele jest takich gatunków, trzeba się w cierpliwości ćwiczyć. Oby to tylko nie było siedem chudych lat, bo mnie jakaś -wica strzeli...
Arion cf. vulgaris

Limax cinereoniger

Limax maximus



Alinda biplicata

niedziela, 30 września 2018

Zaroślarka pospolita Fruticicola fruticum (O.F. Müller, 1774)

Pierwszy raz spotkaliśmy się, jeśli dobrze pamiętam, pod koniec czerwca 1998 roku. To było podczas spaceru po Niebieskich Źródłach w Tomaszowie Mazowieckim. Później spotykaliśmy się dość często w różnych częściach naszego kraju, choć nie były to spotkania najczęstsze. Ostatnio w czasie Krajowego Seminarium Malakologicznego przypomniał mi o niej Artur Osikowski z Krakowa i pomyślałem, że i ja powinienem o niej przypomnieć.
Zaroślarka pospolita Fruticicola fruticum (O.F. Müller, 1774) to lądowy ślimak, który w mojej pamięci utknął jako Bradybaena. Nie wiem, kto się uparł przenieść ją do rodzaju Fruticicola, muszę się przestawić na nową nomenklaturę. Polski epitet gatunkowy wskazuje, że jest to gatunek pospolity. I w Polsce śmiało za taki może być uznany. Wśród lądowej malakofauny naszego kraju pojawia się często, zwłaszcza w podmokłych zaroślach (stąd nazwa rodzajowa), szczególnie lubując się w pokrzywach. Na tle innych lądowych ślimaków jest zaroślarka ślimakiem dość dużym, wielkością ustępuje tylko przedstawicielom Helicidae. Szerokość muszli waha się między 17 a 20 mm, zaś wysokość kształtuje się w przedziale 14-16 mm (podaję za Wiktorem, 2004). To, czym bardzo łatwo odróżnić zaroślarkę od na przykład ślimaka zaroślowego Arianta arbustorum jest dołek osiowy, który u Fruticicola jest dobrze widoczny, odkryty, głęboki i stanowi ok. 15% szerokości muszli. Powołuję się na to podobieństwo, bo właśnie przy okazji pierwszego spotkania w czasie zbioru byłem przekonany, że zebrałem kilka niedojrzałych osobników ślimaka zaroślowego i dopiero w domu zorientowałem się, że to nie młodzież, a zupełnie inny gatunek. Trochę to z powodu muszli, która - zwłaszcza w przypadku jaśniejszych osobników - jest na tyle cienkościenna, że prześwieca przez nią rysunek kompleksu palialnego. Jeśli jeszcze do tego dołożyć brązowy, brązowawy lub brązowoczerwony pasek, przebiegający wzdłuż muszli, niewprawiony amator może się w pośpiechu pomylić. Ale tylko w pośpiechu. Sama muszla, jeśli nie ma się do czynienia z żywym osobnikiem, może być biaława (kiedyś znalazłem fragment mlecznobiałej, lśniącej), żółtawa, zielonkawa (zwłaszcza u żywych jasnych osobników), brązowawa, rogowoczerwonawa z różowawą wargą, lekko tylko wywiniętą. Puste muszle mogą być podobne do skorupek ślimaka pagórkowego Euomphalia strigella, który jednak jest nieco mniejszy, a dołek osiowy jest z kolei nieco szerszy niż u zaroślarek.
Chcąc szukać zaroślarki najlepiej wybrać się w łęgowe zarośla, olsy czy zakrzewienia na brzegach podmokłych lasów. Z reguły wybiera miejsca zacienione, choć znajdowałem ją najczęściej wzdłuż dróg i ścieżek. Lubi pokrzywy, a oglądając je najlepiej patrzeć na spodnią stronę liści, bo zaroślarki nie lubią się rzucać w oczy. Można jej też szukać w ściółce, gdzie chroni się w czasie dłuższych okresów bez deszczu.
Podobno jest to gatunek europejski. Stanowiska z Rosji odnoszą się tylko do jej europejskiej części. Wschodnią granicę wyznacza Ural i Kaukaz, na północy kontynentu sięga Skandynawii, zaś na południu Europy notowana jest z Bałkanów. W Polsce najczęściej spotykałem ją w południowej i centralnej części kraju, ale pamiętam też ten gatunek z Koszalina.
Zespół krakowskich malakologów-genetyków pracuje obecnie nad określeniem zmienności genetycznej rodzaju Fruticicola. Bardzo jestem ciekaw wyników tych badań. Genetyka strasznie namieszała ostatnio w taksonomii i pewnie jeszcze sporo czasu upłynie, zanim miną wątpliwości związane z przynależnością gatunkową bądź rodzajową poszczególnych gatunków. Gdyby ktoś zechciał włączyć się w te działania, może skontaktować się z dr hab. Arturem Osikowskim z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, który koordynuje badania. Zwłaszcza północna Polska poleca się uwadze.
Rok 2005, okolice Uścia Gorlickiego

To samo miejsce, a ślimak zupełnie inny...

