środa, 30 grudnia 2015

Na koniec, na początek

Czas przypomina mi starą Kasztankę, klacz, którą moi rodzice mieli w czasach, kiedy byłem dzieckiem. Kasztanka była typowym koniem do prac polowych, niechętnie wożącym jeźdźców na swoim grzbiecie. Miała też swoje fiksacje, na przykład pośpiech, z jakim wracała do domu... Kiedy zaprzęgano ją do wozu, ociągała się okrutnie. Gdyby mogła, pewnie by się położyła, byleby tylko opóźnić wyjście do pracy. Noga za nogą, powoli, niedbale szła przed siebie oddalając się od zabudowań. Pamiętam kuropatwy, które biegły przed nią na swych krótkich nóżkach... Kiedy jednak kończyła się praca i czas było wracać, Kasztanka - nie patrząc na okoliczności - gnała do domu jakby na Torwarze była. Nie przeszkadzało jej, że w pierwszą stronę szła bez obciążenia, a wraca obładowana słomą czy sianem. Gnała. Pędziła. I im bardziej wóz był obciążony, tym bardziej zdawało się, że Kasztanka przejdzie do galopu.Tak, odczuwam upływający czas jakbym siedział na wozie zaprzężonym w Kasztankę. Gna i na nic się zdają zabiegi spowalniające, perswazje, przeciągłe wołanie "prrrrrrrrrrrrrrryyyyyyyyyyy". Właśnie ucieka mi rok 2015, a następny pcha się już w drzwi i nie spostrzegę nawet, jak wlezie (i równie szybko pewnie wylezie)...
Wyczuwam tu jakąś eschatologiczną nutkę: im bliżej mi do domu, tym szybciej czas biegnie. Niby w pełni sił, ale przecież zawsze lepiej żyć tak, żeby być przygotowanym... W każdym razie zaniepokojenie tempem przeżywanego czasu coraz częściej mi pobrzmiewa w mojej świadomości.
Dziwny był to rok. Wiele się działo, zwłaszcza w życiu prywatnym. W życiu zawodowym taki towarzyszył mi natłok, że kora mózgowa odklejała mi się z przegrzania obwodów. Ale się udało. Natomiast to, co było dla mnie odskocznią od pracy i podstawową pasją mojego życia, przeżywało coś na kształt śpiączki, letargu, stanu po ostrym niedotlenieniu. Diagnozy ostatecznej nie stawiam, nadzieją tylko żyję, że po zapaści wróci jeszcze do życia i do zdrowia.
To był pierwszy od wielu, wielu lat rok, kiedy ani razu nie udało mi się zorganizować dłuższego spaceru dla obejrzenia ślimactwa przydrożnego. Owszem, robiłem jakieś notatki, czyniłem obserwacje, ale nie było to łażenie z plecakiem, probówkami, czerpakiem i temu podobnym ekwipunkiem. Zbiorów w tym roku nie powiększyłem, nie znalazłem żadnego nowego gatunku, słowem: katastrofa. Miałem podjąć się liczenia wstężyków: nic nie wyszło. Najpierw brakowało czasu, później taka susza nastała, że Cepaea poukrywały się daleko od ścieżek, którymi kroczyłem. Może nadrobię to w przyszłym roku. Susza dała mi się we znaki również podczas wypadu na Rzeszowszczyznę. Zależało mi na odnalezieniu C. vindobonensis na stanowisku, które znałem z fotografii. Znalazłem jedną pustą muszę. Żywych ślimaków nie znalazłem, więc sukces połowiczny: stanowisko potwierdziłem, ale właściwie tylko historycznie. Wcale nie lepiej było na Południu, gdzie spędziłem trzy dni. Choć tutaj nawet upolowałem próbkę pięciu świdrzyków (jedyny zbiór tego roku!), to ani nie znalazłem czasu na szukanie, ani pogoda nie sprzyjała poszukiwaniom. Może następnym razem...
Mapka moich podbojów jest tak żenująca, że nawet nie powinienem jej przygotowywać. Kiedy przesuwam kolejne lata, nagle następuje krach. I to jest właśnie 2015 rok...
Żółte plamki oznaczają miejsce zbioru, pomarańczowe - obserwacji. Lichutko.
Nieco lepiej wyglądała sprawa literatury. Jakkolwiek rok ten minął na bezowocnym wyczekiwaniu Bardzo Ważnej Książki, to nie było najgorzej. Liczyłem, że Święty Mikołaj przyniesie mi pod choinkę klucz do oznaczania wszystkich mięczaków wodnych stwierdzonych w Polsce. Klucz ten przygotowuje prof. Piechocki i dr Wawrzyniak-Wydrowska, prace są już bardziej niż zaawansowane, ale książki jeszcze nie ma, Mikołaj był bez szans. Mam głęboką nadzieję, że już niedługo to się zmieni i w końcu Bardzo Ważna Książka ujrzy światło dzienne. Czekam. Udało mi się w tym roku powiększyć biblioteczkę o kilka tytułów, w tym o jeden, o którego istnieniu nawet bladego pojęcia nie miałem. Udało mi się zdobyć książkę o perłach autorstwa Sobczaków, na którą polowałem od dłuższego czasu, niemiecki poradnik o zwalczaniu ślimaków nagich w ogródkach, pierwszą w Polsce książkę o gender dla dzieci, no i rozprawę habilitacyjną Witolda P. Alexandrowicza, o której wydaniu nie wiedziałem do tego roku. Kończę ten rok lekturą nowego podręcznika zoologii autorstwa Jerzego Dzika: czytam w ślimaczym tempie, bo nie mogę się przebić przez mury mojego analfabetyzmu, ale czytam i bardzo mi się ta praca podoba. Wróciłem jeszcze na chwilę do Franciszka i jego ekologicznej encykliki - rok 2015 powinien przejść do historii choćby właśnie z tego tytułu. Do biblioteczki trafiło jeszcze kilka pozycji, mniej lub bardziej ciekawych, ale lista poszukiwanych prac zawiera jeszcze parę tytułów, więc będzie czego szukać w nowym roku. 
Nie pojawiłem się na XXXI Krajowym Seminarium Malakologicznym, które w tym roku odbyło się we Wieliczce. Przyszłorocznego sobie nie odpuszczę, ale o tym napiszę w nieodległej przyszłości. Żałuję, że nie uczestniczyłem w uroczystości przyznania tytułu "Członka Honorowego" Stowarzyszenia Malakologów Polskich panu Stanisławowi Myzykowi. W ogóle żałuje, że mnie we Wieliczce na Seminarium nie było, ale przecież podkreślałem, że to był bardzo kiepski rok dla mojej malakopasji. 






Wierzę, że następny będzie lepszy, że odbiję się od dna, a jeśli się nie odbiję, to przynajmniej na tym dnie trochę bentosu pooglądam;) Strasznie jestem wygłodniały wycieczek terenowych, nowych spotkań, nowych gatunków, nowych publikacji. Więc zapowiada się, że nie będzie źle. Czeka mnie kilka zaległych lektur, kilka omówień, które dawno obiecałem, trochę porządków też by się przydało. Trudniej mi o aktywność taką, jaka towarzyszyła mi kilka lat temu. No ale sporo jeszcze jest do zrobienia, więc chyba coś się będzie działo. Na początek: zdobycie Bardzo Ważnej Książki. Obiecuję: będę pierwszym, który o niej napisze! Trzymajcie mnie za słowo.

środa, 23 grudnia 2015

Adeste fideles!

Wszystkim malakologom,  miłośnikom mięczaków, Drogim Czytelnikom, życzę Świąt Bożego Narodzenia pełnych zamyśleń, zachwytu, wzruszenia i głębokich przeżyć duchowych oraz siły do przebaczania i czerpania radości płynącej z przełamywania opłatka i uprzedzeń. 
Dziękuję za liczne odwiedziny w kończącym się roku i pozostawiam jeden z dawnych moich wierszy. 

Apokryf wigilijny

Głodnym miłości niebo rzuciło okruszek
Manny jedno ziarenko pęczniejące mlekiem
Słowo stało się ciałem i pośród pieluszek
W Kościół rosło to ciało Bóg stał się człowiekiem

Padło manny ziarenko na dziewicze łono
Siedzi teraz zdumiona Dziewica i Matka
A Dziecię w tok krowięcy śpiące położono
Owinięte przed chłodem w pieluchach i szmatkach

Józef nie wie co robić Drapie się po głowie
I spogląda co chwila na dziecko i żonę
Pasterze paść wrócili odeszli magowie
A dziecko śpi spokojnie sianem otulone

„Takie małe paluszki i nosek zadarty
I te oczka zamknięte takie To drobniutkie”
Myślał Józef noc całą o laskę oparty
„I te owce tak dziwnie patrzą z jakimś smutkiem”

Maryja wtedy senne otworzyła oczy
I spostrzegła jak Józef płacze po kryjomu
Sprawdziła czy Jezusek pieluch nie przemoczył
Akuszerki już były i poszły do domu

„Co Ci – rzekła – Józefie, mój mężu kochany,
Stało się co że płaczesz w tym nocnym czuwaniu?”
A Józef tym pytaniem był zakłopotany
Że go żona nakryła na cichym płakaniu

„Widzisz – mówi po chwili – co to nas spotkało
Przecież ojcem dla niego i matką będziemy
I uczyć je będziemy by wszystkich kochało
Zrobimy to najlepiej jak tylko umiemy”

Wtedy Józef tak rzecze rozcierając skronie
„Ja mu ojca na ziemi będę zastępował…
I cóż ja mam powiedzieć kiedy moje dłonie
Stworzone abym ciosał a nie adorował”

Przystawiając do piersi swoje Pierworodne
Taką dała odpowiedź Maryja mężowi:
„Ciche życie prowadzisz i ono jest godne
Miłość Ojca objawić Odkupicielowi

Może mnie i nazywać będą pokolenia
Matką Boga na ziemi lecz twoim udziałem
Słowo Ojciec dla Niego bo z tego Imienia
Ciebie będzie wołało i Bogu da chwałę”
                                                     [2006]


piątek, 18 grudnia 2015

Zmarł prof. Andrzej Łysak (1932-2015)

