piątek, 3 maja 2013

Folia malacologica 21, zeszyt drugi

Kto majówkę planował w plenerze, z piknikowym koszem, może się czuć  nieco zawiedzionym. Kapryśna wiosna wystawia na próbę nerwy miłośników słońca i ciepłych pogód.
Ja nie narzekam. Widziałem dziś dorodne wstężyki, które w majowych deszczach  czują się wyśmienicie. Winniczki może nieco bardziej zestresowane, bo właśnie zaczął się sezon legalnego ich pozyskiwania (oczywiście tylko tam, gdzie wolno, czyli m.in. poza parkami krajobrazowymi i narodowymi oraz tam, gdzie wojewodowie nie wydali stosownych zakazów). Nawiasem mówiąc jeszcze się w tym roku z winniczkiem nie spotkałem, za co winić należy przede wszystkim mocno opóźnioną realizację planów terenowych na ten rok...
A z początkiem maja pojawił się nowy zeszyt Folia malacologica. Kto by się wiec deszczu bał i wolał majówkę urządzać w domu, może wziąć się za lekturę kilku artykułów, które godne są chyba wspomnienia.
Gloer pisze o Bithynella Rumunii. Wspominałem już niejednokrotnie o ogromnym szacunku, jakim go darzę. Jestem pod niesamowitym wrażeniem systematyczności jego pracy i kolejnych deskrypcji nowych gatunków. To imponujące.
W drugim artykule eksploatowany jest wątek genetycznych relacji wewnątrz nadrodziny Rissooidea. Przyznaję, że genetyka to dla mnie coraz czarniejsza magia, ale duet Falniowski-Szarowska jest gwarancją naprawdę porządnych opracowań.
Bardziej zainteresował mnie tekst prof. Piechockiego i Agnieszki Szlauer-Łukaszewskiej. Autorzy omawiają malakofaunę środkowego i dolnego biegu Odry, informując o notowaniach m.in. rzadszych gatunków ślimaków i małży, w tym. np. Borysthenia naticina czy Sphaerium solidum. Lubię tego typu teksty. Dzięki nim zyskuje lepszą orientację faunistyczną i zoogeograficzną. I jakkolwiek z Odry nie posiadam żadnych zbiorów, tak uważam, że właśnie nasze duże rzeki powinny być malakologicznie lepiej opracowane, bo to ostatnie tej miary wielkości rzeki w Europie, które zachowują w miarę naturalny charakter.
Zeszyt zamyka tekst Jarosława Maćkiewicza o pierwszym stwierdzeniu Corbicula fluminea w Wiśle. Dotychczas ten inwazyjny małż znany był u nas tylko ze wspomnianej wcześniej Odry. W maju 2011 r. po raz pierwszy został stwierdzony na zupełnie nowym obszarze, w krakowskiej Wiśle, dokładnie naprzeciwko Wzgórza Wawelskiego. Obecność w Wiśle może oznaczać, że Corbicula czuje się w Polsce nie najgorzej i raczej spodziewać się jej można zarówno na dalszych odcinkach tej rzeki, jak i w zupełnie nowych miejscach, co pewnie jest tylko kwestią czasu.
Może więc, jeśli się rozpogodzi, warto by wyskoczyć gdzieś nad rzekę i popatrzeć, czy nie zawitała tam Corbicula. Kto wie, może może uda się znaleźć coś ciekawego. Nigdy nie należy ignorować roli przypadku w nauce, a przypadkowe spotkania mogą czasem być źródłem wielu nowych wyzwań...
Zapraszam na http://foliamalacologica.com.
foto z artykułu o Corbicula z Wisły

