Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 grudnia 2021

Nie ogarniam

Nie ogarniam. Gdybym ogarniał, to napisałbym to przynajmniej trzy tygodnie wcześniej. Albo prawie pół roku temu. Bardzo mi jednak zależy, żeby kilka słów na ten temat skreślić. Coraz większe mam tu zaległości, coraz bardziej kopie mnie sumienie i wykłóca się ze mną, ale coraz częściej też nie ogarniam. Czemu jak mantrę powtarzam te słowa (zupełnie jak w polskich filmach, gdzie tytuł w dialogach musi paść z pińcet razy...)? Bo chciałbym kolejny raz dać głos mojemu przyjacielowi, Jurkowi Jabłońskiemu. Rzadko piszę tu na inne niż malakologiczne tematy, Jurek ma jednak względy specjalne. A żeby uspokoić, to nawet specjalnie jeden z rozdziałów zatytułował Ślimaki i smakowanie życia. Więc nie będzie tak do końca bez związku z mięczakami.

Od lipca delektuję się książką Jerzego Jabłońskiego Życie... Nie ogarniam. Jest to druga książka, tworząca coś na kształt cyklu. Pierwsza była Miłość... Nie ogarniam. Po roku pojawiło się drugie dziecko intelektualnych zmagań z rzeczywistością. Pierwsza książka miała podtytuł Męskie spojrzenie na życiowe sprawy, ta nosi podtytuł Prostym językiem o trudnych sprawach. O pierwszej pisałem przed półtora roku

Po pierwsze: może komuś się jeszcze uda sprezentować ją sobie lub komuś na Święta. Dlatego piszę (nie mam udziału w dochodach ze sprzedaży;). Poleciłbym ją najpierw wrażliwcom, którzy doświadczają (czasem, często lub permanentnie), że tracą nad czymś kontrolę, zwłaszcza nad życiem. Nie jest to poradnik taki sensu stricto, choć jest bardziej poradnikiem, niż poprzednia książka Jurka. Jest to zbiór krótkich, dobrze napisanych refleksji nad życiem, jego ładem i nieładem, nad wartościami, które w tym życiu są najważniejsze, a wszystko to nabudowane na doświadczeniu zmagań z akceptacją swojego życia, które - tu posłużę się własną metaforą - jak ślimacza muszla przygniata i krępuje, ale chroni i daje bezpieczeństwo zarazem. Ważne tu jest uświadamianie sobie, jak daleko jest nam z głowy do serca i z powrotem, jak wiele znaczy zaakceptowanie i pokochanie siebie. Właściwie to od tego należałoby zacząć, bo pokochanie siebie jest podstawowym warunkiem kochania innych i świata.

Po drugie: refleksja Jurka Jabłońskiego tkana jest na chrześcijańskim personalizmie. Mniej tu jest odniesień do własnego doświadczenia wiary, to bardziej zapis tego, jak ona konotuje z rzeczywistością codziennego życia ze sobą. To jest książka pogodna, nienachalna, nienarzucająca się gotowymi receptami, choć miejscami nazbyt zdawałoby się optymistyczna - co jednak jest złudzeniem, a ja mogę tylko poświadczyć, że nie ma tam niczego, co stanowiłoby stworzoną na potrzeby marketingu kreacją artystyczną...

Myślę, że ważnym dopowiedzeniem będzie podkreślenie męskiego punktu widzenia. To nawet bardzo ważne, bo podkreślany męski punkt widzenia nie ma nic wspólnego z męskim szowinizmem lub jakimś eksperymentem z zakresu gender studies. Jest to zapis (nieco intymny) męskiego świata w czułych miejscach, których uświadamianie sobie bywa po prostu trudne. Bo chodzi o relacje. Z Bogiem, ze światem, z bliskimi, a przede wszystkim ze sobą. Jak daleko ślimak by nie poszedł, zawsze będzie blisko domu tak podobno mawiają Niemcy. W tej książce chyba właśnie o to chodzi, żeby zobaczyć, po co wychodzimy z siebie i do czego to prowadzi. 

Czytałem (nie raz!) tę książkę trochę poszukując dźwięków naszych długich rozmów. Jest mi ta książka po prostu bliska, ale zdobywając się na wysilony obiektywizm mogę stwierdzić, że jest to dobra książka, której podarowanie komuś kochanemu (może na Święta?) jest naprawdę dobrym pomysłem. Ale bez związku ze zbliżającymi się Świętami warto podarować te książkę sobie i poświęcić jej dwie-trzy godzinki. I zadać sobie pytanie, czy to gnanie zawsze ma jakiś sens...


 Jerzy Jabłoński, Życie... Nie ogarniam. Wydawnictwo Święty Wojciech., Poznań 2021, 129pp.

piątek, 30 kwietnia 2021

Żeby nie zmarnować majówki

 Tak, powinienem gdzieś wyjechać. Rzucić to wszystko i najlepiej w Bieszczady, ale na ten pomysł mogło już wpaść 38 milionów Polaków, dlatego w Bieszczady nie wyjadę, a na pewno nie w tę majówkę...

Jeśli gdzieś mi się uda wyskoczyć, postaram się tym podzielić. Niewykluczone, że jednak przyjdzie mi się niemiłosiernie kisić gdzieś w murach wyglądając przez okno przejaśnienia... Pomyślałem, że gdyby tak musiało się stać i ktoś z tych 38 milionów Polaków miałby dzielić mój los, to gorąco polecam obejrzeć film, który zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Rzadko zdarza mi się rozumieć decyzje Amerykańskiej Akademii Filmowej przyznającej Oscary. W tym roku nawet nie wiem, kto zebrał większość nagród, ale wiem, że za najlepszy dokument uznano My Octopus Teacher (w Polsce pod tytułem Czego nauczyła mnie ośmiornica). Wyreżyserowany przez duet Pippa Ehrlich i James Reed południowoafrykański dokument jest dostępny na platformie Netflix od września zeszłego roku. Mnie udało się go obejrzeć przed kilkoma dniami i wciąż go w sobie mielę.

