wtorek, 31 maja 2011

Spod Wawelu

Ostatni wyjazd do Krakowa należał do naprawdę udanych, choć pogoda nie była turystyczna. Właściwie cała sobota była deszczowa i nie zawsze był to krakowski spleen. Zanim lać zaczęło, jeszcze rano tego dnia, pobiegłem w stronę Wawelu. W pobliżu wyjścia ze "Smoczej jamy", na oksfordzkich wapieniach, zauważyłem pełzające świdrzyki dwufałdkowe Alinda biplicata. Już w 2009 r. zebrałem stamtąd kilka skorupek a teraz chciałem tylko sprawdzić, czy populacja tego ślimaka wciąż się utrzymuje. Widać obecność smoka nie robi na niej dużego wrażenia. Obecność młodych osobników świadczyć może o żywotności populacji, która zagrożona może być tylko zadeptaniem przez turystów włażących na skałki wawelskie. Obok Alinda żyje sobie jeszcze ślimaczek, ale nie wiem jeszcze jaki: gładki czy inny, pozostaje na razie oznaczenie do rodzaju Vallonia sp. I znalazłem też - pojedynczą wprawdzie - błyszczotkę lśniącą Cochlicopa nitens, całkiem sporych rozmiarów.
Badaniem Wzgórza Wawelskiego zajmował się pod koniec lat osiemdziesiątych prof. Stefan W. Alexandrowicz. Jego badania dały nowe notowania niezwykle rzadkich gatunków ślimaków, stąd każdorazowo boję się na Wawelu szukać, żeby nie zniszczyć - przez przypadek choćby - reliktowych maluchów, które od tysięcy lat żyją sobie w cieniu królów, nikomu się nie narzucając. Nie znam tej pracy i mam dużą trudność w jej zdobyciu. Poddawać się jednak nie zamierzam, bo wydaje się, że może to być bardzo ciekawa lektura.
O reszcie podbojów krakowskich wkrótce, trwają jeszcze konsultacje, bo powiało sensacją... Ale jeszcze pary z ust nie puszczam! Może się dziać. Serio!

poniedziałek, 30 maja 2011

Dąbrowa Górnicza, cz. II

Kolejny wyjazd do Krakowa, kolejny przystanek na obrzeżach Dąbrowy Górniczej, kolejna obserwacja tego samego miejsca. Pogoda był bardzo sprzyjająca obserwacji: było ciepło i deszczowo, na dodatek jeszcze rano. W sobotę, 28.05.2011 r. znów zajrzałem na chwilę do niewielkiego skrawka lasu w pobliżu stacji paliw. Tym razem nawet nie próbowałem wchodzić dalej, a to z tego powodu, że obawiałem się rozdeptać ciekawskich obserwatorów (no właśnie, kto kogo oglądał, oto jest pytanie: mnie oczy w słup tak nie wychodziły...).

Najpierw fotografie: mało tu widać, już się tłumaczyłem dlaczego. Jeśli ktoś chciałby zasponsorować mi porządny aparat - proszę bardzo. Obecność jesionów i alkalicznej gleby to chyba dobre warunki dla obecności Helicidae, z których najliczniejsze oczywiście były wstężyki gajowe Cepaea nemoralis. Nie brakowało również dorodnych winniczków (kończy się maj, w końcu westchną z ulgą). Pojedynczo trafiała się również Arianta arbustorum, czyli po polsku ślimak zaroślowy. Wypatrzeć też się dało Trichia hispida czyli ślimaka kosmatego.
W tym miejscu powinna nastąpić uwaga powtarzana jak mantra: nie miałem dość czasu, żeby... Ponieważ czas gonił, sięgnąłem po broń dotąd przeze mnie nie używaną. A oto ona: video:
video
Mam nadzieję, że cokolwiek będzie widać, na wszelki wypadek zalecam oglądanie w jak najmniejszym powiększeniu... Aparat, którym dysponuję, z pewnością ma lepszy mikrofon niż obiektyw...
A o pozostałych przygodach z ostatniego wypadu do Krakowa, już wkrótce.

