sobota, 11 sierpnia 2018

World Congress of Malacology 2019 - zapowiedź

Nie dorobiliśmy się w języku polskim takiego pojęcia, które oznaczać by mogło rocznicę wydarzenia, które dopiero nastąpi. A szkoda, bo bardzo by mi się przydał taki termin. Nie będę się silił na jakieś neologizmy (choć zapraszam do zabawy, czekam na propozycje nazwy!), przerabialiśmy już w Polsce "miesięcznice", można więc i wymyślić określenie rocznic przyszłych wydarzeń. A dokładnie za rok odbędzie się dwudziesty już Światowy Kongres Malakologiczny, lepiej znany jako WORLD CONGRESS OF MALACOLOGY. Rozpocznie się 11 sierpnia 2019 roku w San Francisco w Kalifornii, na kontynencie północnoamerykańskim.
Zapisywać się już można, działa strona wydarzenia obsługiwana przez California Academy of Sciences. Czasu jest wiele, ale warto już zapoznać się z pierwszymi zapowiedziami przygotowanymi przez organizatorów. Wszystko dostępne jest pod adresem https://www.calacademy.org/world-congress-of-malacology-2019 i tam odsyłam wszystkich, którzy rozważają wycieczkę do Nowego Świata. Jeśli dowiem się czegoś więcej, dam znać.

piątek, 10 sierpnia 2018

Mięczak, na którego patrzeć nie mogę

Pamiętacie słynny tekst z Latającego Cyrku Monthy Pythona? "A teraz coś z zupełnie innej beczki". Więc ja za klasykami chciałbym teraz powtórzyć i kilka słów skreślić o mięczaku, który mięczakiem nie jest, chociaż jest mięczakiem. Od niedawna znam go trochę z osobistych doświadczeń, więc dziś o nim. Ale krótko, bo nie temu poświęcony jest mój blog.
Kiedy wpisuje się w wyszukiwarce hasło "mięczak", w podpowiedziach pojawia się uzupełnienie "zakaźny". Zrozumiałbym, gdyby było "pokaźny", bo przecież niektóre mięczaki są pokaźnych rozmiarów dając im pierwszeństwo w wielkości wśród bezkręgowców, na przykład gigantyczne kalmary. Mając dzisiejszą wiedzę cieszę się jednak, że nie chodzi o mięczaka pokaźnego, choć mięczakiem zakaźnym cieszyć się nie zamierzam. O co więc chodzi? Otóż jest taka choroba zakaźna wśród ludzi, która nazywa się mięczakiem zakaźnym, po łacinie molluscum contagiosum. W międzynarodowej klasyfikacji chorób i zaburzeń oznaczona jest kodem ICD-10 B 08.1. Jeśli więc gdzieś na skierowaniu do dermatologa wypatrzycie taki symbol, znaczy że to mięczak.
Jest to choroba zakaźna wywołana przez wirus z grupy ospy, choć przejście przez ospę wietrzną nie daje odporności na mięczaka. Zakażenie następuje przez skórę. Praktycy twierdzą, że idealnym miejscem do złapania mięczaka jest pływalnia. Wysokie temperatury i wilgotność sprzyjają przenoszeniu wirusa, który wnika przez uszkodzenia ciągłości naskórka (więc np. wszelkie podrażnienia po goleniu, zadrapania, skaleczenia, otarcia itp.).  Na ogół jest to większa lub mniejsza krotstka, wielkości od 2 do 6 mm, wypełniona płynem, lekko biaława, często z charakterystycznym wklęśnięciem pośrodku. W przypadku problemów z odpornością rozsiew może być intensywny, szpecąc skórę i powodując swędzenie. Leczy się to różnymi sposobami, najczęściej wypalając lub wymrażając i zaopatrując jodyną lub wodorotlenkiem potasu. Czasem stosuje się leki przeciwwirusowe, zasadniczo wszystko, co zaleci dermatolog.
Nie wiem, z jakiego powodu ta przykra dolegliwość znalazła taką nazwę. Z faktami podobno się nie dyskutuje, więc i zmienić tej nazwy za bardzo nie ma jak. Mnie się to z mięczakami nijak nie kojarzy, ale może opisujący chorobę miał jakieś bogatsze skojarzenia.



sobota, 28 lipca 2018

Mój Herbert


I tamten pamiętam lipcowy poranek, po nocnej burzy, i Pierwszy Program Polskiego Radia informujący, że w nocy w Warszawie w wieku 74 lat zmarł wybitny polski poeta Zbigniew Herbert. I tamto pamiętam niedowierzanie. I ból pamiętam i smutek.
A potem tamte pamiętam słowa premiera Buzka, wypowiedziane na Powązkach w dniu pogrzebu, za świętym Pawłem: W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem (2Tm 4,7).
Minęło dwadzieścia lat, a ja pamiętam. Nie jestem strażnikiem pamięci, jak On, ale pamiętam. Być może bez niego nie byłoby mnie takim, jakim wydaję się być, a może wciąż nie wiem, jak wielkie na mnie wycisnęło piętno zainteresowanie Jego twórczością.

Dwadzieścia lat temu odszedł Zbigniew Herbert, jeden z najważniejszych moich nauczycieli i mistrzów. Jego twórczość mnie inspiruje, biografia fascynuje. Dobrze mi się z nim rozmawia, choć bardzo często nie rozumiem, co do mnie mówi. Uspokaja mnie wtedy genetyczny zapis poetyckiego doświadczenia, zakorzenienie w kulturze, która jest wspólną częścią genomu.
Po dwudziestu latach kolejny raz odkrywam jego wiersz Mona Lisa z tomu Studium przedmiotu. Odczytuję go jako zapis konfrontacji doświadczenia pielgrzyma z oczekiwaniem estetycznego i etycznego sacrum. Odczytuję jako zapis bolesnego rozczarowania, tak dotkliwego, że nie można się do niego przyznać. Czasem bowiem tak jest, że pragnienie dotknięcia czegoś jest silniejsze niż doświadczenie dotknięcia i wtedy pojawia się ból obnażonej nadziei. Zdarza mi się, że czasem przeżywam coś podobnego, wtedy koi mnie literacka pamięć i odniesienie.

Dwadzieścia lat temu, we wtorek 28 lipca 1998 roku, odszedł Zbigniew Herbert. Od dwudziestu lat nie mogę spłacić mojego długu wdzięczności, mojego zobowiązania.

