Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2025

Światowy Dzień Książki dla Dzieci

Nie miałem ostatnio weny, żeby usiąść i coś napisać. Przepraszam. Życie literata, jeśli opiera się na czekaniu na wenę, jest nieznośne. Na szczęście nie jestem literatem (w porywach nawet pismakiem trudno byłoby mnie nazwać), więc braki poruszeń do pisania przyjmuję cierpliwie i z godnością. Przyszło mi jednak do głowy, że skoro dziś mija 220 lat od narodzin Hansa Christiana Andersena, to może by przypomnieć i o tym, że tego dnia obchodzony jest Światowy Dzień Książki dla Dzieci (2 kwietnia). Książkę dla dorosłych to każdy głupi napisać może, ale książka dla dzieci to wyzwanie dla najdzielniejszych. Więc dziś trochę subiektywnego przeglądu po tytułach książek dla dzieci, które dotąd przemilczałem, a które warte są wspomnienia, gdyż odnoszą się do ukochanej przeze mnie malakologicznej tematyki. Ostatni raz tym tematem zajmowałem się ze dwa, trzy lata temu, więc niech mi będzie wolno wrócić raz jeszcze do malakopedagogiki.

Moja biblioteka tytułów choćby luźno powiązanych z tematyką mięczaków dobija dwóch setek. Mówię tu o książkach, których adresatami są dzieci, od najmniejszych maluchów  (0-6 miesięcy - książeczki kontrastowe) po całkiem wyrośniętych ciekawych świata kilkunastolatków. Formy tych książek są przeróżne, od kartonowych przez broszurowe po wielomateriałowe (polisensoryczne), od maleńkich, kieszonkowych wydań, po formaty przekraczające a4, od tradycyjnych książek poprzez harmonijki, maskotki czy pacynki. Wydania papierowe i cyfrowe, audiobooki i gry interaktywne. Jakość literacka jest również przeróżna, od arcydzieł po bezwartościowe z literackiego punktu widzenia. 

Jeśli przy literaturze się zatrzymałem, to muszę wspomnieć, że zdecydowana większość znanych mi tytułów dla dzieci, to powiastki. To traka forma między opowiadaniem, nowelą czy baśnią, najczęściej o dydaktycznym charakterze, z jakimś moralnym przesłaniem. Najczęściej podkreślana jest powolność ślimaków i odkrywanie jej moralnych lub pragmatycznych zalet, akcja opowiadań dzieje się najczęściej na leśnej polanie, a ślimaki uczestniczą w różnych interakcjach z innymi zwierzętami. W przypadku ślimaków często pojawiającym się motywem - mnie osobiście nieco drażniącym - jest problem poszukiwania nowej muszli/wymiany na inną. Utrwalanie stereotypów uważam za szkodliwe, a niestety stereotyp, że ślimak może sobie zmienić muszle (i że ślimaki nagie to takie, które wyszły z muszli) wciąż jest w narodzie obecny.

Zaskakująco (dla mnie) często bohaterem wspominanych tu książek (i książeczek) jest ośmiornica. Zaskakująco, bo ośmiornica nie jest zwierzęciem z codziennego doświadczenia. Jeśli się taka pojawia, najczęściej jest synonimem inteligencji i sprytu. I dobrze, bo chociaż nie wszystkie, to jednak głowonogi stanowią niezwykle zajmujący świat intelektu wśród bezkręgowców.

Myślę, że największym bogactwem wątków malakologicznych w książkach dla dzieci jest jednak zwracanie uwagi na powolność, ślamazarność i pozorną nieporadność ślimaków. Chodzi o podkreślanie, w tych potwornych czasach nieprawdopodobnego przyśpieszenia, że można żyć zwalniając tempa. Tego chyba nawet trzeba uczyć nie dzieci, a ich rodziców, którzy bardziej od dzieci pogubieni są w tych dziwnych czasach. I ponad obraz trzeba promować wyobraźnię, która może rozwijać się tylko tam, gdzie nie ma pośpiechu.

Niestety mnie z tym pośpiechem wygrywać się nie udaje i chcąc coś więcej napisać, muszę porzucić plany i wrócić pilnych tematów. Wrzucam więc troszkę publikacji z ostatniego czasu, które przypadkiem trafiły w moje ręce. A dla zabieganych, którzy nie mają czasu czytać, krótki audiobook o dwóch odważnych (!) ślimakach...