Niezwykle plastyczny, a jednocześnie minimalistyczny w środkach film jest zapisem relacji opartej na wzajemnym odkrywaniu obecności. Nie będę wchodził w niuanse, zajmę się tym w osobnej recenzji, którą planuję przygotować. To film wielowymiarowy, zdecydowanie głębszy niż przybrzeżne lasy listownic, wciągający, ciekawy, wzruszający niebanalny... To nie jest film dla samych miłośników podwodnego życia czy też (tak jak ja) miłośników mięczaków. To moralitet egzystencjalny, naszpikowany treściami do przemyślenia, idealny jako punkt wyjścia do przypatrzenia się swojej relacji z otaczającym światem. Zamiast stać przy moknącym grillu może lepiej zaproponować wspólne obejrzenie filmu i przedyskutowanie, o co tak naprawdę chodzi. Moim zdaniem lepsze na majówkę niż dyskontowe wyścigi w wyprzedaży butelkowanego piwa...


My Octopus Teacher (Czego nauczyła mnie ośmiornica), reżyseria i scenariusz Pippa Ehrlich i James Reed, RPA 2020, dystrybucja Netflix

środa, 23 grudnia 2020

Et habitavit in nobis

 W sterylnym świecie naszych planów wydarza się czasem coś, co wywraca nam świat do góry nogami. Snując różne scenariusze i planując strategie pomijamy na ogół rozwiązania absurdalne, w których niepowadze nie sposób przecież dopatrywać się ocalenia. I właśnie dlatego warto czasem rozbić się o tę myśl, że może wszystko jest całkiem inne... W czułości nie chodzi o tkliwość i sentymentalizm, a bliskość to nie tylko ciepło, ale również odpowiedzialność. Niech się wiec nam wydarzają te Święta w Tajemnicy zaskakującej umysł, poszerzającej go o odwagę wiary. 

Wdzięczny za obecność życzę wszystkim Przyjaciołom, aby święta Bożego Narodzenia pozwoliły przeżyć niezwykły czas obfitujący w głębokie duchowe przeżycia przywracające poczucie sensu. Niech dobrzy ludzie znaczą zbliżające się spotkania, a serdeczność i bliskość niech będą językiem dialogu. Niech wszystkim błogosławi  Wcielona Bezbronność Miłości, która zamieszkała między nami.

Z najserdeczniejszą myślą Malakofil Ślimaćkiewicz



środa, 19 sierpnia 2020

Jerzego Jabłońskiego nieogarnianie

Wszyscy smucą się nieszczęściami przyjaciół, tylko nieliczni potrafią cieszyć się ich sukcesami napisał gdzieś kiedyś podobno Oscar Wilde. Tyle zapamiętałem. Coś jest chyba na rzeczy, bo sukces przyjaciela to jednakowoż jest sytuacja, w której trzeba się skonfrontować z różnymi emocjami za którymi idą różne przecież postawy. I w takiej sytuacji znalazłem się przed kilkoma dniami, kiedy podarowana mi została najnowsza książka mojego przyjaciela Jurka Jabłońskiego Miłość... nie ogarniam. Wiedziałem, że powstaje. W setkach rozmów wracaliśmy do jej różnych kwestii, ale nie znałem żadnego jej fragmentu i oczekiwanie na jej ukazanie się było równie emocjonujące, co wielogodzinne dyskusje na różne męskie tematy, o których rzecz ta traktuje. Był nawet taki moment, że jako jeden z pierwszych widziałem różne propozycje okładki. Śpieszę jednak uspokoić: nie mam zamiaru ustawiać się w kolejce tych, których trzeba by przebadać pod kątem ojcostwa sukcesu. Moja rola sprowadziła się tylko i aż do przyjacielskich rozmów, w których zresztą najczęściej to ja przyznawałem się do całkowitego, bezwarunkowego nieogarniania świata. 

Zaryzykowałbym określeniem, że jestem bibliofilem. Uważam książkę za coś więcej niż utrwalony na papierze zapis czyjejś myśli. Uważam książkę za wartość. Spotkanie z książką stanowi dla mnie wartość, ale ponad tę wartość wynoszę spotkanie z człowiekiem (czyli taką wciąż piszącą się książką). Jako intelektualista (dziś chyba się już nie używa tego słowa...) staram się zachowywać świeżość w spotkaniach z książkami, pozwalam sobie na uwalnianie różnych emocji towarzyszących oczekiwaniu, otwieraniu, pierwszemu spojrzeniu a później przy lekturze - na unoszenie się z nurtem bądź na walkę z tymże, kiedy nie godzę się czytanymi myślami. Jestem też - choć chyba pierwszy raz zdobywam się na takie określenie - pisarzem i znam doświadczenie książki od tej drugiej strony, czyli twórcy (choć doświadczenie to uważam za nader skromne). Tym razem miałem dużo bardziej skomplikowaną sytuację: czekałem na książkę, którą żył mój przyjaciel. Byłem tego świadkiem. Oczekiwanie na nią było tylko maleńkim cieniem tego, co przeżywał mój przyjaciel. Kiedy myślisz o książce kogoś, kogo znasz, z kim łączą Cię więzy przyjaźni wyrosłej na paralelnych biografiach, to wiesz, że znajdujesz się się w sytuacji trudnej. Jeśli Cię jeszcze przyjaciel poprosi o recenzję swojej książki, to wypisz wymaluj: masz już gotowy temat na tragedię dla Sofoklesa.