Mona Lisa

przez siedem gór granicznych
kolczaste druty rzek
i rozstrzelane lasy
i powieszone mosty
szedłem –
przez wodospady schodów
wiry morskich skrzydeł
i barokowe niebo
całe w bąblach aniołów
– do ciebie
Jeruzalem w ramach


stoję
w gęstej pokrzywie
wycieczki
na brzegu purpurowego sznura
i oczu


no i jestem
widzisz jestem


nie miałem nadziei
ale jestem


pracowicie uśmiechnięta
smolista niema i wypukła


jakby z soczewek zbudowana
na tle wklęsłego krajobrazu


między czarnymi jej plecami
które są jakby księżyc w chmurze


a pierwszym drzewem okolicy
jest wielka próżnia piany światła


no i jestem
czasem było
czasem wydawało się
nie warto wspominać


tyka jej regularny uśmiech
głowa wahadło nieruchome


oczy jej marzą nieskończoność
ale w spojrzeniach śpią ślimaki


no i jestem
mieli przyjść wszyscy
jestem sam


kiedy już
nie mógł głową ruszać
powiedział
jak to się skończy
pojadę do Paryża


między drugim a trzecim palcem
prawej ręki
przerwa


wkładam w tę bruzdę
puste łuski losów


no i jestem
to ja jestem
wparty w posadzkę
żywymi piętami


tłusta i niezbyt ładna Włoszka
na suche skały włos rozpuszcza


od mięsa życia odrąbana
porwana z domu i historii


o przeraźliwych uszach z wosku
szarfą żywicy uduszona


jej puste ciała woluminy
są osadzone na diamentach


między czarnymi jej plecami
a pierwszym drzewem mego życia


miecz leży
wytopiona przepaść
[z tomu Studium przedmiotu, 1961]



poniedziałek, 23 lipca 2018

Zgierskie skamieniałości

Jest w okolicach sporo żwirowni, do których nie miałem jeszcze okazji się wybrać, choć od dawna planuję. Żwirownie, czyli kopalnie odkrywkowe żwiru, mogą stanowić ciekawe stanowiska paleontologicznych znalezisk. W polskich realiach żwiry to przede wszystkim pozostałości po lodowcach, stanowią zatem mieszaninę skał z różnych epok i różnych stron, głównie jednak z północnej Europy.
W mojej maleńkiej kolekcji paleontologicznej znalazło się kilka narzutniaków z różnych przypadkowych miejsc z różnymi, niewypreparowanymi mięczakami i ramienionogami. Obiecuję sobie kiedyś tej paleontologii oddać się namiętniej, ale zawsze mi na romansowanie brakuje czasu. A tu takie rzeczy...
Poszedłem w piątek na publiczny plac zabaw, gdzie część obiektu wysypana jest żwirem. Zdarzało mi się już coś tam kiedyś znaleźć, ale ostatnio było to już po prostu zbieranie. Nie dość, że znalazłem rostra belemnitów, to jeszcze wypatrzyłem sporą pozostałość po Orthoceras, a także całkiem dobrze zachowaną sfosylizowaną muszlę Viviparus, prawdopodobnie suevicus Wenz 1919. No nie spodziewałem się, bo nawet w planach nie miałem, żeby skamieniałości szukać. Same mnie znalazły!
Są wakacje, a to dobry czas, żeby więcej pobyć z dziećmi. Może to jakaś propozycja dla rodziców, których dzieci są ciekawe świata: wybrać się na poszukiwanie skamieniałości nawet w najbliższym otoczeniu. Można wtedy opowiedzieć o zmieniającym się świecie, o wymarłych zwierzętach, o lodowcach, które ukształtowały nasz krajobraz, o wszystkim, co zaciekawi dziecko. Warto, zanim uwierzą, że jesteśmy tak starzy, że z dinozaurami wychodziliśmy na spacer...


wtorek, 17 lipca 2018

XXXIV Krajowe Seminarium Malakologiczne - program

Pomyśleć, że za dwa miesiące będzie już po... Brrrrrr. Okropne. Wczoraj dotarł do mnie program najbliższego, XXXIV Krajowego Seminarium Malakologicznego, które w tym roku organizowane jest przez środowisko toruńskich biologów. W programie jest troszkę niespodzianek, dlatego też myślę, że warto się mu przyjrzeć.
Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to brak mojego wystąpienia... No tak, zapomniałem, że w tym roku nie zdążyłem się przygotować. Patrząc na program żałuję tym bardziej, że mi się nie udało, bo łatwiej byłoby mi się wpisać w tematykę przygotowywanych wystąpień. Obiecuję poprawę.
W programie przewidziano przynajmniej trzy wystąpienia wspomnieniowe (o profesorach: Marii Jackiewicz, Andrzeju Samku i Leszku Bergerze, który to ostatni może być słabo znany przez malakologów, a którego sylwetkę prezentowałem na blogu przed kilkoma laty).
Wydaje mi się, że w programie pojawia się sporo nowych nazwisk. To cieszy, bo malakologia nasza potrzebuje rozwoju i fajnie by było, gdyby napływały nowe kadry. Poza nowymi nazwiskami pojawią się też nowe tematy, np. odżywianie się kalmarów (głowonogi rzadko witają na naszych seminariach, warto więc odnotować taki anons). Będzie sporo o małżach, w tym o nowym dla nas gatunku Rangia cuneata oraz o ocenie inwazyjności małży. Duet Drozd-Maltz przygotował wystąpienia o świdrzykach, ale nie tylko. Będzie też o bardzo mi bliskim temacie, czyli o książkach, trochę z kijem w mrowisko, ale nie z kijem na malakologów.
Jest kilka przynajmniej wystąpień, które rozpalają moją ciekawość, ale najbardziej chyba ostatnie z zaplanowanych - "Nazwy ślimaków i małży w języku polskim". Zdradzę w sekrecie, że przygotowywałem podobne wystąpienie - o etymologii w malakologii, ale ponieważ nie jestem filologiem, nie zdążyłem dokończyć. Może będzie okazja połączyć siły? Pożyjemy, zobaczymy.
Kto zaś by program przejrzeć zechciał, tego odsyłam pod załączony adres: http://www.malakologia.org/pdf/program%20XXXIV%20KSM.pdf
Pozostaje mi kibicować Organizatorom na ostatniej prostej przygotowań. Żyję nadzieją, że będę już za mniej niż dwa miesiące ucztował: intelektualnie, społecznie, malakologicznie...

