piątek, 30 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011

Za  więcej niż parę godzin zacznie się rok 2012. Zanim odpalone zostaną petardy, zanim otwarte zostaną wszelkiej maści wina musujące grające rolę szampana, zanim tanecznym krokiem wejdziemy w rok, co to dla Majów ponoć jest ostatnim, chcę jeszcze spojrzeć na te 365 dni za mną i rozliczyć się z nimi.
Rok 2011 to był dobry rok. Nie mogę narzekać. Chciałbym, żeby następny nie był w niczym gorszy, a jeśli byłby lepszy, będę się bardzo cieszył. Opatrzność przygotowała w mijającym roku wiele cennych zdarzeń, i to mnie cieszy. Rzecz jasna nie będę hierarchizował, tworzył rankingów itp. Były zdarzenia różne, zaplanowane i nie, zaskakujące i dające się przewidzieć, słowem: przeróżne. Nie zrealizowałem wszystkich założonych planów (w tym jestem wyjątkowo słabiutki), ale wykorzystałem wiele okazji, które zdarzyły się poza planem.
W 2011 r. udało mi się po raz pierwszy znaleźć kilka gatunków, co zawsze sprawia mi szczególną radość. W ciągu tych kilkuset dni znalazłem m.in. Bythinella austriaca, Ferrissia clessini, Clausilia bidentata, Monacha cartusiana, Corbicula fluminea, Unio crassus, a w drodze wymiany otrzymałem jeszcze skorupkę Helix lutescens. W zbiorach pozostają jeszcze przynajmniej dwa gatunki świdrzyków, których do tej pory nie oznaczyłem w sposób pewny, więc nie wiem jeszcze, z czym mam do czynienia. W tym roku też poszerzyłem zbiory o próbki z województwa wielkopolskiego, które dotąd nie miało reprezentacji w mojej kolekcji. Kiedy przyglądam się mapie Polski i miejscom, w których rozglądałem się za mięczakami, z przykrością stwierdzam, że w tym tempie nie zdążę za wiele. Cała wschodnia strona to biała plama. Podkarpacie tak samo, dla równowagi: Opolszczyzna i Ziemia Lubuska też czekają na swoją kolejkę, a Warmia i Mazury reprezentowane są zaledwie przez jedno stanowisko...
Dzięki wyjazdom do Krakowa udało mi się spojrzeć nieco w zarośla południowej części Jury, uszczknąć coś ze Śląska i z Małopolski, zaś dzięki wyjazdom do Poznania udało mi się nie tylko znaleźć M. cartusiana (jeśli to w ogóle ona), ale też - co było dla mnie niezwykle cennym doświadczeniem  - spotkać się z prof. Andrzejem Wiktorem.
Był też wypad nad Bałtyk i tam udało mi się skorzystać ze sposobności, by podpatrzeć kwaśną buczynę. Nie było źle.
Nie udało mi się natomiast równie wiele: nie doprowadziłem hodowli Cochlodina orthostoma do końca, nie uporządkowałem zbiorów z lat ubiegłych, nie skatalogowałem opisanych już zbiorów, nie wykorzystałem pobytu w Gnieźnie do przyjrzenia się ślimakom, no i nie uruchomiłem strony, co było takim niezdradzanym, ale poważnym założeniem. To przesuwam na czas przyszły, bez określania jak przyszły. Bardzo jednak chciałbym kiedyś ruszyć z własną stroną, której blog byłby tylko jednym z elementów...
Co jeszcze planuję? Coś napisać, ale to bardziej realizacja tego, czego nie zdążyłem w tym roku. Poza tym marzę o udziale w kolejnym seminarium malakologicznym, choć w myślach coraz bardziej macham mu już na pożegnanie... Tradycyjnie planuję urządzać dalsze polowanie na literaturę. W 2011 r. pozyskałem kilkanaście książek, co jest niezłym wyczynem jeśli przyjąć skąpstwo naszego rynku wydawniczego w odniesieniu do malakologii. Kilka nabytków to naprawdę perełki, jak np. atlas mięczaków środkowej Hiszpanii, którym otrzymałem w darze. O kilku książkach nie wspomniałem jeszcze na blogu, postaram się nadrobić to w najbliższym czasie w kolejnych postach.
Pozostało mi jeszcze kilka książek do zdobycia, choć mam nadzieję, że będą pojawiać się nowe. Tego naprawdę brakuje.
Na dzień dzisiejszy trudno mi nawet przewidywać, co będzie w 2012 roku. Czekają mnie pewne zmiany, które wymagać będą ogromnych nakładów energii, więc tym bardziej będę musiał się ewakuować w strony przyjaznej malakologii, która nie tylko przyjmuje mnie zawsze serdecznie, to jeszcze uzupełnia wyczerpane siły i pozwala przywrócić pogodę ducha. Tak więc nie wykluczone, że w najbliższym roku będę miał zdecydowanie mniej miejsca na pasję, za to częściej będę musiał do niej zaglądać.
Wszystkim, którzy w 2011 r. przyczynili się do zawyżenia statystyk bloga, dziękuję i zapraszam do częstszego odwiedzania oraz interakcji. Wszystkim też życzę, aby mieli jak najwięcej okazji do oddawania się własnym pasjom i czerpali z tego siłę i radość na co dzień.

XXVIII Krajowe Seminarium Malakologiczne, cz. I

Nowa odsłona witryny


Kilka dni przed Świętami Bożego Narodzenia wydarzyła się rzecz niezwykła, choć daleka od cudowności przeżyć betlejemskich. Po wielu miesiącach marazmu i zastoju, uruchomiono nową odsłonę oficjalnej strony Stowarzyszenia Malakologów Polskich. Jeśli dobrze liczę, to jest to już trzecia lub czwarta wersja strony, z tym jednak, że pierwsza nadal funkcjonuje w archiwalnych zasobach Internetu (wtedy siedziba Stowarzyszenia była jeszcze na Fredry w Poznaniu).
starsza wersja strony
Oczywiście trzeba kliknąć w link do strony i ją obejrzeć. Prokuratorzy mawiają: "Sprawa jest rozwojowa". Chciałbym bardzo, aby było w tym przypadku. Na razie jest to tylko szkic, delikatny zarys tego, co ma się w przyszłości dziać. Ale w tym szkicu już teraz widać pewne wyraźne kreski, a są to informacje o planowanym XXVIII Krajowym Seminarium Malakologicznym.
Dotychczas informacje na temat mających się odbywać seminariów podawane były bardzo różnie, najczęściej zależało to od organizatorów z określonej jednostki badawczej. W tym roku informowanie jest otwarte, na stronie SMP, pewnie jednak dlatego, że organizatorem najbliższego Seminarium będzie środowisko poznańskie, a więc macierz Stowarzyszenia.
Miejsce nie jest nowe: w 2009 roku po raz pierwszy zorganizowano Seminarium w Boszkowie, w zachodniej Wielkopolsce. Prawdopodobnie miejsce się sprawdziło, bo najbliższa odsłona zapowiedziana jest właśnie w Boszkowie. Kiedy? Nieco później niż ostatnimi czasy, bo w maju, od 8 do 11.
Do Boszkowa zaproszeni są polscy malakolodzy, chcący podzielić się wynikami swojej w ostatnim czasie. Harmonogram przygotowań, podany przez Organizatorów, prezentuje się następująco:
Ważne daty:
·         31 stycznia 2012 - rejestracja uczestników
·         15 lutego 2012 - wpłata opłaty seminaryjnej
·         15 lutego 2012 - zgłaszanie referatów
·         31 marca 2012 - zgłaszanie posterów
·         31 marca 2012 - nadsyłanie streszczeń referatów i posterów
Co się zaś tyczy kosztów, wolałbym je przemilczeć odsyłając tylko do oficjalnych źródeł. Świerzbi mnie do kąśliwej uwagi na ten temat, ale obiecałem sobie powstrzymywać się od kąśliwości. 
Wiele wskazuje na to, że i tym razem na seminarium będzie mi nie po drodze, choć przeszukuję wszystkie kieszenie spodni w poszukiwaniu zaskórniaków i oszczędności. Pożyjemy, zobaczymy. Teraz pozostaje obserwować rozwój zdarzeń. I kibicować nowej stronie: oby utrzymała świeżość i atrakcyjność.

piątek, 23 grudnia 2011

Pokój ludziom dobrej woli

Trzciny nadłamanej miał nie złamać i knota o nikłym płomyku nie zagasić. On, Emmanuel - Książę Pokoju, nie przyszedł na świat inaczej jak w postaci dziecka, bo to właśnie dziecko prowokuje do pokoju. Bez względu na to, czym przychodzi nam się na co dzień zajmować, w sercu każdego z nasz tli się pragnienie pokoju. I jest to pragnienie, którego zaspokoić się nie da. Można tylko, przylgnąwszy do Tajemnicy Narodzenia, wyzwalać w sobie dobrą wolę, czyli kierować właściwie owo niezaspokojone pragnienie pokoju. Niech zatem obchody Świąt Bożego Narodzenia pozwolą nam odkrywać pokój płynący ze spotkania z ludźmi dobrej woli, niech przekonają i nas, że zapatrzeni w Dziecko, potrafimy szukać pokoju ponad naszymi lękami i ograniczeniami.
Pokój ludziom dobrej woli!