Nie umiem pisać recenzji. Napisałem ich w życiu kilka, no może kilkaset (z czego większość dotyczy książek o mięczakach), ale o żadnej z nich nie powiedziałbym, że stanowi recenzję sensu stricto. Wolę poddawać się pewnemu intelektualnemu rozpłynięciu w tym, co rezonowało przy lekturze. W mojej ocenie recenzent nie może być kimś na kształt ręki piszącej po wapnowanej ścianie mene tekel fares. Zadaniem recenzenta jest dać świadectwo o tym, w jaki sposób dzieło odcisnęło się na jego myśli, emocjach, życiu. Myślę, że to bardzo ważne: to nie ocenia, tylko pokazuje, jak na jednostkowym (a zatem przecież nie miarodajnym) przykładzie oddziałuje - nomen omen - dzieło. Owszem, może recenzent zająć się sprawami drugorzędnymi, znaleźć mocne i słabe strony, wytknąć błędy i niezgodności, ale to jest rzecz natury technicznej (krytycznej) i nie wyczerpuje definicji recenzji. 

Po co więc tak wiję się i tłumaczę? "Za dużo słów jak na czyste sumienie" usłyszałem kiedyś... Zależy mi na tym, żeby oddać jakąś prawdę mojego spotkania z książką Miłość... nie ogarniam. Męskie spojrzenie na życiowe sprawy (Poznań, Święty Wojciech, sierpień 2020, ss. 140) za którą stoi Jerzy Jabłoński, teolog i pedagog, poeta i fan futbolu, prywatnie - mój przyjaciel, którego telefon opatrzony jest w mojej książce adresowej imieniem "Osioł". Czekałem na tę książkę bardzo długo, zdecydowanie dłużej, niż Jurek zaczął o niej myśleć nawet. Chodzi o coś niezwykle ważnego, czego waga wymaga jednak zastosowania dość subtelnych narzędzi oceny. Trzymam w ręku, poję swoje oczy i serce niczym innym jak świadectwem. Trudno by szukać w słownikach takiego gatunku literackiego, ale jeśli ktokolwiek w środku nocy wyrywając mnie ze snu zażądałby ode mnie jednosłownej oceny, czym jest książka Jerzego Jabłońskiego, odpowiedziałbym "świadectwem" (albo jakimś wulgaryzmem, bo jak by mnie ktoś w środku nocy o to pytał, to bym go w dupę kopnął). Świadectwo ma to do siebie, że z nim się nie dyskutuje. Albo się je przyjmuje, albo uznaje za niewiarygodne. A ponieważ nasze biografie na tyle się poprzeplatały, że wiarygodności świadectwa podważyć nie mogę, to i nie mam logicznie innego wyboru, jak świadectwo przyjąć. Ponieważ jednak zwykłem angażować w lekturę nie tylko moje władze rozumowe, ale nadto jeszcze władze emocjonalne, muszę oddać i to, że rozważania Jurka przeprowadziły mnie przez bardzo trudny temat perfekcjonizmu, o którym książka ta traktuje, choć w żadnym miejscu go nie definiuje. Perfekcjonizm to nie jest dążenie do perfekcji. Perfekcjonizm to brak akceptacji dla błędu i słabości. W języku polskim jak dotąd nie znaleziono lepszego terminu i to podobieństwo słów wielu wprowadza w błąd. Perfekcjonizm to jedna z najpaskudniejszych wad charakteru, a na pewno najcięższa do codziennego użytku. I o tym właśnie jest te sto czterdzieści stron. Ale żeby była jasność: to nie jest ileś tam stron wywodów, górnolotnych złotomyślnych sentencji i aforyzmów do przepisywania w fejsbukowych gniotach. To jest świadectwo, czyli do bólu szczery zapis zmagań z niezgodą na siebie i świadectwo dochodzenia nie tylko do akceptacji, ale to pokochania swojego życia. To, co będę podkreślał zdecydowanie i konsekwentnie to okoliczność, że autorowi udało się dać osobiste świadectwo, bardzo prywatne i wręcz intymne, bez jakiegokolwiek ekshibicjonizmu, bez sadomasochistycznego zadręczania, za to z niezwykłą prostotą, ze zdemaskowaniem mentorskich póz. Kluczem do tego jest jedno słowo: wdzięczność. Kto słowo to wyrugował ze swojego słownika i nie daje mu przypustu do swojej codzienności, diamentów w książce Jurka Jabłońskiego nie znajdzie...

Pisałem kiedyś o tomiku wierszy Rzeczy najprostszych promień. Nie padło w nim ani jedno słowo o mięczakach. W tej książce też, w żadnym miejscu, w żadnym wersie, nie pada choćby najmniejsze słówko o nich. A jednak jako samozwańczy i nieuleczalny spec od mięczaków między ludźmi pozwalam sobie na podtrzymanie opinii, że mięczaki są najwłaściwszymi odbiorcami tej książki. Chodzi mi o tych wszystkich, którzy bez względu na zaawansowanie życiowych sukcesów, doświadczają  jakiegoś lejbenszmercu, którzy w swoim życiu  nie zawsze odnajdują się po właściwej stronie moralnych dylematów, którzy poważnie traktują wyższość "być" nad "mieć" a serce w pierwszej kolejności mają do kochania, później do pompowania krwi. Refleksje Jerzego Jabłońskiego adresowane są nie do tych, którzy programują się na sukces, ale do tych, którzy zaczynają doświadczać, że trudno im uciec od siebie. Nie chodzi więc o znalezienie jakiegoś triku za który terapeuci go znienawidzą. Chodzi o podzielenie się własnym doświadczeniem możliwości znalezienia drogi, na której mozolnie, ale w dobrym towarzystwie poetów, piosenkarzy, reżyserów czy sportowców, można dojść do momentu, w którym pierwszym i największym przyjacielem okazuje się własne życie, podarowane przez kipiącego miłością Ojca, który jest w Niebie...

Udało się Jurkowi Jabłońskiemu dotknąć tematu miłości na sposób męski, bez egzaltacji, bez ekshibicjonizmu, bez tkliwości, ale też bez techniczno-łopatologicznych instrukcji zaklinania rzeczywistości. Udało się Jurkowi powiedzieć kilka ważnych słów o męskim radzeniu sobie z nieradzeniem, o zaufaniu w sytuacji, kiedy ciemność jest najbielszą odmianą bieli. Bez dydaktyzmu, bez nachalnego wskazywania palcem rozwiązań, ale ze stanowczym jednocześnie wyznaniem, że bez Boga to wszystko byłoby psu na budę. Więc kiedy zdarza mi się mówić o tej książce to nie przyjaźń każe mi ją zachwalać, ale własne doświadczenie przejrzenia się w podarowanej mi odkrytej biografii wrażliwca tak podobnego-niepodobnego do mnie. 