sobota, 30 czerwca 2018

Lekcja dla kolekcjonera

Krótko. Nie mam najmniejszego pomysłu na uporządkowanie moich zbiorów. Praktykuję najstarszą metodę "prób i błędów". Dziś lekcja z serii błędów: uważaj na ślimaki kserofilne...
Tak po roku wygląda etykietka Trochoidea pyramidata (Draparnaud, 1805) z Chorwacji. Zawsze pilnuję, żeby zebrany materiał był suchy. Wydawało mi się, że zebrałem tylko muszle i w pośpiechu zabezpieczyłem w torebce strunowej z etykietą. Dziś znalazłem ją w takim stanie. Wniosek: nie ufaj kserofilnym ślimakom udającym martwych, bo możesz nie poznać efektów swojej pracy.


poniedziałek, 25 czerwca 2018

Sucho, wszędzie sucho

Może deszcze świętojańskie coś zmienią, ale to, na co patrzyłem dotychczas, nie napawało optymizmem. Nie dość, że wiosna szybko ustąpiła miejsca latu, przyśpieszając wegetację o kilka tygodni, to nie pozwoliła się nacieszyć zieleniami zastępując ją paletą żółci i brązów. Nie podoba mi się to. Widoki jak w sierpniu, a ja chcę czerwiec jeszcze oglądać!
Tyle w sprawie mojego protestu.
Byłem kilka dni temu w Warszawie. Zatrzymałem się w biegu nad Wisłą na wysokości mojej alma mater, czyli Uniwersytetu Wyszyńskiego. Dawno już mnie tam nie było, ale jeśli sobie przypominam i i ostatnia moja wizyta nad bielańskim odcinkiem Wisły związana była z niskimi stanami spowodowanymi suszą. Cel miałem jeden: rekreacyjny. A poważniej: chciałem sprawdzić, jak ma się poziom wody i czy coś ciekawego znajdę w napływkach. Uszczegóławiając: zależało mi na znalezieniu na tej wysokości Corbicula fluminea, którą z Krakowa znam od 2011 roku. Zważywszy na powyższe - cel osiągnąłem. I zobaczyłem, ile wody w Wiśle, i znalazłem muszle Corbicula, a nawet jeszcze wypatrzyłem Sphaerium rivicola. Rzekłbym - nieźle.
Wody w Wiśle jest mało. Jeszcze może nie dramatycznie, ale według mojej wiedzy są to już stany niskie. Mówię o Warszawie. Suszę jeszcze lepiej daje się zobaczyć na ścieżkach Lasu Bielańskiego. Tam aż niemiło było stąpać wśród sparzonych słońcem ziołorośli. Jeszcze nie minęła pierwsza połowa roku, jeszcze wiele się może zmienić, ale gdyby miało to trwać dłużej, będzie to suchy rok.
A susza ślimakom nie sprzyja i w kontekście zbliżających się urlopów jakoś złowrogo mi to wybrzmiewa.
A z drugiej strony... Kiedyś sugerowałem, że warto byłoby zbadać troszkę malakofaunę Wisły wykorzystując suszę. Jeśli miałaby się powtórzyć, może warto byłoby sprawdzić kasarki i coś w tym kierunku zrobić. W końcu to ostatnia tak wielka rzeka w Europie, która płynie jeszcze naturalnym korytem...
Wisła na wysokości Dewajtis w Warszawie