środa, 14 grudnia 2011

Źródlarka karpacka Bythinella austriaca (Frauenfeld, 1859)

Jednym z założonych celów kończącego się roku było pozyskanie nieznanego mi dotąd ślimaka z rodziny Hydrobiidae źródlarka karpacka Bythinella austriaca (Frauenfeld, 1859). To jeden z tych olbrzymów w naszej malakofaunie, dlatego tym bardziej cieszę się, że 27 listopada udało mi się znaleźć kilka muszelek tego ślimaka. Z racji na postępującą jesień nie bardzo wierzyłem, że uda mi się ją w tym roku znaleźć, ale się udało.
Stanowisko znałem z literatury. Teoretycznie należało je tylko odnaleźć i sprawdzić. Z tym jednak nie było najłatwiej. Najpierw przeszukałem mapy pod kątem zbiorników wodnych odpowiadających opisowi. W następnym etapie trzeba było udać się in situ na poszukiwania. Zapytany pod sklepem autochton wyprowadził mnie w pole, dokładnie w przeciwną stronę od poszukiwanego miejsca. Nie zrażając się pierwszymi niepowodzeniami szukałem dalej. Lekko podpity i dość wulgarny autochton drugi, wpraszając się do mojego samochodu, zaproponował pilotowanie do poszukiwanego miejsca w zamian za podwiezienie do szwagra, który czekał już na kontynuację etylowej celebracji. O dziwo jednak, pomimo rauszu mojego pilota, odnalezienie stanowiska okazało się możliwe i tak po kilkunastu minutach jakże pasjonującej a przeklinającej rzeczywistość rozmowy, byłem na miejscu.
Literatura podaje występowanie źródlarki karpackiej w wywierzysku w Strzemieszycach Wielkich (to bodajże część Dąbrowy Górniczej, ale jeśli obraziłem czyjś lokalny patriotyzm, to przepraszam). Jest tam pomnik przyrody: wywierzysko, mocno przekształcone przez człowieka, ale cieszące się opinią źródła. Nawet przy mnie pewna pani nabierała w plastikowe butelki wodę z tego źródła (choć literatura podkreśla skażenie wody bakteriami E. coli). Nie byłem tam raczej mile widziany, ale bynajmniej nie z powodu źródlarki. Widząc gościa w kaloszach autochtoni pomyśleli o jednym: kolejny kłusownik polujący na pstrągi. Muszę tutaj poczynić maleńką dygresję: otóż woda w stawach przy wywierzysku jest naprawdę źródlana, to znaczy bardzo przejrzysta. Dzięki temu zobaczyć można pływające pstrągi. Mnie udało się zobaczyć dwie sztuki, takie około kilogramowe. Miejscowi są źli na nieznanych sprawców, którzy strasznie przetrzebili pstrągi w wywierzysku. Nie dziwie się im, też byłbym zły. Choć smutne było to, że nikt nie był zainteresowany tym, co to jest źródlarka karpacka...
A jest to ślimak niewielkich rozmiarów, nie przekraczający 3,2 mm wysokości skorupki. Tak podaje Piechocki (1979), natomiast Glöer (2002) ogranicza się do stwierdzenia, że muszla ma 2-3 mm wysokości. Szerokość muszli dochodzi do 1,2 – 1,8 mm. Skorupka jest wałeczkowata, złożona z 4 - 5 skrętów, oddzielonych od siebie głębokim szwem. Ostatni zwój jest mocno przypłaszczony bocznie (Piechocki, 1979). Muszla charakteryzuje się szczeliniastym, wąskim dołkiem osiowym oraz błoniastym wieczkiem o spiralnej budowie.
Źródlarka, jak sama nazwa wskazuje, związana jest z określonym środowiskiem wodnym. Preferuje zbiorniki o dobrze natlenionej, zimnej wodzie, utrzymujące stałą temperaturę. Stąd najłatwiej znaleźć ją w źródłach, strumieniach i potokach, niekiedy również w jeziorach, w górskich i wyżynnych rejonach kraju. Preferuje wody lekko alkaiczne (pH 7,2-8; wg Piechockiego, 1979), z obecnością wapnia rozpuszczonego w wodzie. Związana jest głównie z dnem i roślinnością wodną. Prawdopodobnie odżywia się zeskrobywanymi cząstkami organicznymi rozkładających się roślin.
W naszych stronach najliczniej występuje na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej oraz w Tatrach, ale spotykana jest również w Bieszczadach, Beskidzie Zachodnim, Pieninach, Sudetach oraz na Górnym Śląsku. Żelazno koło Kłodzka jest lucus typicus dla Bythinella austriaca f. ehrmanni Pax, o bardziej wysmukłej skorupce z wyraźnie skośnym szczytem. Ślimaki tego rodzaju należą do bardzo zmiennych, stąd nigdy właściwie nie ma pewności co do oznaczenia. W Polsce występuje prawdopodobnie pięć gatunków, ale niewielu jest takich, którzy potrafią je odróżnić. Niewątpliwie największym autorytetem wtej dziedzinie jest prof. Andrzej Falniowski, który opisał dla nauki trzy nowe gatunki Bythinella. Obecnie też przeważa pogląd, że B. austriaca f. cylindrica jest jednak osobnym gatunkiem, a Glöer w materiale ilustracyjnym dla B. cylindrica (Frauenfeld, 1857) przedstawia okazy z Tatr znacznie odbiegające rozmiarem od typowych okazów.
W pracy Hydrobioidea of Poland z pierwszego tomu Folia Malacologica (1987) Falniowski przedstawia następujące gatunki: B. austriaca, B. cylindrica, B. meta rubra, B. micherdzinskii,  B. zyvionteki oraz oznaczony co do rodzaju gatunek Bythinella sp., którego w późniejszej literaturze nie odnalazłem jednak jako odrębnego taksonu. Przyjąć należy więc, że na dzień dzisiejszy występuje w Polsce pięć gatunków. Ja znalazłem prawdopodobnie jeden, ale nie mam ambicji dochodzić, który to jest. Przyjmuję, że wywierzysko w Strzemieszycach Wielkich podzieliło się ze mną akurat źródlarką karpacką. I tylko zastanawiam się, czy populacja ta utrzyma się dłużej, skoro napotkała na silną konkurencję w postaci wodożytki nowozelandzkiej Potamopyrgus antipodarum. Optymistą nie jestem, ponieważ obecność w. nowozelandzkiej na ogół negatywnie wpływa na liczebność rodzimej malakofauny. Tym bardziej warto przyglądać się temu stanowisku.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Czwarty zeszyt 19 tomu Folia Malacologica

Wczoraj w południe pojawiły się nowe artykuły w kolejnej odsłonie Folii. Numer jest czymś na kształt Festschrift dla prof. Andrzeja Wiktora, który w lutym tego roku obchodził 80 urodziny. Pisze o tym, podając biografię Profesora, jego uczennica, prof. Beata M. Pokryszko z Uniwersytetu Wrocławskiego. Tekst zawiera również aktualną listę publikacji światowego eksperta od ślimaków nagich oraz listę taksonów wprowadzonych przez niego do nauki. Trzeba przyznać - imponująca! Mało komu udało się w dwudziestym wieku odkryć tyle nowych gatunków... Nie wiedzieć jednak czemu lista publikacja nie zawiera jednaj z najważniejszych pozycji w dorobku Profesora: klucza Ślimaki Lądowe Polski z 2004 r. Prawdopodobnie jest to przeoczenie, ale warto skorygować tę informację, bo jest to jena z najczęściej cytowanych prac Wiktora w Europie Środkowej. Samemu Profesorowi poświęcę wkrótce osobny tekst, dziś wspominam, że można znaleźć informacje bio- i bibliograficzne w artykule otwierającym zeszyt. A co poza nim?
Motywem przewodnim są badania nad ślimakami nieoskorupionymi (pamiętajmy: to nie jest grupa systematyczna), autorstwa różnych autorów. Ostatni z zamieszczonych artykułów jest autorstwa Jubilata.

Poza tym pojawił się tekst, który wejdzie do kolejnego tomu Folii, będący relacją z kwietniowego XXVII Krajowego Seminarium Malakologicznego. Pisałem już o tym kilkakrotnie, natomiast można przeczytać relację bezpośredniego uczestnika. I zobaczyć zdjęcia, których mnie nie udało się zdobyć.
Całość na http://www.foliamalacologica.com

czwartek, 8 grudnia 2011

Odmiana słowa "małż"