wtorek, 30 kwietnia 2013

Niedobrze

Minęło dwa tygodnie od tego wieczoru, kiedy siedząc przy komputerze nanosiłem ostatnie poprawki na przygotowywane wystąpienie. Po chwili wystąpienie zamieniło się w bluescreen a restart komputera przyniósł zadziwiającą odpowiedź, że nie znaleziono systemu operacyjnego. Ot, zdarza się, pomyślałem i wypowiedziałem dość długi szereg słów powszechnie uważanych za obraźliwe. Długość litanii wulgaryzmów nie wpłynęła jednak na stanowisko komputera: pomimo próśb, błagań, nalegań, gróźb, przeklinań i najsoczystszych wulgaryzmów, złośliwe urządzenie pozostało nieubłagane. Złośliwie uparło się zeżreć mi efekty prac z ostatnich kilku... No właśnie. Z ostatnich kilkunastu lat.
Starzeję się. Gdybym był młodszy, szukałbym rozwiązań pod ziemią nawet, a tak, ograniczyłem się do kilkunastu konsultacji z informatykami i kilkudziesięciu prób reanimacji twardego dysku. Jeśli ktoś chciałby zaproponować odzyskiwanie danych, to już to przerabiałem. Zabezpieczenia były takie, że wyciągnięcie nawet wszystkich klastrów z twardego dysku nic nie zmieni.
Przeżywam żałobę po stracie kilku tysięcy artykułów, kilkuset książek, kilkuset fotografii i kilkudziesięciu opracowań własnych. Poza tym prywatne zapiski, kopie deklaracji podatkowych, zaszyfrowane i zabezpieczone hasła do haseł i wszystko to, co zapisywałem cyfrowo w nadziei udogodnienia pracy. Żałoba po odejściu osoby jest bardziej bolesna, ale jednocześnie przesiąknięta jakąś eschatologiczną nadzieją. A tej mi obecnie brak. Piekło cyfrowej nicości nie pozostawia złudzeń. Strata jest pewna, nieodwracalna, banalna.
Bronię się przed wzięciem odpowiedzialności na siebie: mogłem przecież robić backupy, ale kiedy danych przybywa, szybko dochodzi się do przekonania, że jest to stratą czasu. Wierzyłem w moc sprzętu, w moc zabezpieczeń, w moc informatycznych anestezjologów. Widać wiara ta była niedojrzała i musiała runąć. Upokorzony tym doświadczeniem uśmiecham się do kartki i do pióra i wspominam te czasy, kiedy dane generowało się stokrotnie wolniej, ale stokrotnie dłużej też się je traciło. Pozostaje mi teraz rola seneksa rozprawiającego nad  ułudą tego świata. Nie znam lekarstwa na inflację informacji. Bezpośrednio po zdarzeniu, kiedy dotarło do mnie jak mało pozostało z mojej pracy, pomyślałem sobie: to znak! Trzeba opuścić tę cywilizację i zaszywając się gdzieś w głuszy, wybierać korzonki i nimi się żywić. Szybko jednak przypomniałem sobie o prawie własności gruntów, o pozwoleniach budowlanych, obowiązku meldunkowy, konieczności składania rozliczeń, przepisach o ochronie przyrody etc. Ucieczka od cywilizacji pewnie jest możliwa, ale jest rozwiązaniem indywidualnym, którego nie da się zastosować jako normy ogólnej. Więc pozostaje mi dystansować się. Żyję w czasach inflacji treści. Czasem z tego korzystam i jest mi dobrze, czasem to mnie wykorzystuje i jest mi źle. Nasze genetycznie uwarunkowane zbieractwo przeżywa prawdziwy karnawał. Gromadzimy wszystko co się da scyfryzować. A potem tylko ctrl+s i błogie przekonanie, że ocaliłem coś z życia. Niektórzy (a nawet bardzo wielu) w tym momencie jeszcze wrzuca na wszelkiego rodzaju portale społecznościowe, w nadziei że ktoś kliknie lajka. Tak naprawdę przestaliśmy cenić informację. Mamy ich taki nadmiar, tak uzależniliśmy się od kolejnych pobrań, ściągnięć, żółtych czy czerwonych pasków, newsów, że właściwie nic już nie wiemy. Pomyśleć, ile haseł używamy do logowania, ilu pinów, kodów i innych świętych kluczy. Wydaje się nam, że trzymamy świat w ręce, że wiemy o nim wszystko. A prawdą jest, że im więcej wiemy, tym mniej rozumiemy.
Tego nauczyłem się po przygodzie z komputerem. Kilkaset książek może ponownie uda się ściągnąć z sieci, kilka tysięcy artykułów pewnie nadal jest dostępnych, choć już do wszystkich nie dotrę. I chyba już nie będę próbował. Może to była pycha ubrana w eksploracyjny popęd?
Zaczynam coś na nowo. Rzeczy ważne odnajdę szybko, reszta pewnie i tak nie miała większego znaczenia. Maj już blisko, a ja prawie się w krzaki nie wybrałem. Może więc czas przewartościować co nieco i wybrać się w miejsca, które wołają z daleka.
A szczerze: wcale mi nie przeszło. Wciąż patrzę na uszkodzony twardy dysk i zastanawiam się, jak mogłem w tak idiotyczny sposób pozbyć się efektów wieloletnich poszukiwań. Uczymy się całe życie, a mądrość się z nas naigrawa...

