Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2025

Światowy Dzień Książki dla Dzieci

Nie miałem ostatnio weny, żeby usiąść i coś napisać. Przepraszam. Życie literata, jeśli opiera się na czekaniu na wenę, jest nieznośne. Na szczęście nie jestem literatem (w porywach nawet pismakiem trudno byłoby mnie nazwać), więc braki poruszeń do pisania przyjmuję cierpliwie i z godnością. Przyszło mi jednak do głowy, że skoro dziś mija 220 lat od narodzin Hansa Christiana Andersena, to może by przypomnieć i o tym, że tego dnia obchodzony jest Światowy Dzień Książki dla Dzieci (2 kwietnia). Książkę dla dorosłych to każdy głupi napisać może, ale książka dla dzieci to wyzwanie dla najdzielniejszych. Więc dziś trochę subiektywnego przeglądu po tytułach książek dla dzieci, które dotąd przemilczałem, a które warte są wspomnienia, gdyż odnoszą się do ukochanej przeze mnie malakologicznej tematyki. Ostatni raz tym tematem zajmowałem się ze dwa, trzy lata temu, więc niech mi będzie wolno wrócić raz jeszcze do malakopedagogiki.

Moja biblioteka tytułów choćby luźno powiązanych z tematyką mięczaków dobija dwóch setek. Mówię tu o książkach, których adresatami są dzieci, od najmniejszych maluchów  (0-6 miesięcy - książeczki kontrastowe) po całkiem wyrośniętych ciekawych świata kilkunastolatków. Formy tych książek są przeróżne, od kartonowych przez broszurowe po wielomateriałowe (polisensoryczne), od maleńkich, kieszonkowych wydań, po formaty przekraczające a4, od tradycyjnych książek poprzez harmonijki, maskotki czy pacynki. Wydania papierowe i cyfrowe, audiobooki i gry interaktywne. Jakość literacka jest również przeróżna, od arcydzieł po bezwartościowe z literackiego punktu widzenia. 

Jeśli przy literaturze się zatrzymałem, to muszę wspomnieć, że zdecydowana większość znanych mi tytułów dla dzieci, to powiastki. To traka forma między opowiadaniem, nowelą czy baśnią, najczęściej o dydaktycznym charakterze, z jakimś moralnym przesłaniem. Najczęściej podkreślana jest powolność ślimaków i odkrywanie jej moralnych lub pragmatycznych zalet, akcja opowiadań dzieje się najczęściej na leśnej polanie, a ślimaki uczestniczą w różnych interakcjach z innymi zwierzętami. W przypadku ślimaków często pojawiającym się motywem - mnie osobiście nieco drażniącym - jest problem poszukiwania nowej muszli/wymiany na inną. Utrwalanie stereotypów uważam za szkodliwe, a niestety stereotyp, że ślimak może sobie zmienić muszle (i że ślimaki nagie to takie, które wyszły z muszli) wciąż jest w narodzie obecny.

Zaskakująco (dla mnie) często bohaterem wspominanych tu książek (i książeczek) jest ośmiornica. Zaskakująco, bo ośmiornica nie jest zwierzęciem z codziennego doświadczenia. Jeśli się taka pojawia, najczęściej jest synonimem inteligencji i sprytu. I dobrze, bo chociaż nie wszystkie, to jednak głowonogi stanowią niezwykle zajmujący świat intelektu wśród bezkręgowców.

Myślę, że największym bogactwem wątków malakologicznych w książkach dla dzieci jest jednak zwracanie uwagi na powolność, ślamazarność i pozorną nieporadność ślimaków. Chodzi o podkreślanie, w tych potwornych czasach nieprawdopodobnego przyśpieszenia, że można żyć zwalniając tempa. Tego chyba nawet trzeba uczyć nie dzieci, a ich rodziców, którzy bardziej od dzieci pogubieni są w tych dziwnych czasach. I ponad obraz trzeba promować wyobraźnię, która może rozwijać się tylko tam, gdzie nie ma pośpiechu.

Niestety mnie z tym pośpiechem wygrywać się nie udaje i chcąc coś więcej napisać, muszę porzucić plany i wrócić pilnych tematów. Wrzucam więc troszkę publikacji z ostatniego czasu, które przypadkiem trafiły w moje ręce. A dla zabieganych, którzy nie mają czasu czytać, krótki audiobook o dwóch odważnych (!) ślimakach...