wtorek, 24 maja 2011

XXVII Seminarium Malakologiczne, cz. IV

Wyobrażałem to sobie troszkę inaczej. Miały być fotografie, autografy, wywiady... Żartuję. Ale miała być relacja, a ponieważ ciężko jest relacjonować coś, w czym się nie uczestniczyło, pomyślałem o przeglądzie tematów. Dzięki uprzejmości p. Jarosława Kobaka, jednego z organizatorów XXVII Krajowego Seminarium Malakologicznego, otrzymałem elektroniczną wersję streszczeń wystąpień malakologów z ostatniego seminarium. Postaram się więc o przegląd tematów, ale będzie to przegląd niezwykle subiektywny...
Autorów naliczyłem 117, referatów 70, a do sesji posterowej zgłoszono około 30 plakatów. Tych akurat nie widziałem, więc nie będzie z tego relacji.
Zacznę od tego, co by mnie najbardziej zainteresowało: "Mięczaki (Mollusca) polskiego Bałtyku". Referat przygotowany przez prof. Andrzeja Piechockiego (UŁ) i dr Brygidę Wawrzyniak-Wydrowską (US) prezentuje dane z piśmiennictwa oraz badań autorów nad malakofauną Bałtyku w granicach administracyjnych wód polskich.
W polskiej części Bałtyku i w wodach połączonych z morzem stwierdzono łącznie 83 gatunki mięczaków, z czego 36 gatunków przypada na małże, a 47 na ślimaki. Znaczną część malakofauny stanowią jednak mięczaki słodkowodne odnotowane w silnie wysłodzonych zalewach, estuariach i jeziorach. Są to głównie małże z rodziny Sphaeriidae (20 gatunków), oraz ślimaki z rodzin Lymnaeidae (9) i Planorbidae (14). W całym Bałtyku (od Zatoki Kilońskiej po Zatokę Botnicką) wykryto dotąd 188 gatunków Mollusca reprezentowanych przez 5 gromad: Polyplacophora (5 gatunków), Scaphopoda (1), Bivalvia (62), Gastropoda (115), Cephalopoda (5). Liczba gatunków zmniejsza się wyraźnie w kierunku wschodnim, co wiąże się głównie z malejącym zasoleniem wód morskich. (Problemy Współczesnej Malakologii, s. 54)
 Autorzy wymieniają również najbardziej charakterystyczne gatunki dla polskich wód Bałtyku:
BivalviaMytilus trossulus Gould, Astarte borealis (Schumacher), A. elliptica (Brown), Cerastoderma glaucum (Poiret), Parvicardium hauniense (Petersen & Russel), Macoma balthica (Linnaeus), M. calcarea (Gmelin), Mya arenaria Linnaeus; GastropodaHydrobia acuta neglecta (Muus), Peringia ulvae (Pennant), Ventrosia ventrosa (Montagu), Pusillina inconspicua (Alder), Rissoa membranacea (J.A. Adams), Eubranchus pallidus (Alder & Hancock), Alderia modesta (Lovén), Limapontia capitata (O.F. Müller), Onchidoris muricata (O.F. Müller). (tamże, s. 54)
Przynajmniej dwa  z wymienionych gatunków są dla mnie nowością: Eubranchus pallidus oraz Onchidoris muricata. Inna sprawa, o której również wspominają autorzy, to zanieczyszczenie Bałtyku, które sprawia, że nawet najbogatsza niegdyś w gatunki Zatoka Pucka kompletnie ubożeje.
Nie rozwiązano również problemu Mytilus: wciąż nie wiem, czy mamy do czynienia z dwoma gatunkami, czy też z jednym (a jeśli tak, to z którym: edulis czy trossulus)?
Bardzo zaciekawił mnie również tekst dotyczący gatunków z rodzaju Monacha notowanych z Polski. Dotychczas wiedziałem o stwierdzeniu Monancha cartusiana z trzech stanowisk (Wrocław, Poznań, okolice Kilelc). Badania dr Joanny R. Pieńkowskiej i prof. Andrzeja Lesickiego wskazują, że z całą pewnością do czynienia z M. cartusiana mamy w populacji wrocławskiej, natomiast pod względem genetycznym populacja z Poznania bliższa jest M. cantiana, ale muszle tych ślimaków nie są typowe dla opisanego gatunku. Wiele wskazuje, że mamy do czynienia z dwoma gatunkami, z tym, że oznaczenie tego drugiego wciąż pozostaje niejasne (streszczenie na stronie 57).
Dr Anna Abraszewska poruszyła problem zbiorników terasy zalewowej środkowej Pilicy jako środowiska życia szczeżui wielkiej Anodonta cygnea. Gatunek ten, największy spośród krajowych Mollusca wymaga obecnie ochrony, głównie z powodu eutrofizacji wód oraz niszczenia stanowisk przez zmianę gospodarki wodnej w środowiskach, które zamieszkiwał. Autorka konkluduje:
Podsumowując, w badanym odcinku Pilicy wiele starorzeczy znajduje się w zaawansowanym etapie sukcesji, co nie sprzyja obecności szczeżui wielkiej. Ponieważ rzeka, na tym odcinku posiada mało spokojnych, zamulonych zatok, w których A. cygnea mogłaby egzystować, warto by monitorować zbiornik Pratkowice 3 (pod kątem spływu biogenów z pól) i okresowo pogłębiać rów łączący starorzecze z rzeką oraz wycinać zarośla wierzbowe wokół rowu, celem utrzymania populacji tego chronionego gatunku.
 Z prac faunistycznych warto wspomnieć o nowych stanowiskach Vertigo moulinsiana, stwierdzonych przez dr Jadwigę Bargę-Wiecławską. Gatunek ten, jeden z tzw. gatunków naturowych, ma bardzo słabo poznane rozmieszczenie w Polsce. Prace autorki z lat 2007-2010 przyniosły 18 nowych notowań gatunku:
Vertigo moulinsiana występuje także na Przedgórzu Iłżeckim, na torfowisku Pakosław oraz w Wólce Bodzechowskiej. Gatunek ma także stanowiska w Dolinie Krasnej i w Dolinie Białej Nidy. Dogodne warunki ekologiczne dla występowania poczwarówki jajowatej stwierdza się w południowej części Wyżyny Łódzkiej, gdzie występują liczne torfowiska niskie na wychodniach skał górnojurajskich oraz dolnokredowych z bogatą roślinnością (Kucharski, 2008). Bardzo dobre warunki dla występowania gatunku występują także w Dolinie Pilicy. Vertigo moulinsiana ma silną populację na terenie południowego pasa bagien w Puszczy Kampinoskiej, gdzie została wykryta na turzycowiskach, na utworach kredy i gytii. (str. 14)
 Świdrzyki (Clausiliidae) doczekały się kilku opracowań, z których dwa (dr A. Drozd i dr T. Maltza oraz dr hab. K. Szybiak) należą do wysoce specjalistycznych, natomiast jedno, mgr Magdaleny Marzec, zwróciło moją uwagę za względu na pewne wyjaśnienia dotyczące zmienności muszli Świdrzyka siwego Bulgarica cana:
Muszle pochodzące z Niziny Wschodnioeuropejskiej są najmniejsze (różnice istotne statystycznie). Spośród wszystkich regionów cechują się najniższą średnią wysokością i szerokością muszli, najniższą średnią wysokością i szerokością otworu oraz najniższą średnią liczbą skrętów. Muszle pochodzące z Regionu Alpejskiego cechują się największym otworem – posiadają największą średnią wysokość i szerokość otworu muszli. Muszle z Półwyspu Fennoskandzkiego charakteryzują się największą średnią wysokością muszli oraz największą średnią liczbą skrętów (różnica istotna statystycznie). Muszle z Regionu Karpackiego są najszersze – cechują się największą średnią szerokością muszli. Ponadto ślimaki zamieszkujące Region Karpacki cechują się największą zmiennością muszli. Stwierdzono tu osobniki o minimalnych i maksymalnych wartościach wysokości muszli, wysokości otworu muszli, szerokości otworu muszli oraz liczby skrętów. Jedyną skrajną wartością stwierdzoną wśród muszli pochodzących spoza Regionu Karpackiego była minimalna szerokość muszli stwierdzona w Pozaalpejskiej Europie Środkowej, natomiast maksymalną szerokość muszli stwierdzono również w Regionie Karpackim. (s. 46)
Mój ulubiony ślimak z rodzaju Cepaea - ślimak austiacki (C. vindobonensis) doczekał się dwóch referatów, traktujących o nowych stanowiskach. Ponieważ w streszczeniu nie ma mowy o stanowisku przeze mnie odkrytym (o czym informowałem autorkę, p. Dominikę Mierzwę-Szymkowiak) nie wiem nadal, czy jest to stanowisko nowe, czy też znane już wcześniej nauce. Będzie to trzeba sprawdzić... Niektórzy twierdzą, że ślimak austriacki jest najmniej urodziwy z krajowych wstężyków.  Ja uważam dokładnie odwrotnie: jest najbardziej wytworny i elegancki...
Wiele jeszcze tekstów nie doczekało się choćby wspomnienia z mojej strony, a są godne polecenia. Ponieważ nie mogę wkleić całości materiału, pozostaje szukać publikacji. Jak dowiem się czegoś na temat wydania papierowego, to się podzielę wiedzą. Wersją elektroniczną dysponuje dr hab. Jarosław Kobak z UMK, odsyłam na jego autorską stronę, na której też znajdują się namiary (www.umk.home.pl/~jakob73/) Kto byłby zainteresowany, może się zwrócić do p. Kobaka z zapytaniem o udostępnienie streszczeń, nie powinno być z tym problemów.