Jerzy Jabłoński daje też świadectwo męskiej wiary, czyli takiej, w której zaufanie opiera się na sprawdzeniu w ekstremalnych sytuacjach. A ekstremalne sytuacje to nie utknięcie na dnie jaskini czy wypadnięcie z samolotu. Ekstremalne sytuacje to nasze małe codzienne wybory, których skutki ciągniemy za sobą jak zardzewiałą zbroję Rodriga z Misji Rollanda Joffé

Jeśliby ktoś, kto poszukując wiadomości o mięczakach trafił na tę garść refleksji i zastanawiał się, jaki ma to związek z mięczakami, śpieszę wyjaśnić, że merytorycznie żaden. No może poza tym, że bez obaw mogę autora nazwać mięczakiem i cieszyć się, że odpłaci mi tym samym z całego serca. A dlaczego tutaj tyle napisałem? Z wdzięczności. Dopiero później z przyjaźni, która przetrwała i tę próbę, że Jurek swoją książkę już wydał, a ja swojej jeszcze nawet nie napisałem ;)


sobota, 31 sierpnia 2019

Zanim ruszy szkoła

Kto tu zagląda, ten szybko się zorientuje, że częściej od relacji z wojaży zdarza mi się wrzucać recenzje wszelkiego rodzaju wydawnictw. Pomyślałem, że warto by wspomnieć o zupełnie innym typie publikacji, które powinny też otrzymać prawo głosu. A okazja jest świetna, bo właśnie kończą się wakacje, a to o czym myślę, to świetny łącznik między rozrywką a nauką. Nie wiem, czy eksperci podzielają moje zdanie, ale będę się go trzymał, bo zdanie moje w jakiejś mierze przetestowane jest na ludziach. Najmłodszych ludziach;)
Mam w swoich zbiorach kilka gier planszowych, które łączy malakologiczny mianownik. Części jeszcze nie mam i zamierzam w przyszłości nabyć, jeśli więc ktoś ma swoje doświadczenia ze ślimaczymi grami, chętnie poznam nowe stanowiska. 
Ostatnio testowałem "Sprytną Ośmiornicę". To gra dla dzieci od piątego roku życia. Dostajesz gumowe macki, które zakładasz na kciuk, palec wskazujący i na środkowy, i za pomocą tylko tych macek musisz zbudować z kolorowych kubków przestrzenną kompozycję, której schemat dostajesz na jednej z kilkudziesięciu kart. Trzeba i pogłówkować, i pogimnastykować się, do tego premiowany jest refleks. Ja  miałem trochę problemów i z zapamiętaniem układu, i - a może przede wszystkim - z mackami, które na moje paluchy wchodzić za bardzo już nie chciały. Jest taka moda, że na grach pisze się zakres wiekowy np. od +4 do +104. Tutaj nie podano tego górnego zakresu, sugerując dyskretnie, że to chyba dla dzieci. Ale zabawę miałem przednią.


Inna z testowanych w ostatnim czasie gra to podwójny zestaw wydany przez firmę "Aleksander". Ta planszówka to klasyczna gra losowa z przeszkodami. Decyduje wyłącznie kostka do gry i właściwe przesuwanie pól. Plansza najeżona jest premiami i karami, nie do końca to lubię, bo nawet pod koniec gry można wrócić na start, a to potrafi być demotywujące nawet dla cierpliwego gracza... Fajna rozrywka, ale właściwie tylko rozrywka, bez wartości dodanej w postaci pomyślunku. No chyba, że mówimy o nauce kreatywnego przesuwania pionka, w czym przedszkolaki są arcymistrzami;) 


Przygody ślimaka to nie gra w rozrywkowym tego słowa znaczeniu, a pomoc dydaktyczna dla logopedów. Mam to, ale znam instrukcji i nie będąc logopedą, nie wiem, jak używać. Bo autorzy nie pomyśleli o takich partaczach jak ja i nie załączyli instrukcji obsługi. Jeśli ktoś wie, jak to ustrojstwo uruchomić, to ja cierpliwie poczekam na podpowiedź...


Z powodu zacięcia się na grze logopedycznej Przygody ślimaka, do tej pory nie zainwestowałem w dwie inne gry z podobnej branży, czyli w  Ślimaka i Ośmiornicę Urszulę. Potrzebuję jeszcze trochę czasu na przełamanie, więc jeśli ktoś może pomóc, doradzić, to się oczywiście polecam.



Mam i często testuję dwie podobne do siebie gry, ale na innych zasadach oparte. Jedna to Pędzące ślimaki, druga zaś Ślimaki to mięczaki. Obie to planszówki oparte na grze losowej, bo korzysta się z kostek do gry (sześciennych, ale specjalnych, różnych w każdej z tych gier). Decyduje nie jedna, ale kilka kostek. Nie jest jednak tak, że wszystko zależy od ślepego losu, bo trzeba budować strategię, którą uatrakcyjnia ta okoliczność, że nie wiadomo, który gracz porusza się którym ślimakiem... Rewelacyjne, śmieszne i mądre. Polecam.

  



Na koniec została mi jeszcze gra Ślimaku, pospiesz się, które jeszcze w łapach nie miałem, może dlatego, że to gra matematyczna;) A na poważnie, wkrótce pewnie będą ją miał, więc mógłbym wtedy powiedzieć więcej. To jest gra matematyczna i jest promowana jako pomoc dydaktyczna w nauczaniu matematyki. Ponieważ w tej dziedzinie orłem nigdy nie byłem, tym bardziej powinienem zainwestować w nią, co też niebawem powinno nastąpić. Tymczasem sygnalizuję jedynie, że i taka na naszym rynku księgarskim istnieje.