 














































 

poniedziałek, 30 grudnia 2024

Jeszcze raz o ślimakach afrykańskich

A ponieważ byłem grzeczny w tym roku, dostałem od Świętego Mikołaja więcej niż jedną książkę. W sumie to nawet cztery, to chyba z tego powodu, że objętościowo takie chudziutkie, że przeczytałem wszystkie cztery jeszcze przed pasterką. O jednej kilka słów, choć nawet nie wiem, czy można nazywać ją książeczką. Może lepiej powiedzieć o broszurce.

Martyna Fedorowicz - nieznana mi wcześniej z twórczości malakologicznej - jest autorką opracowania pod tytułem Pierwsze kroki ze ślimakiem afrykańskim. Opracowanie nie posiada miejsca ani daty wydania i nosi cechy samizdatu - i tutaj pozwolę sobie na lekką uszczypliwość. Szkoda. Od razu minus dwa punkty za styl. Gdyby autorka zdecydowała się na nieco trudniejszą ścieżkę znalezienia firmy wydawniczej (albo chociaż poligraficznej), mogłaby dać do ręki broszurkę bardziej odporną  na zniszczenie. Ta chałupnicza metoda wydania nie broni się w przypadku poradnika dla początkujących. Całkowicie abstrahując (na tym etapie) od merytorycznej zawartości, odnotować należy ewidentny mankament pracy, jakim jest brak dbałości o formę wydania. I choć nie wolno oceniać książki po okładce (a właściwie to dlaczego?), myślę że praca pani Fedorowicz traci przez to całkiem sporo. Gdybym zaczynał dopiero przygodę z hodowlą ślimaków i zainwestowałbym w fachową wiedzę, chciałbym, żeby się ona nie rozpuściła przy pierwszym odłożeniu w niewłaściwe miejsce. Usprawiedliwiam się w tej ocenie, że musiałem podnieść nieco kryteria, ponieważ w sierpniu br. trafiło w moje ręce podobne opracowanie, które na dzień dobry kupiło mnie porządnym wydaniem. Prace Angeliki Antkiewicz i Martyny Fedorowicz łączy poza amatorskim wydaniem swoich opracowań dużo więcej: obie nie ukrywają, że nie są naukowo związane z hodowlą ślimaków, obie piszą do amatorów na początku drogi i obie piszą z perspektywy hodowców. I mi to trochę przeszkadza, choć sam do amatorów się zaliczam. Oczyma wyobraźni widzę jednak, że przed wydrukowaniem takie opracowanie dobrze byłoby jednak podsłać komuś, kto poprawiłby styl, skorygował pewne błędy językowe, nieco uporządkował wypowiedź. Mógłbym się oczywiście wytrząsać nad kolokwializmami, a przede wszystkim nad żargonem terrarystycznym, który zrozumiały dla hodowców, jest po prostu dla mnie nieznośny. Nie kupuję określeń "ciąża ślimaka". Odstraszają mnie też sformułowania typu: "W większości przypadków, przedstawiciele rodzaju Lissachatina i Archachatina, są w stanie rozmnażać się międzygatunkowo - np. liss. fulica z liss. reticulata, czy arch. marginata marginata i arch. marginata ovum" (str. 24, pisownia oryginalna). Wiem, że dla hodowców wszystko to jest osobny gatunek, ale to nie tak, a na giełdach zoologicznych dominują mieszańce, a jeśli coś ma nazwę trójimienną (zwłaszcza, jeśli trzeci człon jest anglojęzyczny) to mówić by można o odmianie lub podgatunku co najwyżej...

Martyna Fedorowicz starała się pisać tak, żeby początkującym wydawało się, że się zna na temacie. Bo na pragmatyce się zna. I należy się jej ukłon za to, że doświadczeniem się podzieliła się adeptami hodowli ślimaków afrykańskich. Mnie lektura zostawiła w stanie niedosytu i lekkiego rozdrażnienia, które zrodziło się po pierwszym kontakcie i nie minęło po przeczytaniu. Myślę jednak, że dla kogoś, kto chciałby w swoim terrarium zobaczyć ślimaka afrykańskiego, będzie to opracowanie bardzo przydatne. Pod warunkiem, że nie postawią poprzeczki za wysoko, ot tak, żeby ślimak doskoczył. A co, może nie ma skaczących ślimaków? Oj, co Wy tam o ślimakach wiecie...

