Powinienem zacząć od tego, że NIE JEST TO KSIĄŻKA O MIĘCZAKACH ;-), chociaż ma z nimi coś wspólnego. Zaskakująca i oryginalna, warta nie tylko przeczytania, ale i poświecenia jej paru słów.
Zacznę łopatologicznie. Jest to powieść. Wielowątkowa, skomplikowana, trzymająca w napięciu i wciągająca, zabawna i poważna zarazem. Trochę przygodowa, trochę obyczajowa, trochę polityczna, trochę thriller, trochę satyra społeczna i antyutopia. Dużo tego trochę.
W "Ucieczce z Akademii IQ" przebłyskuje niezwykła erudycja Autora. Słownictwo jest bogate, precyzyjne i fachowe. Koncentracja na opisie elementów przyrody podpowiada, że Autor jest z nią obyty i obeznany. Ale to nie przyroda jest głównym bohaterem powieści. Bohaterów jest aż nadto, aby wszystkich charakteryzować. Trudno nawet twierdzić, kto jest głównym bohaterem, i czy aby na pewno jest to Młody Voltaire, w skrócie Vol, który za takiego jest uważany. W bohaterach to się gubiłem i plątałem nieustannie, a to z powodu pewnego zabiegu, którym posłużył się Autor.
Akcja rozpoczyna się w bliżej nieokreślonym miejscu w bliżej nieokreślonym czasie. To gdzieś w Polce, na pewno gdzieś nad jeziorem (jeziorami), zapewne w schyłkowych latach PRL-u, ale to wiadomo bardziej z przypisów. Czas - jak się okazuje - jest odrębnym bohaterem tej powieści i ma swoje w niej znaczenie.
Streścić fabuły nie sposób. Można oczywiście wspomnieć, że akcja rozgrywa się w czasie spływu kajakowego, podzielona na skutek nie najlepszej organizacji oraz skłonności do indywidualizmu grupa wyrusza na spływ w różnym czasie i rozpoczyna się ciąg zdarzeń, których konsekwencje trudno przewidzieć. Część kajakarzy, z Volem i jego ojcem, trafia do Krainy Dobrobytu, gdzie wyznacznikiem statusu społecznego jest iloraz inteligencji (IQ). Oryginalne podejście do podziału społecznego, totalitarny charakter państwa dobrobytu wplątuje grupę w coraz większe trudności, których eskalacją będzie próba ucieczki z dziwnego kraju. Ucieczki z Krainy Dobrobytu? Czy to nie niedorzeczność? Przypomina się kwestia wypowiedziana przez Nadszyszkownika Kilkujadka z Kingsajzu Juliusza Machulskiego: "Problem w tym, że my potrzebujemy i tych co chcą, i tych co nie chcą". W totalitarnym państwie małemu geniuszowi grozi rozłąka z ojcem, ponieważ uznany został za osobę o IQ=176 i jako geniusz ma zostać umieszczony w specjalnej Akademii, która wychowa go na służbę Krainie Dobrobytu. Ponieważ jednak okazuje się, że inteligencja emocjonalna Vola rozwinęła się poprawnie, woli pozostać przy ojcu niż dołączyć do grona wybrańców narodu. Podjęta próba ucieczki to tylko jeden z wątków zaskakującej powieści.