Nie sądzę, aby było to wszystko, co u nas dostępne. Jeśli ktoś posiada wiedzę na temat istnienia innych planszowych (i nie tylko) wynalazków, bardzo proszę o mnie pamiętać i dać znać, będę naprawdę zobowiązany.
Aha, jestem stary już na tyle, że wiem też o istnieniu gry Ślimak Bob, ale to gra komputerowa, a nie planszowa, i nie służy do budowania relacji. Nawiasem mówiąc, jeśli nie zapomnę, to i o niej kiedyś wspomnę;) 

sobota, 29 czerwca 2019

Laboratorium ślimaka

Ponieważ nie korzystam z takiego medium, jak Facebook, zdaję sobie sprawę z tego, że pewne wydarzenia umykają mojej uwadze. I tak uważam, że to lepsze rozwiązanie, niż wysysanie sobie mózgu pogonią za kolejnymi newsami...
Gdybym był użytkownikiem wspomnianego medium, pewnie dowiedziałbym się wcześniej o zupełnie dwóch owych książkach o ślimakach, z których o jednej chciałbym dziś wspomnieć.
Wyraziłem się nie do końca precyzyjnie. Nie tyle są to książki o ślimakach, co książki, których bohaterem jest ślimak. Ponadto są to książki dla dzieci, co też nie bez znaczenia.
Wczoraj wpadła w moje łapy ciekawa książka dla ciekawych dzieci. Nie doszedłem jeszcze do tego, jaki jest optymalny wiek adresata, myśle jednak, że chodzi o przedział od 6+ do nieskończoności.  Magdalena Osial przygotowała książkę, która wyrasta z jej doświadczeń prowadzenia doświadczeń.  Takich prostych i jednocześnie bardzo ciekawych, podręcznych, bo do ich przeprowadzenia wystarczy zawartość kuchennych szafek, no może jeszcze szafki z apteczką domową, która przecież w większości domów znajduje się w kuchni... Przez doświadczenia przeprowadza Ślimak Madzik. Dlaczego ślimak? Myślałem nad tym od wczoraj i dochodzę do przekonania, że jest najbardziej oczywiste stworzenie do alegorii ciekawości. Kto przyglądał się aktywności lądowego ślimak ten zgodzi się ze mną, że rozglądający się ślimak zdaje się być pochłonięty ciekawością.
Choć nie porywają mnie ilustracje (nie są złe, ale nie w moim guście), gorąco tę książkę polecam wszystkim  którzy zastanawiają się, w jaki sposób rozbudzać w dzieciach ciekawość i naukową dociekliwość. Dobrze skomponowana książka nie pozwoli na nudę. Niektóre treści mogą się wydawać adresowane do starszych dzieci, które już mają pojęcie o chemii lub fizyce, ale rodzic towarzyszący młodszemu dziecku w lekturze nie będzie miał trudności z wyjaśnieniem  o co chodzi, np. w zapisach reakcji chemicznych.
Laboratorium Ślimaka Madzika jest książką o prawach rządzących otaczającym nas światem, których odkrywanie może być wspaniałą przygodą. I choć wakacje nie szczególnie zachęcają do wkuwania chemii czy fizyki, ta właśnie książka może być świetną rozrywką na czas wakacji, zwłaszcza przy tych nieznośnych upałach. Polecam, choć w źaden sposób nie jest to książka o ślimaku;)
P.S. Nawiasem mówiąc, świetny patent na oddanie obojnactwa w imieniu bohatera.


Magdalena Osial, Laboratorium Ślimaka Madzika,   Wydawnictwo Dlaczemu, Warzzawa, 2019, 144pp

sobota, 19 stycznia 2019

Edgar Allan Poe malakologiem?

19 stycznia 1809 roku w Bostonie urodził się Edgar Allan Poe, najbardziej bodaj w świecie znany amerykański pisarz i poeta doby romantyzmu. I choć jego nazwisko nieodłącznie kojarzy się głównie z gotycką grozą literacką, jego zasług doszukiwać się można i na tak odległych obszarach, jak zoologia, a dokładniej rzecz ujmując: malakologia. Wiele wskazuje na to, że to właśnie Edgar Allan Poe stoi za wprowadzeniem terminu "malakologia (malacology)" do szerokiego zoologicznego słownictwa. I choć sam termin jest o kilka (de Blainville, 1825) lub kilkanaście (Rafinesque, 1814) lat starszy, Poemu można by przypisać największe jego rozpropagowanie u jego początków...
Działo się to 180 lat temu, gdy trzydziestoletni Poe  w kulturalny sposób dokonał czegoś, co dziś nazwalibyśmy plagiatem. Wykorzystując rozpoznawalne już nazwisko wydał był pod nim właśnie opracowanie The Conchologists first Book, poprzedzając je przedmową i wstępem, w którym omówił znaczenie terminu "malakologia". Dokonał też wielu przeredagowań wydanego dwa lata wcześniej oryginalnego działa Thomasa Wyatta, który to niejako "poprosił" Poego o użyczenie nazwiska dla publikacji, której pierwsze wydanie (w cenie 8 dolarów) było zdecydowanie za drogie, by trafić pod amerykańskie strzechy. Pomysł był trafiony, bo wydana w 1839 roku książka podpisana autorstwem Edgara A. Poe doczekała się już w następnym roku drugiego wydania, a przystępna cena (1,5 dolara) przełożyła się na duże zainteresowanie skutkujące trzecim wydaniem w 1845 roku. Zasługą amerykańskiego poety było więc nie tylko wprowadzenie tematyki konchologicznej na szerokie wody czytelnictwa między Atlantykiem a Pacyfikiem, ale również spopularyzowanie naukowej (malakologicznej) interpretacji zainteresowań historią naturalną w duchu ustaleń Cuviera, którego dzieła w obszernych fragmentach Poe przetłumaczył i wkompilował w książkę.
Od narodzin Edgara Allana Poe mija 210 lat. Romantyczna twórczość i skomplikowana biografia wpisały go w panteon twórców, którym fascynować się nie przestają wszelkiego rodzaju "dusze czujące ból świata". Warto mieć jednak w świadomości, że parając się tak nieświatową dziedziną wiedzy, jaką jest malakologia, ma się wśród jej twórców między innymi wybitnego poetę. A o kształtowaniu się samego terminu jak i oznaczonej przezeń nauki warto poczytać w tekście rosyjskiego malakologa Maxima Vinarskiego The bitrh of malacology. When and how z 2014 roku.