niedziela, 16 września 2018

I po XXXIV Krajowym Seminarium Malakologicznym

Zbyt intensywnie spędzałem czas w Toruniu, by móc na bieżąco zdawać relację z XXXIV Krajowego Seminarium Malakologicznego. Myślę, że może z wyjątkiem profesora Camerona z Sheffield, wszyscy uczestnicy dotarli już do domów.
Wkrótce udostępnione będą materiały konferencyjne, więc nie będę streszczał tego, co zostało powiedziane. Uwagę zwróciłem na wystąpienia morskie, jakoś szczególnie mnie zainteresowały, bo i rzadziej dotąd były prezentowane wśród malakologów. Prof. Wolnomiejski mówił o odżywianiu głowonogów na szelfie falklandzkim i bardzo mnie to ciekawiło. Prof. Kornijów mówił o nowym dla naszej fauny małżu Rangia cuneata, próbując określić przyczyny zmienności liczebności populacji w Zalewie Wiślanym. A ponieważ małż ten jest u nas nowością, referujący "poczęstował" uczestników muszlami zebranymi w Polsce. Dzięki temu moje zbiory porównawcze powiększyły się o kolejny gatunek.
Trzecim z tematów morskich był referat o zmianach w bentosie Bałtyku. Wnioski, które prezentował dr Jan Warzocha z MIR w Gdyni mogą niepokoić: na podstawie czterdziestu lat obserwacji wyraźnie widać, że dno Bałtyku umiera. Nie jest już w ogóle notowany rogowiec zwapniały Macoma calcarea, a sercówka drobna Parvicardium hauniense nie występuje już w płytkowodnych rejonach porośniętych roślinnością morską. Z każdym rokiem drastycznie zmniejsza się areał bałtyckich małży w Głębi Gdańskiej, Rynnie Słupskiej i Głębi Gotlandzkiej, a biomasa rogowca bałtyckiego Limecola balthica sukcesywnie spada. Smutne to.
Ciekawy był też debiut naukowy Izabeli Gałeckiej, która mówiła o rodzaju Lithoglyphus w osadach czwartorzędowych Europy. Młodzi adepci malakologii (mianownik wspólny: przed doktoratem) byli oceniani przez Komisję ds. Nagród SMP, która po ciężkich obradach uznała wystąpienie Ani Dzierżyńskiej-Białończyk za najlepsze wystąpienie młodego pokolenia. Tutaj warto dodać, że nagrodą w czasie przyszłorocznego KSM będzie zwolnienie z opłaty wpisowej na kolejne Seminarium. O tym jeszcze za chwilę.
Niektóre z referatów pozostawiły we mnie wątpliwości, które prowokują do poszukiwań odpowiedzi. Na przykład Aleksandra Rysiewska z UJ, badająca rodzaj maleńkich źródlarkowatych Bythinella, podała dane z badań molekularnych i anatomicznych, z których bardzo trudno wnioskować o liczbie krajowych gatunków z tego rodzaju. Nie dość, że morfologia muszli na niewiele się zdaje przy badaniu tych ślimaków, to i identyfikacja na podstawie anatomii układów rozrodczych nie idzie w parze z genetyką. Bardzo jestem ciekaw ostatecznych wniosków, które stanowić będą przygotowywany doktorat.
Były takie wystąpienia, na których siedziałem jak na tureckim kazaniu. Między innymi referaty o rewizji molekularnej Melanopsidae (które próbowałem niedawno pooznaczać z Jeziora Galilejskiego) czy bardzo porządnie przedstawione różnice w budowie układów rozrodczych przedstawicieli podrodzin Clausiilidae. Wnioskuję, że sporo jeszcze przede mną do nadrobienia.
Ucieszyłem się wystąpieniem Krzysztofa Kolendy, który mówił o zmarłym przed sześciu laty prof. Leszku Bergerze (przygotowywałem przed laty wspomnienie na tych łamach). Dla mnie to zapis coraz rzadziej występującej relacji uczeń-mistrz opartej na fascynacji i obopólnym szacunku.
Poza częścią referatową i posterową również się wiele działo. Odbyło się Walne Zebranie Członków Stowarzyszenia, w czasie którego przyjęto uchwałę o ustanowieniu Medalu im. Prof. Urbańskiego. Ustalono też, że następne (XXXV) Krajowe Seminarium Malakologiczne odbędzie się wiosną 2019 roku i zostanie zorganizowane przez malakologów ze środowiska szczecińskiego.
Było też integracyjnie i wycieczkowo (do zamku w Golubiu-Dobrzyniu). Za mało za to było samego Starego Torunia, który raczej przebiegłem w poszukiwaniu pierników, niż przeszedłem spijając ciepło gotyckich murów. Będzie na następny raz. Za to znalazłem kilka chwil, żeby pobiec nad Wisłę, gdzie próbowałem sprawdzić, czy dobiegła już tam Corbicula fluminea (nie dobiegła, ostatnie dane, jakie mam, wskazują na okolice Wyszogrodu, ale na 100% występuje już w jeziorach konińskich - wiem z Seminarium). Potwierdziłem też stanowisko Caucasotrochea vindobonensis (czyli dawnej Cepaea vindobonesis). Słowem: owocnie.
To moje trzecie KSM, w którym brałem udział. Mało czasu zostaje do kolejnego, trochę mnie to niepokoi (choćby z racji budżetu Malakofila). Warto by się tam jednak wybrać, zwłaszcza - a o tym nie wspomniałem - na przyszłorocznym Seminarium, decyzją Walnego Zebrania SMP, godnością Członka Honorowego Stowarzyszenia obdarzona zostanie prof. Beata M. Pokryszko.
To by było na tyle, o czym informuje napompowany inspiracjami - Malakofil Ślimaćkiewicz.





muszle Rangia cuneata

Jak Toruń, to musi być i Dreissena

Prof. Norbert Wolnomiejski w czasie wystąpienia

Zachód słońca nad Toruniem


czwartek, 13 września 2018

XXXIV Krajowe Seminarium Malokologiczne - zaczęło się!

Równiutko o godzinie 9.00, w Sali Dworcowej Hotelu Przystanek Toruń, prof. Elżbieta Żbikowska, prezes Stowarzyszenia Malakologów Polskich, rozpoczęła obrady Seminarium. Zaczęło się smutno raczej, bo od wspomnień nieobecnych. Jednocześnie wspomnienia profesorów Marii Jackiewicz (wspominała prof. B. Pokryszko) i Andrzeja Samka (prof. Ewa Stworzewicz)  to nie tylko przedstawienie sylwetek wielkich nieobecnych, to - tak to odebrałem - świadectwo niezwykłych fascynacji przyjaciółmi lub nauczycielami. Ponieważ Seminarium łączy naukowców różnych dziedzin z różnych miejsc, a przede wszystkim różnych pokoleń, wspomnienia to nic innego jak przekazanie pałeczki w sztafecie wielkiej universitas.
Przed uczestnikami jeszcze kilkadziesiat wystąpień. Postaram się w kolejnej odsłonie omówić wybrane.
Z Torunia w relacji na żywo dla Państwa
Malakofil Ślimaćkiewicz