Niektórzy ludzie mają taką okropną manierę, że poprawiają końcówki w wypowiedziach innych osób. Czasem nazywa się to puryzmem językowym, czasem po prostu natręctwem. Niestety należę do tej grupy. Zdarza się, że przeszkadzam w czyjejś wypowiedzi poprawiając słówka. Tak mam: poprawiam "bynajmniej" na "przynajmniej", "wziąść" na "wziąć", "dwutysięcznego jedenastego" na "dwa tysiące jedenastego [roku]". Jednocześnie przyznaję się, że sam popełniam wiele błędów i bardzo nie lubię, kiedy jestem poprawiany...
Natomiast do szewskiej pasji doprowadza mnie bałagan w odmianie słowa "małż". Przeglądając fora internetowe muszę wykorzystywać różne techniki relaksacyjne, żeby nie wyrywać sobie włosów z głowy w wyrazie rozpaczy. Kiedy bowiem widzę konstrukcje w stylu: "Jak umieścić małżę w akwariumie", ciśnienie tętnicze wzrasta mi do rejestrów zagrażających eksplozją. Podejmuję się więc próby wyjaśnienia, w jaki sposób traktować małże na gruncie fleksji.
Zacznijmy od określenia, z czym mamy do czynienia, kiedy mamy do czynienia z małżami.
Małż, bez względu na płeć zwierzęcia, jest rodzaju męskiego. Oczywiście jeśli mówimy o języku. Chodzi mi o rzeczownik małż. Zatem mówimy w języku polskim: "Ten małż". Na przykład: "[Ten] Małż nadaje się do hodowli w akwarium". W dopełniaczu powiemy: "małża". A dopełniacz, jak powszechnie wiadomo, jest przypadkiem rzeczownika odpowiadającego na pytania kogo? czego? "Małża nie należy umieszczać w akwarium bez piasku, ponieważ małż jest zwierzęciem związanym z dnem piaszczystym" - to przykładowa konstrukcja zdania podrzędnie złożonego. W celowniku (komu? czemu?) słowo małż przybierze formę "małżowi". "Warunki stworzone małżowi powinny odpowiadać trybowi jego życia". W bierniku słowo zabrzmi tak, jak w dopełniaczu, czyli "małża", jak w zdaniu: "Znalazłem małża w płytkiej zatoczce nizinnej strugi o powolnym nurcie". Kolejny przypadek, zwany narzędnikiem (z kim? z czym?) formuje słowo w postać "małżem". Na myśl przychodzi mi takie zdanie: "Małżem nie trzeba się dużo zajmować w hodowli laboratoryjnej, ponieważ ten gatunek jest zwierzęciem o niskich wymaganiach ekologicznych". Przedostatnim przypadkiem rzeczownika w języku polskim jest miejscownik (o kim? o czym?), który odnajdziemy w formie "małżu". W zdaniu "O małżu tym czytałem w pracy Piechockiego" występuje w miejscowniku, ale identycznie zapiszemy słowo to w wołaczu, chociaż inaczej zapewne zabrzmi, bo co innego będzie znaczyć: "Małżu, nie poddawaj się brudnej wodzie"...
Tak to brzmi, kiedy mamy do czynienia z jednym małżem (narzędnik liczby pojedynczej rodzaju męskiego). A jeśli znajdzie się ich więcej? "Dwa małże leżą zagrzebane w mule". Małż jest rodzaju męskiego, więc koniecznie: dwa małże, nie zaś "dwie małże". Problematyczny jest dopełniacz liczny mnogiej, ponieważ dopuszcza dwie formy fleksyjne. Obecnie na ogół mówi się "małży", jak w tytule "Atlas małży morskich". Przypomnijmy sobie jednak, jak pisał Urbański: Krajowe ślimaki i małże. Klucz do oznaczania ślimaków i małżów dotychczas stwierdzonych w Polsce. Forma z końcówką -ów jest formą starszą, tracąca myszką, ale poprawną i jej użycie jest w pełni akceptowane. "Małżom trudno jest przemieszczać się na większe odległości" - to przykład zastosowania słowa w celowniku liczby mnogiej. Biernik zaś brzmi: "małże", jak w zdaniu "Kupię małże na obiad, bo mam ochotę na makaron z owocami morza". "Małżami interesują się nie tylko malakolodzy, ale również hydrotechnicy, ponieważ mogą mieć wpływ na jakość pracy śluz i zapór". W tym zdaniu użyto rzeczownika w narzędniku. "O małżach piszę już od pewnego czasu" - tak powiem, kiedy chcę użyć miejscownika w liczbie mnogiej, natomiast używając wołacza powiem: "Małże moje kochane, jakże się cieszę, że mogę o was pisać!"
Najwięcej problemów pojawia się w związku z niedookreśleniem rodzaju. Ponieważ niektóre formy brzmią podobnie do form żeńskich, pojawia się wiele błędnych odmian. Nie mówimy "Małża żyje w wodach", nie mówimy "Małżę ogromnych rozmiarów wyłowiłem dragą", nie mówimy też "Dwie małże tego gatunku badałem pod kątem preferencji siedliskowych".
Podsumujmy: kiedy odmieniamy słowo małż posługujemy się następującymi formami:
Liczba pojedyncza      Liczba mnoga
M: małż                      małże
D: małża                     małży/małżów
C: małżowi                 małżom
B: małża                     małże
N: małżem                  małżami
Msc: małżu                 małżach
W: (o,) małżu (!)         (o,) małże (!)

Jeśli się to komuś przyda, to się ucieszę. Natomiast przy innej okazji zajmę się etymologią słowa małż, która wydaje mi się całkiem interesująca.

piątek, 25 listopada 2011

Francuska nowość

Przed kilkoma dniami, w połowie listopada, opublikowany został specjalny numer rocznika MalaCo, w którym znalazło się ponad trzysta gatunków lądowych ślimaków występujących we Francji.
Moja znajomość francuskiego jest wystarczająca, żeby oglądać obrazki. Niemniej nawet brak biegłości w posługiwaniu się mową Francuzów nie przeszkadza, aby sięgnąć po omawiane wydanie. Publikacja to zaiste i piękna i cenna. Oto autorzy dołożyli wielu starań, by powstał atlas (bo chyba w takich kategoriach należałoby to opisywać) prezentujący lądową malakofaunę Francji. Określenie "malakofauna" jest tu troszkę na wyrost, właściwszym byłoby określenie: lądowe ślimaki oskorupione. Natomiast co niezwykle ważne, publikacja prezentuje bardzo dobre fotografie okazów, zaopatrując je w skalę porównawczą. A wspomnieć trzeba o samych materiałach do fotografii. Rzadko się zdarza, aby fotografowany materiał był tak doskonałej jakości. Zdecydowana większość eksponowanych muszli jest w doskonałym stanie zachowania: czyste skorupki, bez zarysowań, obłamań, wypełnień humusem czy szczątkami zwierzęcia. Wszystko to sprawia, że mamy do czynienia z wydaniem, które pomoże niejednemu w lepszej identyfikacji zbiorów.
Jakkolwiek malakofauna lądowa Polski zdecydowanie różni się od ej występującej we Francji, to przecież przynajmniej kilkadziesiąt gatunków pozostaje wspólnych. W polskiej literaturze brak tak dobrych opracowań graficznych, dlatego tym bardziej warto sięgnąć po dzieło Francuzów. Zwłaszcza - a to przecież nie bez znaczenia - że publikacja jest jest dostępna za darmo. Plik jest sporych rozmiarów (ponad 40 MB), ale można też pobrać w dwóch częściach. Druga część jest adresowana do tej grupy odbiorców, którzy pragnęliby posiąść sztukę identyfikowania świdrzyków. Bardzo dobre fotografie zwracają uwagę na szczegóły specyficzne. Dlatego warto, czym prędzej zajrzeć do Francji. www.malaco-journal.fr Delicje!

niedziela, 13 listopada 2011

Zaproszenie na Kretę

Przed przeczytaniem tego wpisu najlepiej jest wyjrzeć przez chwilę za okno, lub na trzy minuty wyjść na balkon. A po przeczytaniu najlepiej od razu przejść do adresu www.muszle.concha.pl i zabrać się za lekturę tekstu Michała Poklękowskiego. Koniecznie.
Cyprea spurca spurca, gigantyczny okaz 37,5mm
W połowie września Michał Poklękowski wylądował na Krecie, w okolicach Agia Pelagia (po polsku: Święta Pelagia, prawdopodobnie chodzi o męczennicę chrześcijańską z Antiochii, która zginęła w 302 roku... Przypis mało wiarygodny). Rok wcześniej eksplorował południową Kretę, w tym roku trafił na jej północne wybrzeże.
 Nie będę streszczał tego, co napisał. Warto zajrzeć i zanurzyć się w lekturze, bo i nie tylko temat ciekawy, ale i język dobry. Poza tym: ten zapis relacji docenią ci zwłaszcza, który znają dreszczyk poszukiwań. Relacja Michała o tyle jest godna polecenia, że Michał Poklękowski jest kolekcjonerem wymagającym (specjalizuje się w najlepiej zachowanych okazach, F+++/ GEM) oraz bardzo dobrze zorientowanym w literaturze konchiologicznej. Poza tym jest pasjonatem i pasja ta wypływa z kolejnych zdań wakacyjnych wspomnień.
Jednocześnie relacja Michała jest opowiadaniem o czymś, co się nazywa realizacją marzeń. W czasie ostatniego podboju stał się właścicielem rekordzistki Cyprea spurca spurca w doskonałym stanie zachowania, o wysokości 37,5 mm. To taki egzemplarz, o którym w specjalistycznych przewodnikach pisze się wymieniając jako szczególne rarytasy...
Dość ględzenia. Niepotrzebnie odwlekam moment spotkania z przygodą. Polecam i zapraszam na stronę Jacka Glanca do zapoznania się z relacją i poradami Michała. Można wejść przez www.muszle.concha.pl, ale szybciej będzie tutaj.
P.S. Prawa autorskie do zdjęcia: Michał Poklękowski, fotografia pochodzi ze strony www.muszle.concha.pl

czwartek, 10 listopada 2011

Ksiądz Boniecki ma głos (w moim blogu)