Wczoraj, 17 grudnia, odbyły się w Krakowie uroczystości pogrzebowe śp. prof. dra hab. Andrzeja Łysaka, profesora nauk rolniczych, zootechnika, specjalisty ochrony wód, ichtiologa i malakologa. Przez lata swojej działalności naukowej związany był z Instytutem Zootechniki PIB w Krakowie, a w ostatnim czasie również z Krakowską Akademią im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Zmarł 11 grudnia 2015 roku po krótkiej chorobie, w 83 roku życia.
Nie znam szczegółów biografii zmarłego Profesora. Znam jedynie kilka jego publikacji dotyczących hodowli ślimaków - tym tematem zajmował się przez ostatnie kilkanaście last pracy naukowej, którą rozpoczął - jeśli oprzeć się na dostępnych źródłach - w 1955 roku. Tak wnioskuję po wydanej w 2002 roku monografii Profesor doktor habilitowany Andrzej Łysak: 47-lecie pracy naukowej. Monografia (Instytut Zootechniki). Przez wiele lat zajmował się helikulturą, czyli badaniem hodowlanych ślimaków z rodzaju Helix. To dzięki niemu ośrodek w Balicach jest obecnie bardzo ważnym punktem na mapie malakologii stosowanej. Kontynuatorem prac w tym obszarze jest prof. Maciej Ligaszewski, autor opracowań dla potencjalnych hodowców ślimaków konsumpcyjnych. Mam nadzieję, że wśród uczniów znajdą się osoby, które podejmą się trudu przygotowania wspomnienia po Zmarłym. Mam też nadzieję poszerzyć swoją wiedzę na temat biografii balickiego malakologa, ale to już pieśń przyszłości.
Profesor Andrzej Łysak spoczął na cmentarzu Batowickim w Krakowie. W ostatniej drodze towarzyszyli mu najbliżsi, znajomi, współpracownicy, uczniowie i kontynuatorzy jego dzieła. Obiecuję przygotować się nieco i po zdobyciu odpowiedniej wiedzy, wspomnieć profesora Łysaka w odrębnym tekście. Niech odpoczywa w pokoju!
  



piątek, 4 grudnia 2015

Anna Dyduch-Falniowska (27.02.1953 - 02.09.2002)

Trwa w Paryżu właśnie Szczyt Klimatyczny, w czasie którego mądre i niemądre głowy decydujące o losach świata, myślą lub uśmiechają się tylko do myśli o zmianach, które następują na skutek zmian klimatu. Jednym z silniejszych głosów na ten temat, ale jeszcze przed rozpoczęciem Szczytu, słychać było z ust Papieża Franciszka, który choć w samym wydarzeniu nie uczestniczy, wniósł do dyskusji bardzo dużo. To pierwszy w historii Kościoła papież, który zajmuje zdecydowane stanowisko w sprawie ochrony środowiska naturalnego.
Rozpisywałem się już na temat papieskiej encykliki Laudato si'. Uważam ten głos za bardzo mądry i wyważony, choć jak na głos kościelny - jednak mocny. Minęło już kilka miesięcy od ogłoszenia encykliki i jakoś nie doszukałem się za bardzo odzewu ze strony polskich środowisk, czy to naukowych, czy to kościelnych. Owszem, coś tam powiedziano, brawa bito i tyle. A wezwanie do refleksji nad troską o wspólny dom nie jest bynajmniej sferą estetyki, a etyki. I jest to wezwanie bardziej niż kiedykolwiek aktualne.
W tym roku mija 15 lat od wydania książki, która była poważną próbą poszukiwania sojuszu między wiarą a nauką w kwestii poszanowania dla środowiska naturalnego. Sięgam po tę książkę nie żeby ją omawiać, a żeby wspomnieć osobę, której nigdy osobiście nie spotkałem, a którą zawsze uważałem za czołówkę moich malakologicznych autorytetów. Trochę więc okrężnymi drogami, ale chciałbym dojść do sylwetki nieodżałowanej docent Anny Dyduch-Falniowskiej, osoby bez reszty zanurzonej w nauce i w chrześcijańskiej wizji świata.
Anna Dyduch Falniowska urodziła się 27 lutego 1953 roku w Bochni.Tam zdała maturę, po której rozpoczęła studia na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opiekunem jej magisterskiej drogi był prof. Czesław Jura (z jego "Zoologii" przerysowywałem kiedyś ryciny mięczaków), pod okiem którego napisała pracę o mięczakach Puszczy Niepołomickiej i Puszczy Białowieskiej i obroniła ją w 1977 roku. Od 1978 pracowała w Zakładzie Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk, gdzie też się doktoryzowała w bardzo krótkim czasie. Była jedyną doktorantką prof. Leszka Bergera, a przedmiotem jej badań doktorskich była systematyka krajowych Sphaeridae. W 1994 roku habilitowała się na podstawie rozprawy "Ślimaki Tatr Polskich" (The Gastropods of the polish Tatra Mountains), wydanej w 1991 roku. Jeszcze przed habilitacją wydała wespół z prof. Andrzejem Piechockim najobszerniejszy z dotychczasowych kluczy do oznaczania krajowych małży słodkowodnych - "Mięczaki (Mollusca). Małże (Bivalvia)" z serii Fauna Słodkowodna Polski.
Jej kariera naukowa, osadzona na niezwykłej pracowitości oraz trosce o pozyskiwanie materiałów do badań faunistycznych, nie wyczerpywała się tylko w badaniach malakologicznych i koordynowanych od początku lat 90-tych XXw. działań inwentaryzatorskich i dokumentacyjnych sieci ekologicznych. W 1985 roku rozpoczęła studia na Wydziale Filozofii Przyrody Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, w 1991 roku uzyskując absolutorium. Jej przyrodnicza pasja połączona z filozoficznym dociekaniem i chrześcijańską wrażliwością kierowały ją w stronę budowania wielkiego forum interdyscyplinarnych badań nad ekologią. Związana z franciszkańskim nurtem wrażliwości ekologicznej organizowała sympozja, konferencje, dyskusje, których pokłosiem było kilka publikacji zbiorowych, z których jedną nawet lepiej znam.
Jej przedwczesna śmierć 2 września 2002 roku zakończyła ten ożywiony dialog między światem biologii, a światem chrześcijańskiej etyki. I choć on trwa, nie ma w nim tak znaczących postaci, tak zaangażowanych, jak Anna Dyduch-Falniowska.
Śmiesznie to pewnie zabrzmi, ale kiedy czytałem po raz pierwszy encyklikę Laudato si' Papieża Franciszka, myślałem właśnie o zmarłej Annie Dyduch-Falniowskiej. Gotów byłbym się założyć, że gdyby doczekała momentu ogłoszenia tego papieskiego dokumentu, pewnie usiadłaby i od razu napisałaby list do papieża. Jestem też pewien, że przez te kilka miesięcy od ogłoszenia dokumentu, zorganizowałaby już szereg konferencji, na których specjaliści z wielu dziedzin, czy to filozofii, czy to teologii, czy to w końcu nauk ścisłych, wykuwałoby wspólną definicję ekologii. Jestem przekonany, że nie dopuściłaby do tego, żeby w Polsce ten papieski głos został tak wyciszony. I tak mi żal, że brak obecnie ludzi, którzy wewnętrznie potrafią harmonijnie połączyć bogatą wiedzę przyrodniczą z humanistyczną refleksją i teologiczną perspektywą. Tak mi żal...



Serdecznie dziękuję dr Katarzynie Zając IOP PAN w Krakowie za pomoc w kwerendzie informacji biograficznych o Annie Dyduch-Falniowskiej. Korzystałem ze wspomnienia opublikowanego w Chrońmy Przyrodę Ojczystą ze stycznia 2003 roku autorstwa M. Makomskiej-Juchiewicz, M. Grzegorczyk i J. Perzanowskiej.

piątek, 20 listopada 2015

Wygrzebane spod ziemi

Czasem zastanawiam się nad tym, czy bardziej od malakologa nie jestem malakobibliofilem. Zwłaszcza w ostatnim czasie, kiedy moja aktywność terenowa została ograniczona do krytycznego poziomu, próbuję się ratować malakologią teoretyczną... A prawda jest taka, że malakologicznych publikacji w języku polskim jest jak na lekarstwo.  Co gorsza, lekarstwo nierefundowane... Czekając na nowości, które pojawiają się zbyt rzadko, natrafiam czasem na zaskakujące archiwalia, o których istnieniu nie miałem bladego pojęcia. I tak na przykład wczoraj dotarła do mnie wygrzebana gdzieś spod ziemi książka Witolda Pawła Alexandrowicza Późnoglacjalne i holoceńskie zespoły mięczaków w martwicach wapiennych południowej Polski. Choć dość dobrze znam dorobek naukowy profesora Alexandrowicza (profesor AGH w Krakowie), jakoś nigdy nie zwróciłem uwagi na tę publikację. A że ja na ślimacze książki jestem zachłanny, to nie mogłem przepuścić okazji do jej prowadzenia.
Książka została wydana 10 lat temu jako 148 tom serii Rozprawy Monografie AGH w Krakowie. Na przestudiowanie będzie musiała poczekać jeszcze kilka tygodni (to z powodu zawodowych lawin i wymuszonej przez to bezsenności), teraz wykradam czas na Zoologię Jerzego Dzika, o czym wspominałem przed paroma dniami. Zdążyłem tylko przejrzeć wnioski i podsumowania, i na tej podstawię uważam, że warto jej poświęcić więcej uwagi.
Lubię te momenty, kiedy wygrzebuję nieznane mi wcześniej publikacje. To porównywalne ze znalezieniem nowego dla mnie gatunku mięczaka. Ot, takie przyjemności amatora.

wtorek, 17 listopada 2015

Już mam

Nie tak dawno opublikowany został nowy podręcznik zoologii, autorstwa prof. Jerzego Dzika, o którego książce "Dzieje życia na Ziemi" rozpisywałem się kiedyś na blogu. Wczoraj odebrałem zamówiony egzemplarz i tylko potworny natłok pracy nie pozwala mi na studiowanie teraz nowej publikacji warszawskiego paleontologa.
Wkrótce postaram się coś napisać. Zaskoczył mnie. Mocno mnie zaskoczył. Spodziewałem się, że paleontolog będzie opierał podręcznik głównie o zdobycze swojej dziedziny, a tu niespodzianka - Dzik nie tylko odnosi się do najnowszych badań molekularnych, to jeszcze z premedytacją sięga po kontrowersyjne teorie zapraszając do poszukiwań prywatnych, czyli do... studiowania.
Więc nie wiem, czy jest to podręcznik akademicki, skrypt do wykładów, czy może przewodnik po labiryncie współczesnej zoologii. Nie wiem, ale się dowiem. A wtedy się podzielę.