Martyna Fedorowicz, Pierwsze kroki ze ślimakiem afrykańskim, b.m.w., b.d.w., 41pp, oprawa broszurowa


 

piątek, 23 sierpnia 2024

Poradnik hodowcy ślimaka afrykańskiego

 Tak, to prawda, że od kilku lat mieszkam ze ślimakiem. Na temat naszych relacji nie będę się jednak rozpisywał, bo gdybym był użytkownikiem fejskóka musiałbym napisać "to skomplikowane". Pomieszkuje u mnie i naciąga mnie na ogórki. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jak się nazywa, choć używa różnych imion. Nigdy nie dowiedziałem się, z którym właściwie gatunkiem mam do czynienia. Wydaje mi się, że to Lissachatina fulica (Bowdich, 1822), jeśli ktoś będzie mi wmawiał, że Achatina achatina, też uwierzę. 

Robię przydługie wstępy. Chciałem napisać, że mam kilka powodów do radości. Trafiła w moje ręce nowa książka o ślimakach, do tego po polsku, napisana przez polską autorkę i poruszająca temat w Polsce dotąd nieopracowany. Czyż nie jest to wystarczający powód, żeby podzielić się radością? Pewnie, że jest! Angelika Antkiewicz własnym nakładem przygotowała poradnik Ślimak afrykański w moim domu. Początek ślimaczej przygody (Goleniów 2023). Według mojej wiedzy jest to pierwsze opracowanie tego typu  w Polsce. Może się zdarzyć, że takie już istniało, ale nie mam o tym wiedzy. O samym omawianym poradniku też dowiedziałem się zupełnie przypadkiem i przyznaję, że wcale nie było łatwo mi go zdobyć. Po prostu trzeba korzystać z medium, które staram się omijać szerokim łukiem, czyli ze wspomnianego wcześniej FB. To chyba jedyny (poza osobistym kontaktem, ale pani Angeliki Antkiewicz wcześniej nie znałem) sposób na dotarcie do tej książki, którą można zamówić pisząc na FB do autorki. 

Poradniki mają tę wspólną cechę, że są pisane przez kogoś, kto coś wie na jakiś temat do tych, którzy potrzebują się tego dowiedzieć.  Poradnik ma służyć radą temu, kto stawia pierwsze kroki lub próbuje poszerzyć swoją wiedzę. Zazwyczaj poradniki nie roztrząsają wiedzy teoretycznej, a koncentrują się na bardzo praktycznych wskazówkach, jak zrobić coś, żeby osiągnąć określony cel, a w tym przypadku celem jest domowa hodowla ślimaka afrykańskiego. I tutaj potrzeba już pierwszego dopowiedzenia. Przez ślimaka afrykańskiego należy rozumieć różne ślimaki, które zostały omówione w roboczych rozdziałach "Najpopularniejsze gatunki Lissachatin", "Najpopularniejsze gatunki Archachatin" oraz "Achatina achatina i inne". W tym ostatnim wymieniono i omówiono pokrótce gatunki, które absolutnie do afrykańskich nie należą, ale są hodowane w terrariach. 

Terraryści hodujący ślimaki posługują się własnym językiem, który wielokrotnie pobrzmiewa na kartkach opracowania. Mnie ten język czasem razi, ale nie będę o to kruszył kopii. Chodzi na przykład o odmienianie nazw łacińskich według polskiej deklinacji czy też mieszanie nazw łacińskich i angielskich. Nie jest to opracowanie naukowe, więc nie ma dużego problemu, choć nie ukrywam, że wolałbym poznać przedstawicieli rodziny Achatiniadae nieco bardziej precyzyjnie.

Autorka nie ograniczyła się tylko do przeglądu najpopularniejszych gatunków (odmian? ras?) określanych wspólnym mianem ślimaka afrykańskiego. W pracy omówione zostały też pewne aspekty biologii (rozmnażanie, retencja jaj), sporo miejsca poświęcono odżywianiu (tabelaryczne zestawienie zalecanych i niezalecanych produktów), wspomniano również o chorobach i domowych sposobach zaradzania im. Słowem: coś pożytecznego.