Zastanawiam się, w jakich kategoriach można by powieść sklasyfikować. Ponieważ książka najeżona jest kulturowymi i literackimi tropami, odnaleźć w niej można zarówno odniesienia do najpiękniejszych tradycji socrealizmu a la Bareja, oparów absurdu rodem z Monty Pythona, ciemnych tonacji kina skandynawskiego, przenikliwości społecznej Jose Saramago. Tropy można by było interpretować i w innych kluczach - każdy znajdzie tu coś dla siebie. Paradoksalnie nie jest to jednak książka dla każdego. Ponieważ jest to książka wymagająca uwagi, nie należy do łatwych lektur (choć za taką mogłaby być uznana). A zaskakujący koniec może nawet wprowadzić w osłupienie.Pewnej symboliki wciąż nie rozwikłałem i nie mogę się doczekać spotkania z Autorem, aby móc pewne kwestie przedyskutować. I wspomnieć mu o moich zastrzeżeniach. A mam na pewno jedno: dlaczego o ślimakach wspomina tylko w trzech miejscach i tylko raz w kontekście przyrodniczym?;-)
Trochę mnie to zasmuciło. Słowo "ślimak" pada w książce trzykrotnie: raz przy przesłuchaniu Vola, gdzie towarzyszy temu jeszcze słowo "fuj" (s. 211), drugi raz kiedy dyrektor mówi do kancelisty, żeby zdmuchnął z niego to świństwo(!) (s. 272). Jest wcześniej jeszcze, na 246, w przypisie do określenia ciastka szneka od niemieckiego Schnecke. Trochę mało, jak na specjalistę od mięczaków..., zwłaszcza że ichtio- i awifauna reprezentowane są obficie na przestrzeni całej powieści, podobnie botanika.
Przyznaję, że pewnie na książkę nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie jej autor. Pewnie nie zauważyłbym jej na półkach, zwłaszcza że na powieści notorycznie brakuje mi czasu. Kilkakrotnie rozmawiałem z prof. Piechockim na temat jego pracy i wspominał, że następną jego książką będzie powieść. W lipcu, w czasie przypadkowego spotkania, powiedział, że jest już wydawca, ale nie zdradzał żadnych szczegółów. Tuż po Bożym Narodzeniu już widziałem okładkę, ale jeszcze jej nie mogłem zdobyć. Później udało mi się ją zamówić, ale nie mogłem jej odebrać. Myślałem, że mnie zeżre ciekawość. W końcu, w walentynki trafiła do moich rąk.
Warto wspomnieć o samym wydaniu: książka jest wydana w formie, która najbardziej mi odpowiada: miękka okładka, lekko aksamitna, z lakierowanymi elementami. Wielkie brawa należą się Agacie Królak za okładkę: artystyczna koncepcja rewelacyjnie oddaje klimat powieści. Wielki szacunek.
A autor? To oddzielna historia: autorem powieści jest emerytowany profesor biologii Uniwersytetu Łódzkiego, malakolog, autor kluczy do oznaczania krajowej malakofauny słodkowodnej. Przyrodnik, podróżnik, fotograf przyrody, kierownik katedry zoologii, nadto miłośnik literatury światowej. W ostatnich latach wydał m.in. książkę "Ekspedycja" - reportaż z wyprawy naukowej UŁ do Środkowej Afryki (był kierownikiem wyprawy), a teraz zadebiutował powieścią, co jest dowodem na twierdzenie, że każdy czas jest dobry na realizację marzeń.
Na debiutantów patrzy się nieco inaczej niż na tzw. "starych wyjadaczy". Powieść Andrzeja Piechockiego jest powieścią debiutanta: jest świeża, jest pomysłowa, atrakcyjna i wiele obiecuje. Nie pozostaje mi nic innego, jak kibicować w dalszej pracy Profesora. I mieć nadzieję, że o mięczakach nie zapomni, bo na to czekam nieustannie.
Kto poświęci "Ucieczce..." trochę czasu, żałować nie będzie. A poza ubawem może znajdzie okazję do głębszych przemyśleń na temat czasów, w których przyszło nam żyć.
Andrzej Piechocki, 2012, Ucieczka z Akademii IQ, Novae Ress Wydawnictwo Innowacyjne, Gdynia, 305 ss.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 23 lutego 2012
piątek, 18 marca 2011
Vincenzo Consolo
Przed paroma miesiącami otrzymałem przesyłkę z Kielc, zawierającą między innymi zeszyt miesięcznika Literatura na Świecie. Był taki czas, kiedy jeszcze byłem licealistą, że zaglądałem do niego dość regularnie, ale głównie dla orientacji, co się w literaturze dzieje. Później zarzuciłem te spotkania nie mogąc wygospodarować dostatecznych warunków czasowych.