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Poczwarówka karliczka Vertigo pygmaea (Draparnaud, 1801)

Musiał przyjść ten moment - i przyszedł. Pierwszy raz po zimie zdecydowałem się zajrzeć w ściółkę, pod kamienie i inne mało atrakcyjne dla działkowców miejsca, i popatrzeć na to, co po zimie budzi się do życia. I ku mojemu zdumieniu okazało się, że późno ustawiony budzik bynajmniej nie doprowadził do ogólnego rozleniwienia. W sobotę, 13 kwietnia 2013 roku rozejrzałem się po obejściu. Nie polazłem do lasu, nie wlazłem do wody, tylko tak oportunistycznie, przez chwilę króciutką, okiem tylko rzucając, nieśmiało sprawdziłem co po zimie. I czego się dopatrzyłem? Że ślimaki już nie śpią. Trichia hispida zachowuje się tak, jakby zimy w ogóle nie było. Łazi po pniakach, deskach, kawałkach drewna i po kamieniach, szukając czegoś do rzucenia na ząb. Vallonia pulchella też nie ogląda się za śniegiem, tylko spaceruje po ziemi. Nie śpią już młodociane Cepaea nemoralis. Jednak największą niespodziankę sprawiła mi poczwarówka karliczka Vertigo pygmaea (Draparnaud, 1801), wszak to jeden z najmniejszych rodzimych ślimaków, a mnie udało się go wypatrzeć przy pierwszym rekonesansie.
Vertigo pygmaea jest ślimakiem z rodziny Vertiginidae. Charakteryzuje się prawoskrętną muszlą walcowato-jajowatego kształtu, o około 5 skrętach. Wysokość muszli wg różnych autorów wynosi do 2,1 mm, szerokość waha się od 0,9 do 1,2 mm. Jedną z cech rozpoznawczych jest otwarty i głęboki dołek osiowy oraz zgrubienie karkowe (którego jednak czasem może nie być). Muszla jest na ogół gładka, lekko matowa lub szklista, rogowo-brunatna lub żółtawa, przeświecająca. W ujściu muszli od 4 do 7 zębów, zęby palatalne są widoczną przez przeświecającą muszlę. Otwór w kształcie zaokrąglonego prostokąta.
W Polsce jest to gatunek dość rozpowszechniony, zwłaszcza na niżu. W górach i na Południu Polski wyraźnie rzadszy. Zdecydowanie unika lasów. Znaleźć go można na obszarach trawiastych, Książkiewicz znalazła go na murawach kserotermicznych w Lubuskiem. Podawany z różnych stanowisk, w tym z nasłonecznionych nasypów kolejowych. Unika piaszczystych terenów, ale również nie przepada za podmokłymi, dobrze czuje się na podłożu gliniastym. Jako jedyny z poczwarówek może występować jako synantrop: dobrze się czuje w ogródkach, na pastwiskach, miedzach czy obrzeżach dróg. Dwa ślimaki tego gatunku znalazłem na omszonych kawałkach betonowej podmurówki pod ogrodzenie, gdzie prawdopodobnie spędziły zimę. Znalazłem je popołudniem, po deszczowej pogodzie, kiedy słońce zaczęło dogrzewać mocniej przed wieczornym fajrantem.
Może skromnie, ale sezon otwarty. Aż miło popatrzeć na te żywe drobinki...
Poczwarówka karliczka

Vallonia i Trichia na spodniej stronie kamienia

Młodociana Cepaea nemoralis, 13.04.2013
Więcej informacji na temat poczwarówek: http://www.poczwarowki.kp.org.pl/index.php