Edgar Allan Poe, (C) Wikipedia

piątek, 30 listopada 2018

Odnowienie Doktoratu profesora Andrzeja Piechockiego

Jest taki uczelniany zwyczaj (wieloletni, choć nie wiekowy), że osoby szczególnie zasłużone dla rozwoju nauki czy uczelni, czci się uroczystością Odnowienia Doktoratu po pięćdziesięciu latach od jego obrony. Taki złoty jubileusz doktoratu. Zdarzyło się, że w dniu wczorajszym, 29 listopada 2018 roku, Uniwersytet Łódzki uhonorował w ten sposób trzech pracowników nauki, w tym profesora Andrzeja Piechockiego, malakologa, który swoją karierę naukową związał z Łodzią.
Urodzony 14 maja 1938 roku w Bydgoszczy na miejsce studiów wybrał Łódź, argumentując - jak to podkreślił w dniu wczorajszym - że była dalej od domu niż Toruń. Na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi UŁ obronił w 1961 roku pracę magisterską Mięczaki Parku Ludowego w Łodzi (obecnie to Park im. J. Piłsudskiego na Zdrowiu). Pracy tej nigdy nie miałem okazji poznać, w odróżnieniu od na przykład doktoratu czy habilitacji, które to znane są mi od lat. Z doktoratem Andrzeja Piechockiego jest tak, że wyłowił go w Grabi, nizinnej rzecze (dopływ Widawki, dopływu Warty, dopływu Odry), podobnie jak kilku innych biologów związanych z Uniwersytetem Łódzkim. Przez kilka lat żyłem w mieście nad tą rzeką i miałem niejednokrotnie ambicję sprawdzenia po kilkudziesięciu latach opisanych w doktoracie stanowisk. Nigdy oczywiście tych ambicji nie doprowadziłem dalej jak do etapu planów, a wszystkie moje nad Grabią pobyty miały miejsce na stanowiskach innych niż opisane w pracy Mięczaki (Mollusca) rzeki Grabi i jej terenów zalewowych obronionej w 1968 roku, a opublikowanej we Fragmenta Faunistica w roku następnym. Promotorem tej pracy (podobnie jak wcześniejszego magisterium) był prof. Leszek Pawłowski.
Uroczystość odnowienia doktoratu wiąże się z przedstawieniem dorobku jubilatów. Dokonuje tego promotor, w omawianym przypadku był nim prof. Jacek Siciński. Podkreślając dorobek jubilata wspomniał tylko na końcu wystąpienia, że Jubilat jest również aktywny na polu literackim. Ten wątek nie został w żaden sposób rozwinięty, a okazja była, więc pozwolę sobie tutaj na minimalne uzupełnienie. Przed kilkoma dniami trafiła do księgarń (w Bydgoszczy i w Łodzi, w tym mieście konkretnie do Księgarni Naukowej przy ul. Kopcińskiego) powieść Obywatel Jan P. autorstwa łódzkiego malakologa. Nie jest to oczywiście fabularny debiut, taki nastąpił już niemal dekadę temu najpierw w formie reportażu (Ekspedycja, 2010) a następnie w formie powieści Ucieczka z Akademii IQ, 2012 (obie te książki recenzowałem na tych łamach). Tym razem czytelnik otrzymał sporą dawkę wiedzy historyczno-obyczajowej ubranej w narrację o Janie P., prywatnie o ojcu Autora. Od kilku dni leży ta książka przy nocnej lampce, ale natłok spraw zawodowych nie pozwolił mi na przeczytanie więcej niż kilkudziesięciu stron. Czyta się szybko i dość przyjemnie, choć czasem utykam na jakichś erudycyjnych szczegółach. Nie jest to recenzja, ale wszystkim, którzy profesora Andrzeja Piechockiego znają, tę powieść polecam jako "autobiografię rozszerzoną". Napiszę o tym za kilkanaście, może kilkadziesiąt dni, kiedy uporam się z zawodową karuzelą.
Jubilat w czasie wystąpienia, 29.11.2018

Najświeższe dzieło Andrzeja Piechockiego

Doktorat Andrzeja Piechockiego

sobota, 28 lipca 2018

Mój Herbert


I tamten pamiętam lipcowy poranek, po nocnej burzy, i Pierwszy Program Polskiego Radia informujący, że w nocy w Warszawie w wieku 74 lat zmarł wybitny polski poeta Zbigniew Herbert. I tamto pamiętam niedowierzanie. I ból pamiętam i smutek.
A potem tamte pamiętam słowa premiera Buzka, wypowiedziane na Powązkach w dniu pogrzebu, za świętym Pawłem: W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem (2Tm 4,7).
Minęło dwadzieścia lat, a ja pamiętam. Nie jestem strażnikiem pamięci, jak On, ale pamiętam. Być może bez niego nie byłoby mnie takim, jakim wydaję się być, a może wciąż nie wiem, jak wielkie na mnie wycisnęło piętno zainteresowanie Jego twórczością.