![]() |
| Literatura na Świecie, 2005, nr 3-4 |
Marcowo-kwietniowy zeszyt z 2005 roku trafił do mnie nie przez pomyłkę. Został mi podesłany z powodu znajdującego się w nim opowiadania Vincenzo Consolo: "Uśmiech nieznanego marynarza" w przekładzie Hanny Tygielskiej.
Okazało się, że mój odbiór lektury był zupełnie inny niż osoby, która mi ją podesłała. Tak na ogół jest, że zwracamy uwagę na rzeczy różne, co czasem wprost jest powiązane z naszą aktualną kondycją psycho-fizyczną, a czasem z wychowaniem, jakie odebraliśmy. Ogólnie rzecz ujmując: na nasze wybory (naszą wrażliwość) składa się wiele czynników i nie sposób chyba określić algorytmu naszych preferencji. Niemniej lektura zmusiła mnie do pewnych rozważań (chwała literaturze, która się wbija w umysł i pamięć, która klinem osadza się między półkulami mózgu wywołując rozdrażnienie i rozterki; niech będzie błogosławione pióro, które budzi leniwe umysły i ucisza skołatane!).
Nie miejsce tu, aby streszczać fabułę, która sama w sobie porywającą nie jest. Choć pewien wątek wymaga omówienia: otóż rzecz się dzieje na Sycylii, w drugiej połowie XIX wieku, kiedy Włochy pogrążone są scaleniową gorączką. W tych realiach historycznych poznajemy Enrica Pirajna, który pod epistolarną maską dokonuje autoprezentacji swoich egzystencjalnych niepokojów. Wypchnięty na Sycylię pragnieniem opisania nowych gatunków ślimaków staje się świadkiem Wielkiej Historii (z małostkową pasją do zdrad, krwi i śmierci). Uczestnictwo - jako świadka - w stłumionej rewolcie powoduje egzystencjalne zagubienie i wymusza na nim pewne przewartościowanie, które odnajdujemy w zapisie listu z 9 października 1860 r.: "Gorsze są od kruków i szakali, właśnie ślimaki, stworzenia piękne i dwupłciowe: boją się słońca, niszczą sadzonki i uprawy, żywią się odchodami, zgnilizną, trupimi wydzielinami, wślizgują się na szkielety, oskubują kości, szukają w czaszkach mózgów, wodnistych gałek w oczodołach... nie przypadkowo Rzymianie jadali je w czasie stypy. Muszę wyznać, że po wydarzeniach w Alcarze rzuciłem szalony pomysł badania świata ziemnych i wodnych mięczaków Sycylii: spaliłem zapiski, cenne i rzadkie książki, wyrzuciłem z balkonu mikroskop, zgniotłem okazy wszystkich rodzin i gatunków: ancylus vitrina helix pupa clausilia bulimus auricularia... Niech idą w diabły! (Co za przyjemność słyszeć chrzęst skorup pod podeszwami!)" (str.97)
Dalej znajdziemy jeszcze wyrazy fascynacji dla budowli labiryntu wzorowanej na budowie muszli ślimaka, warte odrębnej refleksji, ale zostańmy przy emocjach, które towarzyszą właśnie temu fragmentowi. Pewne jest, że w konkursie na najbardziej synestezyjny opis, Consolo miałby czym powalczyć z innymi literatami. Słyszę trzask miażdżonych skorupek, syczenie ognia zlizującego barwne ilustracje w książek, pochłaniającego jednym spojrzeniem kolejne strony i rozdziały książek;w powietrzu wyczuwam lekko mdlący zapach dymu ze spalonych luźnych kartek. I patrząc na obłąkańczą euforię frustrata, czuję jego spłycony i przyśpieszony oddech, widzę jego na wpół nieobecne oczy zaklęte furią i euforią wymieszanymi z bezsilnością i lamentem. W tej scenie odnajduję archetypiczny zapis ofiar Abrahama: poświęcenie najbliższych dla zdobycia przychylności bóstwa, motyw obecny w każdym czasie i każdej kulturze. Może gdzieś w genach zapisane nam zostało, aby chcąc wpływać na własny los, oddawać losowi w krwawej ofierze to, co mamy najcenniejszego? Usprawiedliwiam i rozumiem ulgę, którą towarzyszy bohaterowi, choć samo przejście przez ten fragment literackiego spotkania wcale nie było dla mnie łatwe. Rozumiem, jak się rozumie kogoś, kto spala cały swój świat siedząc na popiele starego świata. Jest w tym coś z zaklinania rzeczywistości, jakiś magiczny rytuał na kształt tańca o deszcz lub lub celebracja oczyszczenia przed wejściem w sakralną przestrzeń tabu. Jest w tym rozrachunek ze sobą samym i egzekucja najwyższej kary za nieochronienie świata przed zmianami budzącymi demony zagubienia.