Na koniec oświadczenie: jeżeli którykolwiek z cytatów naruszył własność intelektualną autorów, proszę o kontakt. Wykorzystanie materiałów nie ma charakteru komercyjnego i stanowi działania popularyzatorskie. Wszystkie cytaty pochodzą z opracowania "Problemy Współczesnej Malakologii 2011", Streszczenia wystąpień na XXVII Krajowym Seminarium Malakologicznym, Toruń-Tleń, kwiecień 2011 [wydane w Poznaniu w nakładzie 100 egz.]

poniedziałek, 23 maja 2011

Po warszawsku, czyli to nie jest wpis malakologiczny

Plany były szumne, ale niewiele z nich wyszło. Najbardziej żal mi Wisły, ale może uda się nadrobić.
Ostatni tydzień spędziłem w Stolicy, zawodowo bardziej niż  inaczej. Żywiłem nadzieję, że po zajęciach znajdzie się choć chwila na wycieczkę na Bielany. A było to bardzo blisko, bo zakwaterowano mnie na Starych Bielanach, skąd już tylko rzut beretem do mojej Alma Mater oraz do Wisły. Nic z tego nie wyszło. Plany się pokrzyżowały, trzeba było zająć się sprawami pilniejszymi i ważniejszymi. Skutkiem ubocznym zmiany planów był spacer po Krakowskim Przedmieściu, w godzinie wieczornej... Chcąc zachować polityczną bezstronność nie mogę nie zatrzymać się nad tym, co przykuwa - z różnym natężeniem - uwagę społeczeństwa. Mam tu na myśli inicjatywę "obrońców krzyża", których obserwowałem przez kilkadziesiąt minut.
Od razu śpieszę się wyjaśnić: zajmuję się tym tematem tylko dlatego, że pokrzyżował mi plany pójścia nad Wisłę, co było nieformalnym zadaniem na ubiegły tydzień.
Po pierwsze: wydaje mi się, że na tym polega demokracja, że każdy ma prawo do własnych przekonań i poglądów oraz do ich wyrażania. Każdy też ma prawo do bycia szanowanym bez względu na przekonania i poglądy. Dotyczy to zarówno tych, którzy pod Pałacem Prezydenckim chcą być, jak i tych, którzy chcą, aby ich tam nie było. Z demokracji korzystać mają prawo nawet ci, którzy demokracji nie akceptują, co nie oznacza, że może być odwrotnie.
Po drugie: gdzie jest wolność, tam jest spór. Spór jest częścią życia społecznego i bez niego nie jest możliwe istnienie społeczeństw. Ale spór sporowi nierówny. Może się spór wyrażać w dialogu, a może się wyrażać w walce. Może ta walka być oparta na jakichś zasadach, albo tylko na zasadzie "przygrzmocić słabszemu". Im społeczeństwo jest dojrzalsze, tym mniej jest grzmocenia, a więcej dialogu.
Po trzecie: są sytuacje, w których dialog jest tylko wymarzoną hipotezą; spór obwarowany uprzedzeniami, rozpalonymi emocjami i pogardą zamyka się na dialog. Taką sytuację Tischner określił kiedyś jako "dialog dupy z kijem".
Po czwarte: w społeczeństwie znajdą się zawsze twardziele i mięczaki. Spór twardziela z mięczakiem jest skazany na klęskę obu.
Po piąte: nie potrafię nie zaangażować się emocjonalnie w ocenę sytuacji, którą analizuję. A zatem ocena ta nie jest ocena obiektywną i wyraża przekonania autora, co do których autor nie jest przekonany, czy są słuszne.
Po szóste: "obrońcy krzyża" spod Pałacu Prezydenckiego przypominają mi członków sekty. Nie chodzi mi tu o inwektywy, ale o ujęcie pewnego socjologicznego fenomenu. Nie wypowiadam się na temat słuszności czy niesłuszności ich przekonań - one nie ulegną z tego powodu żadnej zmianie. Przekonania, zwłaszcza te dotyczące życia religijnego i życia politycznego są przekonaniami pierwotnymi i jako takie nie podlegają żadnej mediacji czy negocjacji. Sekta jest pojęciem z zakresu socjologii religii oznaczającym rozłam (od łac. secare - obcinać, odcinać), ale ma zabarwienie pejoratywne na gruncie języka potocznego (takiego zabarwienia brak w religioznawstwie). Do istnienia sekta nie potrzebuje guru - duchowego przywódcy stosującego socjotechniki celem manipulowania członkami sekty. Takie definiowanie byłoby zubożające. Najważniejszymi wyróżnikami sekty są przede wszystkim manipulacje semantyczne oraz dualistyczna koncepcja świata oparta na przekonaniu, że tylko członkowie sekty mają prawdę (nie chodzi nawet o rację, to by było za mało), a wszyscy pozostali są jej wrogami. Wróg sekty ma tylko daw wyjścia - nawrócić się i podporządkować nowej doktrynie albo zginąć i w ten sposób uwolnić świat od nieznośnego ciężaru, jakim jest dla niego. Semantyczne manipulacje nie polegają na niczym innym, jak na nadawaniu nowych - nieraz zaskakujących - znaczeń powszechnie używanym pojęciom. Często towarzyszy temu religijno-polityczny synkretyzm. Wszytko to odbywa się w atmosferze wybrania oraz gotowości do męczeństwa.