Od kilku dni trwa zamieszanie wokół postaci księdza Bonieckiego, redaktora seniora Tygodnika Powszechnego. Ponieważ decyzja władz zgromadzenia marianów (do którego ks. Boniecki należy, a którego nawet był dwukrotnie przełożonym generalnym) została przekazana w sposób uniemożliwiający uzyskanie wyjaśnień co do okoliczności, rozgorzała batalia o Redaktora.
Nie chcę prowadzić z nikim walki, chociaż przychodzą takie momenty, w których zachowanie neutralności z moralnego punktu widzenia jest niegodziwością. Tym wpisem chciałbym wystąpić nie przeciwko decyzji marianów, ale z poparciem dla Księdza Adama. I jakkolwiek mam świadomość, że forum bloga nie jest medium o jakiejś sile oddziaływania, tym samym wpisuję się w szeroką akcję pod auspicjami Tygodnika "Ksiądz Boniecki ma głos (w moim domu)".
Księdza Bonieckiego mam szczęście znać od kilkunastu lat, jako autora Tygodnika Powszechnego - jeszcze dłużej. To niezwykle barwna postać życia społecznego i religijnego w Polsce.
Uważam, że stanowisko przełożonych ks. Bonieckiego jest nieprzemyślane, niemądre i niedobre, a przede wszystkim niesprawiedliwe. Kościół nie ma nic wspólnego z kołchozem; w jego naturę wpisana jest symfonia różnych charyzmatów. Jeśli w gronie Apostołów dochodziło do waśni i kłótni z powodu przekonań i zapatrywań, to oznacza to mniej więcej tyle, że Pan Bóg zgadza się na używanie rozumu do wyprowadzania różnych wniosków z podobnych przesłanek. Różnorodność jest bogactwem Kościoła, a nie jego słabością. Chociaż uznaje się, że chorał gregoriański - jako śpiew własny liturgii Kościoła łacińskiego - jest jednogłosowy, to przecież nie można wyobrazić sobie, żeby wszyscy śpiewali np. tenorem, a basów i barytonów należałoby wyprosić czy po prostu uciszyć. Nie tędy droga.
Ksiądz Boniecki został objęty zakazem wypowiedzi medialnych (z wyjątkiem Tygodnika Powszechnego) w celach dyscyplinarnych. Uciszanie Bonieckiego to jednak nie tylko zamykanie ust katolickiemu publicyście, to również próba musztrowania katolików, który pozwalają sobie na inne spojrzenie na Kościół, niż słodko-odpustowe lub samowielbiące. W tej sytuacji sprawa Bonieckiego jest symbolem krótkowzrocznej polityki nastawianej na wypieranie problemów, kneblowanie krytyków bez wsłuchiwania się w racje, które za nimi stoją.
Mam nadzieję, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i z decyzji się wycofa. Mam nadzieję, że księdzu Bonieckiemu ta niełatwa lekcja pokory nie wyrządzi krzywdy. Mam też nadzieję, że podobne sytuacje nie będą w przyszłości występować. Do czasu jednak opadnięcia bitewnego pyłu deklaruję, że Ksiądz Boniecki ma głos (w moim blogu też).

wtorek, 25 października 2011

Objazdówka

Gniezno, nocą;)
W ciągu ostatniego miesiąca, na skutek splotu różnych sytuacji, nawiedziłem cztery miasta w Polsce, które łączy coś wspólnego: wszystkie w jakimś okresie były stolicą kraju. Może z wyjątkiem Poznania, który miastem stołecznym nie był, ale w początkach państwowości polskiej odgrywał pierwszorzędną rolę. Była Warszawa (wspominałem), Poznań (wspominałem przy okazji Monacha cartusiana), Gniezno i Kraków.
W Gnieźnie nie wygospodarowałem czasu na wizję lokalną. Jedynie w biegu zauważyłem pełzającą po wodzie błotniarkę stawową w Jeziorze Jelonek. I pojedyncze, spłowiałe skorupki ślimaka gajowego. A z Gniezna, jak Kazimierz Odnowiciel, przeniosłem się do Krakowa, i tam już troszkę czasu znalazłem, żeby sobie pofolgować. O wszystkim się nie będę rozpisywał, bo o tym będzie osobno w przyszłości. Dość powiedzieć, że winienem Wiśle przeprosiny. Za co? Ano za to, że przed kilkoma miesiącami dość niepochlebnie się o niej wypowiadałem, podczas gdy ona nawet w Krakowie potrafi zaskoczyć. Postaram się troszkę rozwinąć wątek.
Kluczwoda
Wisła jest rzeką niezwykłą choćby z tego względu, że jest jedną z największych europejskich rzeka, która zachowała w miarę naturalny charakter. Na wielu odcinkach płynie nieregulowanym korytem, zabudowy hydrotechnicznej też tutaj mniej, niż na jej siostrach z Zachodniej Europy. Natomiast nie jest z nią do końca dobrze, bo odprowadza ogromne ilości ścieków komunalnych i przemysłowych. Kiedy pod koniec września wybrałem się w sentymentalną podróż na warszawskie Bielany, nie mogłem uwierzyć w to, że Wisłą spływają zwyczajne ścieki. Wydaje mi się, że Warszawa odprowadza ścieki wprost do Wisły, bez żadnego oczyszczania. Jeśli jest inaczej, to albo jest to nieskuteczne, albo miałem złe postrzeganie tego dnia. (Nawiasem mówiąc: czy komuś wiadomo, w jaki sposób Warszawa gospodaruje ściekami? Odnoszę wrażenie, że tego nie robi. No ale cóż, nie jestem Warszawiakiem...). Krakowska Wisła wyglądała zdecydowanie lepiej niż kilkaset kilometrów dalej. Przede wszystkim dawała widoczność na jakieś pięćdziesiąt centymetrów, co mi się wydaje już niezłym stanem (z poprawką na ironię w wypowiedzi). A ponieważ przy brzegu znalazłem sporo skorup Anodonta anatina (chyba, jeszcze się nie nauczyłem odróżniać od cygnaea), to wnioskować mogę, że wrażliwe na zanieczyszczenia małże jeszcze w niej żyją. Znalazłem też, i tu niespodzianka - skójkę gruboskorupową Unio crassus Philipsson, 1788. Co prawda była to tylko pusta skorupa, ale - na moje oko - nie starsza niż roczna (to znaczy leżała tyle bez właściciela).  Gatunek ten objęty jest ścisłą ochroną gatunkową w Polsce i jest jednym z tzw. gatunków "naturowych" (obszary Natura 2000). Postaram się kiedyś napisać o niej więcej, zamieścić ilustracje itp. Teraz dzielę się tylko spostrzeżeniem, że ślady skójki w Wiśle Krakowskiej udało mi się wypatrzeć.


Dolina Kluczwody
Wracając skręciłem w Białym Kościele w kierunku Doliny Kluczwody. Byłem już tam, chyba w kwietniu, tym razem bardziej interesowała mnie sama Kluczwoda. Niestety znalazłem tylko pojedynczą połówkę małża z rodzaju Pisidium, którego nie potrafię oznaczyć. Miałem nadzieję, że może uda mi się znaleźć źródlarkę karpacką Bythinella austriaca, ale nie tym razem. Nie wiem nawet, czy w tym roku jeszcze będę jej szukał, choć znalazłem w literaturze dwa miejsca, które mógłbym jeszcze w listopadzie sprawdzić. W każdym razie wyjazd z Krakowa był udany, nasyciłem oczy zamgloną południową częścią Jury, nawdychałem się wilgotnego powietrza i zebrałem troszkę materiału, głównie z Clausiilidae, Zonitidae i Helicidae.
No tak... Jeżdżę po Polsce i zamiast królów odwiedzać, to włóczę się po chęchach i trzęsawiskach w pogoni za ślimakami. Trzeba mieć coś nie tak pod sufitem, albo... Albo po prostu to lubić.

niedziela, 16 października 2011

Atlas muszli ślimaków morskich

Jako autora spotkałem go już w dzieciństwie i to dzięki niemu zidentyfikowałem obecną od zawsze w domu muszlę ślimaka Rapana thomasiana. A potem na długo rozeszły się nasze drogi i spotykałem go sporadycznie na marginesie notatek, rysunków czy publikacji. Wiedziałem, że muszę to zmienić, ale w tym samym czasie moje życie mocno się przestawiło i po trosze odszedłem od marzeń o ogromnej kolekcji egzotycznych muszli.
Dawno temu już powinienem był odnaleźć książkę profesora Andrzeja Samka. Zrobiłem to przed kilkoma dniami i zapowiada się, że będzie to podstawowa lektura na jesienno-zimowe wieczory.
Atlas muszli ślimaków morskich jest książką na polskim rynku wyjątkową. Składa się na to kilka powodów, z których kilka postaram się wyłuskać. Nie chodzi o stopniowanie, bo przecież każdy w innym miejscu stawiać może akcenty. Niezwykłość ta warta jest odnotowania i tym bardziej mi wstyd, że tak późno biorę tę książkę do rąk.
W 2004 roku nakładem olsztyńskiego wydawnictwa Mantis ukazał się Atlas autorstwa profesora Samka, w tym samym czasie to samo wydawnictwo wydało klucz do oznaczania ślimaków lądowych Polski autorstwa profesora Wiktora. Obie książki są nawet w pewnym sensie podobne, i nie chodzi tylko o format i jakość druku. Obie są napisane w języku polskim i obie adresowane są do adeptów malakologii wywodzących się zarówno spośród profesjonalistów, jak i amatorów. Książka A. Samka urzeka swoją szatą graficzną, a zwłaszcza barwnymi tablicami prezentującymi poszczególne muszle ślimaków. Gwasze autora wskazują, że prof. Samek, jakkolwiek przedstawiciel nauk ścisłych, ma duszę artysty i bardzo wnikliwego obserwatora. Niektóre podobizny muszli zatykają dech w piersiach: niezwykły realizm połączony z fenomenalnym oddaniem cech indywidualnych oraz cech rozpoznawczych dla gatunku. Dla samych ilustracji warto by książkę tę popularyzować, a może nawet i tłumaczyć na inne języki. Jakże więc paradoksalne okazują się słowa autora, wyjaśniające we wstępie burzliwe losy maszynopisu i piętrzące się trudności w wydaniu książki. Na marginesie: trudności te nie opuściły książki nawet po jej wydaniu, o czym za chwilę.
Książka pomyślana została jako pomoc dla kolekcjonerów,  którzy na polskim poletku nie mają zbyt dużego pola do popisu. Zaskakuje jednak profesjonalizm autora: konsekwentnie posługuje się przyjętą terminologią, która wcale nie jest łatwa do przyjęcia w pierwszej lekturze. Atlas został zaopatrzony w słowniczek, który pomaga odnaleźć się w zawiłościach określeń (abaksjalna, adapikalna, coelokonoidalny itd). Plusem jest również uniknięcie pewnej pułapki, w którą wpadli inni autorzy podobnych publikacji (np. Penkowski Muszle czy Dworczyk Wojciech i Krzysztof Najpiękniejsze muszle świata), a mianowicie nie tłumaczy na siłę łacińskich nazw gatunkowych na język polski. Tłumaczenie na siłę, głównie przecież z języka angielskiego, wcale nie poprawia odbioru książki i nie bardzo pomaga w opanowaniu tajników konchologii.
Profesor Samek jest weteranem wśród polskich kolekcjonerów muszli, i  z całą pewnością niekwestionowanym autorytetem w tej dziedzinie. Przygotowany przez niego atlas potwierdza ten autorytet. warto jednak wspomnieć przy tym, że redaktorem książki jest inny autorytet, prof. Adolf  Riedel, co sprawia, że omawiany tytuł mocno się broni wśród tego typu publikacji. Najsłabszą stroną książki jest jej dystrybucja, która i tak lepsza jest stokrotnie od klucza prof. Wiktora. Wydaje mi się, że całość zasług wydawnictwa Mantis rozpływa się wobec niepoważnego podejścia do kwestii promocji i sprzedaży tytułu. Nie udało mi się - pomimo podejmowanych różnych prób - skontaktować się z wydawcą. Na szczęście udało mi się ją sprowadzić z jednej z internetowych księgarni, zresztą z Olsztyna. Martwi to, że tak dobra literatura, specjalistyczna wszakże, jak wspomniana książka Samka, jest tak słabo promowana. A przecież lata lecą i brutalne prawa rynku wydawniczego nie obchodzą się delikatnie z książkami wydanymi przed paroma laty. Kto więc, tak jak ja, przegapiał dotąd okazje do nabycia Atlasu, niech się śpieszy. Żałował nie będzie.
Andrzej Samek, Atlas muszli ślimaków morskich, Olsztyn, Wyd. Mantis, 2004, ss. 340

