piątek, 23 sierpnia 2019

Śladków i Korytnica

Przyznaję. troszkę się zapuściłem... Przyznaję, zaniedbałem mocno pisanie w ostatnim czasie, nie będę się usprawiedliwiał. Przepraszam.
Podzielę się tylko tym, czym w ostatnim czasie żyłem. A że zdarzyło mi się przejechać przez Ponidzie, to i nadarzyła się okazja, żeby podciągnąć się z paleontologii. Tym razem miocen i bardzo żałuję, że nie zacząłem moich spotkań ze skamieniałościami od uczty, o której poniżej.
Najpierw przystawka. Na przystawkę podano mały Śladków, a właściwiej: Śladków Mały koło Chmielnika. Jest tam takie miejsce, w bezpośrednim sąsiedztwie Drogi Krajowej 73 w kierunku Buska-Zdroju, po lewej i prawej stronie drogi, gdzie chciałem się zatrzymać wiedząc, że znajdę tam ślimaki mioceńskie. Była to przystawka podana w niewłaściwym momencie, bo śpiesząc dalej, nie mogłem za długo szukać. I prawdę rzekłszy, niczego znaleźć nie mogłem, choć wiedziałem, że w tym miejscu muszle zbierała dr Aldona Kurzawska... W ostatnim dosłownie momencie znalazłem jedną mocno zniszczoną muszlę Granulolabium bicinctum, nie dowierzając, że jest tego tak mało... Ponieważ ze współczesnej fauny znalazłem ponadto Xerolenta obvia i coś do złudzenia przypominające Helicopsis striata, apetyt miałem na tyle podrażniony, że byłem zdeterminowany czekać na dnie główne.
Wczesnym rankiem następnego dnia* byłem już na pwrót w tym samym miejscu i uzbrojony w łopatkę rozgrzebywałem różne miejsca w poszukiwaniu licznych skamieniałości. Trafiłem w końcu na warstwę, w której faktycznie trafiały się często, ale w tak złym stanie, że rozpadały się w palcach. Wprost nie mogłem uwierzyć, żeby ktoś z tego miejsca zbierał muszle tak zachowane, że nadające się do wykonania naszyjnika... Poszukawszy jeszcze wokół ślimactwa dzisiejszego i nie dojrzawszy nigdzie Helicopsis striata (która ostatecznie okazała się nie do końca typową muszlą ślimaka przydrożnego), pognałem na północ, do Korytnicy.
Wcześniej przeprowadziłem internetową kwerendę, żeby wiedzieć mniej więcej, w które miejsce jechać. Poczytałem i uzbrojony w taką wiedzę, byłem zdeterminowany jechać do Korytnicy. Po niespełna dwóch kwadransach wylądowałem na początku polnej drogi prowadzącej na Łysą Górę koło Korytnicy. Zabrałem ekwipunek i ruszyłem w te pędy. Nie uszedłem sześciuset kroków, jak pod moimi nogami zaczęły pojawiać się fragmenty skał, bez widocznych w nich skamieniałości. Przeszedłem blisko kilometr, skał było coraz więcej, skamieniałości nie widać, i w tym momencie uświadomiłem sobie, że w aucie, na początku drogi, spokojnie czeka na mnie pozostawiony przez rozlazłość młotek... Nie geologiczny, taki zwykły, do wbijania gwoździ, bo geologicznego jeszcze się nie dorobiłem. Patrzyłem już z góry na Korytnicę, żal mi było tych tysiąca kroków, wahałem się jak spróchniały konar topoli na wietrze, ale się wróciłem. Zły byłem na tego gapę w sobie, ale że niedziela była, postanowiłem łaskawie przebaczyć i nie obrażając się na siebie, pójść do auta po młotek. Opłaciło się miłosierdzie. Najpierw na wysokości pierwszych ogrodzeń znalazłem ślimaka żółtawego Helix lutescens, któremu zrobiłem pamiątkowe zdjęcie życząc mu smacznego śniadania (bo była pora śniadania). Później, jakieś sto metrów dalej, przy tej samej drodze, spotkałem kolejnego. To mi wystarczyło, żeby zapomnieć o złości na gapiostwo pierwotne.
Przekręciłem klucz w drzwiach kierowcy. Centralny zamek chrząknął i zwolnił blokady wszystkich drzwi. Otworzyłem bagażnik, wzrokiem ogarnąłem nieład i dojrzawszy młotek, wziąłem go w ręce niczym miecz obosieczny. Odsunąłem się nieco i zamykając wysoko podniesioną klapę bagażnika, usłyszałem gdzieś obok: "Pan po skamieniałości?"
Strwożyłem się. Tak, przeleciał mnie strach, że będę się musiał tłumaczyć i oczekiwaniu płonnej nadziei zrozumienia. Szybciej jeszcze uświadomiłem sobie, że skoro ktoś o to pyta, to znaczy że dobrze trafiłem.