Doświadczając tragedii człowiek traci część własnego ja, traci cząstkę siebie odpowiedzialną za poczucie tożsamości. Myślę, że czasem łatwiej jest spalić ocalałą resztkę, niż z tej ocalałej reszty wydmuchać, wykrzesać iskry rozpalające jasny słup sensu i zrozumienia. Nie należy potępiać tych, którzy doświadczając osamotnienia od bóstw, zdecydowali się na spalenie własnego świata. I choć czasem ten akt rytualnej wendety jest jednocześnie prefacją do samounicestwienia, należy przyjąć, że żałoba po odeszłym świecie może być przeżyta jedynie wówczas, kiedy stanie się do bezpośredniej konfrontacji ze śmiercią przez oddanie jej tego, co było dotąd najcenniejsze.
Przywołany w tekście obraz ślimaka poruszającego się po spirali w jej głąb symbolizuje wchodzenie w sytuacje, które gmatwając życie, czynią je labiryntem bez wyjścia. Obserwujący zachowanie ślimaka przeraził się tym widokiem: odkrył w nim paralelę własnego fatum, antycznej sytuacji bez wyjścia. Mnie fascynują mięczaki właśnie dlatego, że przyglądając się nim, lepiej rozumiem człowieka, we wszystkich jego zmaganiach. Bohater opowiadania Consolo odkrył jedną z prawd o człowieku, zakrytą w enigmatycznym zachowaniu obserwowanego ślimaka. Całe pokolenia - z różną intensywnością - próbowały wykraść mięczakom ich tajemnicę - umiejętność budowania brył niemożliwych do odtworzenia przez człowieka. Fascynacje architektów, przyrodników, fizyków czy matematyków nie stoją w sprzeczności z poczuciem zdrady, jakiego doświadcza bohater: to różne aspekty tego samego fenomenu.
Czasem myślimy, że opanowaliśmy ziemię, stanęliśmy nad nią, aby nią zawiadywać. Prawdą jest, że czynimy postępy, ale nie potrafimy radzić sobie z frustracją wynikającą z każdorazowych porażek. Nie potrafimy, jak ślimak, poprawić ułożenia własnej skorupy, i iść dalej. Nie potrafimy patrzeć na świat inaczej niż jako imperatorzy. A ślimaki odkrywają przed nami pełną bólu prawdę: skoro nie potrafimy poradzić sobie ze światem własnych wyobrażeń, jak mamy poradzić sobie z przekształceniem świata?
Fascynował i fascynuje mnie świat muszli, kiedyś potrafiłem się nim zajmować wyłącznie z zachwytu nad konstrukcją, nad genialnym wykorzystaniem fizyki przez zwierzęta, które nawet nie mają dobrze wykształconego mózgu. Dziś pozostaję wierny fascynacji miękkością nie mającą porównania w świecie: bo w tej miękkości - stłoczonej przez język do obelgi - odnajduję prawdę o człowieku: słabym, zagubionym, wołającym o ratunek i zbawienie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