Po siódme: powątpiewam, czy obrońcy krzyża bronią krzyża jako symbolu chrześcijańskiego, a dokładnie symbolu odkupieńczej śmierci Jezusa Chrystusa. Wydaje mi się, że krzyż w tym momencie również poddany został semantycznej obróbce i wyrwany z pierwotnego znaczenia. Pamiętam, kiedy w lipcu 2010 r. próbowano przenieść krzyż spod pałacu, doszło do zaognienia konfliktu. W relacji radiowej, nadawanej na żywo, a więc bez możliwości korekty wypowiedzi, usłyszeć można było - rzucone w czasie przepychanek z policją - wołanie obrońcy: "Ty psie, odpierdol się od krzyża". To się nazywa pomieszanie sacrum i profanum. Nie była to zachęta do nadstawiania drugiego policzka...
Po ósme: ludzie gotowi do bezwzględnego podporządkowania swojego życia pewnej idei mogą być marzycielami, ale mogą też być fanatykami. Fanatyk tym się różni od wyznawcy czy idealisty, że nie potrafi nadać racji swoim przekonaniom, a gotowość oddania życia za wiarę wiąże się nie tyle z wiarą, co z frustracją wobec życia. Męczennik to ktoś, kto poznał wartość własnego życia i gotów jest tą najważniejszą wartością potwierdzić tożsamość własnego życia z wartościami, które je tworzą. Gotowość do unicestwienia nie wiąże się z pragnieniem nie-bycia, ale z niemożnością pozostania sobą po odejściu od własnej tożsamości. Fanatyk nie dokonuje takiego wyboru: jego życie jest podporządkowane idei; idea go nie kształtuje, tylko nim zarządza. Gardząc sobą podejmuje kolejny krok do unicestwienia nie po to, aby pozostać sobą (dać świadectwo własnej tożsamości), ale by otrzymać nagrodę, która tylko w ten sposób może wyrównać rachunki krzywd. 
Po dziewiąte: jestem przekonany, że zdecydowana większość "obrońców krzyża" stanowią ludzie oszukani, zdradzeni, sfrustrowani i osamotnieni. Traktowani niepoważnie przez poważnych, z wyższością przez równych, z obojętnością przez zaangażowanych. To ludzie, którzy odczuli ból tak nieznośny, że woleliby umrzeć, niż dłużej znosić upokarzającą egzystencję. Ale ich przekonania nie pozwalają na decydowanie o własnym życiu i jego zakończeniu. Nie mogąc wpływać na jego kształt, zepchnięci w społeczną nicość, na niechciany wycug, na margines aspiracji i potrzeb, dali się wciągnąć w działania, które na nowo dały im poczucie siły i sensu. Zbuntowali się, aby móc raz jeszcze przeżyć młodzieńczą przygodę nonkonformizmu. Ale w tym wszystkim zostali kolejny raz oszukani i zdradzeni, a przede wszystkim wykorzystani. Pragnąć jednak podtrzymać w sobie ten ogień spalający pamięć o frustracji, stoją na posterunkach, gotowi w każdej chwili skoczyć śmierci w oczy. Byleby nie wracać do tej rzeczywistości, w której są nikim, nie warci nawet szyderstwa. 
Po dziesiąte: nie ignorowałbym tych, którzy stają pod Pałacem Prezydenckim. Nie ignorowałbym ich głosu, jak nie wolno ignorować warczenia psa czy podlatywania osy. Są to sygnały ostrzegawcze. Przekroczona została granica frustracji: życie stało się tak nieznośne, że łatwiej będzie poświęcić je jakiejkolwiek sprawie, niż wrócić do siebie i być nikim. Frustracja jest boginią, która zawsze będzie miała wyznawców. Biada tylko kapłanom frustracji, zbijającym kapitał na rozgoryczeniu i zdradzie swoich wiernych. Bogini Frustracja upomni się i o nich.
Po jedenaste: czy się to komu podoba czy nie, wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu są przejawem miejskiego folkloru, atrakcją turystyczną, igrzyskiem dla gawiedzi. Igrzyskiem, w którym gawiedź czeka na krew.
I tego się obawiam, że jak ktoś tych igrzysk nie przerwie, to się poleje krew i dopiero wtedy się zacznie tragedia...