Jerzy Dzik. 2015. Zoologia. Różnorodność i pokrewieństwa zwierząt. Warszawa, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, 252pp.

czwartek, 12 listopada 2015

Ślimak zaroślowy Arianta arbustorum (Linnaeus, 1758)

Śpieszyłem się - jak to rano bywa - śpieszyłem się okropnie, więc nie mogłem utrwalić tego na zdjęciu. Zdążyłem tylko schylić się, podnieść z chodnika, przenieść na trawnik i pobiec dalej. A kiedy wracałem i śpieszyłem się już nieco mniej (bo i tak byłem spóźniony), już go nie było. To znaczy pewnie był, ale ukrył się, bo i pora ku temu sposobna, a właściwie: najwyższa. Dziś, 12 listopada 2015 roku, rano, na kilkanaście sekund przed godziną ósmą, spotkałem na drodze w Łodzi ślimaka zaroślowego Arianta arbustorum (Linnaeus, 1758).
Nie jest to pora na ślimaki, zwłaszcza te duże, z rodziny Helicidae. Powinny już były znaleźć sobie kryjówki zagrzebując się kilka centymetrów w ziemi.. Nie spodziewałem się, że w połowie listopada zobaczę jeszcze Ariantę. To spory, jak na krajowe warunki, ślimak lądowy, bardzo podobny do wstężyków, jednak z wyraźnie inaczej ubarwioną muszlą, która w odróżnieniu od wstężyków jest dużo mniej zmienna. Różni się również zdecydowanie kolorem ciała, które u wstężyków jest jasne, a u niego na ogół czarne, czasem wręcz atramentowe. Na ogół kolor muszli mieści się w tonacjach brązów, czasem oscyluje w granicach żółcieni. Na muszli występują bardzo charakterystyczne cętki białe lub żółtawe oraz równie licznie rozmieszczone cętki ciemnobrązowe. Na ogół występuje również ciemny pojedynczy pasek. Warga - zawsze białej barwy - jest dobrze wykształcona, minimalnie jakby odgięta do podwinięcia, zaś dołek osiowy jest zakryty. Rozmiary muszli dochodzą do 25 mm szerokości i ok. 27 mm wysokości (Wiktor, 2004), co sprawia że obok Cepaea nemoralis jest po Helix pomatia największym z krajowych ślimaków lądowych.
Ślimak zaroślowy jest jednym z najpospolitszych ślimaków w Polsce, występującym na niemal całym obszarze. I bardziej na północny wschód Polski, tym staje się rzadszy, ale tam gdzie występuje, na ogół daje się go łatwo wypatrzeć. Preferuje środowiska wilgotne, lubi zacienione miejsca z obfitą roślinnością, najchętniej nad brzegami wód. Spotyka się go również często w środowiskach antropogenicznych, przez niektórych uważany jest za szkodnika roślin. Rzadziej niż wstężyki włazi na drzewa, aczkolwiek jest to wniosek z moich obserwacji i nie wiem, czy jest poparty obserwacjami innych malakologów.
Zaskoczył mnie widok ślimaka zaroślowego o tej porze roku. Owszem, ostatnie pogody sprzyjały aktywności ślimaków, było mokro i jak na listopad nawet bardzo ciepło (nawet 10 C nocą, do 15 w ciągu dnia). Jakoś jednak przygotowałem się mentalnie, że w tym roku już się nie napatrzę na pełzające ślimaki. A tu taka niespodzianka...
Cóż, z tego spotkania morał płynie nawet: nawet w ciepłym listopadzie patrz  ślimaka w parku, w  sadzie, lepiej spóźnić się do pracy niż ślimaka nie zobaczyć;)

Poniżej kilka zdjęć z podręcznego archiwum, powinny być zorientowane poziomo, ale nie wiedzieć czemu fotografie wczytywane są pionowo.



piątek, 30 października 2015

Świdrzyki Polski

Prawdopodobnie należę do tych bardzo nielicznych ludzi, którzy na widok ślimaka odczuwają przyśpieszone bicie serca, a na widok nowego ślimaka doznają znaczącego wyrzutu adrenaliny. Nie będę dopytywał ewolucjonistów, skąd we mnie taki defekt: czy to jakieś głęboko zakorzenione w genach przystosowanie, czy pojedyncza aberracja w zapisie DNA. Nie będę też psychologów pytał, co z tym powinienem zrobić, bo nie powiedzieliby mi nic ponad to, co sam już wiem. Polityków też nie zapytam, bo jeszcze będą to chcieli opodatkować... W każdym razie dobrze mi z tym, że na widok ślimaków robi mi się milej. No może poza widokiem na działce warzywnej...
Ze ślimaków, do których ciągnęło mnie zawsze najbardziej, należą świdrzyki. Myślę, że to dlatego, że w moich rodzinnych stronach nigdy ich nie spotkałem i zawsze były gatunkami odległymi. W dzieciństwie nigdy nie udało mi się spotkać żadnego świdrzyka w czasie rozlicznych leśnych wycieczek, i dopiero w czasie studiów zacząłem je znajdywać w różnych częściach Polski.

Świdrzykowate (Clausiliidae) to rodzina lądowych ślimaków reprezentowana przez około 1000 gatunków. Nazwę łacińską zawdzięczają specjalnemu systemowi zamykającemu muszle (clausilium), będącego czymś na kształt wieczka, jednak o innym od operculum pochodzeniu. Anglojęzyczna wersja nazwy doorsnail wskazuje również na ten aspekt budowy muszli, na jej ujście, które na ogół wyposażone jest w system listewek i fałdek o nie do końca poznanym przeznaczeniu, o tym za chwilę. Polska nazwa  nawiązuje do budowy muszli, przywodząc na myśl budowę świdra (wiertła). Na ogół muszle świdrzyków mają kształt wrzecionowato-wieżyczkowaty lub wieżyczkowaty. Muszla składa się z kilku do kilkunastu skrętów, a u dojrzałych osobników na ostatnim skręcie występuje na ogół zwężenie oraz ujście uzbrojone w przeróżną armaturę. Jest to jedna z podstawowych cech identyfikacyjnych w oznaczaniu świdrzyków, które - a tak jest w moim przypadku - nie należą do najłatwiejszych w oznaczaniu. Świdrzyki to jedyna w Polsce rodzina ślimaków, której przedstawiciele charakteryzują się lewoskrętną muszlą. Nie wiem, nie sprawdziłem, czy na świecie żyją prawoskrętne świdrzyki, ale jeśli tak, to stanowią one mniejszość w tej licznej rodzinie. Świdrzyki żyją na całym świecie z wyjątkiem Australii, Antarktydy i Ameryki Północnej. W Europie żyje około 450 gatunków, z czego w Polsce notowane są 24 gatunki.
Jeszcze trochę o szczególnej budowie ujścia muszli. Przyjmuje się, że pełni ona funkcje ochronne: przed drapieżnikami i przed wysychaniem,  ale być może i ma inne przeznaczenie. Przypuszczam, że kształt ujścia i przewężenie przed nim powiązane są również ze strategiami reprodukcyjnymi. Część świdrzyków stanowią gatunki jajorodne, część zaś to gatunki jajo-żyworodne i budowa wewnętrzna muszli, a zwłaszcza skomplikowany układ fałdek prawdopodobnie pełni jakieś funkcje powiązane z retencją jaj lub wylęgiem nowego pokolenia. W pełni wykształcona warga i uzbrojenie ujścia to cecha dojrzałości świdrzyków, które - w polskich warunkach - żyją od roku do nawet sześciu lat.
Rozpiętość wielkości muszli krajowych Clausiliidae waha się od 8 do dwudziestu kilku milimetrów. Przeważają formy kilkunastomilimetrowe.
Dotychczas nie spotkałem się z monografią krajowych świdrzyków, a bardzo taka publikacja byłaby przydatna. Ukazała się w 2009 roku książka "Świdrzyki Wielkopolski", ale zawiera dane ograniczone do 10 gatunków i do niewielkiego obszaru naszego kraju (nota bene zasadniej byłoby zatytułować "Świdrzyki województwa wielkopolskiego", bo zdaje się że autorzy właśnie taką jednostkę podziału zastosowali). Nie mniej polecam tę publikację, bo materiał fotograficzny dobry i klucz do oznaczania przydatny, a poza tym to jednakowoż dobra inwentaryzacja stanowisk na terenie Wielkopolski.
Krajowe Clausiliidae to gatunki leśne lub naskalne. Najliczniej reprezentowane są na południu Kraju, głównie w Sudetach, Pieninach i Bieszczadach. Na nizinach występują również, ale nie tak często i z mniejszą różnorodnością gatunkową. Lista krajowych Clausiliidae przedstawia się następująco:
Cochlodina (Cochlodina) costata (C. Pfeiffer, 1828) – Świdrzyk śląski §
Cochlodina (Cochlodina) laminata (Montagu, 1803) – Świdrzyk lśniący
 Cochlodina (Paracochlodina) orthostoma (Menke, 1828) – Świdrzyk prążkowany
Charpentiera ornata (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk ozdobny § [x]
Ruthenica filograna (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk stępiony
Macrogastra badia (C. Pfeiffer, 1828) – Świdrzyk kasztanowaty §
Macrogastra borealis (O. Boettger, 1878) – Świdrzyk żeberkowany
Macrogastra plicatula (Draparnaud, 1801) – Świdrzyk leśny
Macrogastra tumida (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk rozdęty
Macrogastra ventricosa (Draparnaud, 1801) – Świdrzyk okazały
Clausilia bidentata (Ström, 1765) – Świdrzyk dwuzębny
Clausilia cruciata (Studer, 1820) – Świdrzyk nadrzewny
Clausilia dubia Draparnaud, 1805 – Świdrzyk pospolity
Clausilia parvula Férussac, 1807 – Świdrzyk mały
Clausilia pumila C. Pfeiffer, 1828 – Świdrzyk maczugowaty
Lacinaria plicata (Draparnaud, 1801) – Świdrzyk fałdzisty
Alinda biplicata (Montagu, 1803) – Świdrzyk dwufałdkowy
Balea (Balea) perversa (Linnaeus, 1758) – Świdrzyk łamliwy §
Balea (Pseudalinda) fallax (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk zwodniczy
Balea (Pseudalinda) stabilis (L. Pfeiffer, 1847) – Świdrzyk górski
Vestia (Vestia) elata (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk siedmiogrodzki §
Vestia (Vestia) gulo (E. A. Bielz, 1859) – Świdrzyk krępy
Vestia (Vestia) turgida (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk karpacki
Bulgarica (Strigilecula) cana (Held, 1836) – Świdrzyk siwy
Możliwe jest znalezienie również Cochlodina (Paracochlodina) cerata (Rossmässler, 1836) znanego ze stanowisk subfosylnych, a notowanego w XIX w. z Doliny Białki i słowackich części Tatr. Subfosylnie znany jest również Macrogastra densestriata (Rossmässler, 1836), ze stanowisk w Kielnikach i na Kozim Grzbiecie, ale żywych osobników nie należy się spodziewać w granicach naszego kraju. 
Spośród wymienionych świdrzyków pięć gatunków objętych jest ochroną prawną (oznaczono §), w tym jeden wymaga ochrony czynnej [x]. Zdaniem malakologów jest to najbardziej narażona na wyginięcie rodzina krajowych ślimaków, na 24 gatunki aż 17 znalazło się w Polskiej Czerwonej Księdze. Przyczyn zagrożeń doszukują się różnych, generalnie sprowadzają się one do zanieczyszczenia środowiska oraz przekształceń (antropogenicznych) siedlisk zajmowanych przez te ślimaki. Co ciekawe, nie wiedzieć czemu, rodzina ta nie jest nawet wspomniana w publikacji Unii Europejskiej European Red List of Non-marine Molluscs... 
Najczęściej spotykanym przeze mnie świdrzykiem jest Lacinaria plicata, Cochlodina laminata oraz Alinda biplicata. Oznaczać udaje mi się C. laminata, bo ma dość charakterystyczne ujście muszli, która na dodatek jest gładka i lśniąca. Tego świdrzyka spotykałem i w buczynach pomorskich, i na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, i w napływkach wiślanych na wysokości Wyszogrodu. L. plicata - jeśli występuje w formie typowej - daje się oznaczyć dzięki licznym fałdkom w ujściu muszli. Gatunek ten znalazłem kiedyś w Sulejowie, i jest to najbliżej położone stanowisko moich rodzinnych stron. A. biplicata - jeden z największych naszych świdrzyków - znany jest mi z kilku stanowisk z Łodzi, poza tym spotykałem go np. na Wawelu.  
Najmniejszym krajowym świdrzykiem jest Ruthenica filograna lub Clausilia parvula. Udało mi się zrobić fotografię przedstawiającą wielkość R. filograna. Dla porównania też zamieszczam fotografię Megalophaedusa martensi, świdrzyka żyjącego w Japonii, o którym można by powiedzieć, że jest gigantem wśród Clausiliidae.
Jeszcze na koniec: świdrzykami zajmowali się min. tacy polscy malakolodzy jak J.A. Wagner (1860-1928) czy Jarosław Urbański (1909-1981), zaś współcześnie badania nad rodziną świdrzykowatych prowadzą m.in. Anna Sulikowska-Drozd (Łódź), Tomasz K. Maltz (Wrocław) czy Krystyna Szybiak - autorka monografii poświęconych Macrogastra plicatula i Ruthenica filograna (Poznań). Wiele bym dał, żeby ktoś kiedyś monografię krajowych Clausiliidae napisał. Bardzo na takie opracowanie czekam.