Angelika Antkiewicz zadbała również o estetykę książki, którą ubogacają liczne fotografie. Całość to 92 strony formatu a5 na kredowym papierze z miłą w dotyku miękką okładką. Lektury troszeczkę mniej niż się spodziewałem, więc niedosyt zostaje, merytorycznie można by też gdzieś podciągnąć w paru miejscach, ale zważywszy na cel - poradnik dla amatorów hodowli - książka broni się bardzo dobrze.

Nie znam skali rynku, trudno mi powiedzieć, ile osób w Polsce hoduje ślimaki w terrariach, nie mniej Angelice Antkiewicz należą się słowa uznania za podjęcie się pionierskiego tematu. I tylko życzyłbym sobie, żeby o książce było troszeczkę głośniej. 




piątek, 19 stycznia 2024

Ślimaki nagie szkodniki roślin - nowa książka z Poznania

Wskutek zgodnego działania (godne pochwały!) Świętego Mikołaja z Gwiazdorem (oraz kilku innych osób i podmiotów) pod moją choinką wylądowała na Święta Bożego Narodzenia (lub na Gwiazdkę) nowa ślimacza książka w języku polskim. A ponieważ polskojęzyczne książki o mięczakach pojawiają się zdecydowanie za rzadko, byłbym zwierzęciem świniopodobnym, gdybym nie podzielił się moją radością z prezentu. Ilekroć ktoś podejmie decyzję o wydaniu polskojęzycznej publikacji poświęconej mięczakom, będę się niepomiernie cieszył i starał się będę radością tą dzielił mając nadzieję, że zarażę kogoś pragnieniem zapoznania się z nowym tytułem. Stąd z góry zaznaczam, że dzielę się z powodu entuzjazmu, który zawsze towarzyszy mi w podobnych sytuacjach (mam na myśli publikacje, nie prezenty od Świętego Mikołaja lub Gwiazdora).