piątek, 31 sierpnia 2018

Umysł pełen zadziwienia

I. Bardzo skróciła się lista książek malakologicznych z mojej biblioteczki, które jeszcze nie doczekały się odrębnego zrecenzowania przeze mnie. Owszem, dużą część wspominałem tylko na blogu lub omawiałem bądź rekomendowałem pobieżnie, nie mniej doskwiera mi bardzo i coraz bardziej brak nowych tytułów. Każdy więc wyjątek od tej reguły godzien jest więc właściwego wykorzystania.
II. Udając polskiego malakologa ma się wiele bardziej łatwiejsze zadanie, niż np. taki odpowiednik francuski, włoski, hiszpański, czy też amerykański lub wietnamski. Polski malakolog na co dzień spotkać może wyłącznie ślimaki lub małże, inne gromady mięczaków mogą być mu znane z jego szerokości geograficznych najwyżej z zapisu kopalnego. Lub z regałów z lodem na stanowiskach rybnych w lepiej zaopatrzonych sklepach...
III. Każda informacja w języku polskim o mięczakach inne niż wspomniane wcześniej ślimaki i małe, należy do rzadkości. Owszem, mógłbym wskazać konkretne rozdziały bardzo dobrych publikacji, a nawet wskazać konkretne tytuły monograficznych opracowań głowonogów (czy to kopalnych, czy współcześnie żyjących), ale to - generalizując - ilości śladowe. Pojawienie się nowego opracowania domaga się więc odnotowania. I to zamierzam właśnie uczynić.
IV. Rzadko się zdarza, abym trafił na jakiś malakologicznie ciekawy temat w odpowiednim czasie. Formuła bloga zakłada, że publicystyka powinna być podporządkowana aktualności. Czasem się tego trzymam, czasem odstępuję. Tym razem złożyło się, że dotykam tematu, który dopiero oficjalnie się pojawi za kilka dni. Od dziś jestem jednak szczęśliwym posiadaczem egzemplarza książki, której pobieżne przekartkowanie wprowadza mnie w stany euforyczne. Na kilka dni przed oficjalną premierą mam już egzemplarz pracy profesora Petera Gofrey-Smitha Inne umysły. Nie ekscytowałbym się tak tym tytułem, gdyby nie jego uzupełnienie: Ośmiornice i prapoczątki świadomości. Książkę wydało wydawnictwo Copernicus Center Press, które związane jest z działalnością krakowskiego filozofa przyrody, ks. prof. Michała Hellera, laureata Nagrody Templetona.
V. Nie mogę zrecenzować tej książki, bo nie byłem w stanie jej jeszcze przeczytać. Kilkanaście stron w czasie czerwonych świateł po drodze do domu to zdecydowanie za mało na osąd książki. Mogę się za to podzielić wrażeniami. A wrażenie zrobiła na mnie wspaniałe. Jest to coś, na co od lat czekałem i mam głęboką nadzieję, że pełna lektura potrzyma we mnie to wrażenie. Trudno mi nawet pokusić się o próbę zdefiniowania, z czym mam do czynienia: czy to esej, czy traktat, opowiadanie czy wykład, bo elementy wszystkiego tego znalazłem na tych kilkunastu wyrywkowych stronach. Mógłbym spróbować opisać to tak: to niezwykle żywy i barwny zapis fascynacji filozofa zaskoczonego interakcją między nim, a obserwowanymi głowonogami w ich środowisku życia. To pogłębiona refleksja fenomenologa o zoologicznym wyczuleniu lub zoologa o filozoficznej dociekliwości. Przez słowo "filozof" nie rozumiemy tu jednak sobie zrozumiałego intelektualnego pozera, ale prawdziwego miłośnika mądrości, który ma odwagę stawiać trudne pytania i za tymi pytaniami iść w stronę nieoczywistych odpowiedzi.
VI. Potrzebuję trochę czasu, żeby przez tę lekturę przejść i wrócić do niej z oceną. Dziś oddaję się tej niezwykłej atmosferze fascynacji, która jak światło słońca przez fale nad lagunami przebija z przeczytanych akapitów. Obiecuję szybko wrócić z refleksjami po lekturze. Tymczasem polecam jako nowość, jako rzadkość, jako źródło zadziwienia...

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Prof. Ludwik Żmudziński (17.08.1928 - 08.04.2005)

Przed kilkoma dniami minęła dziewięćdziesiąta rocznica urodzin profesora Ludwika Żmudzińskiego, i choć nieco spóźniony, postanowiłem wspomnieć na swój sposób przy tej okazji postać wybitnego polskiego hydrobiologa. Jest czas urlopów, czas oblegania bałtyckich plaż i każdy, kto chciałby poznać bałtycką zwierzynę, wcześniej czy później natknie się na prace Ludwika Żmudzińskiego.
Urodzony w Lubawie w 1928 roku, w 1952 roku na warszawskiej SGGW uzyskał tytuł inżyniera, a po pięciu latach w Olsztynie obronił tytuł magistra. Był już wówczas pracownikiem Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni. Doktoryzował się również w Olsztynie (1964), ale habilitację przeprowadził w Szczecinie. Od 1979 roku, już jako profesor nadzwyczajny, związany był z Instytutem Biologii i Ochrony Środowiska Pomorskiej Akademii Pedagogicznej w Słupsku, którego pracownikiem był do końca swojego życia.
 Właściwie do wydania pracy Piechockiego i Wawrzyniak-Wydrowskiej Guide to Freshwater and Marine Mollusca of Poland (2016) popularnonaukowe opracowanie prof. Żmudzińskiego Świat zwierzęcy Bałtyku było jedynym opracowaniem w pełni prezentującym jakże ubogą bałtycką malakofaunę. A i teraz jest to jedyne wydawnictwo polskojęzyczne, w którym szukać można informacji o ślimakach i małżach naszego Bałtyku. Jest to wystarczający powód, by z ogromnego dobytku naukowego , docenić ten wkład w upowszechnienie wiedzy o Bałtyku.
W mojej biblioteczce znajduje się egzemplarz drugiego wydania wspomnianej pracy, z 1990 roku. Mniej więcej w tym czasie spotkałem się pierwszy raz z tym opracowaniem i zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. W specjalnym zeszycie miałem przerysowane wszystkie mięczaki tam zilustrowane...
Minęło już kilkanaście lat od jego śmierci. I kilkadziesiąt od wydania popularnej monografii fauny Bałtyku. Chyba już czas, aby w końcu światło ujrzało nowe opracowanie tego zagadnienia. Wiem, że takie już jest, ale utknęło gdzieś na Wilczej w Warszawie. Przez szacunek dla poprzednich pokoleń badaczy i popularyzatorów, Warszawo - obudź się i zróbże kolejny krok. Czytelnik prosi...