Cochlodina laminata


Cochlodina laminata

Lacinaria plicata, dalej C. laminata

Lacinaria plicata z Reszla

Ruthenica filograna

Megalophaedusa martensi



czwartek, 22 października 2015

Slow, slow, but quickly

Z zażenowaniem stwierdzam, że nie przystaję do tego świata. Nie pasuję do niego, nie jestem z nim kompatybilny. Nie znam angielskiego (My God, its incredible!). Moje nieuctwo przynosi same straty. Jeśli w tekście są obrazki, to jeszcze coś pooglądam, napatrzę się na coś. Jeśli test jest stricte naukowy, to sobie z wydedukuję z rzeczowników łacińskiego pochodzenia. No ale jeśli tekst jest literacki, to mnie już tylko beczeć zostaje...
Znalazłem dwie książki, które bardzo chciałbym przeczytać. Więcej: chciałbym przeczytać po polsku, bo po angielsku już próbowałem (z mizernym efektem). Jako przedstawiciel ginącej populacji angloanalfabetów  cierpię przez niedostatek tłumaczeń.
Znalazłem dwie książki, które wydają mi się szczególnie godne uwagi, ale nie wiem, co w nich tak naprawdę jest. Mogę sobie sylabizować, ze słownikiem porównywać słowa, ale nie daje mi to wyobrażenia, jaki walor niosą. Wydają mi się godne przetłumaczenia i popularyzacji przez subtelność tematyki, ale... Ale nie wiem, czy znalazłby się ktoś gotowy te książki fachowo przetłumaczyć na polski język literacki.
Najpierw znalazłem Elisabeth Tova Bailey A Sound of a the Wild Snail Eating, książkę z 2010 roku. Przetłumaczono ją na kilka języków, ale nie na nasz. A może warto? Bo to subtelna opowieść o życiu, o jego wartości, o uważności i przeżywaniu momentów... Odsyłam na stronę poświęconą tej książce, może zainspiruje kogo trzeba. Click here: http://www.elisabethtovabailey.net.

Niedawno znalazłem drugą książkę, równie ciekawie się zapowiadającą, ale znów nie mnie to ocenić. Ruth Brooks A Slow Passion. Snails, My Garden and Me, powieść wydana w marcu 2013 roku. W treści równie mi niedostępna, ale traktująca o takich jak ja (i nie tylko) - odnajdujących pasję, może nawet zdziwionych ewolucją od wrogości do fascynacji. Fragment książki można przeczytać klikając tu (click here: http://www.amazon.co.uk/Slow-Passion-Snails-My-Garden/dp/1408826585)

Gdyby ktoś miał pomysł na to, jak zaradzić mojemu problemowi, proszę o kontakt. Tak mało mamy na naszym rynku wydawniczym książek o ślimakach, a o ślimakach literackich jeszcze mniej. Please, I need help!

czwartek, 8 października 2015

XXXI Krajowe Seminarium Malakologiczne - podsumowanie

Dotarły już do mnie materiały konferencyjne z XXXI Krajowego Seminarium Malakologicznego, więc zabieram się do zaległego podsumowania. Nie będę streszczał streszczeń, wspomnę tylko o tym, co mnie zainteresowało, i może uda mi się zarysować jakieś dostrzegalne trendy.
Wspominałem już, że najważniejszą dla mnie informacją jest doniesienie o pierwszym notowaniu Dreissena rostriformis bugensis (Andrusov, 1897) w polskich wodach. Okazuje się, że w 2014 roku stwierdzono obecność tego inwazyjnego gatunku w Zalewie Szczecińskim. Ciekawe jest to, że pomimo krótkiego czasu od zasiedlenia nowego obszaru, quagga mussel bardzo szybko stworzyła populacje o liczebności zbliżonej do Dreissena polymorpha. Według wstępnych obserwacji, stosunek liczebności w Zalewie Szczecińskim dla D. rostriformis i D. polymorpha wynosi 4:6. Dreissena rostriformis bugensis jest inwazyjnym gatunkiem małża, którego naturalnym obszarem występowania jest dorzecze Morza Czarnego i Kaspijskiego. Małż ten w szczególny sposób zaznacza swą obecność w Ameryce Północnej, gdzie znacząco przyczynia się do wypierania skójkowatych oraz mnożenia strat ekonomicznych w gospodarce hydrotechnicznej. Jest bardzo podobny do racicznicy zmiennej, ale wzór na muszli jest mniej regularny, stąd dla odróżnienia od zebra mussel przylgnęła do niego angielskojęzyczna nazwa quagga mussel. Nie można wykluczyć, że gatunek ten zasiedla inne obszary Polski, ale nie był dostrzegany ze względu na podobieństwo do racicznicy zmiennej. Faktem jest natomiast, że jest to pierwsze notowanie tego gatunku dla zlewni Morza Bałtyckiego.
Bardzo ciekawie wygląda wystąpienie prof. Roberta Camerona. Lubię te momenty, w których malakolodzy odchodzą choć na chwilę od binokularów lub mikroskopów, a patrzą na szerokie horyzonty kultury i obecności w niej motywów malakologicznych. Warto popatrzeć na to, jak w różnych kulturach postrzega się ślimaki, jaki budzą skojarzenia, jakiej wagi inwektywą może być porównanie ze ślimakiem... Żałuję, że referatu tego nie słyszałem, ale pocieszam się, że na przyszły rok planowane jest wydanie książki traktującej o ślimakach w kulturze. Szkoda tylko, że książka ma być wydana w Wielkiej Brytanii...
Ponieważ mięczaki w polskiej faunie reprezentowane są tylko przez dwie gromady: Gastropoda i Bivalvia, szczególnej uwagi godne są wystąpienia dotyczące innych gromad. Profesor Andrzej Samek z Krakowa mówił o głowonogach. Warto odnotowywać takie momenty, bo świat głowonogów owiany jest wieloma tajemnicami i zdecydowanie więcej można mówić o tym, czego o Cephalopoda nie wiemy, niż o tym, co o nich wiadomo. Zwłaszcza - paradoksalnie - o największych bezkręgowcach świata...
Znalazłem jeszcze kilka referatów, które mnie zainteresowały, ale będę się musiał zadowolić samymi streszczeniami. Kiedy jednak patrzę na listę tytułów wystąpień, zauważam, że niektóre obszary były szczególnie mocno reprezentowane. Na lidera XXXI Krajowego Seminarium Malakologicznego wysunęła się skójka gruboskorupowa oraz rodzina Unionidae. Sześć wystąpień poświęconych zostało wyłącznie temu gatunkowi. Ma to swoje uzasadnienie i w statusie prawnym tego gatunku, i jego narażeniu na wyginięcie.
Licznie reprezentowane były również badania nad ślimakami nagimi, zwłaszcza Arion vulgaris. Również Dreissena polymorpha mocno zaznaczyła swoją obecność w wystąpieniach. Ślimaki lądowe jakby nieco ustąpiły pola, ale może to pozorne spostrzeżenie...
Mocną stroną Krajowych Seminariów Malakologicznych jet ich interdyscyplinarność. Pod tym względem udało się kontynuować tę właściwość podczas XXXI seminarium, mam nadzieję, że uda się to również w następnych. A według wszelkich znaków następne odbędzie się w Centralnej Polsce. Ale o tym przy innej okazji. Może nawet wkrótce...