piątek, 14 października 2011

Ślimak kartuzek Monacha cartusiana (O. F. Müller, 1774)

Poznań jest jednym z tych miast, które znam bardzo słabo i w którym bywam bardzo rzadko. Kiedy więc pojawiła się perspektywa służbowego wyjazdu do Poznania, zacierałem ręce. Bo to bardzo ważne miasto, z kilku przynajmniej powodów. Po pierwsze, bo to początek państwowości Polski, po drugie, bo to piękne miasto i bardzo atrakcyjne przyrodniczo. Po trzecie, bo to siedziba zarządu Stowarzyszenia Malakologów Polskich. Powodów mógłbym wymieniać więcej.
Kiedy więc pojawiła się perspektywa wyjazdu, wiedziałem, że muszę go dobrze wykorzystać. I chyba się udało.
Postawiłem sobie za cel odnaleźć gatunek ślimaka, który znałem z literatury, którego natomiast dotąd (poniekąd też trochę na szczęście) nie spotkałem. Mam na myśli ślimaka kartuzka Monacha cartusiana, którego w Polsce znamy z trzech stanowisk. Chyba. Pierwsze z Wrocławia i tutaj autorzy są zgodni. Drugie z Poznania, ale jest ono wątpliwe, o czym za chwilę i trzecie z okolic Kielc.
Żeby odnaleźć ślimaka kartuzka w Poznaniu, trzeba wybrać się w okolice Ostrowa Tumskiego, a dokładniej pod Most Mieszka I. Tam też udało mi się znaleźć kilka skorupek oraz kilka żywych osobników. Ślimak zamieszkiwał brzeg w pobliżu Cybini i najliczniej znajdowałem go wśród trawy w pobliżu betonowych schodków. Z informacji ustnych od prof. Wiktora wiem, że w samym Poznaniu jest więcej stanowisk tego gatunku. Pytanie tylko, który to gatunek?
Wspominałem już, omawiając XXVII Krajowe Seminarium Malakologiczne, że pojawiły się wątpliwości dotyczące oznaczenia populacji. Badania genetyczne nie dają jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy nie jest to raczej pokrewna Monacha cantiana. Jeśli sprawa zostanie rozstrzygnięta, podzielę się informacjami.
Kilka słów o ślimaku: nazwę zawdzięcza prawdopodobnie kartuzom, czyli mnichom zakonu o bardzo surowej regule, którzy chodzą w białych habitach. Muszla ślimaka jest bowiem biaława, kremowo biała lub szarawa, przeświecająca i matowo połyskująca, gładka, z wyraźną wargą, koloru brązowego, brunatnego lub czerwonawego. W zarysie kulistawa, z niską skrętką. Liczba skrętów dochodzi do 6,5, ale na ogół do 5,5. Maksymalne rozmiary dochodzą 17 mm szerokości i 6-10 mm wysokości (Wiktor, 2004).
Jest to gatunek obcy i inwazyjny, potencjalnie szkodnik upraw, łatwo ulega zawleczeniu (stanowiska w Czechach, w Niemczech, w Polsce). Pierwotną ojczyzną są obszary graniczące z obszarami śródziemnomorskimi, stąd w literaturze określa się go jako gatunek submedyterrański.
Cieszę się, że go odnalazłem. Jestem bogatszy o kolejny gatunek oraz o wiedzę na temat jego występowania. zostaje mi jeszcze ciekawość co do systematycznej weryfikacji oznaczenia. Jeśli się okaże tym drugim, będę musiał się wybrać do Wrocławia, co byłoby zapewne równie pożyteczne dla moich oczu i ciekawości świata.

piątek, 7 października 2011

Park im. Rodu Łaskich w Łasku

Grabia na wschód od Łasku
Dawno już nie miałem sposobności wybrać się na łowy w teren, więc kiedy w ostatnią środę nawalił mi samochód i musiałem odczekać swoje w warsztacie samochodowym, pierwsze o czym pomyślałem (poza rachunkiem za naprawę) było pójście w świat. Daleko nie zaszedłem, a miejsce które obrałem znane mi już było z innych wypadów. Wybór padł na Park Miejski im. Rodu Łaskich w Łasku. Park znajduje się po prawej stronie drogi krajowej 12 i 14 w kierunku Sieradza, w północnej części miasta.

Starorzecze Grabi w Parku im. Rodu Łaskich
Naturalną granicę parku, którego początki sięgają prawdopodobnie XVIII w. stanowi rzeka Grabia, na tym odcinku tworząca obszar Natura 2000. W północno-wschodniej części parku znajduje się starorzecze Grabi z zespołem roślinności pochodzenia naturalnego (grąd). Dla miłośników dendrologii, albo w ogóle botaniki, jest kilka atrakcji, m.in. aleja z grabów o oryginalnie ukształtowanych konarach. Występuje tu wiąz szypułkowy i klon polny, jesion, lipa drobnolistna, modrzew czy dąb. Mnie niestety botanika nadal jawi się jako nauka tajemna i nigdy nie mam dość zapału, aby wypatrywać najcenniejszych roślin. Owładnięty myślą poszukiwania mięczaków bez trudu znalazłem kilka gatunków, z których jeden, ślimak winniczek Helix pomatia objęty jest częściową ochroną prawną. W Grabi występuje skójka gruboskorupowa Unio crassus, choć opieram tę informację wyłącznie na literaturze, bo nigdy jej szukałem. Wychodząc z parku na północ przechodzi się przez most nad rzeką, z którego można obserwować nie tylko koryto rzeki, ale również jej terasę zalewową. W pobliżu mostu znajdowałem wstężyki gajowe Cepaea nemoralis oraz bursztynkę pospolitą Succinea putris oraz szklarkę obłystka Zonitoides nitidus. Idąc na zachód obrzeżami parku, wzdłuż grobli, dochodzi się do stawu (sztucznego chyba, a na pewno mocno przekształconego przez człowieka). W jego pobliżu znalazłem skorupki zawijki pospolitej Aplexa hypnorum oraz błotniarek z podrodzaju Radix. W stawach (tym, jaki we wschodniej części, czyli starorzeczu) znaleźć można zatoczka rogowego Planorbarius corneus, zatoczka ostrokrawędzistego Anisus vortex czy zatoczka pospolitego Planorbis planorbis.
Jesień nie jest dobrym czasem na zbieranie mięczaków wodnych. Coraz niższa temperatura wody sprawia, że ślimaki schodzą niżej, przygotowując się do przezimowania. A i nie byłem zaopatrzony w niezbędny sprzęt polowy, stąd notowani
a wodnych mięczaków ograniczają się właściwe do stwierdzenia pustych skorupek. Z poprzednich wypadów (równie przypadkowych, jak ten) znam jeszcze kilka gatunków, pospolitych na ogół (błyszczotka połyskliwa, ślimaczek gładki, ślimak łąkowy). Nie jest to lista imponująca, zważywszy na występowanie drzew liściastych w parku. Myślę, że winne jest tu zwłaszcza kwaśne podłoże oraz - co też nie bez znaczenia - zabiegi pielęgnacyjne i techniczne. Nie mniej wydaje się, że - zwłaszcza w bardziej dzikich miejscach parku - możliwe jest znalezienie jeszcze paru gatunków, zarówno lądowych jak i wodnych.
Piszę o tym na okoliczność, gdyby jaki malakolog przejeżdżał przez Łask. Wystarczy się zatrzymać na stacji benzynowej, zostawić samochód na parkingu, i już się jest na miejscu. Łupów raczej się nie zdobędzie, ale można pospacerować i rozprostować nogi w podróży. A jeśli przy okazji wzrok odpocznie, to już same plusy.
Natomiast warto by się parkowi kiedy przyjrzeć nieco dłużej i bardziej szczegółowo...