Korzystałem ze wspomnienia autorstwa Zbigniewa Mudryka opublikowanego w Zeszycie I z 2006 r. Wiadomości Hydrobiologicznych. Fotografia prof. Żmudzińskiego pochodzi z cytowanego źródła.

sobota, 11 sierpnia 2018

World Congress of Malacology 2019 - zapowiedź

Nie dorobiliśmy się w języku polskim takiego pojęcia, które oznaczać by mogło rocznicę wydarzenia, które dopiero nastąpi. A szkoda, bo bardzo by mi się przydał taki termin. Nie będę się silił na jakieś neologizmy (choć zapraszam do zabawy, czekam na propozycje nazwy!), przerabialiśmy już w Polsce "miesięcznice", można więc i wymyślić określenie rocznic przyszłych wydarzeń. A dokładnie za rok odbędzie się dwudziesty już Światowy Kongres Malakologiczny, lepiej znany jako WORLD CONGRESS OF MALACOLOGY. Rozpocznie się 11 sierpnia 2019 roku w San Francisco w Kalifornii, na kontynencie północnoamerykańskim.
Zapisywać się już można, działa strona wydarzenia obsługiwana przez California Academy of Sciences. Czasu jest wiele, ale warto już zapoznać się z pierwszymi zapowiedziami przygotowanymi przez organizatorów. Wszystko dostępne jest pod adresem https://www.calacademy.org/world-congress-of-malacology-2019 i tam odsyłam wszystkich, którzy rozważają wycieczkę do Nowego Świata. Jeśli dowiem się czegoś więcej, dam znać.

piątek, 10 sierpnia 2018

Mięczak, na którego patrzeć nie mogę

Pamiętacie słynny tekst z Latającego Cyrku Monthy Pythona? "A teraz coś z zupełnie innej beczki". Więc ja za klasykami chciałbym teraz powtórzyć i kilka słów skreślić o mięczaku, który mięczakiem nie jest, chociaż jest mięczakiem. Od niedawna znam go trochę z osobistych doświadczeń, więc dziś o nim. Ale krótko, bo nie temu poświęcony jest mój blog.
Kiedy wpisuje się w wyszukiwarce hasło "mięczak", w podpowiedziach pojawia się uzupełnienie "zakaźny". Zrozumiałbym, gdyby było "pokaźny", bo przecież niektóre mięczaki są pokaźnych rozmiarów dając im pierwszeństwo w wielkości wśród bezkręgowców, na przykład gigantyczne kalmary. Mając dzisiejszą wiedzę cieszę się jednak, że nie chodzi o mięczaka pokaźnego, choć mięczakiem zakaźnym cieszyć się nie zamierzam. O co więc chodzi? Otóż jest taka choroba zakaźna wśród ludzi, która nazywa się mięczakiem zakaźnym, po łacinie molluscum contagiosum. W międzynarodowej klasyfikacji chorób i zaburzeń oznaczona jest kodem ICD-10 B 08.1. Jeśli więc gdzieś na skierowaniu do dermatologa wypatrzycie taki symbol, znaczy że to mięczak.
Jest to choroba zakaźna wywołana przez wirus z grupy ospy, choć przejście przez ospę wietrzną nie daje odporności na mięczaka. Zakażenie następuje przez skórę. Praktycy twierdzą, że idealnym miejscem do złapania mięczaka jest pływalnia. Wysokie temperatury i wilgotność sprzyjają przenoszeniu wirusa, który wnika przez uszkodzenia ciągłości naskórka (więc np. wszelkie podrażnienia po goleniu, zadrapania, skaleczenia, otarcia itp.).  Na ogół jest to większa lub mniejsza krotstka, wielkości od 2 do 6 mm, wypełniona płynem, lekko biaława, często z charakterystycznym wklęśnięciem pośrodku. W przypadku problemów z odpornością rozsiew może być intensywny, szpecąc skórę i powodując swędzenie. Leczy się to różnymi sposobami, najczęściej wypalając lub wymrażając i zaopatrując jodyną lub wodorotlenkiem potasu. Czasem stosuje się leki przeciwwirusowe, zasadniczo wszystko, co zaleci dermatolog.
Nie wiem, z jakiego powodu ta przykra dolegliwość znalazła taką nazwę. Z faktami podobno się nie dyskutuje, więc i zmienić tej nazwy za bardzo nie ma jak. Mnie się to z mięczakami nijak nie kojarzy, ale może opisujący chorobę miał jakieś bogatsze skojarzenia.



sobota, 28 lipca 2018

Mój Herbert


I tamten pamiętam lipcowy poranek, po nocnej burzy, i Pierwszy Program Polskiego Radia informujący, że w nocy w Warszawie w wieku 74 lat zmarł wybitny polski poeta Zbigniew Herbert. I tamto pamiętam niedowierzanie. I ból pamiętam i smutek.
A potem tamte pamiętam słowa premiera Buzka, wypowiedziane na Powązkach w dniu pogrzebu, za świętym Pawłem: W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem (2Tm 4,7).
Minęło dwadzieścia lat, a ja pamiętam. Nie jestem strażnikiem pamięci, jak On, ale pamiętam. Być może bez niego nie byłoby mnie takim, jakim wydaję się być, a może wciąż nie wiem, jak wielkie na mnie wycisnęło piętno zainteresowanie Jego twórczością.

Dwadzieścia lat temu odszedł Zbigniew Herbert, jeden z najważniejszych moich nauczycieli i mistrzów. Jego twórczość mnie inspiruje, biografia fascynuje. Dobrze mi się z nim rozmawia, choć bardzo często nie rozumiem, co do mnie mówi. Uspokaja mnie wtedy genetyczny zapis poetyckiego doświadczenia, zakorzenienie w kulturze, która jest wspólną częścią genomu.
Po dwudziestu latach kolejny raz odkrywam jego wiersz Mona Lisa z tomu Studium przedmiotu. Odczytuję go jako zapis konfrontacji doświadczenia pielgrzyma z oczekiwaniem estetycznego i etycznego sacrum. Odczytuję jako zapis bolesnego rozczarowania, tak dotkliwego, że nie można się do niego przyznać. Czasem bowiem tak jest, że pragnienie dotknięcia czegoś jest silniejsze niż doświadczenie dotknięcia i wtedy pojawia się ból obnażonej nadziei. Zdarza mi się, że czasem przeżywam coś podobnego, wtedy koi mnie literacka pamięć i odniesienie.

Dwadzieścia lat temu, we wtorek 28 lipca 1998 roku, odszedł Zbigniew Herbert. Od dwudziestu lat nie mogę spłacić mojego długu wdzięczności, mojego zobowiązania.