środa, 30 września 2015

Z najwyższym uznaniem

W czasie XXXI Krajowego Seminarium Malakologicznego, które przed paroma dniami zakończyło się w Wieliczce, poza referatami, komunikatami i sesją posterową, miało też miejsce walne zebranie członków Stowarzyszenia Malakologów Polskich, podczas którego jeden z członków-założycieli Stowarzyszenia otrzymał zaszczytny tytuł Członka Honorowego, dołączając do grona takich sław, jak prof. Maria Jackiewicz, prof. Anna Stańczykowska, prof. Andrzej Wiktor, prof. Andrzej Piechocki, prof. Adolf Riedel, prof. Andrzej Samek, inż. Kazimiera Chrząszcz i prof. Stefan Alexandrowicz. Tytuł Członka Honorowego Stowarzyszenia Malakologów Polskich nadany został panu Stanisławowi Myzykowi, badaczowi mięczaków, którego prace wyróżniają się niespotykaną w dzisiejszych czasach skrupulatnością i naukową rzetelnością. Badaczowi, który zapisał się w europejskiej malakologii jako wnikliwy obserwator cykli życiowych Valvatidae oraz Vertiginiade. Badaczowi, który ogromną pracę wykonał samodzielnie, z amatorskiej pasji, z dala od akademickich ośrodków...
Stanisław Myzyk urodził się w Sąpolnie na Kaszubach, 6 lipca 1956 roku. Stan zdrowia nie pozwolił mu na kontynuowanie studiów na Wydziale Chemii UMK w Toruniu. Po powrocie do Sąpolna podjął więc pracę jako księgowy, którą musiał ostatecznie zarzucić ze względu na pogarszające się zdrowie. Wydaje się jednak, że doświadczenia buchalterskie świetnie wykorzystał w badaniach malakologicznych, które jeszcze w latach siedemdziesiątych rozpoczął w domowych warunkach.
Wyraźnie trzeba podkreślić, że Laureat ciężko zapracował na zaszczytny tytuł. Opisane przez niego cykle życiowe krajowych Valvatidae wpisują go w awangardę badaczy cykli życiowych mięczaków. Obfita dokumentacja laboratoryjnych obserwacji, prowadzonych przez kilka lat, podnosi wiarygodność wyników prezentowanych w oryginalnych publikacjach zamieszczanych na łamach Folia Malacologica. Podkreśla się, że do Sąpolna zaglądają europejskiej sławy malakolodzy, aby z Panem Stanisławem konsultować wyniki własnych obserwacji...
Dotychczas opublikowanych zostało osiem anglojęzycznych prac kaszubskiego malakologa. Dostępne są one w zasobach internetowego archiwum Folii. Warto do nich sięgnąć i przyjrzeć się naukowej precyzji samouka. Myślę, że jest to tym bardziej godne powtórzenia: warsztat naukowy Stanisława Myzyka jest w pełni profesjonalny, niczym nie ustępuje zawodowcom (a czasem nawet go przewyższa), natomiast wzbogacony jest o tę wartość dodaną, jaką jest malakologiczna pasja. Pasja, która wyraża się również aktywnością na polu popularyzacji wiedzy o mięczakach. Dość wspomnieć (o czym również mówił w laudacji prof. Andrzej Lesicki), że Stanisław Myzyk od początku zaznaczał swoją aktywność na Krajowych Seminariach Malakologicznych, a w 1995 roku był w gronie założycieli Stowarzyszenia Malakologów Polskich. Zajmuje się również edukacją malakologiczną przez spotkania z uczniami czy instruktorami ochrony przyrody.

Patrzę na Pana Stanisława z nieukrywaną fascynacją. Mnie, amatorowi, imponuje swoją wiedzą, wnikliwością, rzetelnością naukową, profesjonalizmem i talentem. Nie miałem jeszcze okazji osobiście poznać Laureata, mam nadzieję, że okazja wcześniej czy później nadejdzie i wtedy osobiście pokłonię mu się. Żałuję, że nie było mnie na ostatnim z Krajowych Seminariów Malakologicznych, mógłbym to wtedy zrobić. Ale bardzo się cieszę, że praca Stanisława Myzyka jest dostrzegana przez polskich malakologów i należycie doceniana. I z całego serca gratuluję pierwszemu malakologowi bez tytułu z tym zaszczytnym Tytułem.


Stanisław Myzyk, Wieliczka, 24.09.2015 r.
Serdecznie dziękuję p. Kazimierzowi Myzykowi za udostępnienie fotografii z uroczystości nadania tytułu Honorowego Członka Stowarzyszenia Malakologów Polskich. 


sobota, 12 września 2015

XXXI Krajowe Seminarium Malakologiczne, cz. II

Dotarło do mnie niedawno zawiadomienie od Organizatorów XXXI Krajowego Seminarium Malakologicznego, zawierające - poza szczegółami technicznymi - również zarys programu wystąpień prelegentów. Ponieważ z różnych przyczyn, nie wszystkich zależnych ode mnie, nie będę mógł wziąć w udziału w Seminarium (które, co warto przypomnieć, rozpocznie się 22 września we Wieliczce), harmonogram referatów bardzo mnie ucieszył. Mam okazję dowiedzieć się przynajmniej, o czym będzie mowa, a myślę, że i dyskusji nie zabraknie po wystąpieniach.
Żal mi, że nie wysłucham referatu inaugurującego Seminarium, który przygotował prof. Andrzej Samek. Będzie mówił o głowonogach, naprawdę bardzo mało znanych reprezentantach morskich głębin. Profesor Robert Cameron wygłosi referat o mięczakach jako symbolach (Snails in the mind: symbolism and imagery). Będzie też wystąpienie natury ogólnej "O malakologii ze ślimakiem w roli głównej" (p. Eliza Rybska), a szczególnie ciekawy może  wydać się referat prof. Beaty Pokryszko o inwentaryzacjach i ekspertyzach (nota bene ekspertyzy malakologiczne często grzęzną gdzieś w urzędniczych teczkach i przygniecione stosami papierów nie dostają się do szerokiego grona odbiorców, ze szkodą dla takich jak ja - amatorów wszelkich ślimaczych wieści...)
W sumie naliczyłem 24 planowane wystąpienia oraz sesję posterową. Ze szczególnym zaciekawieniem czekał będę na obszerniejsze informacje przedstawione w komunikacie Adama Wodniczki o pierwszym w Polsce notowaniu Dreissena rostriformis bugensis (ang. Quaga mussel), której spodziewałem się już w naszych wodach. Szczegóły poznane zostaną w czasie Seminarium, ale już dziś można dopisać kolejny gatunek małża do listy obecności...
Zainteresowanych odsyłam do strony Stowarzyszenia Malakologów Polskich, na której znajduje się "malakologiczny rozkład jazdy". Zrobię wszystko, żeby zdobyć więcej informacji na tematy poruszane podczas XXXI KSM i oczywiście podzielę się nimi. Ale to dopiero najwcześniej za dziesięć dni. Tymczasem odsyłam na wspomnianą stronę, gdzie w zakładce "Publikacje" można pobrać zeszłoroczny tom streszczeń wystąpień na XXX Krajowym Seminarium Malakologicznym.


czwartek, 10 września 2015

Naprawdę sucho

Rzadko w ostatnim czasie udaje zerknąć gdzieś na prawo lub lewo, żeby przyjrzeć się ślimactwu wszelakiemu. Nie jestem z tego powodu szczęśliwy, ciągnie mnie w pole, ale nie ma sposobności, by temu zaradzić. Zostaje cierpliwość. I kierowanie się starożytną zasadą carpe diem. Co też jakoś mi się udaje. Na przykład wczoraj, kiedy na siedem minut udało mi się zatrzymać w Lutomiersku (województwo łódzkie, powiat pabianicki).
Przez Lutomiersk przepływa Ner, obecnie nizina rzeka podobna do innych nizinnych rzek, ale jeszcze kilkanaście lat temu kanał zrzutowy ścieków łódzkich. Ner wraca do życia, nie cuchnie na kilometr, ściąga wędkarzy nawet... Woda w Nerze niska, ale nie dramatyczna. Natomiast w jego dopływie, w Zalewce, najlepiej widać obecne problemy z suszą. Kilka minut było wystarczającym  czasem, żeby popatrzeć na skalę problemu.
Najlepiej radzą sobie błotniarkowate (Lymnaeidae), zwłaszcza Lymnea stagnalis i L. peregra. Podobnie zagrzebki Bithynia tentaculata, choć tych zdecydowanie więcej znajdowałem na brzegu, daleko od lustra wody. Czy strategia korzystania z wieczka przynosi dobre efekty w długotrwałej suszy - nie wiem, jednak wieczko nie bardzo chroni przed wysuszeniem, kiedy ślimak nie jest ukryty pod warstwą mułu lub detrytusu. Błotniarki wydają się wierzyć w szybką poprawę sytuacji: wskazywać by mogły na to licznie składane kokony jajowe. Wiary tej nie podzielają chyba gałeczki rogowe Sphaerium corneum, które schodzą w głębsze warstwy osadów dennych. W pustych muszlach znajdowałem maleńkie muszelki - dowód na to, że gałeczki inkubują w skrzelach swoje potomstwo.
Nie widziałem zatoczkowatych, ale co można znaleźć w siedem minut? Pewnie gdybym wlazł w błoto po kolana, łatwiej byłoby doszukać się innych przedstawicieli mięczaków. A przecież na pewno znajdowałem tam przed kilkoma laty i Anisus vortex, i Bathyomphalus contortus, i Gyraulus albus: pewnie lepiej przygotowały się do suszy i zawczasu zagrzebały się, a ja przecież nie rozgrzebywałem dna.
Zastanawiam się nad mechanizmami, które regulują liczebność populacji. Przetrzebione suszą mogą wydawać się skrajnie narażone na wyginięcie w danym miejscu, a przecież za rok, dwa populacja będzie odtworzona, a może nawet liczniejsza i jeśli się nic nie wydarzy, to dopiero za kilka lat nastąpi ustabilizowanie poziomu liczebności populacji... Ciekawe, czy przy okazji panujących suszy ktoś podejmie się zbadania wielkich rzek Polski, Wisły, Odry, Bugu pod kątem faunistycznym i ekologicznym. Jak by nie nie było, skrajnie niskie poziomy wód to również wyzwanie dla badaczy, i chętnie poczytałbym o wynikach takich badań. Kto wie, czy nie dało by się czegoś ciekawego odkryć. Przecież lepiej korzystać z suszy, niż w warunkach laboratoryjnych odtwarzać wpływ czynników... Niskie wody to też wyzwanie.
Generalnie jednak widok smutny dla oczu. Czekam deszczu. Czekam deszczu i dla stawów, rzek i strug, ale czekam też deszczu dla łąk i lasów. Zwłaszcza lasów, bo przecież czas na grzyby, a tu sucho. Naprawdę sucho...





poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Posucha

Patrzę na mapę zeszłorocznych wypraw malakologicznych i z zażenowaniem przyglądam się temu, co zdziałałem w tym roku. Powiedzieć, że jest kiepsko, to nic nie powiedzieć. Z reguły o tej porze roku miałem jużza sobą pierwsze notowania jakiegoś gatunku, na który od dłuższego czasu polowałem. Miałem za sobą jakieś krótsze lub dłuższe wypady w dalszą lub bliższą okolicę. A w tym roku nic. Wstydliwe nic. Wróciłem z krótkich po Polsce wojaży z pustymi kieszeniami. Pustymi w sensie malakologicznym, o ekonomicznym  szkoda wspominać...
Pogodziłem się z tym, że w 2015 roku nie będę rozwijał kolekcji i nieco przeformułuję moją aktywność. No ale tego się nie spodziewałem! Gdzie się nie ruszyłem, wszędzie niemal susza. A jak długo sucho, to nie ma co się spodziewać sukcesów w stosowaniu metody "na upatrzonego". Wymyśliłem sobie w Grodzisku Dolnym na Podkarpaciu odnaleźć Ceapea vindobonensis. Nic trudnego, przecież to stepowy gatunek, przywykły do długotrwałej suszy... A gdzie tam! Raptem jedną znalazłem muszlę, znak tylko, że gatunek ten występuje w Grodzisku. I tyle. Na nic się zdało przegrzebywanie suchych traw i wyrywanie nawłoci. Nie znalazłem nic więcej. No poza Arion vulgaris, któremu poranne słońce nie przeszkadzało w spacerach po spopilonej lessowej ziemi... W pobliskich Laszczynach znalazłem nawet pustą muszlę C. nemoralis, ale żadnych wniosków z tego nie mogłem wyciągnąć. Przypuszczam tylko, że zawleczona z roślinami ogrodowymi.
Poziom wód bardzo niski, ale w Czystym nie wymacałem żadnej skójki, choć zapewniano mnie, że bardzo pospolite i liczne. A tu znów nic. Niski poziom wód powinien ułatwiać obserwacje i zbiory, ale zasada nie podziałała...
Ze wschodu przedostałem się na południe, a tam, choć lepiej, to nie tak, by się nasycić. Też posucha, ale mniejsza. W Chabówce znalazłem kilka Alinda biplicata, kilka Helix pomatia i  C. nemoralis. Jak nie wiadomo dokąd iść, to się idzie pod most. Właśnie pod mostem znalazłem te nieliczne ślimaki. Zwłaszcza świdrzyki mnie ucieszyły. W drodze powrotnej znalazłem je również na Wawelu. Już przed kilkoma laty je tam widywałem, tym razem chciałem tylko sprawdzić, czy jeszcze są przy wyjściu ze Smoczej Jamy. Są. A na Wawelu najliczniejsza wydaje się być Xerolentia obvia - jeden z obcych gatunków, który świetnie się czuje w naszych stronach. Postaram się kiedyś napisać o nim więcej...
Co roku o tej porze klepałem się po pełnym brzuchu mojego ślimaczego apetytu i z zachłanności tylko snułem dalsze plany malakologicznych podbojów. W tym roku nie odczuwam tego niedosytu. Odczuwam głód!
Mam nadzieję, że przyjdą wkrótce deszcze i sytuacja poprawi się. Mam też nadzieję, że do tego czasu uda mi się jeszcze wykorzystać niskie stany wód i pobrodzić za mięczakami, którym planowałem się przyjrzeć s tym roku. Czas pokaże, czy nadzieja wykarmi swoje dziecko...
Sucho. Niedobrze. Ale jeszcze nic straconego, przecież do końca roku tyle się jeszcze może wydarzyć... Niech no tylko wrócą deszcze!
Niby za sucho na C. vindobonensis...

...ale nie dla Arion vulgaris...

Alinda biplicata spod Smoczej Jamy na Wawelu

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

19th World Congress of Malacology, Malaysia 2016

Mniej niż rok pozostało do inauguracji dziewiętnastego Światowego Kongresu Malakologicznego, który planowany jest na 18-24 lipca 2016 roku. Organizatorem jest Unitas Malacologica, a gospodarzem będzie portowe miasto Penang w Malezji. Na razie szczegółów za wiele nie podano poza grupami tematycznymi oraz kalendarzem organizacyjnym. Nie mniej warto już teraz popatrzeć na informacje dostępne na stronie kongresu i uwzględnić to święto światowej malakologii w swoim kalendarzu.
Ja oczywiście do końca zastanawiał się będę, czy organizatorzy przygotują ogólnie dostępny tom streszczeń konferencyjnych. Wszak to siedem dni referatów, posterów, dyskusji, komunikatów... Byłoby dobrze, gdyby reszta świata też mogła dowiedzieć się, co w malakologii słychać.
Jak będzie wiadomo więcej, postaram się więcej napisać. Tymczasem odsyłam do organizatorów.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Mniej ideologii, więcej metodologii