wtorek, 4 października 2011

Najgorszy sposób na wydanie ośmiu złotych

Kto przeglądał recenzje książek, zamieszczane na blogu, ten przyzna, że krytykiem nie jestem zajadłym. Czasem coś kąśliwego powiem, czasem szpilkę wyceluję w miękką część ciała, na ogół jednak nie szukam towarzystwa do bicia...
Tym razem będzie inaczej. Muszę się wyżyć, wziąć odwet zapalczywy i nie poprzestać na kąśliwości, a przesiąść się do miażdżącego walca. I wcale nie z powodu tych ośmiu złotych, o czym za chwilę. Ktoś zasłużył sobie na porządnego łupnia i niech nie myśli, że mam zamiar odpuścić!
Zaczęło się w sobotę, 24 września w Krakowie. Na Grodzkiej w księgarni wyprzedażowej zauważyłem książkę, której wcześniej nie widziałem. A ponieważ śpieszno mi było strasznie, to i zaplanowałem wrócić tam dnia następnego i drogą cywilnoprawnej umowy nabyć ją. Kosztowała mnie osiem złotych (mniej niż 2 €), co jest ceną nie tylko do przeżycia, ale wręcz nieprzyzwoitą jak na książkę.
Żeby była jasność: nie spodziewałem się nabycia kandydatki do Nobla czy do Nike. Wiedziałem, że decyduję się na nabycie książeczki dla dzieci, popularno-naukowej, utrzymanej w popularnej konwencji dziecięcej encyklopedii. Nie nabyłem jej w celach edukacyjnych, ale bardzo interesowało mnie, w jaki sposób trafić można do najmłodszych adeptów malakologii. I powiem krótko, ale dosadnie: na pewno nie tak! Mogłaby by to być autobiografia głąba, pod warunkiem, że autorem byłby tłumacz.
Z jakiegoś powodu jestem wściekły na ten stan rzeczy. Trzymam w ręku książeczkę - kolorową, a owszem - w sztywnej oprawie, nie za ciężką, ba - nawet z indeksem na końcu! Nazywa się "Muszle i skamieniałości" i - prawdopodobnie - wchodzi w skład jakiejś serii "Encyklopedii dla Dzieci".Wydawca zapewnia, że seria: "Zadziwiający świat faktów" jest "skarbnicą wiedzy, która już od początku pozwala dzieciom kształtować i rozwijać naukowe podejście do otaczającego je świata". Zadziwiający świat faktów... Bardzo zadziwiający! Tylko jakich faktów?
Faktem jest, że książkę wydano w Warszawie w 2007 r. Faktem jest, że poziom rozwoju technologii informatycznych w tym czasie był nieco niższy niż obecnie. Faktem jest, że to tylko tłumaczenie publikacji obcej. Ale faktem też jest, że cztery lata to dostatecznie długi czas, żeby nieudaną książkę wycofać z rynku. Faktem jest, że nawet przed czterema laty były słowniki polsko-angielskie i angielsko-polskie. Faktem jest, że książeczki o której piszę, nie powinno się kupować dzieciom, nawet za jedyne osiem złotych polskich.
Dlaczego? Dlatego że tłumacz publikacji nie powinien się przyznawać do tego co zrobił. A ponieważ się przyznał, to muszę mu przyłożyć. Pan Kornel Karbowniczek zdecydował się (a przynajmniej taką mam nadzieję) wziąć na siebie odpowiedzialność za ulepienie takich językowych gniotów, jak na przykład
Małże miękkie Małże miękkie można napotkać w piasku, błocie oraz morskiej roślinności. Są to doskonali pływacy, którzy nabyli zdolność zakopywania się w błocie i piasku. Brzuchonogi to największa i najbardziej popularna grupa pośród mięczaków. Należą do nich m.in. ślimaki czy trąbiki. Posiadają jedną, często spiralną skorupę. 
Niektóre brzuchonogi, takie jak skałoczepy, mają płaską, spodkowatą skorupę. (...)
Małże takie jak: mięczak jadalny, ostryga czy przegrzebek, są mięczakami posiadającymi dwie ruchome "klapki", powiązane ze sobą za pomocą zawiasów mięśniowych. Większość z nich żyje przyczepiona do kamieni (s. 8)
Na tej samej stronie, w ramce "Zapytaj mnie!"
Czym są jednotarczowce? Jest to rodzaj małż miękkich. Są małe, kruche i prymitywne, nie były zaliczane do gatunku małż aż do 1950 r. Są bardzo rzadkie, a można je znaleźć tylko na dużych głębokościach. Jednotarczowiec Ewinga zamieszkuje najgłębsze rejony oceanów (s. 8)
Perełka naukowa:
Muszle koralowe zwane są Coralliophilidae. Jest na świecie duża rodzina tropikalnych małż zwanych koralowymi mieszkańcami. Rodzina ta ma blisko 200 gatunków. Większość z nich żyje głęboko pod wodą.
Brak jakichkolwiek żywych okazów sprawił, że ciężko jest przeprowadzić jakiekolwiek studia nad identyfikacją i zależnościami pomiędzy tymi gatunkami. Rozpoznano i nazwano 15 gatunków, pomimo faktu, że nie ma między tymi organizmami zasadniczych różnic w budowie.
Rodzaj Latiaxis jest bardzo popularny ze względu na duże zróżnicowanie kształtów i plisowane brzegi. Brzuchonogi z tych gatunków żyją powiązane z koralowcem. Charakteryzują się bardzo cienką skorupą. Najbardziej prominentnymi przedstawicielami koralowych mieszkańców są: Cantharus, Pacific Tiger Lucine, muszla piaskowa czy muszla bańkowa (s. 12)
Inna rewelacja:
Mięczaki powierzchniowe Poza małą liczbą małż żyjących w wodach słodkich, resztę stanowią brzuchonogi. Ślimaki doskonale... (s. 14)
W ramce "Zdumiewające Fakty" na stronie 11 można znaleźć:
Chitony posiadają miniaturowe, podobne do słoniowych kły. Stąd w nazwach często figuruje słowo "kieł"
Byka na byku byka bykiem pogania. Albo jeszcze gorzej. Musiałbym przepisać cała książeczkę, na co nie mam zgody wydawcy, aby pokazać potworny bałagan w głowie tłumacza. Nie znajdzie się jednaj strony, na której odpocząć można by od rażących błędów i przeinaczeń. Racicznica nazwana jest omułkiem, homary i kraby występują jako mięczaki twarde, cokolwiek zresztą miałoby to znaczyć. Pomatias elegans podpisany został jako "Muszla klasy Głowonóg" (s. 4), masa perłowa składa się głównie z białka... Nagminnie też muszlom przypisywane są cechy zwierzęcia, które je wytworzyło.
Przeglądając książeczkę odniosłem wrażenie, że tłumacz władował angielską wersję do automatycznego translatora i dalej, hajda na drukowanie. Żeby jakaś korekta, albo konsultacja? Nie wygłupiajmy się, po co, to przecież encyklopedia dla dzieci, im można wciskać wszystkie kity...
I właśnie to mnie drażni najmocniej. Gdybym zaczął czytać dziecku tę książkę, to przed dokończeniem pierwszej strony musiałbym się dziecku tłumaczyć, dlaczego moja twarz zmienia kolor na purpurowy, fioletowy lub zzieleniały ze złości. A ile musiałbym się natłumaczyć co to takiego jest małż miękki (a może małż miękka lub małża miękka - bałagan fleksyjny imponujący!). Z pewnością nie umiałbym wyjaśnić dziecku pokrętności wywodów, wymieniających wśród brzuchonogów ślimaki, trąbiki i małż miękkie. Bełkot.
Na to wszytko jeszcze - żeby oszczędzić tłumacza - dochodzą lustrzane zdjęcia ślimaków, irytujący mnie błąd spotykany notorycznie w tego typu publikacjach.
Dałbym sobie spokój z wylewaniem jadu i pomyj na to przedsięwzięcie. Ale nie dam. Bo jeśli ktoś decyduje się na pisanie dla dzieci, to musi się przyłożyć trzy razy więcej, niż gdyby pisał dla profesorów. Nie tylko dlatego, że dziecko jest wymagającym czytelnikiem. Przede wszystkim dlatego, że dziecko bardzo poważnie traktuje książki i nie mogą one służyć wprowadzaniu dzieci w błąd. Dziecku nie wolno wypaczać świata, trzeba dostosować język, treść, ale nie rzeczywistość.
W pewnych kwestiach jestem bardzo zasadniczy. Wkurza mnie, kiedy pod płaszczykiem naukowości wciska się blichtr, bylejakość i daleki nieprofesjonalizm. To, że w dzisiejszych czasach można szybko i tanio drukować, nie oznacza, że można drukować cokolwiek. A od wydawców wymagać by można, że zanim wyślą pliki do druku, warto je jeszcze przejrzeć, jeśli nie pod względem merytorycznym, to przynajmniej językowym. Tego w tej encyklopedii dla dzieci zabrakło. A właściwe zabrakło wszystkiego poza wydawniczym niechlujstwem. Wstyd, bo można było przygotować naprawdę fajną książeczkę dla dzieci.
Odradzam.
A przypomniałem sobie, że gdzieś w zbiorach mam podobną publikacje Arthura Alexa z początku lat 90tych i z tego co zapamiętałem, wydana była bardziej rzetelnie.