Dwadzieścia lat temu odszedł Zbigniew Herbert, jeden z najważniejszych moich nauczycieli i mistrzów. Jego twórczość mnie inspiruje, biografia fascynuje. Dobrze mi się z nim rozmawia, choć bardzo często nie rozumiem, co do mnie mówi. Uspokaja mnie wtedy genetyczny zapis poetyckiego doświadczenia, zakorzenienie w kulturze, która jest wspólną częścią genomu.
Po dwudziestu latach kolejny raz odkrywam jego wiersz Mona Lisa z tomu Studium przedmiotu. Odczytuję go jako zapis konfrontacji doświadczenia pielgrzyma z oczekiwaniem estetycznego i etycznego sacrum. Odczytuję jako zapis bolesnego rozczarowania, tak dotkliwego, że nie można się do niego przyznać. Czasem bowiem tak jest, że pragnienie dotknięcia czegoś jest silniejsze niż doświadczenie dotknięcia i wtedy pojawia się ból obnażonej nadziei. Zdarza mi się, że czasem przeżywam coś podobnego, wtedy koi mnie literacka pamięć i odniesienie.

Dwadzieścia lat temu, we wtorek 28 lipca 1998 roku, odszedł Zbigniew Herbert. Od dwudziestu lat nie mogę spłacić mojego długu wdzięczności, mojego zobowiązania.

Mona Lisa

przez siedem gór granicznych
kolczaste druty rzek
i rozstrzelane lasy
i powieszone mosty
szedłem –
przez wodospady schodów
wiry morskich skrzydeł
i barokowe niebo
całe w bąblach aniołów
– do ciebie
Jeruzalem w ramach


stoję
w gęstej pokrzywie
wycieczki
na brzegu purpurowego sznura
i oczu


no i jestem
widzisz jestem


nie miałem nadziei
ale jestem


pracowicie uśmiechnięta
smolista niema i wypukła


jakby z soczewek zbudowana
na tle wklęsłego krajobrazu


między czarnymi jej plecami
które są jakby księżyc w chmurze


a pierwszym drzewem okolicy
jest wielka próżnia piany światła


no i jestem
czasem było
czasem wydawało się
nie warto wspominać


tyka jej regularny uśmiech
głowa wahadło nieruchome


oczy jej marzą nieskończoność
ale w spojrzeniach śpią ślimaki


no i jestem
mieli przyjść wszyscy
jestem sam


kiedy już
nie mógł głową ruszać
powiedział
jak to się skończy
pojadę do Paryża


między drugim a trzecim palcem
prawej ręki
przerwa


wkładam w tę bruzdę
puste łuski losów


no i jestem
to ja jestem
wparty w posadzkę
żywymi piętami


tłusta i niezbyt ładna Włoszka
na suche skały włos rozpuszcza


od mięsa życia odrąbana
porwana z domu i historii


o przeraźliwych uszach z wosku
szarfą żywicy uduszona


jej puste ciała woluminy
są osadzone na diamentach


między czarnymi jej plecami
a pierwszym drzewem mego życia


miecz leży
wytopiona przepaść
[z tomu Studium przedmiotu, 1961]



czwartek, 11 stycznia 2018

Wiara i rozum

Marzy mi się zająć się tym tematem kiedyś na poważnie, nawet w oderwaniu od głównych moich zainteresowań krążących wokół mięczaków. Marzy mi się dokonać kwerend poszerzonych i skrupulatnych. Marzy mi się wciągnięcie w to działanie wielu ludzi podobnie do mnie zainteresowanych tym obszarem. Marzy mi się i kiedyś za to marzenie się wezmę. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś...
Relacje między wiarą i rozumem mogą iść w bardzo różnych kierunkach. Ja wierzę  i jestem przekonany o możliwości godzenia obu i śmiem przypuszczać, że nie jestem w tym przekonaniu osamotniony. A ponieważ dziś mija 380. rocznica urodzin błogosławionego Nikolasa Steno, pomyślałem z okazji skorzystać.
Urodzony w Kopenhadze Niels Stensen nie był malakologiem, więc nie powinien zaprzątać mi głowy. Jednak jego nazwisko powinno być znane i wśród malakologów, zwłaszcza tych, którzy w badaniach swoich korzystają ze zdobyczy geologii i paleontologii. Stensen jest bowiem uważany za ojca stratygrafii, a sformułowane przez niego podstawowe zasady tej dziedziny obowiązują do dziś. Opublikowane w 1666 roku wnioski dotyczące zębów rekinów i "kamiennych języków" otworzyły drogę do racjonalnego wyjaśniania zjawisk geologicznych. I choć sam Sensen niedługo potem dokonał konwersji na katolicyzm i po kilku latach został biskupem wśród katolickiej mniejszości północnych Niemiec i Danii, zarzuciwszy aktywność geologa i anatoma, wkład jego w racjonalną interpretację dziejów Ziemi jest ogromny. Trzeba przecież pamiętać, że w tamtych czasach w amonitach widziano węże zaklęte w kamień, a i wiele koncepcji naukowych opartych było na utrwalonych przesądach (dziś zresztą jest podobnie...). Bynajmniej nie za prace geologiczne, a za moralną postawę w służbie Kościołowi Steno został beatyfikowany przez Jana Pawła II, nie mniej jest przykładem człowieka, którego uskrzydlały tak wiara, jak i rozum.
Kiedy zdarza mi się sięgać po opracowania z zakresu stratygrafii czy paleontologii, które w rozwoju moich malakologicznych dociekań stanowią integralną cząstkę, wspominam zawsze postać bł. Nikolasa Stensena. Dobrze, że byli tacy, którzy mieli odwagę wierzyć i szukać prawdy...
Byli przed nim i po nim ludzie, którzy w refleksji nad światem dopuszczali do głosu interpretację wiary i rozumu. W tym roku minie dwadzieścia lat o momentu, kiedy wspomniany już Jana Paweł II ogłosił encyklikę Fides et ratio poświęconą temu problemowi. Może więc jest to tym bardziej sprzyjający czas, żeby wziąć się za realizację jednego z marzeń?