Las Bielański

Sphaerium rivicola

wtorek, 5 czerwca 2018

Ogrodzieniec i Smoleń

Nie wiem, czy nastanie moment, w którym wychodząc w teren, będę czuł nasycenie. Dotychczasowe doświadczenia nauczyły mnie nie tyle w teren wychodzić, co wyłapywać chwile na spoglądanie w chęchy za ślimakami. Toleruję to, ale nie akceptuję. Mam potrzebę długich spacerów podporządkowanych wyłącznie malakologicznym celom. Ale to przesuwam na nieokreśloną bliżej przyszłość. Teraz uczę się korzystać z tych chwil krótkich, kiedy przy okazji, sprawy ważniejsze załatwiając, skoczę sobie w bok na ślimaki.
Byłem pierwszego czerwca na pośpiesznej wycieczce po kilku miejscach na Jurze. Gdyby ktoś wciąż myślał jeszcze o utworzeniu Jurajskiego Parku Narodowego, podpisuję petycję od razu. Jest to ten obszar Polski, który - choć bardzo mocno przekształcony działalnością człowieka - nadal zaskakuje bogactwem przyrody.
Na dłużej zatrzymałem się na zamku w Ogrodzieńcu. Jest to jedno z tych miejsc, które uświadamiają, czym dla historii i kultury Polski był potop szwedzki. Myślę, że w odniesieniu do kultury można by wprowadzić wyraźną cezurę na czasy przed potopem i po potopie (szwedzkim, żeby ktoś nie myślał, że promuję przedpotopową kulturę). Szlak Orlich Gniazd jest w ogóle bardzo atrakcyjnym produktem turystycznym, i było to widoczne podczas ostatniego przedłużonego weekendu. Może nie było to oblężenie Ogrodzieńca, ale gwar był jak za najświetniejszych czasów Bonerów. Przygotowana na zamku trasa turystyczna jest całkiem dobrze zestawiona z możliwościami przypatrzenia się życiu natury wkomponowanemu w historię. W szczelinach murów bez problemu wypatrzeć można różne formy życia, ale przede wszystkim ślimaki, które ze względu na wapienne podłoże powinny czuć się tu bardzo dobrze. W największym pośpiechu wypatrzeć mi się udało Pupilla muscorum, Pyramidula pusilla, Vallonia pulchella i trzy gatunki świdrzykowatych (choć myślałem, że cztery): Cochlodina orthostoma, Lacinaria plicata i Clausilia parvula. Oznaczenia tego ostatniego nie jestem całkowicie pewien, ale wkrótce powinienem mieć okazję zweryfikować. Myślałem, że mam do czynienia z czterema gatunkami, ale Lacinaria plicata okazała się bardzo zmienna w formach i po bliższym przypatrzeniu się, żadna z wcześniej wytypowanych muszli Alinda biplicata nie okazała się być tym gatunkiem.
Jestem przekonany, że na samych skałach zamku ślimaki reprezentowane są przez większą liczbę gatunków. Może kiedyś uda mi się przeprowadzić dowód. Nie miałem też najmniejszej okazji, żeby przypatrzeć się zaroślom, które porastają zamkowe wzgórze, tam pewnie też by można było coś znaleźć.
Drugim punktem wyprawy był położony niedaleko Smoleń. Wiedziałem, że jakiś czas temu odrestaurowano nieco ruiny i przywrócono obiekt ruchowi turystycznemu, wprowadzając opłatę za zwiedzanie. Przyznaję, że ta opłata - zwłaszcza w porównaniu z ofertą Ogrodzieńca - wydaje się być nieco rozbójnicza, ale to może suma prywatnych doświadczeń. O Smoleniu czytałem w pracy prof. Witolda Alexandrowicza i stąd wiedziałem, że jest to miejsce występowania poczwarówki maczugowatej Sphyradium doliolum. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że gdzieś ją na zamku znajdę. Nie znalazłem. Szukałem na terenie zamku choćby pustej muszelki, ale wyglądało to tak, jakby zamek zabezpieczała porządna ekipa budowlańców, która na zakończenie prac umyła wszystko jak trzeba myjką samochodową... Zamek okazał się całkowicie jałowy pod względem malakologicznym. Próbowałem sobie tłumaczyć pogodą, ale prawda jest taka, że nie udało mi się wypatrzeć w szczelinach murów absolutnie niczego, nie mówiąc o wytęsknionej poczwarówce maczugowatej... Jak na Dzień Dziecka był to zbyt duży dla mnie zawód... Naszła mnie taka refleksja, że wciąż nie doczekaliśmy się zbadania wpływu prac konserwatorskich na sytuację zwierząt zamieszkujących ruiny. Powtórzę tylko postulat przeprowadzenia takich badań. Gdyby ktoś się chciał ich podjąć, ja zgłaszam swoją gotowość współpracy. Serio.
Przejechałem jeszcze przez Mirów, Bobolice i Olsztyn, ale tylko w Bobolicach zatrzymałem się na chwilę. Zamku od wewnątrz nie widziałem, ale z zewnątrz rekonstrukcję postrzegam jako udaną. Bardziej mnie jednak zachwyciły formy krasowe niż budowlany kunszt, ale przyznaję, że było to ciekawe spotkanie z podejściem do ruiny... Tam tym bardziej warto byłoby przeprowadzić badania pod kątem występowania ślimaków, pytanie tylko, czy jakakolwiek inwentaryzacja przyrodnicza miała miejsce przed przystąpieniem do prac rekonstrukcyjno-budowlanych... W Bobolicach nie miałem już czasu grzebać w ściółce czy obmacywać szczelin w skałach, wydaje mi się tylko, że to co stamtąd zabrałem, to muszle Alinda biplicata. Lepsza lupa pozwoli mi niedługo to zweryfikować.
Szlak Orlich Gniazd znany jest mi we fragmentach. Jura Krakowsko-Częstochowska również znana mi jest wyspowo i nadal jest więcej miejsc do poznania niż miejsc poznanych. Myślę, że to nie było ostatnie słowo Jury na ten rok. Jestem - oczywiście - nienasycony, ale też ucieszony, że coś tam mogłem zobaczyć. A że nie tyle, ile chciałem? Głód też jest motywacją do działania!
Lacinaria plicata
Przykładowe stanowisko Lacinaria plicata
Jak mięczaki, to i reprezentacja kopalna być musi...


Zamek w Bobolicach, stan czerwiec 2018

Brama Lasockich


piątek, 25 maja 2018

Dzika Biologia

Wiosenne i letnie miesiące to nie jest dobry czas na lektury. No, chyba że ktoś się przygotowuje do matury lub egzaminów, wtedy nie powinien wybrzydzać w miesiącach, a czytać, czytać, czytać. Maturzyści mi powiedzą, że się spóźniłem, bo już po, ale nigdy nie wiadomo...
Raczej bez rozmyślania o losie maturzystów sięgnąłem niedawno po książkę, którą z największą, rzekłbym: dziką przyjemnością włączyłem do swoich zbiorów bibliotecznych. Kilkanaście dni temu rozpocząłem jej lekturę i nie mogę się powstrzymać, przed zaanonsowaniem tego wydania. A tymi ogródkami zbliżam się do wyjawienia, że chodzi mi o Biologię autorstwa Jerzego Dzika. To drugi, po Zoologii podręcznik tego Autora wydany przez Uniwersytet Warszawski. Zoologię już rekomendowałem, zaznaczając, że do jej recenzji wrócę (czego jeszcze nie zrobiłem). Biologia jest pracą w jakiejś mierze podobną, przynajmniej w szacie graficznej i formacie, ale ważniejsze jest, że podobna jest w założeniach redakcyjnych. Jest to bowiem (karkołomna) próba stworzenia podręcznika biologii, który posłuży studentom różnych profesji. Nie chodzi nawet o to, żeby ktoś się czegoś nauczył, ale żeby coś zrozumiał. I to jest bardzo ważne założenie, fundamentalne wręcz, bez którego nie sposób zrozumieć całej tej publikacji.
Prywatnie jestem fanem pisarstwa Jerzego Dzika. Odpowiada mi erudycyjny styl pisania, logiczność wywodu, dystans oraz poczucie humoru (jeżeli da się je znaleźć w treści podręcznika, to jest to coś przeze mnie pożądanego). Profesorowi Dzikowi udaje się tylko sprawnie prowadzić narrację, ale - jakby dialogując z czytelnikiem - podprowadzać go pod kolejne treści, które rodzą się z otwieranych pytań.
Gdyby mi ktoś czytał te książkę, mógłbym mówić, że siedzę jak na tureckim kazaniu. Lektura idzie mi dość wolno, muszę się zatrzymywać co parę kroków, wracać o ileś akapitów, czytać ponownie. Ale to moja cecha, nie książki. Nawet mało wyrobiony biologicznie czytelnik powinien się swobodnie poruszać po tematyce, zwłaszcza, że książka ta podporządkowana jest nie tylko celom dydaktycznych, ale też - to moja ocena - celom pedagogicznym (nawet jeśli takich założeń nie przyjmował warszawski paleontolog). Kiedy przechodzę przez kolejne rozdziały, kiedy wyjaśniają mi się kolejne prawidłowości, doświadczam, że zostałem przeprowadzony za rękę przez grząski teren. To przeprowadzenie jest subtelne, towarzyszące, nie narzucające się, ale cenne. Dlatego uważam, że cele pedagogiczne są dostrzegalne w tej pracy.
Próba streszczenia całej biologii w książce liczącej mniej niż 200 stron, musi być szturmem Don Kichota na wiatrak. Gdyby ktoś oczekiwał, że taką książkę da się napisać, musiałby zmienić tożsamość na Sancho Pansę. Nie o to bowiem chodzi w tym podręczniku, żeby sięgający umiał biologię, ale żeby ją zrozumiał, żeby poruszał się po jej prawach jak po labiryncie, po którym już się raz przeszło - bez względu na ilość błędów, namacalnie wie się, że wyjście jest.
Dzik pisze nie podręcznik, a esej. Rozbudowany, solidny, konkretny, ale też finezyjny esej. Przy odrobinie uważności można gdzieniegdzie otrzeć się o paternalizm, ale nie jest to paternalizm nachalny. To bardziej gawęda kogoś mądrego, kto potrafi odpowiedzieć na wiele pytań, które kiedyś sam postawił i przez lata poszukiwał na nie odpowiedzi. To narracja kogoś, kto mógłby w fotelu siedząc, nabijając fajkę aromatycznym tytoniem, wyjaśniać zawiłości biologii molekularnej obrazując anegdotami z wykopalisk paleontologicznych. Mnie taka wizualizacja nasuwa się spontanicznie...
Nawet nie znając Autora, czytelnik szybko zorientuje się, że ma do czynienia z kimś, kto dobrze się orientuje w dziejach życia na Ziemi. To podejście ewolucyjne jest bardzo wyraźne, i bardzo jednocześnie porządkujące. Klucz chronologiczny otwiera naprawdę wiele zawiłości, choć niektórych zamków nie wzrusza, zapraszając do dalszych dociekań.
Nie mnie oceniać merytorycznie tę książkę, niech tym się zajmą specjaliści biolodzy. Byłbym jak niemowlę uczące Usaina Bolta biegania... Ja tę książkę polecam jako intelektualną przygodę na wysokim poziomie, przygodę dla tych, których pasjonuje życie.