Mona Lisa

przez siedem gór granicznych
kolczaste druty rzek
i rozstrzelane lasy
i powieszone mosty
szedłem –
przez wodospady schodów
wiry morskich skrzydeł
i barokowe niebo
całe w bąblach aniołów
– do ciebie
Jeruzalem w ramach


stoję
w gęstej pokrzywie
wycieczki
na brzegu purpurowego sznura
i oczu


no i jestem
widzisz jestem


nie miałem nadziei
ale jestem


pracowicie uśmiechnięta
smolista niema i wypukła


jakby z soczewek zbudowana
na tle wklęsłego krajobrazu


między czarnymi jej plecami
które są jakby księżyc w chmurze


a pierwszym drzewem okolicy
jest wielka próżnia piany światła


no i jestem
czasem było
czasem wydawało się
nie warto wspominać


tyka jej regularny uśmiech
głowa wahadło nieruchome


oczy jej marzą nieskończoność
ale w spojrzeniach śpią ślimaki


no i jestem
mieli przyjść wszyscy
jestem sam


kiedy już
nie mógł głową ruszać
powiedział
jak to się skończy
pojadę do Paryża


między drugim a trzecim palcem
prawej ręki
przerwa


wkładam w tę bruzdę
puste łuski losów


no i jestem
to ja jestem
wparty w posadzkę
żywymi piętami


tłusta i niezbyt ładna Włoszka
na suche skały włos rozpuszcza


od mięsa życia odrąbana
porwana z domu i historii


o przeraźliwych uszach z wosku
szarfą żywicy uduszona


jej puste ciała woluminy
są osadzone na diamentach


między czarnymi jej plecami
a pierwszym drzewem mego życia


miecz leży
wytopiona przepaść
[z tomu Studium przedmiotu, 1961]



poniedziałek, 23 lipca 2018

Zgierskie skamieniałości

Jest w okolicach sporo żwirowni, do których nie miałem jeszcze okazji się wybrać, choć od dawna planuję. Żwirownie, czyli kopalnie odkrywkowe żwiru, mogą stanowić ciekawe stanowiska paleontologicznych znalezisk. W polskich realiach żwiry to przede wszystkim pozostałości po lodowcach, stanowią zatem mieszaninę skał z różnych epok i różnych stron, głównie jednak z północnej Europy.
W mojej maleńkiej kolekcji paleontologicznej znalazło się kilka narzutniaków z różnych przypadkowych miejsc z różnymi, niewypreparowanymi mięczakami i ramienionogami. Obiecuję sobie kiedyś tej paleontologii oddać się namiętniej, ale zawsze mi na romansowanie brakuje czasu. A tu takie rzeczy...
Poszedłem w piątek na publiczny plac zabaw, gdzie część obiektu wysypana jest żwirem. Zdarzało mi się już coś tam kiedyś znaleźć, ale ostatnio było to już po prostu zbieranie. Nie dość, że znalazłem rostra belemnitów, to jeszcze wypatrzyłem sporą pozostałość po Orthoceras, a także całkiem dobrze zachowaną sfosylizowaną muszlę Viviparus, prawdopodobnie suevicus Wenz 1919. No nie spodziewałem się, bo nawet w planach nie miałem, żeby skamieniałości szukać. Same mnie znalazły!
Są wakacje, a to dobry czas, żeby więcej pobyć z dziećmi. Może to jakaś propozycja dla rodziców, których dzieci są ciekawe świata: wybrać się na poszukiwanie skamieniałości nawet w najbliższym otoczeniu. Można wtedy opowiedzieć o zmieniającym się świecie, o wymarłych zwierzętach, o lodowcach, które ukształtowały nasz krajobraz, o wszystkim, co zaciekawi dziecko. Warto, zanim uwierzą, że jesteśmy tak starzy, że z dinozaurami wychodziliśmy na spacer...


wtorek, 17 lipca 2018

XXXIV Krajowe Seminarium Malakologiczne - program

Pomyśleć, że za dwa miesiące będzie już po... Brrrrrr. Okropne. Wczoraj dotarł do mnie program najbliższego, XXXIV Krajowego Seminarium Malakologicznego, które w tym roku organizowane jest przez środowisko toruńskich biologów. W programie jest troszkę niespodzianek, dlatego też myślę, że warto się mu przyjrzeć.
Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to brak mojego wystąpienia... No tak, zapomniałem, że w tym roku nie zdążyłem się przygotować. Patrząc na program żałuję tym bardziej, że mi się nie udało, bo łatwiej byłoby mi się wpisać w tematykę przygotowywanych wystąpień. Obiecuję poprawę.
W programie przewidziano przynajmniej trzy wystąpienia wspomnieniowe (o profesorach: Marii Jackiewicz, Andrzeju Samku i Leszku Bergerze, który to ostatni może być słabo znany przez malakologów, a którego sylwetkę prezentowałem na blogu przed kilkoma laty).
Wydaje mi się, że w programie pojawia się sporo nowych nazwisk. To cieszy, bo malakologia nasza potrzebuje rozwoju i fajnie by było, gdyby napływały nowe kadry. Poza nowymi nazwiskami pojawią się też nowe tematy, np. odżywianie się kalmarów (głowonogi rzadko witają na naszych seminariach, warto więc odnotować taki anons). Będzie sporo o małżach, w tym o nowym dla nas gatunku Rangia cuneata oraz o ocenie inwazyjności małży. Duet Drozd-Maltz przygotował wystąpienia o świdrzykach, ale nie tylko. Będzie też o bardzo mi bliskim temacie, czyli o książkach, trochę z kijem w mrowisko, ale nie z kijem na malakologów.
Jest kilka przynajmniej wystąpień, które rozpalają moją ciekawość, ale najbardziej chyba ostatnie z zaplanowanych - "Nazwy ślimaków i małży w języku polskim". Zdradzę w sekrecie, że przygotowywałem podobne wystąpienie - o etymologii w malakologii, ale ponieważ nie jestem filologiem, nie zdążyłem dokończyć. Może będzie okazja połączyć siły? Pożyjemy, zobaczymy.
Kto zaś by program przejrzeć zechciał, tego odsyłam pod załączony adres: http://www.malakologia.org/pdf/program%20XXXIV%20KSM.pdf
Pozostaje mi kibicować Organizatorom na ostatniej prostej przygotowań. Żyję nadzieją, że będę już za mniej niż dwa miesiące ucztował: intelektualnie, społecznie, malakologicznie...

sobota, 30 czerwca 2018

Lekcja dla kolekcjonera

Krótko. Nie mam najmniejszego pomysłu na uporządkowanie moich zbiorów. Praktykuję najstarszą metodę "prób i błędów". Dziś lekcja z serii błędów: uważaj na ślimaki kserofilne...
Tak po roku wygląda etykietka Trochoidea pyramidata (Draparnaud, 1805) z Chorwacji. Zawsze pilnuję, żeby zebrany materiał był suchy. Wydawało mi się, że zebrałem tylko muszle i w pośpiechu zabezpieczyłem w torebce strunowej z etykietą. Dziś znalazłem ją w takim stanie. Wniosek: nie ufaj kserofilnym ślimakom udającym martwych, bo możesz nie poznać efektów swojej pracy.