- Właściwie to tylko chciałem zobaczyć, gdzie to jest... - Zacząłem się tłumaczyć jak uczeń przyłapany na ściąganiu.
- Ja mam kolekcję skamieniałości w domu, mogę panu pokazać.
Spojrzałem niepewnie na autochtona, widząc jednak, że nie boi się uzbrojonego w młotek turysty, podszedłem i wyciągając na przywitanie rękę, przedstawiłem się. I z miejsca zacząłem się tłumaczyć, że mnie interesują ślimaki współczesne, ale o Korytnicy słyszałem i będąc przejazdem chciałem zobaczyć, bo właśnie byłem w Śladkowie Małym i tam niczego prawie nie znalazłem... Zawsze tak mam, muszę się tłumaczyć. Usiedliśmy pod wierzbą i rozmawiając, wymienialiśmy się uwagami ogólnej natury, sondując wzajemne intencje. Po chwili lazłem już korytarzami do mieszkania, w którym znajdować się miała kolekcja.
Prawie przydepnąłem szczękę widząc zbiory mojego cicerone. Czułem jak spłyca się mój oddech i przyśpiesza niemiarowo serce. Coraz mniej słyszałem oszołomiony widokiem równo poukładanych rozkolców, wieżyczników, skrępów, wener, ostryg, ale też jeżowców, koralowców czy rekinich zębów. Na to wszystko jeszcze doszły publikacje, których wcześniej nie widziałem, a całość spięta opowieścią człowieka, którego pasja rozwija się od dzieciństwa...
Bardzo szybko z ust mojego przewodnika padła propozycja wspólnego wyjścia w teren. Czułem się zakłopotany, ale jednocześnie wewnętrzny głos podpowiadał mi, że taka okazja może się długo nie powtórzyć.
Nie wiem, ile czasu zajęło mi oglądanie zbiorów i słuchanie opowieści o korytnickich skarbach. Widziałem muszle, które zachowały kolory i blask, patrząc na nie nie mogłem uwierzyć, że czekały na ludzki wzrok kilkanaście milionów lat. Zachęcony przez gospodarza, pozwoliłem sobie na ekstrawagancję, której nie ulegam, czyli na małe (ale bezcenne) kolekcjonerskie zakupy. Nie kupuję, bo chcę dokładnie wiedzieć, skąd okaz pochodzi. Tutaj wiedziałem, a dotychczasowe rozmowy pozwoliły mi się zorientować, że mam do czynienia z prawdziwym specjalistą od korytnickiej fauny miocenu.
Poczekałem na niego chwilę i zaraz ruszyliśmy w pole. Słonce grzało już solidnie, dzień zapowiadał się gorący i słoneczny. Chciałem po drodze pokazać mu spotkane wcześniej ślimaki żółtawe, ale już skutecznie ukryły się w zielnych cieniach. Ku mojemu zaskoczeniu nie poszliśmy na Łysą Górę. Skręciliśmy w lewo i idąc na przełaj przez cudze pole co chwilę schylaliśmy się jak przy zbiórce ziemniaków po włóczeniu łętowisk. Co kilka kroków cicerone zatrzymywał mnie i mówił:
- Koło nogi masz hinię...
Zatrzymywałem się i rozglądając dokoła wypatrywałem białawo poświecającego kawałka muszli. Były i całe, duże muszle leżące bezwstydnie jak na normandzkiej plaży. Czegóż tam moje oczy ne wypatrzyły. I Turritella, i Clavatula, i Ancilla, i Venus... Czasem podchodził do mnie i trzymając na ręku obłupaną wargę Semicassis mówił krótko:
- Masz.
Słuchałem historii rozwoju pasji, szukałem analogii i różnic w rozwoju zainteresowań. Dzieliłem się swoimi spostrzeżeniami. Rozmawialiśmy jak starzy znajomi, którzy dawno się ze sobą nie widzieli i dotkliwie odczuwają, że mają za mało czasu by opowiedzieć o wszystkim ważnym.
Było już po dwunastej. Z dołu, ze środka wsi dochodził celofaniczny głos organistki z pobliskiego kościoła, w którym właśnie rozpoczęły się parafialne dożynki. Schodziłem ku drodze z kolejnych pól po pierwszych podorywkach, przypieczony słońcem kark zaczynał swędzieć i piec coraz bardziej. Zeszliśmy do wsi i czas bylo się żegnać i ruszać dalej. Zdążyłem się przyznać, że w planach mam jeszcze kielecką Wietrznię. Przewodnik zachęcał, żebym wrócił jak najszybciej. Została jeszcze wymiana numerów telefonów. Wpisałem w komórkę numer, puściłem sygnał dla upewnienia się, że nie przestawiłem cyfr. Kiedy z kieszeni rozmówcy doleciał dźwięk dzwonka, zacząłem opisywać numer.
- Zapisz sobie: "Skamieniałości Korytnica"
- Zapiszę inaczej: "Łukasz Matyjas. Korytnica".