środa, 28 września 2011

Jesienna Warszawa

Zawodowo spędzam ten tydzień w Warszawie. Najpierw jest praca, potem troszkę czasu dla siebie. Plany są różne, z realizacją różniej... Wczoraj, zanim jeszcze od burzy lekko oberwałem, ruszyłem na pieszy spacer po Warszawskiej Cytadeli. Celów nie sprecyzowałem jasno, bo i po co: chciałem rozchodzić troszkę nogi, a przy okazji obejrzeć tę część Warszawy, na którą nigdy nie mam dość czasu.
Podłością z mojej strony byłoby myślenie, że nie chodziło mi o ślimaki. A owszem, myślałem też o tym, żeby się przyjrzeć tym ze stolicy, bo do tej pory co najwyżej miałem do czynienia z osobnikami z prowincji. Przyznam też, że planowałem pójść nad Wisłę, i nawet byłem, ale na wysokości Zamku Królewskiego i trochę utwierdziła mnie ta wizyta w przekonaniu, żeby może jednak zarzucić dalsze plany romansowania z królową rzek polskich. A to głównie z powodu jakości tego roztworu wodnego nieznanej mi mieszaniny związków organicznych i nieorganicznych, odprowadzonej kanałami do rzeki, o której Herbert pisał: "Rów, którym płynie mętna woda / nazywam Wisłą". No nie pachniała ładnie ta rzeka i była jeszcze gorsza niż oglądana przeze mnie w sobotę i niedzielę Wisła na wysokości Zamku Królewskiego na Wawelu (bo ostatni weekend spędziłem w Krakowie).
Coś mnie trafia, kiedy widzę, do jakiego stanu doprowadza się Wisłę. Rzecz niepojęta, jak można z wielkiej rzeki zrobić pospolity kanał ściekowy o niestandardowej szerokości. I to w czasach, kiedy samorządy pozyskują ogromne środki na budowę nowoczesnych oczyszczalni ścieków. Może w Warszawie uznano, że takich oczyszczalni nie potrzeba, wszak naukowcy zgadzają się co do tego, że rzeki mają zdolności do samooczyszczania...

Do Wisły wczoraj nie doszedłem, ale pospacerowałem po okolicach Cytadeli. W miejscu w którym autochtoni spożywali piwo, znalazłem pojedynczą skorupkę Vallonia pulchella, a nieco dalej już, za tzw. akweduktem, wypatrzyłem cztery gatunki pospolitych ślimaków, tj. zaroślarkę pospolitą Bradybaena fruticum, ślimaka zaroślowego Arianta arbustorum, ślimaka gajowego Cepaea nemoralis oraz ślimaka winniczka Helix pomatia. Ten ostatni pojawił się w jednoegzemplarzowej delegacji, natomiast o ślimaku gajowym rzekłbym, że tworzy populacje ilościowo i jakościowo bardzo zbliżone do tych, jakie znam z innych miast. Natomiast skorupki ślimaków tego gatunku charakteryzuje występowanie licznych uszkodzeń mechanicznych - widzialny znak bliskich spotkań z kosiarką.
Zastanawia mnie fenomen synantropijności ślimaków, które nie mają najłatwiejszego przecież życia z dwunożnymi sąsiadami. Poza stosowaniem cementu, w którym znajdują się cenne związki wapnia, oraz tworzeniem kryjówek, człowiek ie bardzo pomaga ślimakom w ich codziennym funkcjonowaniu. Musi być jednak coś, co przyciąga poszczególne gatunki w stronę człowieka. Humanizm? Raczej nie, bardziej chyba zazdrość o tę drugą nogę...
Być może, że gdyby burza nie przepędziła mnie z Cytadeli, znalazłbym jeszcze inne gatunki, zwłaszcza spośród tych, o których Urbański mówił "wszędobylskie". Dość mi jednak wiedzieć, że zabiegana i hałaśliwa Warszawa zachowała jeszcze niewielkie skrawki, na których mogą żyć ślimaki. Ciekawi mnie, czy choć troszkę miejsca zostało w wodach Wisły dla wodnych kuzynów ślimaków. Nie tracę w to wiary, choć trudno mi wyprzeć smutek ze wspomnień widoku (i odoru) tak pięknej rzeki, nieludzko przez Stolicę traktowanej...
W planach jeszcze Bielany i moja alma mater, ale czy to jeszcze w tym tygodniu, czy już w przyszłym roku, bladego pojęcia nie mam.

piątek, 16 września 2011

Drogi i bezdroża ewolucji mięczaków

Teraz trochę zakręcę: za niespełna tydzień minie 10 lat od ukazania się recenzji książki prof. Andrzeja Falniowskiego "Drogi i bezdroża ewolucji mięczaków". Recenzję zamieściła 21 września 2001 r. Gazeta Wyborcza na stronach działu kulturalnego. Co w tym tak interesującego? Otóż autorstwo recenzji. Podjęła się jej ostatnia z naszych Noblistek, Wisława Szymborska. I od razu trzeba dodać, że krótka recenzja doskonale wpisuje się w literacki styl poetki: dowcipna, rzeczowa, konkretna, osobista. Miło się ją czyta. Warto odszukać, wciąż jest dostępna na stronie internetowej Gazety.
Dobra recenzja dobrej książki. Tu mam swoisty dylemat: czy rozpisywać się o stylu noblistki, czy o stylu malakologa. Myślę, że skoncentrować się jednak muszę na tym drugim, choć nie na samym stylu, a na treści książki. Bardzo dobrej książki...
Prof. Andrzej Falniowski jest malakologiem związanym z Uniwersytetem Jagiellońskim, specjalizuje się w ślimakach przodoskrzelnych i zna się na genetyce (tak wynika z publikacji, zwłaszcza tych w ostatnim czasie). Jako autora poznałem go kilkanaście lat temu z rozprawy Przodoskrzelne (Prosobranchia) PolskiHydrobidae [Kraków, wyd. UJ, 1989], poświęconej kilku rodzinom krajowych ślimaków przodoskrzelnych. Znam również jego dużą pracę, nieco starszą, Hydrobidaea of Poland z pierwszego zeszytu Folia Malacologica. Jest też profesor Falniowski odkrywcą dla nauki kilku gatunków ślimaków występujących w Polsce, z rodzaju Bithynella oraz zupełnie nowego rodzaju Falniowskia z jednym gatunkiem niepozorka ojcowska Falniowskia neglectissima (Falniowski et Steffek, 1987).
Książka, o której chcę wspomnieć, zasługuje na uwagę szczególną. Od dawna planowałem zabrać się za jej prezentację, ale powstrzymywał mnie brak czasu. Teraz też nie zrobię tego tak, jakbym to sobie planował, ale trudno...
Drogi i bezdroża ewolucji mięczaków to napisana w języku polskim rozprawa naukowa, stanowiąca pierwszy tom serii Rozprawy Wydziału Przyrodniczego Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie. Jak na rozprawę przystało, książka liczy ponad trzysta stron, z bardzo bogatym materiałem ilustracyjnym (również barwne wklejki z fotografiami). Rozprawy mają to do siebie, że na ogół dotykają różnych aspektów zagadnienia, przedstawiają je w miarę całościowo i systematycznie. W przypadku pracy Falniowskiego dodać trzeba również zauważalny styl wykładowo-rozprawczy; styl bardzo lekturę ułatwiający, choć naszpikowany terminologią trudną do ogarnięci dla laików mojego pokroju. Przyznaję, że są takie fragmenty książki, które czytać musiałem ze cztwery razy i nadal nie wiem, czy zrozumiałem o co chodzi. Dotyczy to np. rozważań filogenetycznych, które przecież są budowaniem modelu teoretycznego z z bardzo skąpych nieraz przesłanek empirycznych. Bardzo podoba mi się komunikowanie z czytelnikiem: Autor często robi przypomnienia, informuje o rozwoju toku myśli, zaprasza do poszukiwań. Kiedy czytałem ją po raz pierwszy, a było to w 2009 roku, byłem nią po prostu zafascynowany (proszę też pamiętać, jak bardzo jestem wygłodzony literatury malakologicznej).
Rozprawa składa się z czternastu rozdziałów, po których następują zestawienia bibliograficzne, tablice morfologiczne i anatomiczne mięczaków oraz indeks nazw łacińskich. Kolejne rodziały to:
1. Początki mięczaków
2. Mięczaki bez muszli - igłoskóre
3. Powstanie i wczesna ewolucja muszlowców, ewolucja Diasoma i współczesna łódkonogi
4. Zróżnicowanie małży
5. Powstanie ślimaków i głowonogów
6. Zróżnicowanie morfologii ślimaków
7. Zróżnicowanie pokarmu i jego zdobywania u ślimaków
8. Ślimaki lądowe
9. Gigantyczne małże
10. Łodzik - czy rzeczywiście żywa skamieniałość?
11. Współczesne głowonogi I
12. Współczesne głowonogi II
13. Legenda i fakty - gigantyczna kałamarnica
14. Mięczaki i człowiek
Spośród wymienionych rozdziałów trudno mi wskazać szczególnie godny polecenia. Z pewnością jednak warto - w zależności od zainteresowań - przeanalizować część poświęconą łodzikowi (bardzo ciekawa), rozdział o gigantycznej kałamarnicy (ot, paradoks: szukamy życia we wszechświecie, a niewiele potrafimy powiedzieć o największym żyjącym głowonogu!). Niezatarte wrażenie zrobił na mnie ostatni rozdział książki, podejmujący kwestę wzajemnych relacji ludzko-mięczakowych, z wyraźną niekorzyścią dla tych drugich... Wysoko oceniam rozdziały poświęcone ślimakom i małżom, zwłaszcza ślimakom lądowym.
Nie wiem, gdzie można jeszcze tę książkę zdobyć. Na Sławkowskiej 17 w Krakowie obecnie jej nie ma (tak mi mówili w czerwcu), pewnie trzeba grzebać w internecie. Mój egzemplarz ma swoją własną historię: został mi podarowany przez prof. Wiktora z Wrocławia, za co jestem winien mu ogromną wdzięczność.
Mija dziesięć lat od wydania rozprawy poświęconej mięczakom. W tym czasie pewnie przyszła z pomocą wielu studentom biologii i adeptom malakologii. Może nie wszystkim przypadła do gustu, ja jednak należę do tych, którzy książkę Falniowskiego polecać będą innym. Bo to naprawdę dobra książka.