Zmarły przed piętnastoma laty ks. prof. Józef Tischner wszedł do popkultury między innymi popularyzacją trójstopniowej skali prawdy. Są jej trzy rodzaje: „święta prawda”, „też prawda” i „gówno prawda”. Gdyby przyjrzeć się różnym debatom, to najczęściej spotyka się pierwszy i trzeci rodzaj prawdy, najrzadziej – drugi.
W debacie ważna jest metodologia. Ustalenie wspólnej przestrzeni i zdefiniowanie pojęć, które będą w debacie wykorzystywane. Proszę posłuchać piosenki Agnieszki Osieckiej Na zakręcie, śpiewanej przez Krystynę Jandę… Są tam słowa: Pan widzi krzesło ławkę stół / a ja – rozdarte drzewo. Język ma tendencje do wchodzenia na meta poziomy i ważne jest, aby zachowywać świadomość, kiedy mówimy coś, a kiedy o czymś. Bo to nie to samo.
Pamiętać należy również, że coś, co podobnie brzmi, nie zawsze znaczy to samo. Istnieje przecież różnica między piciem w Szczawnicy a szczaniem w piwnicy. Przepraszam za dosadność. To, że coś podobnie brzmi i z czymś się kojarzy, to jeszcze nie znaczy, że ma równą siłę argumentowania.
Kiedy pracowałem jako terapeuta, dowiedziałem się i przekonałem również, że istnieją takie obszary przekonań, które nie podlegają zmianie. Należą do nich między innymi przekonania religijne i polityczne. Nie da się ich zracjonalizować, a przekonywanie przekonanego tyle samo niesie przyjemności, co kopanie się z koniem…
Po co te wszystkie wprowadzenia? Bo chciałbym omówić książkę, którą – po długich wahaniach – sprowadziłem w końcu do swojej biblioteki. Zdaję sobie sprawę, że bliżej mi w języku do określeń dosadnych, mięsistych, wychylonych w jedną stronę. Mam do tego prawo, ale chciałbym jednak napisać te kilka słów sine ira et studio. Przyznaję, że nie jest mi łatwo, bo jednak temat odnosi się do bardzo wrażliwego obszaru przekonań…
Kim jest ślimak Sam? to coś więcej, niż książeczka dla dzieci. Najbliżej jej do tego, co w teorii literatury nazywa się powieścią tendencyjną. Ale nie jest to powieść. Zważywszy na zakotwiczenie punktu kulminacyjnego, nie jest to nawet nowela. To - najbliższe chyba - opowieść z tezą. Fabuła prowadzi od doświadczenia egzystencjalnego przez szereg argumentów jednostronnych do potwierdzenia założonej tezy. Ale pojawiają się tu pewne chropowatości, które przeszkadzają. Na przykład posłowie, w którym autor i autorka tłumaczą się z napisania książeczki. Albo bibliografia, która wydała mi się w tym miejscu zabiegiem przynajmniej kuriozalnym. Ponieważ metodologia ma znaczenie, zatrzymam się nad tym. W naukach ścisłych, a nauki biologiczne do takich należą, przyjęło się  w każdej pracy podawać zastosowaną metodę badawczą. Żeby każdy mógł powtórzyć badanie. Przyjmuje się również, że korzysta się z ostatniej dostępnej publikacji - świeżość ma znaczenie o tyle, o ile odnosi się do weryfikacji wcześniejszych ustaleń. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że autor i autorka mieli do czynienia tylko z dość starą literaturą przedmiotu. Behawior seksualny zwierząt jest jednym z najczęściej badanych i opisywanych, stąd można było chyba - na poparcie swoich tez - powołać się na publikacje z ostatnich dziesięciu lat, a nie sprzed dwudziestu czy nawet sprzed półwiecza. Prawdą jest też, że  w dzisiejszych czasach można - nawet w naukach ścisłych - udokumentować publikacjami tezy przeciwstawne. Chodzi mi o to, że w mnogości badań można znaleźć te, które jakąś tezę popierają, i te, które jej zaprzeczają. Autor i autorka znaleźli tylko to, co pasowało do ich układanki. Układanki dość dużym nożem przycinanej.
Nie wiem, czy zależało im na dosłowności, czy na analogiach. Pomysł wykorzystania ślimaka do przedstawienia problemu seksualności jest z jednej strony naturalny, z drugiej - nie do końca konsekwentny. Ponieważ autorka jest biolożką, powinna była wiedzieć, że nie wszystkie ślimaki są obojnakami. Rzekłbym nawet, że autorka podtrzymała stereotyp, a jeśli się chce walczyć ze stereotypami na temat płci, to warto przy okazji samemu na stereotypach się nie opierać. I to jest chyba grzech pierworodny tej książki: stereotypowość. Największym zaskoczeniem dla mnie było właśnie to, jak bardzo autorka i autor brną w odgrzewanie kotletów określonych skojarzeń. Nie sądzę, by były to działania przypadkowe. Obraz szkoły jest jednym z najstraszniejszych, z jakimi się w książkach dla dzieci spotkałem. Nie wiem, jaką traumę szkolną przeżyli autor i autorka, ale przemycają do warstwy teksturalnej szereg negatywnych skojarzeń lub ciemnych klisz interpretacyjnych. Odnoszę również wrażenie, że nie odrobili pracy domowej polegającej na zdefiniowaniu, kto ma być odbiorcą (może odbiorczynią) opowieści. Do kogo jest ta książka adresowana? Do przedszkolaka, do pierwszoklasisty, do ucznia starszego? A może do rodzica? Więc jestem przekonany, że jeśli dla najmłodszych, to bardzo nieładnie postąpili autorzy wprowadzając motyw szkoły jako traumogenny. Od kiedy to - Państwo Scenarzysto i Biolożko - w pierwszej klasie dzieci noszą cyrkiel, na który uważać trzeba; od kiedy to pierwszaki uczą się mnożenia? Może się Państwu pierwsza klasa podstawówki nałożyła na pierwszą gimnazjum? Rodzic, uspakajający Sama, żeby się martwił problemami z "ź" i z "ż"? Po co wprowadzać dzieciom zafałszowany obraz szkoły? W ogóle stosunek autora i autorki do instytucji szkoły wydaje się być mocno nacechowany negatywnie, co widać w postaci dyrektora Koali przynudzającego o "bohaterach i ojczyźnie" z okazji rozpoczęcia roku szkolnego, sama  zaś szkoła,  numer 120 (a zatem to szkoła w dużym mieście), nosi imię "Straceńczej Walki o Wolny Las". Czy naprawdę trzeba kreować taki obraz szkoły? Czemu to służy?
Główny wątek fabularny - przygotowywanie reportażu przez Ślimaka Sama - czy nie jest całkowitym rozminięciem się z rzeczywistością i potwierdzeniem "papierowej" konstrukcji fabuły? Pierwszoklasista, którego zadaniem jest samodzielne zebranie materiałów do reportażu(!), przez spotkania z nieznajomymi? Pisząc dla dzieci, trzeba brać pod uwagę wrażliwość odbiorcy, traktować go poważnie, ale też poważnie traktować nauki o wychowaniu. Istnieje coś takiego, jak pedagogika, i choć autorzy prezentują inne dyscypliny naukowe, nie zwalnia ich to z obowiązku szanowania elementarnych zasad pedagogiki. Nawet jasno postawiony cel dydaktyczny nie zwalania z tego obowiązku. Proszę sobie wyobrazić nauczyciela, który pierwszego dnia szkoły wysyła zalęknione dziecko do obcych ludzi... Jakoś względy bezpieczeństwa przestają obowiązywać, kiedy w grę wchodzi propaganda gender.
Nie uważam, że z dziećmi nie powinno się rozmawiać o seksualności. To część ich życia, obszar rozwoju, który powinien być integralny z rozwojem emocjonalnym, intelektualnym, fizycznym, społecznym czy duchowym. Mówiąc o seksualności z dziećmi wypada zadbać o wrażliwość dziecka, które żyje w określonej grupie społecznej, współkształtującej postawę dziecka i jego patrzenie na świat. Proszę posłuchać rozmów, które Katarzyna Stoparczyk prowadzi z dziećmi w Radiowej Trójce. Dzieci wiedzą lepiej... Książka Kim jest Ślimak Sam? powstała z myślą o edukacji seksualnej najmłodszych w duchu gender studies. Myślę jednak, że ktoś poszedł na skróty i za bardzo przyświecał sobie lampą ideologii... Nie jest dobrze, jeśli nauka podporządkowana jest ideologii, nie ważne czy religijnej, czy marksistowskiej, czy ideologii gender. Na ogół nie najlepiej na tym wychodzi, a omawiana książka - w mojej ocenie - potwierdza tę zależność. Rzecz w tym, że jeśli sięgamy po konkret, to trzymamy się konkretu. Jeśli sięgamy po metaforę - wówczas trzymamy się języka poezji. Tak jak błędem fundamentalizmu chrześcijańskiego jest literalne traktowanie opisów biblijnych i wyprowadzanie z nich wniosków natury empirycznej (np. stworzenie świata w ciągu sześciu dni), tak błędem jest przedstawianie zachowań zwierzęcych jako równych w mianowniku z zachowaniami ludzkimi. Coś, co działa na poziomie języka, np. pracowity jak mrówka lub leniwy jak osioł, nie może działać na płaszczyźnie empirii. Próbuję sobie wyobrazić, jak jakiś prakseolog buduje tydzień pracy w korporacji obserwując zachowania mrówek lub pszczół. Byłoby niedorzecznością argumentowanie, że coś należy tak uorganizować, bo tak robią mrówki. Że świat zwierząt zna zachowania homoseksualne lub transeksualność, to nie pociąga żadnych skutków dla oceny ludzkich zachowań seksualnych. Człowiek to nie marmozeta, pingwin, wiewiórka, łabędź czy wargacz. Próba zrównania zachowań seksualnych zwierząt z zachowaniami seksualnymi ludzi trąci przynajmniej miczurinizmem lub łysenkizmem. Ideolożka gender z wykształceniem biologicznym powinna była zapoznać się ze skutkami podporządkowywania nauki ideologii. Jeśli powiem, że hitlerowskie tezy o wyższości rasy aryjskiej nad innymi, były silnie poparte badaniami ówczesnych eugeników, to nikt mi kłamstwa nie zarzuci, a jednocześnie nikt nie uzna, że był to właściwy kierunek poszukiwań naukowych...
Książka miała uczyć tolerancji. Nie wiem, czy postawione jej zadanie jest realizowane. W mojej ocenie argumentacja oparła się na błędzie, który w logice formalnej określa się mianem pars pro toto. I nieprawdą jest, że objętość książki i jej formuła nie pozwoliły na przedstawienie setek innych przykładów. Kto oglądał programy Discovery, Animal Planet czy BBC Earth ten wie, jak bardzo potrafią zwierzęta przypominać ludzi i jak bardzo potrafią zaskakiwać. A co, gdyby bohaterami książki były pingwiny Adeli, wśród których obserwowano zachowania pedofilskie i nekrofilskie obok pospolitego autoerotyzmu lub homoseksualizmu? Po co szukać na Antarktydzie? A co, jeśli bohaterem byłby młody pies pałający uczuciem i wykazujący seksualne pobudzenie na widok nogi sąsiada... Ostrożnie z tymi przykładami, bo w zanadrzu mam jeszcze niedźwiedzie zagryzające swoje młode, wilczyce i surykatki tworzące matriarchalne społeczności, ale też haremy tworzone przez lwy. Czy wszystkie te wzorce są przystające do opisu ludzkiego behawioru seksualnego? Jeśli tak, to może czas na ogólnoświatowe wołanie: Jedzmy gówno, miliardy much tak robi!
Przepraszam. W dowodzeniu logicznym nazywa się to reductio ad absurdum. Proponuję ideologom gender trzymać się albo ideologii, albo metodologii. Mieszanie płaszczyzn na pewno nie pomaga w zrozumieniu problemu i nie uczy, a zamiast opowieści dla dzieci powstała dosłowna historyjka o papierowym szeleście. I coś więcej niż niesmak. Szkoda, bo można było do tematu podejść zupełnie inaczej, nawet z wykorzystaniem postaci ślimaka, jako najbardziej stereotypowego obojnaka.
Proszę,  mniej ideologii, więcej metodologii. Wtedy nie będzie trzeba udowadniać, jak wiele jest w naturze "heteronormatywnych wzorców zachowań seksualnych".
A na koniec. W posłowiu napisała autorka kilka słów usprawiedliwienia, dlaczego ślimak i jak "to" ślimaki robią. Otóż proszę doczytać i nie pisać, że "w rzeczywistości ślimaki (rodzice ślimaka Sama) zapłodniliby się nawzajem za pomocą tzw. strzałek miłości". Nie wszystkie ślimaki ich używają, a jeśli nawet, to nie do końca poznana funkcja "strzałek miłosnych" (nie "strzałek miłości") nie jest warunkiem zapłodnienia. Bez erotycznych gadżetów ślimaki też mogą przekazać spermatofory. A właściwszym określeniem byłoby "zaplemnienie" niż "zapłodnienie", ale to odrębny temat.
Swoją drogą męczy mnie język poprawny ideologicznie (nowomowa rodem z Orwella). Jutro idę do chirurżki, ale jak dłużej będę próbował pisać o naukowcach i "naukowczyniach" spod znaku gender, to będę musiał jeszcze pójść do psychiatrzki lub innej specjalistki od poprawionej płci w języku.


Maria Pawłowska, Jakub Szamałek, Katarzyna Bogucka (ilustracje). 2015. Kim jest ślimak Sam? Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa, 52ss.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Naprawdę szkoda