Łukasz Matyjas jest jednym z korytnickich zbieraczy skamieniałości. O zbieraniu muszli, ośródek czy skamieniałych koralowców, może opowiadać godzinami. Dobry w tym jest. Potrafi rozpoznać gatunek z odległości kilku kroków. Żyje tym. Jest korytnicką kopalnią wiedzy o kopalnych przedstawicielach miceńskiej fauny.
Jeśli kiedyś wybierać się będziecie do Korytnicy, odszukajcie Łukasza Matyjasa, ja Wam to mówię...

Gdybym miał się trzymać kulinarnych skojarzeń, to rzekłbym, że wstałem od koryta obżarty. Może to mało finezyjne, ale słowo "uczta" nie odda tej obfitości, której doświadczyłem. Z takim pełnym brzuchem pojechałem do Kielc, po deser już tylko, a tym deserem była Wietrznia, geologiczny rezerwat w nieodległych Kielcach.
Objedzony i nasycony wyszukanymi smakami paleontologii, chodziłem po ścieżkach Wietrzni nieco już ociężały. Szybko znalazłem puste muszle Monacha claustralis i masowo występujące Xerolenta obvia, ale bardziej chyba patrzyłem na geologiczne profile, niż na przesuszone ziołorośla. Nie mniej udało mi się wypatrzeć muszle Helix lutescens, a to już też warte odnotowania.
Przejedzony ślimaczo wgramoliłem się do auta i ruszyłem z powrotem. Dopiero kiedy strawiłem już w myśli część niezwykłych atrakcji, zacząłem myśleć, co mogłem zrobić jeszcze, a czego nie zrobiłem. Bo na przykład nie poszukałem Helicopsis striata w Korytnicy, skąd podaje ją Urbański. NIe poszukałem też C. vindobonensis, której pustą muszlę znalazłem wśród skamieniałości na polu. Znaczy, że może tam być, tylko trzeba było poszukać. A już w ogóle nie szukałem drobiu, czyli tych kochanych maleńkich ślimaków z rodzin Vertiginidae, Pupillidae, Vallonidae czy Ellobidae. Znaczy: będzie trzeba wrócić...
Tylko czy jeśli wrócę i znów zastanę stół uginający się od mioceńskich rarytasów, czy będę jeszcze miał dość sił, żeby rozglądać się za przystawkami?
Śladków Mały

Śladków Mały

Żle wytypowana warstwa ze ślimakami mioceńskimi

Maleńki wycinek kolekcji Łukasza Matyjasa

Ślimak przydrożny, najczęściej spotykany mieszkaniec Ponidzia

Ślimak żółtawy z Korytnicy

Korytnica, mioceńskie eldorado

Wietrznia w Kielcach

Mała próbka zbiorów z Korytnicy

Podstawa do oznaczeń ślimaków korytnickiego miocenu
* Pierwsze słowa opowiadania Howarda Fasta Ostatnia granica

czwartek, 25 lipca 2019

Szukać małży!