Andrzej Falniowski. 2001. Drogi i bezdroża ewolucji mięczaków. Kraków, Polska Akademia Umiejętności, Rozprawy Wydziału Przyrodniczego, tom I, ss. 378

środa, 14 września 2011

Ślimak żółtawy Helix lutescens Rossmässler, 1837

Przed kilkoma tygodniami miałem okazję cieszyć wzrok skorupką ślimaka żółtawego Helix lutescens
Rossmässler, 1837. Dotąd nie dane mi było spotkać tego jegomościa, choć bardzo dobrze znam się z jego kuzynem, ślimakiem winniczkiem. Myślę, że wart jest kilku słów, wszak należy do ślimaczych VIPów (jest objęty ochroną prawną w Polsce - Załącznik 1 do Rozporządzenia Ministra Środowiska z dn. 28 września 2004 r. w sprawie gatunków dziko występujących zwierząt objętych ochroną - Dz. U. nr 220 poz. 2237). 
Uważa się, że jest gatunkiem zagrożonym (kategoria LR - gatunki niższego ryzyka, wg Głowacińskiego). Podstawowym zagrożeniem dla niego jest podobieństwo do winniczka, również chronionego, ale tylko częściowo.
Zacznijmy więc od wyglądu: jak sama nazwa wskazuje, jest żółtawy, a żółtawość ta odnosi się do ubarwienia skorupki. Zacytujmy Wiktora: "Skorupka kulistawa ze stożkowatą skrętką. Szerokość 30-35 mm, wysokość podobna do szerokości. Dołek osiowy zakryty. Powierzchnia muszli prawie gładka, biaława lub żółtawa, przed otworem żółtobrunatna. Najczęściej brak paska, ale niekiedy, zwłaszcza u młodych osobników, występuje brązowy pasek. Warga biała lub różowawa" [A.Wiktor. 2004. Ślimaki lądowe Polski. Olsztyn, wyd. Mantis. s. 278].
W monografii poświęconej ślimakowi żółtawemu, Elżbieta Koralewska-Batura stwierdza, że muszla składa się z 4 do 4,5 słabo wypukłych skrętów, oddzielonych płytkim szwem. Twierdzi ponadto, że muszla jest bardziej stożkowata niż u Helix pomatia L. [E. Koralewska-Batura. 2002. Ślimak żółtawy (Helix lutescens Rossm.). Budowa, biologia, ekologia i występowanie w Polsce. Poznań, wyd. Kontekst. s. 11-12].
Gdzie występuje? Przyjmuje się, że gatunek ten ma w Polsce północno-zachodnią granicę zasięgu, przebiegającą przez południowo-wschodnią część kraju. Występuje na Wyżynie Lubelskiej, Roztoczu, Nizinie Sandomierskiej i Wyżynie Małopolskiej, na podgórzu Beskidu Wschodniego, a w ostatnim czasie stwierdzony również w Świętokrzyskiem przez Bargę-Więcławską na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego i w jego otulinie. Ślimak żółtawy jest gatunkiem kserofilnym, tzn. lubi ciepłe i nasłonecznione stanowiska, jakie jak murawy, stepy, suche zarośla i nasłonecznione zbocza. Preferuje podłoże wapienne lub lessowe.
Co ciekawe, ślimak staje się coraz rzadszy w naturalnych biotopach, ale coraz częściej obserwowany jest jako synantrop. Albo więc podpatrzył to u winniczka, albo sam doszedł do przekonania, że z ludźmi da się wyżyć. Czy osiąga z tego jakieś korzyści? Pewnie tak, ale nie wiem jakie. Znajdowany bywa w parkach, na cmentarzach, na obrzeżach lasów, a także w ogródkach działkowych i przydomowych rabatkach.
Wspomniałem, że największym zagrożeniem dla niego jest podobieństwo do winniczka. W okresie zbioru winniczka (przypomnijmy: wojewoda ma prawo określić termin zbioru lub całkowity zakaz na swoim terenie, wielkość skorupki nie może być mniejsza niż 35 mm. W nowym projekcie rozporządzenia przewiduje się inne okresy zbioru, niż te określone w 2004 r., a obejmujące  czas od 1 do 31 maja). Mylony z winniczkiem bywa odławiany do celów handlowo-konsumcyjnych, kończąc na talerzach Francuzów, Włochów czy Hiszpanów. Oby nie skończył swojej obecności u nas. Trudno dziś ocenić realną populację tego ślimaka w Polsce. Być może jest to - jak uważa Koralewska-Batura - najliczniejsza populacja w Europie.
Ponieważ rejony południowo-wschodniej Polski są mi prawie nieznane, dzięki ślimakowi żółtawemu nie będę się czuł tam obco, kiedy uda mi się wybrać w tamtym kierunku. Tylko kiedy to nastąpi? Kiedy?



P.S. Proszę zwrócić uwagę na okładkę książki. Coś jakby poskręcało tego ślimaka... Niestety, zbyt często graficy bawią się w lustrzane odbicia fotografii, stąd takie błędy. A za jakość zdjęcia muszli przepraszam, nie dorobiłem się jeszcze normalnego aparatu.

piątek, 9 września 2011

Błotniarka stawowa Lymnaea stagnalis (Linnaeus, 1758)

Spośród rodzimej malakofauny, wśród której dominują wszelkiej maści maluchy, ten gatunek wyróżnia się kolosalnymi wręcz rozmiarami. Poza małżami z rodziny Unionidae jest największym spotykanym u nas mięczakiem wodnym. Literatura podaje rozmiary rzędu 25-60, a nawet 70 mm wysokości i 11-30 mm szerokości skorupki (Piechocki, 1979). Muszla jest stożkowata, ostatni skręt nieco rozdęty (nieproporcjonalnie w stosunku do wcześniejszych). Młodociane osobniki mają muszle wieżyczkowate. Kruche i delikatne na ogół, choć zdarzają się populacje o stosunkowo mocnych muszlach.
 Muszla jest raczej zamienna, a zmienność uzależniona głównie od czynników środowiskowych. Gatunek występuje pospolicie niemal we wszystkich typach zbiorników. Strzelec i Serafiński (2004) stwierdzili obecność tego ślimaka we wszystkich badanych typach środowisk antropogenicznych Górnego Śląska, na ogół w liczebnych populacjach. Charakterystyczny dla nizinnych obszarów (w Polsce nie stwierdzony w Tatrach, Bieszczadach czy Pieninach), i tam na ogół występuje pospolicie. Preferuje zbiorniki silnie zarośnięte, choć nie odżywia się świeżymi roślinami (raczej woli glony i szczątki roślinne oraz detrytus).
Bardzo często można zaobserwować błotniarkę stawową chodząca po wodzie. Jest to ta umiejętność, która wśród ludzi uważana byłaby za cudowną, natomiast Lymnaea stagnalis radzi z nią sobie na ogół bez pomocy sił nadprzyrodzonych. Zaznaczyć jednak wypada, że chodzenie po wodzie odbywa się w dość zaskakujący sposób, a mianowicie do góry nogą: ślimak pełza po powierzchni wody znajdując się poniżej jej lustra. W ten sposób błotniarki nie tylko pobierają tlen atmosferyczny, którym oddychają, ale również pobierają pokarm. Wtedy też łatwo zaobserwować tarkę (radula), którą obraca zlizując powierzchnie wody.
Ślimak często atakowany jest przez pasożyty i jak większość błotniarkowatych jest nosicielem różnych przywr, co powoduje, że nie nadaje się do spożycia (ponoć również strasznie czuć go mułem... ale nie próbowałem, więc powtarzam tylko opinie surwiwalowców). W akwariach też się nie sprawdza, bo brudzi śluzem.
W literaturze spotkać można informacje o lewoskrętnych populacjach, np. http://mollusca.sav.sk/pdf/6/6.Vinarski.pdf, natomiast mnie nie udało się dotąd spotkać żadnej lewoskrętnej błotniarki, co pewnie bardzo by mnie ucieszyło.
Dlaczego o niej piszę? Bo próbując porządkować kolekcję natrafiam na ogromne problemy z oznaczaniem krajowych Lymnaeidae i tylko z tą jedną daję sobie jakoś radę bez większych problemów. Natomiast mam z nią problem taki, że zajmuje sporo miejsca i szybko się uszkadza, przez co trzeba ją szczególnie zabezpieczać. Jednak jako rekordzistce rozmiarów należy się jej jakieś miejsce, zwłaszcza na blogu...

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Szczeżuje koło Zielęcic


Wczoraj, podczas poobiedniego spaceru, zawiało mnie w okolice Zielęcic w powiecie łaskim (Łódzkie). Jest tam - administrowany przez kilka kół wędkarskich PZW - staw o nie do końca znanym mi pochodzeniu. Miejscowi mówią, że to dawna torfianka, co mogłoby się zgadzać zważywszy na kwaśne raczej środowisko. Natomiast rozmiarami za nic nie przypomina mi to zbiornika powstałego na skutek wydobycia torfu: jest to duży śródleśny staw, porośnięty szuwarami  i miejscami rzęsą pospolitą.
Woda przejrzysta, dno piaszczysto-muliste, dokoła trzęsawisko. Z brzegu w niektórych miejscach widoczne liczne raczej i sporych rozmiarów skorupy szczeżui pospolitej Anodonta anatina, choć ostatecznej weryfikacji jeszcze nie przeprowadziłem (bo może to być również szczeżuja wielka Anodonta cygnaea). Wziąłem ze sobą dwie, mocno podniszczone, ale kompletne skorupy, skorodowane na skutek działania kwasów humusowych. Poza szczeżujami znalazłem jeszcze tylko pustą skorupkę zatoczka rogowego Planorbarius corneus, ale trzeba pamiętać, że byłem na spacerze, a nie na poszukiwaniu mięczaków.
Wydaje się, że stanowisko w Zielęcicach (jak i pobliskie stawy w pobliżu Grabi, między Nicenią a Zielęcicami i Okupem) warto by zbadać porządniej. Odizolowane od bezpośrednich spływów biogenów z pól, eksploatowane tylko wędkarsko, mogą być w miarę trwałą ostoją szczeżuj, jak by nie było zagrożonych w naturalnych środowiskach.