Z serii: przysłowia polskie. Chytry traci dwa razy.
Dementuję. Chytry traci więcej. Dowód? Proszę bardzo.
Gdyby nie promocyjna cena, to bym nie kupił. Żeby jasność była: nie łapię się tak łatwo na promocję. Nie kupuję prostownika do krzywików lub kompletu dziurek do durszlaka tylko dlatego, że były w promocji. To nie ja. Mój pielęgnowany wąż w kieszeni pozwala na korzystanie z promocyjnych cen tylko na to, co faktycznie nabyłbym ze względu na potrzeby wcześniej rozpoznane, nie zważając na aktualną cenę. Dotyczy to nawet książek, choć tutaj jeszcze obowiązuje zasada okazji, czyli ocena, czy jestem w stanie nabyć tę książkę w innych okolicznościach. Niektórych potrzeb odraczać nie można, zwłaszcza tych na pograniczu fizjologii ducha - wiadomo, że dusza też się czymś karmić musi...
Przekleństwem chytrusów jest to, że chcąc zaoszczędzić, na ogół przepłacają. Albo kupują buble. To już znam z autopsji i nie pozwalam sobie na kupowanie rzeczy najtańszych, zwłaszcza, jeśli zamierzam z nich korzystać. Skóra nauczyła mnie nie iść tą drogą. Bubli nie kupuję, bo są za drogie. Kupisz tandetę, to za nią zapłacisz, a zaraz potem pójdziesz wydać pieniądze na nowe, bo tandeta się zepsuła. Serio.
No ale dałem się nabrać na promocyjną cenę. Pięć złotych - myślę sobie - nawet moje sknerstwo przeżyje. No i przeżyło. Choć pięć złotych straciłem. Może nie dosłownie, bo jak bym nabytek na aukcję wystawił, to bym przecież pieniądze odzyskał. No i czegoś się za pięć złotych nauczyłem, a za edukację trzeba płacić. A czego się nauczyłem? Że nie zawsze encyklopedia jest dobrym źródłem wiedzy...
Wytrząsałem się kiedyś nad jedną książką. Rzadko to robię, bo książki trzeba szanować. Ale czasem trzeba opieprzyć tych, którzy książki przygotowują, a właściwiej: którzy nimi kupczą jak nieświeżym mięsem. Wtedy rzecz dotyczyła encyklopedii dla dzieci, teraz jest tak samo. Czyli jakbym się niczego nie nauczył przez te kilka lat... Nie no, nauczyłem się, że na książki też trzeba patrzeć krytycznie, nawet te o mięczakach.
Nabyłem niedawno w promocyjnej cenie popularnonaukową publikację z serii Na ścieżkach wiedzy wydawnictwa Bellona. Encyklopedia 100 Bezkręgowców jest książką, jakich obecnie wiele na rynku księgarskim (i nie tylko księgarskim, trzeba by mówić o swoistej odmianie rynku tzw. wyprzedażowym). Łaczy te książki kilka cech wspólnych. Po pierwsze: wtykanie słowa encyklopedia, które to słowo ma czarować czytelnika powagą, narzucać jakiś epistemiczny autorytet. A tu lipa. Encyklopedia to tylko wabik. Wydmuszka. Ersatz. Ściema. Po drugie: oprawa. Książka w sztywnej oprawie wygląda poważniej, na dłużej wytrzyma, kolejne pokolenia będą z niej korzystać, a mały Jaś będzie ją nosił do szkoły, żeby pokazać jak sześcioletni wówczas jego dziadek dźwigał ją w pustym tornistrze do swojej pierwszej klasy (pustym, bo podręczniki dostał z ministerstwa przecież). Po trzecie: tłumaczenie. Nie wiedzieć czemu, wszystkie tego typu publikacje są tłumaczeniem wydań anglo- lub niemieckojęzycznych, wydawane zapewne na jakichś licencjach, nie wykluczone że w offsetach (tzn. dołożonych przy zakupie innych licencji, np. na jakiegoś harypotera). Tłumaczenia te powierzane są - tak przypuszczam, choć popuszczam wodze złośliwości - osobie mającej dostęp do translatora google.  Kuleje składnia, zawodzą formy gramatyczne. Takie rzeczy w encyklopediach? Niestety tak jest. Po czwarte: książki te podporządkowane są jakimś celom dydaktycznym, w związku z czym muszą znaleźć się w nich powtórzenia, regułki, "pytania i odpowiedzi" - wszystko po to, żeby dziecko od razu było geniuszem po połknięciu atrakcyjnej książki pełnej ciekawostek.
Po piąte: ilustracje. Dużo ilustracji. Nie zawsze najlepszej jakości, za to w sporej ilości.
Same założenia tego typu publikacji są słuszne i godne polecenia. O pomstę do nieba woła wykonanie. Wszystko śmierdzi na odległość kiczem i bylejakością. Tłumaczenia - o czym wspomniałem - są niechlujne, brak jest merytorycznego nadzoru, a słowo "recenzent" prawdopodobnie uchodzi za niepoprawne politycznie. Wałkował będę, że publikacje dla dzieci wymagają trzy razy więcej dbałości i rzetelności, niż publikacje dla starych wyjadaczy. Wydawcy o tym nie pamiętają, licząc na złowienie rodziców ładnie brzmiącymi hasłami budzącymi skojarzenia z powagą, wiedzą, mądrością.
Nie tędy droga, moi (nie)mili Wydawcy. Popatrzcie, jak podobne książki wydawano przed ćwierćwieczem, na tzw. kredowym papierze, na zagranicznych maszynach drukarskich... I uczcie się przede wszystkim rzetelności. Dziś, kiedy w programach graficznych można wyczarować nową rzeczywistość, naprawdę trzeba poświęcić nieco więcej uwagi rzeczywistości rzeczywistej niż rzeczywistości wyimaginowanej lub rzeczywistości wirtualnej.
Kupiłem tę encyklopedię 100 bezkręgowców nie oczekując, że mi urwie głowę z zachwytu. Inne polskie przysłowie mówi: Nie złapiesz starego wróbla na plewy. Za stary jestem, aby w hipermarketowej promocji spodziewać się nabycia dzieł Gogina, pierwszego wydania Biblii Gutenberga czy czy partytury V Symfonii Beethovena.  Bez względu jednak na cenę, chciałbym brać do ręki książkę, która nie obraża niechlujstwem.  Nie będę próbował książki zwracać korzystając z praw przysługujących ze względu na ustawę o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej. Książkę mogłem przejrzeć przed nabyciem i zorientować się, z czym mam do czynienia. Wiedziałem co kupiłem, odżałowałem wydane na ten cel pieniądze. Kupowałem egzemplarz z myślą o kolekcji anty-książek. Niestety to jedna z tych książek.
Zacznę - oczywiście - od mięczaków, i chociaż nie znam się na innych bezkręgowcach - mogę stwierdzić, że krytyczne uwagi odnoszą się do całości, nie tylko do typu Mollusca. Mięczaki reprezentowane są przez 19 taksonów, w niepojętym dla mnie kluczu. Osobne strony poświęcone są a to całej gromadzie (głowonogi, małże, ślimaki, chitony), a to rodzajowi, a to znowu pojedynczemu gatunkowi. Nawiasem mówiąc do gatunku podeszli wydawcy dość swobodnie, podając że "wyróżnia się 50 różnych gatunków motyla Morpho menelaus" (s.15) czy "na świecie żyje żyje blisko 4000 gatunków przybyszek australijskich, z czego 30 można spotkać w naszych domostwach" (s.25). Albo podaje się nazwę rodzajową, i wtedy można mówić o liczbie gatunków, albo podaje się nazwę gatunkową (dwuczłonową), ale wtedy gatunek jest jeden. Koniec. Kropka. I ciekaw jestem, do czego odnosi się wyrażenie "nasze domostwa" - czy do polskich domostw, bo tłumacz sprawdził, że mamy do czynienia z tym zwierzęciem w Polsce, czy do rzeczywistości, którą na myśli miał autor  - nam niestety nieznany.
Ale miałem zacząć od mięczaków, a nie od uwag taksonomicznych. Właściwie nie ma takiego opisu, do którego nie mógłbym się przyczepić. Przede wszystkim irytująca jest niekonsekwencja podawanych szczegółów. Ponieważ każdy opis uzupełniany jest ramkami z podstawowymi danymi oraz kwestionariuszami "pytanie-odpowiedź", łatwo dostrzec, że dane rozsypują się na przestrzeni kilku linijek. Dajmy na to pierwszy z opisanych ślimaków Nerita atramentosa.  Na pytanie: czy skorupka ślimaka Nerita atramentosa jst gładka i twarda? podano odpowiedź: " Średniej wielkości skorupka ma około 30 mm długości, jest bardzo twarda i gładka, poza spiralnymi wgłębieniami na jej powierzchni". A parę centymetrów obok jak wół stoi napisane: "Wapienna skorupka tego ślimaka ma ziarnistą strukturę zewnętrzną". No to gładka, czy ziarnista struktura? (s. 13).
Kiedy spojrzymy na opisy małży (s. 21), też szybko wyłapiemy szereg nieścisłości i dziwactw. Cytując: " Małże są mięczakami, które zakopują się w dnie morskim" (no nie wszystkie się zakopują,  np. ostrygi - też omówione w książce, też naszpikowane bzdurami - o tym za chwilę - te przytwierdzają się raczej niż zagrzebują). Cytując dalej, perełka: "Skorupiaki te posiadają dwie muszle, które chronią ich delikatne ciała". Tu właściwie powinno nastąpić zakończenie recenzowania, bo szkoda słów. No więc po co przygotowywać takie encyklopedie? Dla zysku? Jakiego zysku, jeśli książka kosztuje pięć złotych bez grosza? Swoją drogą "ramka" podaje, że małże są mięsożerne. Przy wspomnianej ostrydze napisano zaś, że pożywieniem ostryg są: "małże, sercówki, słuchotki, homary, kraby, krewetki, mątwy" (s.71). Strach się bać takich ostryg, które zeżreć potrafią mątwę. Wiedziałem, że malakologia jest dla ludzi o mocnych nerwach, ale nie sądziłem że aż tak!
Dziwactw w tej książce nie brak. Na stronie 77 rodzina zatoczkowatych została zilustrowana fotografią szklarki z rodzaju Oxychilus (prawdopodobnie, bez wątpienia jednak ślimakiem lądowym z podgromady Stylommatophora, podczas gdy Planorbidae są nasadoocznymi Basommatophora).
Pozwolę sobie przeskoczyć o dziesięć stron i zatrzymać na 87. A tam znajomy winniczek. I to jak znajomy! Piksel w piksel identyczny z encyklopedią, na której nie zostawiłem suchej nitki przed czterema laty! Ten sam, w tym samym lustrzanym odbiciu. Fatum jakieś, czy co?
Nie fatum. Bylejakość. Brak dbałości o markę, rozdrabnianie na drobne wypracowanej pozycji na rynku wydawniczym. Tak podsumowałbym całą publikację. Kiedy bazuje się na zagranicznych licencjach, trzeba zadbać o rodzimego czytelnika. Wyjaśnić mu różnice, dostosować okoliczności. Nie bazować na skojarzeniach, które obce są czytelnikowi. Eskimosi znają się na śniegu jak nikt inny, ale pewnie nie bardzo rozróżniają odmiany storczyków. O tym warto pamiętać. A kiedy chce się przygotować książkę dla dzieci, to nie wolno tej świadomości nawet na chwilę wyłączać.
Chytry traci dwa razy. Ja straciłem więcej. Straciłem dużo nerwów próbując uspokoić siebie w czasie odprężającej (w zamyśle) lektury. Straciłem pięć złotych bez grosza na zakup książki. Straciłem wieczór na napisanie przestrogi przed nabywaniem tej książki. Straciłem też wiarę, że moje recenzje mogą coś zmienić. Przecież wydawnictwo Bellona przygotowując w 2013 roku tę książkę mogło się zapoznać z zastrzeżeniami dotyczącymi pisania o mięczakach... Straciłem wiarę w sprawczą moc mojego pisania. Czyli coś zyskałem. Dowiedziałem się czegoś o sobie, a to bezcenne.
No proszę, taka lekcja za jedyne cztery dziewięćdziesiąt dziewięć... A książki lepiej dzieciom nie kupować. Szkoda. Naprawdę szkoda.

100 Bezkręgowców. Seria: Na ścieżkach wiedzy - Encyklopedia. Bellona, Warszawa 2013, ss. 108