W mojej ocenie jest za sucho. Nawet, jeśli ktoś narzeka na przelotne opady psujące urlop, powtórzę: jest za sucho. Paskudny czas na szukanie ślimaków lądowych. Trzeba jednak adaptować się do panujących warunków, w związku z powyższym przekazuję apel dr Ani Łabęckiej z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Poszukiwane są nowe stanowiska szczeżui chińskiej Sinanodonta woodiana. Pisałem kiedyś o tym małżu, można odszukać na blogu, natomiast chodzi o to, żeby korzystając z niskiego stanu wód, przyglądać się, gdzie małż ten występuje. Co jest ważne: patrzeć na dno, ale też na brzegi i na tzw. usypiska. Każdy zbiornik jest pod tym względem dobry: stawy (zwłaszcza hodowlane), jeziora, rzeki. Dziś, kiedy zdecydowana większość przedstawicieli rodzaju Homo nosi przy sobie telefon wyposażony w aparat fotograficzny, prośba jest stosunkowo łatwa do spełnienia. Trzeba zrobić zdjęcie okazu i podać lokalizację (teraz można nawet korzystając ze smartfonów od razu nanieść lokalizację na mapę...) Ważne, żeby zdjęcie było wyraźne, bo wtedy łatwiej identyfikować.
Apel powtarzam z dużym opóźnieniem, bo po prostu dostał do mnie przypadkiem, a ja nie korzystam z fejsbóka. Ale to bardzo cenna inicjatywa i warto się w nią zaangażować. Naprawdę nie trzeba być specjalistą, żeby szczeżuję chińską odróżnić od innych, a nawet jeśli ktoś miałby z tym problemy, to każde doniesienie o bardzo dużym małżu w polskich wodach można interpretować, jako potencjalnie odnoszące się do S. woodiana.
Dane o stanowiskach można przesyłać na adres anna.labecka(at)uj.edu.pl
A swoją drogą uważam, że powinniśmy bardziej tworzyć społeczne sieci naukowe, co całkiem dobrze funkcjonuje wśród ornitologów i entomologów, ale beznadziejnie wśród malakologów... Liczę na jakieś pomysły!