Nie wiem, czy ludzie, których spotkałem pod Pałacem Prezydenckim są mięczakami. Kiedyś byli, przynajmniej według tej definicji, którą próbuję forsować. Nie mniej jest mi ich żal. I bardzo im współczuję, jeśli nawet uważają, że to ja jestem godny współczucia.

niedziela, 15 maja 2011

Powtórne korepetycje

Przez kilka dni źle się działo na blogu. Serwis kaprysił, zdejmował posty bez mojego udziału, nie pozwalał się zalogować. A trzeba było działać, bo zamieszczony poprzednio post wywołał pewne reperkusje. 
Dzięki Panu Mateuszowi musimy powtórzyć korepetycje z prawa. Zacznijmy od tego, że rozporządzenie jest dostępne w Dzienniku Ustaw z 2004 r., nr 220, pozycja 2237. Jeśli ktoś chce je w oryginale, to znajdzie je pod tym adresem http://dokumenty.rcl.gov.pl/D2004220223701.pdf (www.rcl.gov.pl to Rządowe Centrum Legislacji - źródło aktów prawnych dostępnych on-line).
Pan Mateusz zwrócił mi uwagę na coś, co zupełnie pominąłem w poprzednim wpisie, a właściwie przeoczyłem. W rozporządzeniu ministra błędnie zakwalifikowano nie tylko bursztynkę do małży, ale też pomieszano zupełne rzędy w systematyce. I tak np. do trzonkoocznych zaliczono błotniarkowate, które są nasadooczne, a także igliczkowate, zawójkowate i źródlarkowate - które należą do ślimaków przodoskrzelnych [Prosobranchia, a nasadooczne (basommatophora) i trzonkooczne (stylommatophora - rozporządzeniu przez dwa "l") to ślimaki płocodyszne czyli pulmonata)].
Kiedy przygotowywałem check-list polskich mollusca miałem wielkie problemy z systematyką. Dobrze, że nie zacząłem od rozporządzenia, bo bałaganu mógłbym nie ogarnąć...