 














































 

poniedziałek, 25 marca 2019

Wiosenne marzenia

Dawno się nie produkowałem. Opuściłem się, przepraszam. Nie to, że nie było o czym pisać, ale jakoś ciężko było... Czasem tak jest.
Dziś z letargu wybudziła mnie przesyłka z zamówioną książką (właściwiej jedna z dwóch przesyłek, o drugiej przy innej okazji). Ponieważ zupełnie przeoczyłem jej premierę, muszę zrobić coś, żeby się jakoś zrehabilitować. Książka, którą trzymam w ręku zasługuje na to, żeby być zauważoną i tytułem wstępu muszę dodać: zasługuje też, żeby być docenioną.
W 2017 roku Wydawnictwo Widnokrąg z Piaseczna wprowadziło na polski rynek tłumaczenie książeczki dla młodszych dzieci pod tytułem Remik marzyciel. Tłumacz pracy nie miał za dużo, bo publikacja skoncentrowana nie jest na słowie, a na obrazie. Anne Crausaz napisała i zilustrowała książkę, której największym atutem są właśnie ilustracje. Ale nie oznacza to, że tekst jest nieważny. nie ma tu prostych wierszyków, tak charakterystycznych dla książeczek dla dzieci. Poznajemy wiosenne dwa ślimaki (mamę i tatę, Lucynkę i Wirgiliusza), ich miłość i rodzinne plany. W jakiś sposób nienachalnie wchodzimy w biologię ślimaków, poznajemy najstarsze ich dziecko - tytułowego Remka. I tutaj wchodzimy w świat jego przeżyć, a dokładniej jego marzeń. I o tym właśnie jest ta książeczka: o dziecięcych marzeniach w dochodzeniu do odkrycia i akceptacji siebie.
To jest mądra książeczka, całkowicie wolna od moralizatorstwa czy dydaktyzmu. Z dzieckiem przechodzi się przez szereg świetnie skomponowanych ilustracji, bardzo prostych i bardzo wysmakowanych, zaskakujących i głębokich. Słowa grają drugorzędną rolę. Obrazy nie zamykają w ilustracjach. Wręcz przeciwnie: otwierają wyobraźnię, prowokują do własnych poszukiwań połączeń, do koncentracji na szczególe lub na kompozycji.
Opierając się na własnym doświadczeniu rzekłbym, że to książka dla dwu-trzy letnich dzieci. Zdecydowanie taka, którą dziecko ogląda razem z rodzicem, który może od siebie dołożyć nowe interpretacje.
To, co najbardziej mi się w tej książce podoba, to poza urzekającymi ilustracjami, wolność od nachalności. Kilka lat temu recenzowałem książkę Kim jest ślimak Sam?, która obecnie znów trafiła w centrum genderowych sporów. Na tamtej publikacji nie zostawiłem zbyt dużo suchych nitek z jednego głównie powodu: przemyconej opresyjności. Książka Anne Crausaz Remek marzyciel jest książką o akceptacji siebie bez wchodzenia w obszar tożsamości płci (choć tutaj zostanie mi zarzucone, że na końcu Remek wybiera Martynkę, a zatem na siłę można wytaczać działa przeciwko stereotypom...). Akceptacja siebie i kochanie swojego życia jest zadaniem, które rodzic może realizować z dzieckiem na różne sposoby, a omawiana książeczka jest świetnym narzędziem do tego. Gdyby jednak chcieć ją oderwać całkowicie od tych walorów, i tak się obroni swoją urodą, pomysłowością, estetyką i kreatywnością w prostocie. Polecam zdecydowanie.
Dziś obchodzony jest Dzień Świętości Życia. Przez przypadek złożyło się, że akurat dziś przyszło mi zachwycać się tą książeczką. I myślę sobie, że akceptacja jest właśnie tym kierunkiem, który powinien przyświecać wszystkim szanującym życie.
Anne Crausaz. 2017. Remek marzyciel (Raymond reve). tłum. Anna Nowacka-Devillard. Wydawnictwo Widnokrąg. Pruszków, ss.56

poniedziałek, 23 lipca 2018

Zgierskie skamieniałości

Jest w okolicach sporo żwirowni, do których nie miałem jeszcze okazji się wybrać, choć od dawna planuję. Żwirownie, czyli kopalnie odkrywkowe żwiru, mogą stanowić ciekawe stanowiska paleontologicznych znalezisk. W polskich realiach żwiry to przede wszystkim pozostałości po lodowcach, stanowią zatem mieszaninę skał z różnych epok i różnych stron, głównie jednak z północnej Europy.
W mojej maleńkiej kolekcji paleontologicznej znalazło się kilka narzutniaków z różnych przypadkowych miejsc z różnymi, niewypreparowanymi mięczakami i ramienionogami. Obiecuję sobie kiedyś tej paleontologii oddać się namiętniej, ale zawsze mi na romansowanie brakuje czasu. A tu takie rzeczy...
Poszedłem w piątek na publiczny plac zabaw, gdzie część obiektu wysypana jest żwirem. Zdarzało mi się już coś tam kiedyś znaleźć, ale ostatnio było to już po prostu zbieranie. Nie dość, że znalazłem rostra belemnitów, to jeszcze wypatrzyłem sporą pozostałość po Orthoceras, a także całkiem dobrze zachowaną sfosylizowaną muszlę Viviparus, prawdopodobnie suevicus Wenz 1919. No nie spodziewałem się, bo nawet w planach nie miałem, żeby skamieniałości szukać. Same mnie znalazły!
Są wakacje, a to dobry czas, żeby więcej pobyć z dziećmi. Może to jakaś propozycja dla rodziców, których dzieci są ciekawe świata: wybrać się na poszukiwanie skamieniałości nawet w najbliższym otoczeniu. Można wtedy opowiedzieć o zmieniającym się świecie, o wymarłych zwierzętach, o lodowcach, które ukształtowały nasz krajobraz, o wszystkim, co zaciekawi dziecko. Warto, zanim uwierzą, że jesteśmy tak starzy, że z dinozaurami wychodziliśmy na spacer...


poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Malakopedagogika 2, czyli Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci

O książkach dla dzieci, poświęconych mięczakom, lub o nich traktujących, pisałem już kiedyś. Dziś korzystam z okazji, jaką jest obchodzony w urodziny Andersena Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci i dzielę się pobieżnie tym, co w ostatnim czasie zdobyłem, a ponieważ moja biblioteczka malakologiczna w trochę się w tym kierunku rozrosła, to poniżej kilka słów o tym.
Kiedy jakiś czas temu przeglądałem światowe zasoby pod tym kątem, stwierdziłem, że najlepiej u nas nie jest, ale też nie ma tragedii. Mniej więcej dwa tytuły lub tytuliki rocznie można znaleźć. A w każdym z nich jakieś elementy do zarażania malakologiczną pasją. Większość z tego, co na naszym rynku, słabe jest jednak i wciąż szukam czegoś, co by mnie olśniło. Ale też jest kilka fajniejszych tytułów, które polecam.

Wypada zacząć od Andersena, wszak to jego urodziny są pretekstem do święta książki. Mało znana baśń Ślimak i Róża to krótka lektura dla troszkę starszych dzieci, myślę, że optymalnie koło trzeciej klasy.


Skoro jest to Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci, muszę się pochwalić, że w mojej biblioteczce znalazła się też książeczka wydana w Wielkiej Brytanii (u nich wydaje się dziesięć razy więcej książek, niż w Polsce, stąd i malakopedagogika u nich bardziej zaawansowana;). Książka testowana na trzylatce, jedna z ulubionych. Bardzo ciekawa szata graficzna, na każdej stronie znajduje się wypukły brokatowy druk śladu ślimaka: dziecko wodząc palcem podąża za ślimakiem, by ostatecznie dostać się na urodziny. 


Przechodzę do książek-pacynek. Pierwsza z nich, starawa nieco, wydobyta z książkowych zaświatów, skonstruowana jest tak, że można palcami "ożywić" czułki ślimaka Stasia. Fabuła dla trzylatków, nawet z morałem, więc edukacyjna po trosze. Ale te ruchome oczy to bardziej mi zeza na myśl przywodzą, niż ślimacze czułki. Plus za pomysł.


Ta z kolei (Opowieść z niespodzianką. Ślimaczek) to publikacja najświeższa, bo z 2018 roku. Również przetestowana na trzylatce. Mnie się podoba średnio, bo ślimak, który zgubił muszlę, nie dość, że bardziej przypomina gąsienice, to jeszcze przymierza muszle, skorupy czy filiżanki... Ale testującej się podoba. 


Kolejna z książeczek-pacynek, druga, której bohaterem jest Ślimak Staś. Tutaj wykorzystuje się jeden palec do animacji ślimaka. Plus za formę. Treściowo: taka sobie, ale w testach trzylatki się broni.

I znów książka-pacynka, bardzo podobna w działaniu, tzn. również animowana za pomocą palca. Mała, kartonowa książeczka dość wygodna do czytania-pokazywania. Oczywiście plus za formę plastyczną.


Natomiast książeczka A kuku! Ślimaczek to coś pomiędzy pacynką a książeczką do czytania. Wycięcia na oczy, które z każdą stroną znajdują się w nieco innym miejscu, to całkiem dobry pomysł, ale wykonanie oczu 3D już dużo słabsze. Graficznie biedna, fabularnie słabiutka, natomiast walorem jest to, że zawiera pytania-polecenia, takie na poziomie dwulatka. Generalnie słaba, ale test trzylatki przeszła.