Jerzy Dzik. 2017. Biologia czyli sens życia. WUW Warszawa, 174pp

poniedziałek, 14 maja 2018

Prof. Andrzej Piechocki - w 80. urodziny: Plurimos annos!

Szczęśliwie od jakiegoś czasu polska wersja Wikipedii zawiera dobrze przygotowany i obszerny biogram dzisiejszego Jubilata. Pozwolę sobie zatem nie powtarzać za Wikipedią, choć pewnie paru powtórzeń nie uniknę. Chciałbym jednak w bardzo osobistym tonie, dołączając się do grona wszystkich, którzy w kolejce z życzeniami się ustawiają, opowiedzieć o moim wielkim Mentorze, Nauczycielu, Mistrzu...
Spotkaliśmy się osobiście dość późno, bo 31 stycznia 2007 roku w Łodzi. Wtedy zdecydowałem się pierwszy raz zapukać do drzwi jego gabinetu na Banacha w Łodzi. Nie byłem tam po raz pierwszy, znaczy na Banacha, ale przy pierwszej mojej wizycie na Wydziale Biologii Uniwersytetu Łódzkiego zwyczajnie po prostu... zwiałem. Studiowałem wtedy w Łodzi, ale nie na Uniwersytecie, i nie miałem śmiałości tak po prostu wejść do gabinetu człowieka, który swoimi publikacjami od lat towarzyszył mojej pasji. Wtedy zwiałem, ale w styczniu 2007 roku po prostu zapukałem, przedstawiłem się i tak dość spontanicznie wymusiłem kilkudziesięciominutową rozmowę. Od tego czasu z różnym nasileniem co jakiś czas - zapowiedziany lub - pukam do drzwi Pana Profesora.
Nigdy nie poszedłem z Profesorem Piechockim w teren, ale to dzięki niemu poznałem pozostałych łódzkich malakologów. Nasze spotkania coraz rzadziej mają malakologiczny charakter: wulkanu erudycji Andrzeja Piechockiego nie da się zamknąć w tematyce samej malakologii, a mnie też śpieszno słuchać relacji z różnych wydarzeń, a jeszcze śpieszniej do dyskusji, które mogłyby trwać, trwać, trwać. Bardzo te dyskusję lubię. Na różne tematy.
Widziałem, jak rodziła się ostatnia wydana książka profesora Piechockiego, widziałem, ile trudów pokonywał, żeby jej wydanie doszło do skutku. Byłem jednym z pierwszych czytelników i recenzentów jego powieściowego debiutu - Ucieczki z Akademii IQ wydanej w 2012 roku. W ogóle jeśli chodzi i bibliografię, to udało mi się zgromadzić zdecydowaną większość opublikowanych przez niego prac.
A zaczęło się oczywiście w podstawówce, kiedy szukając prac o mięczakach w piotrkowskiej bibliotece publicznej, natknąłem się na siódmy zeszyt Fauny Słodkowodnej Polski. Książka znajdowała się w tzw. zbiorach podręcznych, udostępnianych tylko na miejscu. Ucząc się oznaczania słodkowodnych ślimaków przerysowywałem ryciny z tej książki, doprowadzając bibliotekarki do przyśpieszonego bicia serca (a skąd one miały wiedzieć, że po książce nie bazgrzę?). No ale druga część tej pracy, czyli zeszyt 7A (Mięczaki. Małże), pozostawał nieuchwytny dla mnie aż do owego 31 stycznia 2007 roku...
W roku 2016 nakładem Wydawnictwa Naukowego Bogucki wydana została książka Guide to Freshwater and Marine Mollusca of Poland. Pisałem o niej zachwycając się tym tytułem. To na chwilę obecną ostatnia z opublikowanych prac. Od długiego czasu trwa batalia o wydanie Fauny Bałtyku, w której rozdział poświęcony mięczakom opracowany został przez Jubilata. Kiedy to nastąpi, nie wiedzą nawet najstarsi górale, oby nie na świętego Dygdy. Mógłby tam ktoś na Wilczej w Warszawie zrobić coś w tym temacie...
Widziałem niejednokrotnie malakologiczną kolekcję Profesora, mogłem też oglądać okazy, porównywać moje oznaczenia. Zastanawiam się wtedy, czy kiedykolwiek uda mi się utrzymać taki porządek w swoich zbiorach, jaki podpatrywałem w jego kolekcji.
Nie było dziś fety na Banacha. Przed dziesięcioma laty huczniej świętowano urodziny profesora Piechockiego, nakładem Łódzkiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk ukazała się wówczas broszurka prezentująca dorobek łódzkiego hydrobiologa. Dziś spotkaliśmy się biegu, przed gmachem Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska UŁ. Zdążył mi powiedzieć, że przed trzydziestoma laty obchodził urodziny na Oceanie Indyjskim. Zasugerowałem, aby po powrocie do domu zaplanował swoje dziewięćdziesiąte urodziny na Spitsbergenie lub na Antypodach... Plurimos annos, Panie Profesorze, Plurimos annos!
Prof. Andrzej Piechocki w trakcie podpisywania książek w czasie XXXII KSM w Spale