poniedziałek, 25 czerwca 2018

Sucho, wszędzie sucho

Może deszcze świętojańskie coś zmienią, ale to, na co patrzyłem dotychczas, nie napawało optymizmem. Nie dość, że wiosna szybko ustąpiła miejsca latu, przyśpieszając wegetację o kilka tygodni, to nie pozwoliła się nacieszyć zieleniami zastępując ją paletą żółci i brązów. Nie podoba mi się to. Widoki jak w sierpniu, a ja chcę czerwiec jeszcze oglądać!
Tyle w sprawie mojego protestu.
Byłem kilka dni temu w Warszawie. Zatrzymałem się w biegu nad Wisłą na wysokości mojej alma mater, czyli Uniwersytetu Wyszyńskiego. Dawno już mnie tam nie było, ale jeśli sobie przypominam i i ostatnia moja wizyta nad bielańskim odcinkiem Wisły związana była z niskimi stanami spowodowanymi suszą. Cel miałem jeden: rekreacyjny. A poważniej: chciałem sprawdzić, jak ma się poziom wody i czy coś ciekawego znajdę w napływkach. Uszczegóławiając: zależało mi na znalezieniu na tej wysokości Corbicula fluminea, którą z Krakowa znam od 2011 roku. Zważywszy na powyższe - cel osiągnąłem. I zobaczyłem, ile wody w Wiśle, i znalazłem muszle Corbicula, a nawet jeszcze wypatrzyłem Sphaerium rivicola. Rzekłbym - nieźle.
Wody w Wiśle jest mało. Jeszcze może nie dramatycznie, ale według mojej wiedzy są to już stany niskie. Mówię o Warszawie. Suszę jeszcze lepiej daje się zobaczyć na ścieżkach Lasu Bielańskiego. Tam aż niemiło było stąpać wśród sparzonych słońcem ziołorośli. Jeszcze nie minęła pierwsza połowa roku, jeszcze wiele się może zmienić, ale gdyby miało to trwać dłużej, będzie to suchy rok.
A susza ślimakom nie sprzyja i w kontekście zbliżających się urlopów jakoś złowrogo mi to wybrzmiewa.
A z drugiej strony... Kiedyś sugerowałem, że warto byłoby zbadać troszkę malakofaunę Wisły wykorzystując suszę. Jeśli miałaby się powtórzyć, może warto byłoby sprawdzić kasarki i coś w tym kierunku zrobić. W końcu to ostatnia tak wielka rzeka w Europie, która płynie jeszcze naturalnym korytem...
Wisła na wysokości Dewajtis w Warszawie


Las Bielański

Sphaerium rivicola

wtorek, 5 czerwca 2018

Ogrodzieniec i Smoleń

Nie wiem, czy nastanie moment, w którym wychodząc w teren, będę czuł nasycenie. Dotychczasowe doświadczenia nauczyły mnie nie tyle w teren wychodzić, co wyłapywać chwile na spoglądanie w chęchy za ślimakami. Toleruję to, ale nie akceptuję. Mam potrzebę długich spacerów podporządkowanych wyłącznie malakologicznym celom. Ale to przesuwam na nieokreśloną bliżej przyszłość. Teraz uczę się korzystać z tych chwil krótkich, kiedy przy okazji, sprawy ważniejsze załatwiając, skoczę sobie w bok na ślimaki.
Byłem pierwszego czerwca na pośpiesznej wycieczce po kilku miejscach na Jurze. Gdyby ktoś wciąż myślał jeszcze o utworzeniu Jurajskiego Parku Narodowego, podpisuję petycję od razu. Jest to ten obszar Polski, który - choć bardzo mocno przekształcony działalnością człowieka - nadal zaskakuje bogactwem przyrody.
Na dłużej zatrzymałem się na zamku w Ogrodzieńcu. Jest to jedno z tych miejsc, które uświadamiają, czym dla historii i kultury Polski był potop szwedzki. Myślę, że w odniesieniu do kultury można by wprowadzić wyraźną cezurę na czasy przed potopem i po potopie (szwedzkim, żeby ktoś nie myślał, że promuję przedpotopową kulturę). Szlak Orlich Gniazd jest w ogóle bardzo atrakcyjnym produktem turystycznym, i było to widoczne podczas ostatniego przedłużonego weekendu. Może nie było to oblężenie Ogrodzieńca, ale gwar był jak za najświetniejszych czasów Bonerów. Przygotowana na zamku trasa turystyczna jest całkiem dobrze zestawiona z możliwościami przypatrzenia się życiu natury wkomponowanemu w historię. W szczelinach murów bez problemu wypatrzeć można różne formy życia, ale przede wszystkim ślimaki, które ze względu na wapienne podłoże powinny czuć się tu bardzo dobrze. W największym pośpiechu wypatrzeć mi się udało Pupilla muscorum, Pyramidula pusilla, Vallonia pulchella i trzy gatunki świdrzykowatych (choć myślałem, że cztery): Cochlodina orthostoma, Lacinaria plicata i Clausilia parvula. Oznaczenia tego ostatniego nie jestem całkowicie pewien, ale wkrótce powinienem mieć okazję zweryfikować. Myślałem, że mam do czynienia z czterema gatunkami, ale Lacinaria plicata okazała się bardzo zmienna w formach i po bliższym przypatrzeniu się, żadna z wcześniej wytypowanych muszli Alinda biplicata nie okazała się być tym gatunkiem.
Jestem przekonany, że na samych skałach zamku ślimaki reprezentowane są przez większą liczbę gatunków. Może kiedyś uda mi się przeprowadzić dowód. Nie miałem też najmniejszej okazji, żeby przypatrzeć się zaroślom, które porastają zamkowe wzgórze, tam pewnie też by można było coś znaleźć.
Drugim punktem wyprawy był położony niedaleko Smoleń. Wiedziałem, że jakiś czas temu odrestaurowano nieco ruiny i przywrócono obiekt ruchowi turystycznemu, wprowadzając opłatę za zwiedzanie. Przyznaję, że ta opłata - zwłaszcza w porównaniu z ofertą Ogrodzieńca - wydaje się być nieco rozbójnicza, ale to może suma prywatnych doświadczeń. O Smoleniu czytałem w pracy prof. Witolda Alexandrowicza i stąd wiedziałem, że jest to miejsce występowania poczwarówki maczugowatej Sphyradium doliolum. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że gdzieś ją na zamku znajdę. Nie znalazłem. Szukałem na terenie zamku choćby pustej muszelki, ale wyglądało to tak, jakby zamek zabezpieczała porządna ekipa budowlańców, która na zakończenie prac umyła wszystko jak trzeba myjką samochodową... Zamek okazał się całkowicie jałowy pod względem malakologicznym. Próbowałem sobie tłumaczyć pogodą, ale prawda jest taka, że nie udało mi się wypatrzeć w szczelinach murów absolutnie niczego, nie mówiąc o wytęsknionej poczwarówce maczugowatej... Jak na Dzień Dziecka był to zbyt duży dla mnie zawód... Naszła mnie taka refleksja, że wciąż nie doczekaliśmy się zbadania wpływu prac konserwatorskich na sytuację zwierząt zamieszkujących ruiny. Powtórzę tylko postulat przeprowadzenia takich badań. Gdyby ktoś się chciał ich podjąć, ja zgłaszam swoją gotowość współpracy. Serio.
Przejechałem jeszcze przez Mirów, Bobolice i Olsztyn, ale tylko w Bobolicach zatrzymałem się na chwilę. Zamku od wewnątrz nie widziałem, ale z zewnątrz rekonstrukcję postrzegam jako udaną. Bardziej mnie jednak zachwyciły formy krasowe niż budowlany kunszt, ale przyznaję, że było to ciekawe spotkanie z podejściem do ruiny... Tam tym bardziej warto byłoby przeprowadzić badania pod kątem występowania ślimaków, pytanie tylko, czy jakakolwiek inwentaryzacja przyrodnicza miała miejsce przed przystąpieniem do prac rekonstrukcyjno-budowlanych... W Bobolicach nie miałem już czasu grzebać w ściółce czy obmacywać szczelin w skałach, wydaje mi się tylko, że to co stamtąd zabrałem, to muszle Alinda biplicata. Lepsza lupa pozwoli mi niedługo to zweryfikować.
Szlak Orlich Gniazd znany jest mi we fragmentach. Jura Krakowsko-Częstochowska również znana mi jest wyspowo i nadal jest więcej miejsc do poznania niż miejsc poznanych. Myślę, że to nie było ostatnie słowo Jury na ten rok. Jestem - oczywiście - nienasycony, ale też ucieszony, że coś tam mogłem zobaczyć. A że nie tyle, ile chciałem? Głód też jest motywacją do działania!
Lacinaria plicata
Przykładowe stanowisko Lacinaria plicata
Jak mięczaki, to i reprezentacja kopalna być musi...