W 2017 roku na naszym rynku pojawiło się kilka z omawianych książek, w tym bardzo ciekawa graficznie książka Ośmiornica Ola. Tu znów, jak w przypadku Ślimaka Stasia powtarza się zestawienie bohaterów. Wcześniej wydana już była książeczka o identycznym tytule, boleję bardzo nad tym, że dotąd dla mnie nieosiągalna. Ta z 2017 roku to również pacynka, w której wykorzystać trzeba aż cztery palce. Świetny pomysł. Szkoda tylko, że ośmiornica ma wtedy włochate macki, ale dziecku to nie przeszkadza. Rodzicowi natomiast może przeszkadzać to, że książka ma wymiary 30x30cm, więc dość trudno tak wielką książką łaskotać małe dziecko, jak sugerują polecenia w fabule. Ale duży plus za formę i drugi plus za samą ośmiornicę, bo to w naszych warunkach przecież egzotyczne zwierzę.


Książka Bardzo pomocna mała ośmiornica to lektura dla nieco starszych dzieci, do czytania i do oglądania. Dobre, a nawet bardzo dobre ilustracje, ciekawa fabuła no i największy plus za to, że ma też bohaterów w postaci małży. To jedyny znany mi w Polsce tytuł dla dzieci, gdzie małże coś mówią;) Szkoda, że książka właściwie do zdobycia wyłącznie w antykwariatach, ale polecam.


Wydawnictwo "Zielona Sowa" wydało w 2016 lub 2017 roku również książeczkę o ośmiornicy, przeznaczoną dla najmłodszych dzieci, na dodatek tzw. książeczkę kąpielową. Również polecam jako pomoc dydaktyczną, zwłaszcza, kiedy dziecko ciężko wieczorem zaciągnąć do odmaczania. Fabularnie niezbyt rozbudowana, ale to książeczka dla najmniejszych maluchów. Wydana na ceracie, nie wiem, czy może służyć również za gryzak, ale chyba bym nie zaryzykował;)



Ośmiornica okazuje się być całkiem nieźle reprezentowana w naszych tytułach. Bardzo dobrą książeczką, której ten głowonóg jest bohaterem, jest Małgorzaty Strzałkowskiej Osiem ramion ośmiornicy z cyklu ABC... Uczę się! To również książeczka dostępna raczej w antykwariatach, ale gorąco polecam. Dodam, że autorka, jedna z najlepszych współczesnych autorek dla dzieci, chyba lubi mięczaki, bo w mojej biblioteczce znajdują się w sumie trzy jej tytuły, z których szczególnie polecam, ze względu na wartość artystyczną, Bajkę o ślimaku Kacperku. Jeśli kto chciałby ją zdobyć, musi się uśmiechać do zaprzyjaźnionych antykwariuszów, w księgarniach niedostępna od około dziecięciu lat.




Poza Małgorzatą Strzałkowską jeszcze dwie autorki częściej niż raz sięgały do ślimaczych motywów. Zmarła w zeszłym roku Wanda Chotomska już dość dawno bawiła się wariantami rymowanki Ślimak, ślimak, pokaż rogi (przynajmniej dwa różne wydania, z tego jedno chyba z lat osiemdziesiątych, niestety jeszcze niewłączone do moich zbiorów). Ciekawszą propozycją jest książka wydawnictwa Wilga z 2004 roku pt. "Kolory". Tutaj duży plus za formę graficzną. Dziecko ma możliwość poruszania ślimakiem, którego można przesuwać po specjalnym torze, dłuższym na każdej kolejnej stronie. Podobnie jak wiele poprzednich tytułów i ten należy do niedostępnych w księgarniach.



Poza Wandą Chotomską jeszcze Ewa Stadtmuller lubi ślimaki, przynajmniej tak można by wnioskować po dwóch tytułach: Jak Skrzat Jagódka uczył ślimaki marzyć oraz Ślimak maruda. W odróżnieniu od wielu z omawianych pozycji, te są jeszcze dostępne w wielu księgarniach. Fabularnie są dość atrakcyjne, choć moja testerka ma skłonność do wyprzedzania fabuły i wymuszania przekładania kartek przed zakończeniem czytania. Myślę, że wielu rodziców wie, co mam na myśli.







Na moich półkach w sumie znajduje się koło trzydziestu książeczek i książek dla dzieci, które łączy wspólny malakologiczny wątek. Czasem jest on wątkiem głównym, czasem tylko pobocznym. Czasem to książeczka dla dzieci młodszych niż roczne, czasem to popularno-naukowe oracowania adresowane dla ciekawych świata dzieci. Jest też kilka takich, które gotów jestem ukrywać przed Testującą, bojąc się, żeby jej intelektualnej krzywdy nie wyrządziły. Pozostało mi jeszcze kilka książeczek do odnalezienia i sprowadzenia. Jeśli ktoś zna poniższe okładki, a chciałby mnie wesprzeć, to gorąco się polecam pamięci. Niektóre z nich pojawiają się na internetowych aukcjach, więc wcześniej czy później raczej je zdobędę. Są też takie, których przez kilka lat nie udało mi się upolować. Tym bardziej więc uśmiecham się do każdego, kto już ze swoich książeczek dla dzieci wyrósł...