Doktorat wyłowiony z Grabi


Habilitacja ze Świętym Krzyżem w tle, rok później Złoty Krzyż Zasługi




Rozdział poświęcony małżom w bardzo dobrym podręczniku zoologii

Opracowanie małży oraz ślimaków wodnych 

piątek, 11 maja 2018

Ziemia Kłodzka 2018

Choć mija już prawie tydzień od powrotu, wciąż żyję ostatnią moją majówkową podróżą na południe Polski, do kilku miejsc w Ziemi Kłodzkiej, od Gór Złotych, przez Masyw Śnieżnika, Góry Stołowe, Góry Orlickie, na Wapniarce kończąc (ta podobno należy do Masywu Śnieżnika, ale mogłaby być celem sama w sobie).
Byłem za krótko. Zdecydowanie za krótko, ale wystarczająco długo, żeby się zakochać. Taka miłość od pierwszego wejrzenia to nie jest tylko doświadczenie nastolatków. Mnie się taka zdarzyła właśnie teraz. Jeszcze nie ochłonąłem, na szczęście kierat zawodowy kręci się dość szybko, żeby móc myśleć też o innych sprawach, niż same ślimaki.
Do tej pory Ziemię Kłodzką znałem z publikacji Mięczaki Ziemi Kłodzkiej profesora Wiktora oraz z kilku prac Tomasza Maltza. To jednak troszkę za duże słowo "znałem". Wydawało mi się, że znałem. Rzeczywistość okazała się być bardziej zaskakująca.
Byłem szczęściarzem, bo trafiłem z niezwykłe okno pogodowe. Powtarzana przez kilka dni propaganda załamania pogody przyniosła wspaniałe efekty: przed kopalnią w Złotym Stoku spędziłem w kolejce nie dłużej niż 4 minuty, w kopalni w Kletnie nie dłużej, a parkując w lesie pod Szczelińcem byłem pierwszym o godzinie 9 rano. Cud, jednym słowem: cud. Pozwoliło mi to na wygospodarowanie jakichś mikrochwil na własne malakologiczne potrzeby, bo cel wyjazdu do malakologicznych nie należał.
Najwięcej obiecywałem sobie po Wapniarce, ale - w co trudno uwierzyć - więcej czasu straciłem na szukanie punktów topograficznych wskazanych przez autochtonów, niż na samym delektowaniu się jej urokami. Zależało mi na spotkaniu z Bythinella austriaca w źródłach romanowskich, ale wskazówki skutecznie wyprowadziły mnie w pole. Nie to pole... Więc nie spotkałem się ze źródlarką i tylko mogę żywić nadzieję, że zechce na mnie poczekać. Nie spotkałem się również z Charpentieria ornata, która na Wapniarce ma swoje stanowiska. Też nie płaczę, mam tylko nadzieję spotkać się następnym razem. Znalazłem tak kilka gatunków, w tym sfosylizowaną muszlę nieoznaczonego jeszcze przeze mnie świdrzyka, więc mam powody się cieszyć. Mogłem po prostu popatrzeć sobie na Perforatella vicina, szklarkowate, świdrzykowate czy na Helicigona lapicida, z którą na żywo spotkałem się pierwszy raz dopiero przed rokiem. Tym razem znalazłem jej bardzo dużo, a jedno stanowisko to chyba będzie w ogóle nowe dla nauki (trzeba będzie jeszcze zweryfikować, ale wszystko na to wskazuje). Wszędzie, gdzie się wybrałem, poza Szczelińcem, miałem jakieś pięć minut, żeby ślimaków poszukać. W Górach Stołowych nie szukałem, bo wydawało mi się, że to pozbawione sensu, abstrahując oczywiście od ochrony wyznaczonej przez park narodowy. Było to błędne założenie, bo w Górach Stołowych ślimaki też występują (widziałem nawet na żółtym szlaku jakiegoś rozdeptanego młodego ślinika), Wiktor podaje kilka gatunków stamtąd, ja natomiast nie wczytałem się w to na czas. Nie mniej i tak w parkach narodowych ograniczam się tylko do obserwowania tego, co przy szlakach, a tam wydawało mi się, że nie ma czego wypatrywać.
Pojechałem też na Zieleniec, bo wiedziałem, że to bardzo ciekawe malakologicznie miejsce. A tam okazało się, że kompletnie nic: świerki, jakieś gdzieś pojedyncze jawory i buki, ściółka sucha, gleba zakwaszona: nawet nie mogłem się zmusić do myślenia, że dobrze trafiłem. I się poddałem. I dopiero po powrocie przeczytałem, co straciłem. Dobrze mi tak, nawet do rekonesansu trzeba się przygotować, a ja zwyczajnie nie odrobiłem pracy domowej.
Jestem zakochany. Zwłaszcza w Wapniarce i w Masywie Śnieżnika. Lubieżnie i zachłannie obmacywałem wzrokiem zbocza wymalowane najsoczystszą zielenią pierwszego tygodnia maja. Wiedziałem, że jest tam ślimacze bogactwo. I spokojnie mijałem kolejne stanowiska wydające się być idealnymi do przegrzebania ściółki. Mijałem spokojnie i bez żalu, za to z nadzieją, że szybko tam wrócę, na dłużej, na spokojniej, na obficiej...





poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Pomoc na majówkę?