W roku 2023 nakładem Instytutu Ochrony Roślin - Państwowego Instytutu Badawczego ukazała się praca Ślimaki nagie - szkodniki roślin. Autorami książki są prof. Jan Kozłowski i dr inż. Monika Jaskulska, oboje z IOR w Poznaniu. I choć nie należy oceniać książki po okładce, to trzeba powiedzieć, że książka wydana jest bardzo estetycznie, w twardej oprawie i z tytułem na grzbiecie napisanym od góry (znaczy, że jak książka leży na stosie książek do przeczytania, to tytuł nie jest do góry nogami; to taki szczególik, którego lubię się czepiać). Bardzo też lubię zastosowanie lakieru błyszczącego do druku selektywnego (tutaj wyeksponowany został w ten sposób ślinik pospolity Arion vulgaris). Praca liczy sobie 163 strony podzielone na dziewięć rozdziałów (w tym Wstęp i Literaturę obejmującą 274 pozycje - jeśli dobrze policzyłem, bo nienumerowane). Trochę wstyd przyznać, że fundamentalna część pracy poświęcona uszkodzeniom roślin przez ślimaki nagie najmniej mnie zainteresowała, no bo mnie interesują ślimaki a nie słoneczniki i rzepaki, ale po to właśnie ta praca powstała: aby pomóc wszystkim, w których interesie jest ochrona roślin użytkowych przed działaniem ślimaków nagich. Więc żeby jasność była: to, że mnie to mniej interesuje, wcale nie znaczy, że to jest jakiś zarzut, wręcz przeciwnie, jestem pod ogromnym wrażeniem metodologicznej skrupulatności w opisie badań i translacji wyników na zalecenia. Po prostu nie mam ogródka, więc pozwoliłem sobie na czytanie tych "technicznych" rozdziałów troszkę pobieżniej. I wyraźnie muszę podkreślić, że autorzy nie ograniczają się w zaleceniach do "pryskać, truć tępić", ale prezentują całą paletę metod, zarówno chemicznych, jak i biologicznych i agrotechnicznych. Dla osób, których uprawy niszczone są przez ślimaki nagie, są to bardzo konkretne propozycje, poparte bogatym doświadczeniem badawczym i przeglądem literatury. Dla mnie najciekawsze znajduje się w pierwszej części książki, czyli w rozdziałach: (2) Identyfikacja ślimaków, (3)Stanowisko systematyczne szkodliwych ślimaków nagich, (4)Charakterystyka rodzin i najważniejszych gatunków oraz (5)Bionomia i sposób życia ślimaków nagich. Omówione zostały wybrane gatunki z czterech rodzin: Arionidae, Milacidae, Agriolimacidae i Limacidae. Pominięta zupełnie została rodzina Boettgerillidae, reprezentowana w naszej malakofaunie przez jeden gatunek pochodzenia kaukaskiego (Boettgerilla palens). W mojej ocenie z pewną stratą dla kompleksowości opracowania. Pewne zastrzeżenia mam też do doboru gatunków reprezentowanych w opracowaniu. Brakuje mi poświęcenia większej uwagi ślinikowi zmiennemu Arion distinctus, a to dlatego, że - nie bardzo wiem dlaczego - ten właśnie gatunek znalazł się na ministerialnych listach gatunków inwazyjnych (przy barku Arion vulgaris - ździebko Monty Pythonem to zalatuje). Uczciwie muszę też zaznaczyć, że praca nie jest wolna od pewnych poważniejszych błędów. Sprowadzają się one do nieuwzględnienia ważnych zmian w taksonomii ślimaków nagich. Rozumiem oparcie systematyki na pracy Andrzeja Wiktora Ślimaki lądowe Polski. Problem w tym, że mija w tym roku 20 lat od pojawienia się tego tytułu i sporo się pozmieniało. Część zmian autorzy uwzględnili: Arion lusitanicus konsekwentnie nazywany już jest A. vulgaris. Tej konsekwencji zabrakło w przypadku Deroceras panormitanum, który to gatunek jest endemitem Malty i Sycylii, a do okazów tak oznaczanych z naszych stanowisk stosować należy nazwę Deroceras invadens Reise et al., 2011 (zwłaszcza, że nowy dla nauki gatunek opisany został na naszych łamach Folia malacologica). Podobnie rzecz się ma ze stosowaniem nazwy Arion subfuscus, która powinna być dla stanowisk z obszaru Polski zastąpiona nazwą A. fuscus. Jeszcze więcej problemu mam z Lehmannia valentiana, który to gatunek znajduje się obecnie w rodzaju Ambligolimax. Myślę, że to ważne, ponieważ poszukując świeżych informacji na temat potencjalnej szkodliwości ślimaków, trzeba mieć właściwe rozeznanie skali zagrożenia. Prywatne śledztwo pozwoliło mi również stwierdzić, że pewne ustępy książki zostały dosłownie przeklejone z pracy Kozłowskiego Ślimaki nagie w uprawach. Klucz do identyfikacji. Metody zwalczania z 2010 roku.

Przypuszczam, że kierownik ODR* z moich rodzinnych stron, z którym jako dziecko wykłócałem się broniąc ślimaków, zacząłby przeglądanie tej książki od ostatnich rozdziałów. Ja zacząłem od pierwszych, bo mi bliższe. Rolnicy, ogrodnicy, działkowcy pewnie poszliby za kierownikiem i szukaliby informacji przydatnych w walce z natrętnymi golasami w uprawach. Myślę, że książka łączy potrzeby takich jak ja (tych jest chyba zdecydowanie mniej) i takich, których mało obchodzi, jak się jaki ślimak nazywa, byleby było wiadomo, jak go szybko pogonić. I choć książka trafiła w moje ręce w czasie nieobecności ślimaków, nie mógłbym czekać do wiosny, aby o niej mówić. I jeśli moja rekomendacja cokolwiek dla kogokolwiek znaczy, to gorąco zachęcam, żeby się w nią zaopatrzyć i do wiosny przestudiować. Bo naprawdę warto.

 


Kozłowski Jan, Jaskulska Monika. 2023. Ślimaki nagie szkodniki roślin. Poznań. Instytut Ochrony Roślin PIB. 163pp ISBN 978-83-64655-88-3

*ODR - Ośrodek Doradztwa Rolniczego

wtorek, 28 lutego 2023

Zanim przyjdzie wiosna

Ciężko znoszę przednówek. Zostało jeszcze kilka tygodni do wiosny, ale przecież jak na zawołanie nie zjawi się tabun ślimaków po równonocy wiosennej tylko dlatego, że ja się już doczekać nie mogę. Realnie połowa kwietnia to czas, kiedy można leźć w chaszcze. Do tego czasu trzeba jakoś wytrzymać. Mam taką pomoc na ten ciężki czas. Importowana z zachodu, ale bardzo dobra. 