foto z fejsbóka Anny Łabęckiej

wtorek, 9 lipca 2019

Kserotermicznie, ale nielicznie

Czy narzekałem już w tym roku na pogodę? Nie uwierzyłbym, gdyby mi ktoś wmawiał, że powstrzymałem się od komentowania aury. Narzekanie jest ostatnią obroną przed bezsilnością... Jest taka legenda, że kiedy Świętemu Piotrowi powierzono klucze nieba, ten - jako że był rybakiem, a nie rolnikiem, dopytywał, kiedy ma deszcz spuszczać na ziemię. Dano mu odpowiedź: "Kiedy będą prosić", a że był już przygłuchawy, to zrozumiał "Kiedy będą kosić". Zobaczymy, czy spełni się  w tym roku. Sucho jest potwornie, nie dość, że nie pada i od czasu do czasu przechodzi fala upałów, to jeszcze częściej i silniej wieje, co przyśpiesza wysuszanie gleby. Gdzie się nie ruszę, tam wszystko przesuszone i niemiłe dla malakologicznego oka.
Wybrałem się ostatnio nad Wartę w okolicach Burzenina (w województwie łódzkim). Znam stamtąd kilka stanowisk, najbardziej jednak zależało mi na samej Warcie, którą chyba po macoszemu traktuję w moich terenowych wycieczkach. Zacząłem jednak od Zespołu Przyrodniczo-Krajobrazowego "Góry Wapienne". To takie miejsce przy wyjeździe z Burzenina w stronę Szynkielowa. Po prawej stronie drogi znajduje się skarpa, oznaczona tabliczką i informacjami o atrakcjach przyrodniczych tego miejsca. Kiedyś wspomniałem już o tym. Byłem tam przed blisko dziesięciu laty. Jeśli pamięć mnie w pole nie wyprowadziła, to miejsce to wydaje się  być bardziej zarosłe niż przed laty. Ma to swoją nazwę: "sukcesja ekologiczna", uważam jednak, że jej tempo nie jest tak straszne, jak w innym miejscu, o którym za chwilę wspomnę. Znam z Burzenina stanowisko Xerolenta obvia (wzmiankowane na tablicy informacyjnej) oraz Cepaea vindobonensis (proszę pozwolić, że będę się trzymał jednak tej starszej wersji nazwy rodzajowej...). Początkowo myślałem, że nie znajdę tego drugiego. Co się naszukałem, w jakie krzaki wlazłem... I nic!. Na szczęście bliżej drogi, w bardziej prześwietlonych miejscach, o roślinności bardziej ruderalnej niż kserotermicznej, znalazłem kilka żywych osobników. Uspokoiło mnie to, w odróżnieniu od innej okoliczności, a mianowicie: braku drobiu. Przez "drób" rozumieć należy wszystko to, co w naszej malakofaunie nie przekracza 4 mm, czyli zdecydowaną większość gatunków... Żadnej Vallonia, żadnej Truncatellina, żadnej Pupilla czy Vertigo. Nie znalazłem też Chondrula tridens, która jest przecież charakterystycznym gatunkiem dla takich biotopów. Przyznam się - i proszę śmiechem nie parskać - że miałem ochotę zapolować na bezoczkę podziemną Caeciliodes acicula. Trop był taki, że skoro gleba wapienna, to może się znajdzie. Grzebałem w kretowiskach i wykrotach, w miejscach spływu wód, wśród korzonków... I nic. Powoli zaczynam upodabniać się do tej części populacji, która ze ślimaków dostrzec potrafi tylko winniczki... Winą obarczam suszę i upały, ale wizyty u okulisty wykluczyć nie mogę...
Gdzie dziesięć lat temu znalazłem Aplexa hypnorum, tym razem znalazłem sukcesję nieekologiczną, to znaczy przykład najbardziej chamskiego zasypywania starorzecza gruzem, kompostem, śmieciem niebiodegradowalnym i wszelkim popisem ludzkiej bezmyślności. Może nawet przy tych suszach wygrzebałbym jaką muszlę, ale rozkopywanie antropogenicznych pokładów potwornej bezmyślności nie zachęcało mnie do reanimowania wiary w znalezienie czegokolwiek... Szkoda, choć uważam, że przy powrocie naturalnego reżimu wilgotności warto by tam wrócić. To w połowie drogi między "Górami Wapiennymi" a Wartą.
A Warta? Zachodu warta, ale nie w tamtym momencie. Wysoki brzeg nie bardzo umożliwiał mi dobry rekonesans, a dostępne wypłycenia charakteryzowały się nader skąpą malakofauną. Wiem, że stać ją (znaczy Wartę) na dużo więcej, wszak należy do naszych największych rzek. Sphaerium corneum i Bithynia tentaculata to trochę za mało na moje aspiracje. Pusta muszla Ancylus fluviatilis też mnie nie udobruchała, a pojedyncze osobniki Unio pictorum i Unio tumidus to też jeszcze nie powód do szału. Gdybym jakieś Pisidium znalazł, to bym się bardziej ucieszył. Albo Unio crassus, która na tej wysokości w dorzeczu Warty występuje (np. w Grabi), to co innego. Nie wspomnę o takiej fanaberii, jak Borysthenia naticina, która przecież też może tam występować. Obyło się bez tego wszystkiego. Jedyną osłodą była mi czapla siwa, na którą nagapić się mogłem, dopóki jej kajakarze nie przepłoszyli. Starorzecza na tym odcinku wyglądały tak, że nawet nie pofatygowałem się w trzcinowiska, żeby czego w mule poszukać, bo zamiast mułu była tylko darń ubita, przesuszona, dawno stojącej wody nie mająca w pamięci...
Ostatnim punktem wycieczki był położony po drugiej stronie rzeki rezerwat "Winnica". Jest to wychodnia skał wapiennych, a właściwiej skarpa po dawnej odkrywce margli i wapieni. Po zakończeniu eksploatacji, teren zostawiony sam sobie, przeszedł w ręce natury, która postanowiła przyozdobić go kserotermiczną murawą. Kiedy się zorientowano, że natura sobie nieźle z tym poradziła, przed ćwierćwieczem ustanowiono tam rezerwat florystyczny, co by tę roślinność kserotermiczną chronić. A trzeba było owce kupić i co jakiś czas wypasać! Nie wiem, jak rezerwat wyglądał przed ćwierćwieczem, ale dziś określiłbym go jako ostoję tarniny. Ponieważ obszedłem go tylko dokoła, trudno mi o jednoznaczną ocenę, ale ewidentnie coś poszło nie tak. Myślę, że za jakieś dziesięć lat będzie można zacząć śmiało myśleć o planowym zrezygnowaniu z dalszej ochrony tego miejsca ze względu na zatracenie charakteru kserotermicznej murawy. Wypatrzyłem, oczywiście, te gatunki ślimaków, które widziałem i w "Górach Wapiennych", z tą jednakże różnicą, że żywych osobników nie napotkałem, co oczywiście nie dowodzi, że ich tam nie było... Znalazłem jednego malucha, ale trudno mi określić, co to za jeden, bo ani Vallonia, ani Punctum, a na co wygląda, to muszę jeszcze poszukać. Ale to aż jedna sfosylizowana muszelka, więc zadanie przede mną niełatwe.
Widzę, że rolnicy zaczynają żniwa. Dobrze by było, żeby teraz nie padało. Z drugiej strony ta susza źle się odbije na pozostałych gałęziach rolnictwa, więc może niech by popadało... Wiem, że jak tak dalej pójdzie, to stracę wiarę w zdolność znajdywania drobiu i będę musiał się przestawić na egzotyczne. Ale szkoda byłoby się brać za egzotyki, jak tyle jeszcze Polski nieodkrytej...