Szansa, aby zdobyć tę książkę przed 1 maja są raczej znikome, stąd moja rekomendacja może być spóźniona. Dziś jednak dopiero wpadła w moje ręce książka, która może zapowiedzieć całkiem niezłą przygodę, a kontekst majówki może być idealny. Oto właśnie z Warszawy, z Państwowego Instytutu Geologicznego trafiła do moich rąk książka Nie tylko dinozaury Włodzimierza Mizerskiego, Izabeli Olczak-Dusseldrop i Katarzyny Skurczyńskiej-Garwolińskiej. Wiele o tej książce mówi podtytuł: Poradnik dla poszukiwaczy skamieniałości. W istocie jest to poradnik i to kierowany do tych, którzy dopiero chcieliby zacząć przygodę z poszukiwaniem śladów życia z odleglejszych epok Ziemi.
Podstawowym atutem tego przewodnika jest jego osadzenie w realiach geograficznych Polski. Bardzo mocne osadzenie w tych realiach. Pierwszy raz trzymam w ręku książkę, która jest de facto zbiorem tras geologicznych i to tak skonstruowanych, że stanowiska przypisano do konkretnych epok. Dla takich laików jak ja, jest to rozwiązanie rewelacyjne. Podano również bibliografię oraz wykaz instytucji, które mogą przyjść z pomocą bardziej lub mniej doświadczonym poszukiwaczom.
Za krótko książkę trzymałem w ręku, żeby się teraz rozpisywać. Obiecuję do niej wkrótce wrócić, bo wydaje się być tego warta.


W. Mizerski, I. Olczak-Dusseldrop, K. Skurczyńska-Garwolińska. 2017. Nie tylko dinozaury. Przewodnik dla poszukiwaczy skamieniałości. Warszawa, PIG-PIB, ss. 256

piątek, 13 kwietnia 2018

Idź

Jeszcze kilkanaście lat temu podstawowym moim środkiem lokomocji były własne nogi, czasem wspomagane w tej misji przez pojazdy komunikacji miejskiej. Wielokrotnie te właśnie nogi opierały się na rowerze. Jeszcze kilkanaście lat temu... Uświadomiłem sobie (ze smutkiem), że przesiadając się do samochodu, pozbawiłem siebie sporego kawałka siebie. Tego dobrego kawałka siebie. Tego kawałka odpowiadającego za obserwację świata i przemyślenia.
Wpadłem na to wczoraj, kiedy wykorzystując swoje własne nogi spieszyłem na uroczystość nadania tytułu doktora honoris causa księdzu Adamowi Bonieckiemu (i nie byłem tam jedynym przedstawicielem malakologicznego półświatka!). Przeplatając tymi nieco przykrótkimi kończynami dolnymi, walcząc ze świadomością narastającego spóźnienia, patrzyłem na to, co się wokół mnie dzieje. Widziałem już obudzone ślimaki. Widziałem też ślimaki, które zaraz po przebudzeniu zdążyły wleźć pod jakiś śpieszący się nie mój but. Nie wiem, czy w czymś moje życie różni się od ich życia, odczuwam jednak, że coś próbuje je zgnieść. Chyba pośpiech, ta cholerna zadyszka nihilizmu...
Przesiadając się do samochodu, zatrzasnąłem drzwi zostawiając ważną cząstkę siebie za drzwiami. Tę cząstkę, która mnie spowalniała i pozwalała patrzeć na coś aż do bólu oczu. Która kołatała od wewnątrz i nie pozwalała na gubienie chwil, która wystukiwała mi rytm trzynastozgłoskowca z cezurą, która podszeptywała mi incipity wierszy znanych i nieznanych poetów, która podgwizdywała bethovenowskie uwertury.
Wierzę, że kiedyś uda mi się wrócić do momentu, w którym będę mógł odnaleźć tamtą cząstkę siebie. Tego niedostosowanego, ale pogodzonego z rzeczywistością nieśmiałego chłopca zapatrzonego w ożywiony świat biologii i metafizyki. Wystarczyło stanąć na nogach, żeby poczuć ziemię pod stopami, żeby poczuć oparcie pozwalające na ponowne wyciągnięcie głowy ku chmurom. Wystarczyło pospacerować, żeby odkryć na nowo rugowaną z duszy prawdę, że jestem mięczakiem, Wygnańcem z Siebie, laureatem Złotego Runa Nicości...

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Malakopedagogika 2, czyli Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci

O książkach dla dzieci, poświęconych mięczakom, lub o nich traktujących, pisałem już kiedyś. Dziś korzystam z okazji, jaką jest obchodzony w urodziny Andersena Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci i dzielę się pobieżnie tym, co w ostatnim czasie zdobyłem, a ponieważ moja biblioteczka malakologiczna w trochę się w tym kierunku rozrosła, to poniżej kilka słów o tym.
Kiedy jakiś czas temu przeglądałem światowe zasoby pod tym kątem, stwierdziłem, że najlepiej u nas nie jest, ale też nie ma tragedii. Mniej więcej dwa tytuły lub tytuliki rocznie można znaleźć. A w każdym z nich jakieś elementy do zarażania malakologiczną pasją. Większość z tego, co na naszym rynku, słabe jest jednak i wciąż szukam czegoś, co by mnie olśniło. Ale też jest kilka fajniejszych tytułów, które polecam.

Wypada zacząć od Andersena, wszak to jego urodziny są pretekstem do święta książki. Mało znana baśń Ślimak i Róża to krótka lektura dla troszkę starszych dzieci, myślę, że optymalnie koło trzeciej klasy.


Skoro jest to Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci, muszę się pochwalić, że w mojej biblioteczce znalazła się też książeczka wydana w Wielkiej Brytanii (u nich wydaje się dziesięć razy więcej książek, niż w Polsce, stąd i malakopedagogika u nich bardziej zaawansowana;). Książka testowana na trzylatce, jedna z ulubionych. Bardzo ciekawa szata graficzna, na każdej stronie znajduje się wypukły brokatowy druk śladu ślimaka: dziecko wodząc palcem podąża za ślimakiem, by ostatecznie dostać się na urodziny. 


Przechodzę do książek-pacynek. Pierwsza z nich, starawa nieco, wydobyta z książkowych zaświatów, skonstruowana jest tak, że można palcami "ożywić" czułki ślimaka Stasia. Fabuła dla trzylatków, nawet z morałem, więc edukacyjna po trosze. Ale te ruchome oczy to bardziej mi zeza na myśl przywodzą, niż ślimacze czułki. Plus za pomysł.