Wspomagam się nią już od ponad roku i im dłużej z niej korzystam, bardziej utrwalam się w przekonaniu, że bardzo by się nam taki rodzimy produkt przydał. Mam na myśli książkę Vollratha Wiese Die Landschnecken Deutschlands. Finden - Erkennen - Bestimmen. Posługuję się wydaniem z 2016 roku (nawet nie wiem, czy jest nowsze). Jest to atlas lądowych ślimaków Niemiec, bardzo dobrze zilustrowany, dla takich orłów górnolotnych, jak ja. Jest to przegląd 38 rodzin ślimaków lądowych notowanych na terenie Niemiec. Ogromna część opisanych gatunków występuje również w Polsce, więc pomoc jest bardzo przydatna. Oczywiście zasięgi geograficzne określone z perspektywy niemieckiej, ale to co najistotniejsze, czyli opis wyglądu oraz środowiska pozwala na wykorzystywanie do oznaczania rodzimej malakofauny. Autor opracowania zadał sobie wiele trudu, żeby zestawić obok siebie najbardziej podobne gatunki. Każda z rodzin przedstawiona została w ten sposób, że na pierwszej tablicy umieszczono fotografie wszystkich gatunków w tej samej skali, dołożono miarkę w postaci zapałki (sugestywne, prawda?), a także najbardziej podobne gatunki z innych rodzin. Dzięki temu bez problemu kompletny laik może mieć wyobrażenie na temat wielkości poszczególnych gatunków, a zbiorcze fotografie pozwalają dobrze zorientować się w różnicach wielkości gatunków wewnątrz tej samej rodziny (niestety zabrakło konsekwencji przy Limacidae, Agriolimacidae i Arionidae, tutaj zabrakło zbiorczych tablic, a szkoda, bo dobrze byłoby zobaczyć, jak prezentują się obok siebie na przykład Deroceras reticulatum i Deroceras laeve). 

Książkę wydano tak, aby zmieściła się w większą kieszeń (12x19cm). Zaopatrzono ją w sztywną oprawę, co ma plusy i minusy. Plusem jest to, że mniej się niszczy, minusem - mniej wygodnie się ją nosi. Na pierwszej wyklejce okładkowej przedstawiono wszystkie rodziny w podziale na orientacyjne wielkości z odniesieniem do stron, na których szukać szczegółów. Wystarczy tylko otworzyć okładkę, żeby przeszukać kształty i przeskoczyć do najbardziej prawdopodobnej identyfikacji. Poszczególne gatunki zostały bardzo dobrze opisane i zilustrowane dobrej jakości fotografiami. Tu znów pewna uwaga: mogłoby być więcej fotografii przy ślimakach nagich, gdzie podeszwa nogi może mieć znaczenie przy identyfikacji. Mogłaby też znaleźć się na okładce podziałka milimetrowa (znaczy linijka), skoro książka ma typowo podręczny charakter. W sumie to 352 strony, z czego dwadzieścia to ogólne wprowadzenie na temat biologii ślimaków, sposobów zbierania i konserwowania itd. Jest też przejrzysta tabela, w jakim środowisku spodziewać się poszczególnych gatunków. Jest też całkiem porządne zestawienie literatury oraz indeks nazw niemieckich i łacińskich. 

W biblioteczce posiadam też  podobną publikację poświęconą morskim mięczakom, skonstruowaną na tej samej zasadzie, zatem gdybym miał jeszcze opracowanie dotyczące niemieckiej malakofauny słodkowodnej, mógłbym mówić, że mam opracowane wszytko, co u zachodnich sąsiadów interesujące. Szczerze mówiąc nie wiem, czy takie opracowanie powstało, jeśli nie - może zostanie przygotowane. W każdym razie bardzo podobna publikacja przydałaby się dla naszej rzeczywistości i tylko zadawać sobie mogę pytanie, czy dożyję takiego dnia...