czwartek, 12 maja 2011

Powtórki z zeszłego roku

Tak mnie wczoraj kręciło, tak mnie gnało, że nie dałem rady i musiałem poddać się pokusie. Wracając z pracy zatrzymałem się najpierw w Łobudzicach nad Pilsią.
Pilsia to niewielka nizinna rzeka, długości ok 30 km, biorąca swój początek w okolicach Kącika, a wpadająca do Widawki w okolicy Wsi Szczercowskiej. Po drodze przepływa przez pola; w Patykach jest mały "zalew", a w okolicy wsi Lubiec zasila stawy rybne (widać je, kiedy jedzie się drogą wojewódzką 483 z Łasku do Szczercowa). W Łobudzicach jej szerokość nie przekracza 1,5 m, nurt jest spokojny, brzegi porośnięte olchą czarną i wszechobecną pokrzywą. Wczoraj nie nastawiałem się na zbiory, ale na spacer; nie mniej uważać musiałem pod nogi, aby nie rozdeptać jakiegoś winniczka (całkiem liczna populacja). Poza Helix pomatia trafiały się jeszcze Trichia hispida i Cepaea nemoralis. Lista gatunków jest nieco dłuższa, obejmuje przedstawicieli Carychium, Vertigo, Cochlicopa czy Succinea, ale wczoraj ich nie potwierdzałem. Próbowałem czegoś poszukać w wodzie, ale efekt do powalających nie należał: kilka skorupek Sphaerium corneum i pojedyncza Pisidium sp. Nie widziałem też Lymnaea peregra, którą widziałem w zeszłym roku, ale to już bardziej z przyczyn metodologicznych...

Świeżusieńkie ślady bobrowej roboty
Drugie miejsce bardzo się zmieniło od zeszłego roku, a to za sprawą bobra (Castor fiber). W zeszłym roku nie widziałem śladów obecności, w ty - owszem. I to świeże. To miejsce to rezerwat :Jodły łaskie". Obrzeża, od strony rzeki Końska, stały się bardziej podmokłe, potworzyły się rozlewiska w starorzeczach, a skutkiem tego najaliczniej występujacym zwierzęciem okazał się komar (reprezentowany przez płeć żeńską). Malakofauna: z pewnością Discus rotundatus, innej nie widziałem (bo i nie szukałem).

poniedziałek, 9 maja 2011

Zanim przyjdzie noc muzeów

Jeżeli moja coraz bardziej kiepska pamięć nie robi mi właśnie psikusów, to 18 maja obchodzić będziemy Światowy Dzień Muzeów. Może warto by skorzystać z tej okazji i wybrać się na muzealny spacer. Takie zajęcie to zawsze udoskonalenie warsztatu i poszerzenie wiedzy. Proponuję dwa łódzkie muzea: przyrodnicze i geologiczne.
Pierwsze znajduje się się przy ul. Kilińskiego przy Parku Sienkiewicza. Można tam dojechać autobusem nr 57. To jedna ze starszych placówek muzealnych na terenie Łodzi. Dawno (będzie już ze trzy lata) mnie tam nie było i planuję wkrótce się tam wybrać. Kolekcja malakologiczna może nie jest imponująca, ale przecież nie samą muszlą człowiek żyje... Co ważne: bezpłatne są czwartki. Muzeum czynne jest w dni powszednie od 10 do 18 (poza poniedziałkami, wtedy w muzeach najczęściej jest niedziela, tzn. wolne), a w soboty i niedziele od 10 do 14. Studenci i doktoranci UŁ wchodzą za darmo, podobnie pracownicy muzeów (podkreślam to, bo sam przed 13 laty pracowałem w jednym muzeum). Dzieci do lat siedmiu też mogą wchodzić za darmo.
Drugie muzeum jest dość młode, funkcjonuje od 2000 roku (chyba, że wcześniej było gdzie indziej...). Znajduje się przy ul. Kopcińskiego 31. Podobnie jak w pierwszym, czwartek jest dniem bezpłatnego wstępu. Ekspozycje znajdują się na dwóch kondygnacjach: na parterze są minerały, w kondygnacji podziemnej skamieniałości i "przyroda regionu łódzkiego". Ceny biletów kosmiczne nie są, tzn. 5 i 3 zł, w zależności od opcji: ze zniżką, czy bez. Do zniżek uprawnienia wymagane jak w poprzednim miejscu, studenci, emeryci, uczniowie etc.
Ciekawa - z punktu widzenia malakofila - jest ekspozycja prezentująca skamieniałości pochodzące z regionu łódzkiego, z okolic Łęczycy, Sulejowa, Wielunia czy Działoszyna. Warto zarezerwować troszkę czasu i się wybrać, osobiście polecam.