Ta z kolei (Opowieść z niespodzianką. Ślimaczek) to publikacja najświeższa, bo z 2018 roku. Również przetestowana na trzylatce. Mnie się podoba średnio, bo ślimak, który zgubił muszlę, nie dość, że bardziej przypomina gąsienice, to jeszcze przymierza muszle, skorupy czy filiżanki... Ale testującej się podoba. 


Kolejna z książeczek-pacynek, druga, której bohaterem jest Ślimak Staś. Tutaj wykorzystuje się jeden palec do animacji ślimaka. Plus za formę. Treściowo: taka sobie, ale w testach trzylatki się broni.

I znów książka-pacynka, bardzo podobna w działaniu, tzn. również animowana za pomocą palca. Mała, kartonowa książeczka dość wygodna do czytania-pokazywania. Oczywiście plus za formę plastyczną.


Natomiast książeczka A kuku! Ślimaczek to coś pomiędzy pacynką a książeczką do czytania. Wycięcia na oczy, które z każdą stroną znajdują się w nieco innym miejscu, to całkiem dobry pomysł, ale wykonanie oczu 3D już dużo słabsze. Graficznie biedna, fabularnie słabiutka, natomiast walorem jest to, że zawiera pytania-polecenia, takie na poziomie dwulatka. Generalnie słaba, ale test trzylatki przeszła.


W 2017 roku na naszym rynku pojawiło się kilka z omawianych książek, w tym bardzo ciekawa graficznie książka Ośmiornica Ola. Tu znów, jak w przypadku Ślimaka Stasia powtarza się zestawienie bohaterów. Wcześniej wydana już była książeczka o identycznym tytule, boleję bardzo nad tym, że dotąd dla mnie nieosiągalna. Ta z 2017 roku to również pacynka, w której wykorzystać trzeba aż cztery palce. Świetny pomysł. Szkoda tylko, że ośmiornica ma wtedy włochate macki, ale dziecku to nie przeszkadza. Rodzicowi natomiast może przeszkadzać to, że książka ma wymiary 30x30cm, więc dość trudno tak wielką książką łaskotać małe dziecko, jak sugerują polecenia w fabule. Ale duży plus za formę i drugi plus za samą ośmiornicę, bo to w naszych warunkach przecież egzotyczne zwierzę.


Książka Bardzo pomocna mała ośmiornica to lektura dla nieco starszych dzieci, do czytania i do oglądania. Dobre, a nawet bardzo dobre ilustracje, ciekawa fabuła no i największy plus za to, że ma też bohaterów w postaci małży. To jedyny znany mi w Polsce tytuł dla dzieci, gdzie małże coś mówią;) Szkoda, że książka właściwie do zdobycia wyłącznie w antykwariatach, ale polecam.


Wydawnictwo "Zielona Sowa" wydało w 2016 lub 2017 roku również książeczkę o ośmiornicy, przeznaczoną dla najmłodszych dzieci, na dodatek tzw. książeczkę kąpielową. Również polecam jako pomoc dydaktyczną, zwłaszcza, kiedy dziecko ciężko wieczorem zaciągnąć do odmaczania. Fabularnie niezbyt rozbudowana, ale to książeczka dla najmniejszych maluchów. Wydana na ceracie, nie wiem, czy może służyć również za gryzak, ale chyba bym nie zaryzykował;)



Ośmiornica okazuje się być całkiem nieźle reprezentowana w naszych tytułach. Bardzo dobrą książeczką, której ten głowonóg jest bohaterem, jest Małgorzaty Strzałkowskiej Osiem ramion ośmiornicy z cyklu ABC... Uczę się! To również książeczka dostępna raczej w antykwariatach, ale gorąco polecam. Dodam, że autorka, jedna z najlepszych współczesnych autorek dla dzieci, chyba lubi mięczaki, bo w mojej biblioteczce znajdują się w sumie trzy jej tytuły, z których szczególnie polecam, ze względu na wartość artystyczną, Bajkę o ślimaku Kacperku. Jeśli kto chciałby ją zdobyć, musi się uśmiechać do zaprzyjaźnionych antykwariuszów, w księgarniach niedostępna od około dziecięciu lat.




Poza Małgorzatą Strzałkowską jeszcze dwie autorki częściej niż raz sięgały do ślimaczych motywów. Zmarła w zeszłym roku Wanda Chotomska już dość dawno bawiła się wariantami rymowanki Ślimak, ślimak, pokaż rogi (przynajmniej dwa różne wydania, z tego jedno chyba z lat osiemdziesiątych, niestety jeszcze niewłączone do moich zbiorów). Ciekawszą propozycją jest książka wydawnictwa Wilga z 2004 roku pt. "Kolory". Tutaj duży plus za formę graficzną. Dziecko ma możliwość poruszania ślimakiem, którego można przesuwać po specjalnym torze, dłuższym na każdej kolejnej stronie. Podobnie jak wiele poprzednich tytułów i ten należy do niedostępnych w księgarniach.



Poza Wandą Chotomską jeszcze Ewa Stadtmuller lubi ślimaki, przynajmniej tak można by wnioskować po dwóch tytułach: Jak Skrzat Jagódka uczył ślimaki marzyć oraz Ślimak maruda. W odróżnieniu od wielu z omawianych pozycji, te są jeszcze dostępne w wielu księgarniach. Fabularnie są dość atrakcyjne, choć moja testerka ma skłonność do wyprzedzania fabuły i wymuszania przekładania kartek przed zakończeniem czytania. Myślę, że wielu rodziców wie, co mam na myśli.







Na moich półkach w sumie znajduje się koło trzydziestu książeczek i książek dla dzieci, które łączy wspólny malakologiczny wątek. Czasem jest on wątkiem głównym, czasem tylko pobocznym. Czasem to książeczka dla dzieci młodszych niż roczne, czasem to popularno-naukowe oracowania adresowane dla ciekawych świata dzieci. Jest też kilka takich, które gotów jestem ukrywać przed Testującą, bojąc się, żeby jej intelektualnej krzywdy nie wyrządziły. Pozostało mi jeszcze kilka książeczek do odnalezienia i sprowadzenia. Jeśli ktoś zna poniższe okładki, a chciałby mnie wesprzeć, to gorąco się polecam pamięci. Niektóre z nich pojawiają się na internetowych aukcjach, więc wcześniej czy później raczej je zdobędę. Są też takie, których przez kilka lat nie udało mi się upolować. Tym bardziej więc uśmiecham się do każdego, kto już ze swoich książeczek dla dzieci wyrósł...