Zamek w Bobolicach, stan czerwiec 2018

Brama Lasockich


piątek, 25 maja 2018

Dzika Biologia

Wiosenne i letnie miesiące to nie jest dobry czas na lektury. No, chyba że ktoś się przygotowuje do matury lub egzaminów, wtedy nie powinien wybrzydzać w miesiącach, a czytać, czytać, czytać. Maturzyści mi powiedzą, że się spóźniłem, bo już po, ale nigdy nie wiadomo...
Raczej bez rozmyślania o losie maturzystów sięgnąłem niedawno po książkę, którą z największą, rzekłbym: dziką przyjemnością włączyłem do swoich zbiorów bibliotecznych. Kilkanaście dni temu rozpocząłem jej lekturę i nie mogę się powstrzymać, przed zaanonsowaniem tego wydania. A tymi ogródkami zbliżam się do wyjawienia, że chodzi mi o Biologię autorstwa Jerzego Dzika. To drugi, po Zoologii podręcznik tego Autora wydany przez Uniwersytet Warszawski. Zoologię już rekomendowałem, zaznaczając, że do jej recenzji wrócę (czego jeszcze nie zrobiłem). Biologia jest pracą w jakiejś mierze podobną, przynajmniej w szacie graficznej i formacie, ale ważniejsze jest, że podobna jest w założeniach redakcyjnych. Jest to bowiem (karkołomna) próba stworzenia podręcznika biologii, który posłuży studentom różnych profesji. Nie chodzi nawet o to, żeby ktoś się czegoś nauczył, ale żeby coś zrozumiał. I to jest bardzo ważne założenie, fundamentalne wręcz, bez którego nie sposób zrozumieć całej tej publikacji.
Prywatnie jestem fanem pisarstwa Jerzego Dzika. Odpowiada mi erudycyjny styl pisania, logiczność wywodu, dystans oraz poczucie humoru (jeżeli da się je znaleźć w treści podręcznika, to jest to coś przeze mnie pożądanego). Profesorowi Dzikowi udaje się tylko sprawnie prowadzić narrację, ale - jakby dialogując z czytelnikiem - podprowadzać go pod kolejne treści, które rodzą się z otwieranych pytań.
Gdyby mi ktoś czytał te książkę, mógłbym mówić, że siedzę jak na tureckim kazaniu. Lektura idzie mi dość wolno, muszę się zatrzymywać co parę kroków, wracać o ileś akapitów, czytać ponownie. Ale to moja cecha, nie książki. Nawet mało wyrobiony biologicznie czytelnik powinien się swobodnie poruszać po tematyce, zwłaszcza, że książka ta podporządkowana jest nie tylko celom dydaktycznych, ale też - to moja ocena - celom pedagogicznym (nawet jeśli takich założeń nie przyjmował warszawski paleontolog). Kiedy przechodzę przez kolejne rozdziały, kiedy wyjaśniają mi się kolejne prawidłowości, doświadczam, że zostałem przeprowadzony za rękę przez grząski teren. To przeprowadzenie jest subtelne, towarzyszące, nie narzucające się, ale cenne. Dlatego uważam, że cele pedagogiczne są dostrzegalne w tej pracy.
Próba streszczenia całej biologii w książce liczącej mniej niż 200 stron, musi być szturmem Don Kichota na wiatrak. Gdyby ktoś oczekiwał, że taką książkę da się napisać, musiałby zmienić tożsamość na Sancho Pansę. Nie o to bowiem chodzi w tym podręczniku, żeby sięgający umiał biologię, ale żeby ją zrozumiał, żeby poruszał się po jej prawach jak po labiryncie, po którym już się raz przeszło - bez względu na ilość błędów, namacalnie wie się, że wyjście jest.
Dzik pisze nie podręcznik, a esej. Rozbudowany, solidny, konkretny, ale też finezyjny esej. Przy odrobinie uważności można gdzieniegdzie otrzeć się o paternalizm, ale nie jest to paternalizm nachalny. To bardziej gawęda kogoś mądrego, kto potrafi odpowiedzieć na wiele pytań, które kiedyś sam postawił i przez lata poszukiwał na nie odpowiedzi. To narracja kogoś, kto mógłby w fotelu siedząc, nabijając fajkę aromatycznym tytoniem, wyjaśniać zawiłości biologii molekularnej obrazując anegdotami z wykopalisk paleontologicznych. Mnie taka wizualizacja nasuwa się spontanicznie...
Nawet nie znając Autora, czytelnik szybko zorientuje się, że ma do czynienia z kimś, kto dobrze się orientuje w dziejach życia na Ziemi. To podejście ewolucyjne jest bardzo wyraźne, i bardzo jednocześnie porządkujące. Klucz chronologiczny otwiera naprawdę wiele zawiłości, choć niektórych zamków nie wzrusza, zapraszając do dalszych dociekań.
Nie mnie oceniać merytorycznie tę książkę, niech tym się zajmą specjaliści biolodzy. Byłbym jak niemowlę uczące Usaina Bolta biegania... Ja tę książkę polecam jako intelektualną przygodę na wysokim poziomie, przygodę dla tych, których pasjonuje życie.

Jerzy Dzik. 2017. Biologia czyli sens życia. WUW Warszawa, 174pp

poniedziałek, 14 maja 2018

Prof. Andrzej Piechocki - w 80. urodziny: Plurimos annos!

Szczęśliwie od jakiegoś czasu polska wersja Wikipedii zawiera dobrze przygotowany i obszerny biogram dzisiejszego Jubilata. Pozwolę sobie zatem nie powtarzać za Wikipedią, choć pewnie paru powtórzeń nie uniknę. Chciałbym jednak w bardzo osobistym tonie, dołączając się do grona wszystkich, którzy w kolejce z życzeniami się ustawiają, opowiedzieć o moim wielkim Mentorze, Nauczycielu, Mistrzu...
Spotkaliśmy się osobiście dość późno, bo 31 stycznia 2007 roku w Łodzi. Wtedy zdecydowałem się pierwszy raz zapukać do drzwi jego gabinetu na Banacha w Łodzi. Nie byłem tam po raz pierwszy, znaczy na Banacha, ale przy pierwszej mojej wizycie na Wydziale Biologii Uniwersytetu Łódzkiego zwyczajnie po prostu... zwiałem. Studiowałem wtedy w Łodzi, ale nie na Uniwersytecie, i nie miałem śmiałości tak po prostu wejść do gabinetu człowieka, który swoimi publikacjami od lat towarzyszył mojej pasji. Wtedy zwiałem, ale w styczniu 2007 roku po prostu zapukałem, przedstawiłem się i tak dość spontanicznie wymusiłem kilkudziesięciominutową rozmowę. Od tego czasu z różnym nasileniem co jakiś czas - zapowiedziany lub - pukam do drzwi Pana Profesora.
Nigdy nie poszedłem z Profesorem Piechockim w teren, ale to dzięki niemu poznałem pozostałych łódzkich malakologów. Nasze spotkania coraz rzadziej mają malakologiczny charakter: wulkanu erudycji Andrzeja Piechockiego nie da się zamknąć w tematyce samej malakologii, a mnie też śpieszno słuchać relacji z różnych wydarzeń, a jeszcze śpieszniej do dyskusji, które mogłyby trwać, trwać, trwać. Bardzo te dyskusję lubię. Na różne tematy.
Widziałem, jak rodziła się ostatnia wydana książka profesora Piechockiego, widziałem, ile trudów pokonywał, żeby jej wydanie doszło do skutku. Byłem jednym z pierwszych czytelników i recenzentów jego powieściowego debiutu - Ucieczki z Akademii IQ wydanej w 2012 roku. W ogóle jeśli chodzi i bibliografię, to udało mi się zgromadzić zdecydowaną większość opublikowanych przez niego prac.
A zaczęło się oczywiście w podstawówce, kiedy szukając prac o mięczakach w piotrkowskiej bibliotece publicznej, natknąłem się na siódmy zeszyt Fauny Słodkowodnej Polski. Książka znajdowała się w tzw. zbiorach podręcznych, udostępnianych tylko na miejscu. Ucząc się oznaczania słodkowodnych ślimaków przerysowywałem ryciny z tej książki, doprowadzając bibliotekarki do przyśpieszonego bicia serca (a skąd one miały wiedzieć, że po książce nie bazgrzę?). No ale druga część tej pracy, czyli zeszyt 7A (Mięczaki. Małże), pozostawał nieuchwytny dla mnie aż do owego 31 stycznia 2007 roku...
W roku 2016 nakładem Wydawnictwa Naukowego Bogucki wydana została książka Guide to Freshwater and Marine Mollusca of Poland. Pisałem o niej zachwycając się tym tytułem. To na chwilę obecną ostatnia z opublikowanych prac. Od długiego czasu trwa batalia o wydanie Fauny Bałtyku, w której rozdział poświęcony mięczakom opracowany został przez Jubilata. Kiedy to nastąpi, nie wiedzą nawet najstarsi górale, oby nie na świętego Dygdy. Mógłby tam ktoś na Wilczej w Warszawie zrobić coś w tym temacie...
Widziałem niejednokrotnie malakologiczną kolekcję Profesora, mogłem też oglądać okazy, porównywać moje oznaczenia. Zastanawiam się wtedy, czy kiedykolwiek uda mi się utrzymać taki porządek w swoich zbiorach, jaki podpatrywałem w jego kolekcji.
Nie było dziś fety na Banacha. Przed dziesięcioma laty huczniej świętowano urodziny profesora Piechockiego, nakładem Łódzkiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk ukazała się wówczas broszurka prezentująca dorobek łódzkiego hydrobiologa. Dziś spotkaliśmy się biegu, przed gmachem Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska UŁ. Zdążył mi powiedzieć, że przed trzydziestoma laty obchodził urodziny na Oceanie Indyjskim. Zasugerowałem, aby po powrocie do domu zaplanował swoje dziewięćdziesiąte urodziny na Spitsbergenie lub na Antypodach... Plurimos annos, Panie Profesorze, Plurimos annos!
Prof. Andrzej Piechocki w trakcie podpisywania książek w czasie XXXII KSM w Spale

Doktorat wyłowiony z Grabi


Habilitacja ze Świętym Krzyżem w tle, rok później Złoty Krzyż Zasługi




Rozdział poświęcony małżom w bardzo dobrym podręczniku zoologii

Opracowanie małży oraz ślimaków wodnych