Google doodle z 11.01.2012 r.

piątek, 17 listopada 2017

Pomysł na jesienne wieczory

Mam w swoich zbiorach bibliotecznych książkę, której do tej pory nie omówiłem tutaj należycie, a i dziś tego nie zrobię. Zasygnalizuję, że jest, a jeśli jej gdzieś szukać, to bardziej w antykwariatach niż księgarniach, bo parę lat minęło już od jej wydania. Traktuje ona o dekoracjach z muszli i przyznać się muszę, jakoś nie bardzo przekonywało to moje poczucie estetyki.
A może warto jednak przyjrzeć się temu i zastanowić się, czy nie jest to obszar godny głębszego przeanalizowania? W 2014 roku na Krajowym Seminarium Malakologicznym prezentowałem wystąpienie poświęcone dekoracjom z muszli w kościele Świętego Ducha w Łasku (woj. łódzkie), koncentrując się nie tyle na walorach artystycznych, co na doborze gatunków.
Latem, kiedy byłem w Sarbsku (to blisko Łeby), w tamtejszym muzeum morskim (jedna z atrakcji kompleksu rozrywkowego), widziałem "obrazy z muszli", które - przyznać trzeba - nie straszyły.
Znalazłem ostatnio taki filmik o gruzińskim duchownym, który z muszli mięczaków tworzy obrazy, w tym również ikony (w sensie religijnym). Nie znam gruzińskiego, więc nie streszczę tego, o czym mówi ojciec Dimitri Sukhitashvili z kościoła Kaszweti Świętego Jerzego w Tbilisi. Drugi link odsyła do anglojęzycznej wersji materiału video, polecam.
Przyznać muszę, że jakkolwiek nadal nie porywa mnie to estetycznie, to jednak "ma to w sobie coś"... Zresztą, oceńcie sami, bo przecież de gustibus non disputandum est... Może więc, skoro jesień późna i wieczory długie, spróbować warto swoich sił na artystycznym poletku, obcując z pięknem samym w sobie, zaklętym w milionach lat ewolucji mięczaków?

https://www.palitravideo.ge/yvela-video/akhali-ambebi/29335-qnizharebis-samothkheq-moluskebis-akhali-ckhovreba-dekanoz-dimitris-namushevrebshi.html
http://www.georgianews.ge/arts-a-culture/22848-unusual-art-archpriest-dimitri-sukhitashvili-creates-icons-from-sea-shells.html 


Jedna z muszlowych kompozycji z Sarbska




środa, 22 marca 2017

Jacek Kaczmarski (22.03.1957-10.04.2004) - Idziemy po muszelki!

Dziś świętowałby sześćdziesiąte urodziny... Wierzę, że przechadzając się gdzieś po niebiańskich łąkach, spogląda z góry na zakochanych w swoich córeczkach ojców, którzy z wytrwałością Syzyfa zbierają z plaży muszelki... Sam w końcu przeszedł brzeg morza w tym celu, zostawiając zapis tego doświadczenia.
Nie wiem, kim byłbym bez jego twórczości. Nie jesteśmy z tego samego pokolenia. Nie odczytuję wszystkich kodów, które dla jego rówieśników mogą być oczywiste, ale też wyłuskuję z jego twórczości wszystko, czego potrzebuje o pokolenie młodszy człowiek.
Pewnie dziś stacje radiowe częstować będą "Murami", "Obławą", "Naszą Klasą"... A tyle jest utworów, które pozostają poza głównym nurtem znajomości jego twórczości. Dziś z mojego prywatnego zestawienia najważniejszych piosenek (pieśni) Jacka Kaczmarskiego polecam pochodzącą z płyty Dwie skały (1999) balladę Wakacyjna przypowieść z metafizycznym morałem.
Długa byłaby lista moich propozycji, ale dziś niech to będzie ta właśnie. Bez komentarza. 

Wakacyjna przypowieść z metafizycznym morałem
Zrywamy się przed świtem
Nie myśląc o śniadaniu
Milczący, źli a przy tym
Zupełnie niewyspani.
Okrągły księżyc drwi z nas
Jak puste dno butelki;
Lecz nam to nie pierwszyzna
Idziemy po muszelki.

Szlak wiedzie brzegiem morza
Na zachód - w kołdrze mroku,
Więc z tyłu pełznie zorza
Cierpliwie krok po kroku.
Na piasku rosną cienie
Jak rozciągnięte szelki -
Idziemy niestrudzenie,
Idziemy po muszelki.

Muszelki - rzecz nietrwała,
Po prawdzie nic nie warta,
Ale córeczka chciała -
Córeczka jest uparta.
Z fal słońce się wychyla
Jak złota pierś modelki;
Umyka nam ta chwila -
Idziemy po muszelki.

Palce u stóp maleństwa
Kaleczą się boleśnie.
Co robić? Na przekleństwa
Za późno - i za wcześnie -
Na wątpliwości antrakt,
Na cierpień bagatelki,
Bo zgrzyta zębów mantra -
Idziemy po muszelki.

Pierś słońca już w zenicie
Wspiera się nam na plecach
Potężnym żarem życia
Jak samo serce pieca.
Pot ciurka strumykami,
Dziurawią piach kropelki;
Wyschnięci na pergamin
Idziemy po muszelki.

W krąg wodorostów zieleń
Piętrzy się drwiącą warstwą
I cuchnie - a muszelek?
Muszelek - na lekarstwo!
Nie w naszej widać mocy
Odnaleźć skarb tak wielki!
Na skórze, w chłodzie nocy
Pęcznieją nam bąbelki.

Lecz córcia łapką gładką
Pieczeń skwierczącą klepie:
- Nie przejmuj się tak, Tatku!
Jutro ci pójdzie lepiej!
Los żaden nas nie zmoże,
Choć przeszkód pełen wszelkich!
Chwała Ci dobry Boże
Za drogę po muszelki!



poniedziałek, 13 lutego 2017

Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk - w 160 rocznicę istnienia

Dziś będzie krótko. W Poznaniu mają okazję do niezwykłego jubileuszu: świętowanie 160 lat istnienia organizacji to na polskie warunki naprawdę wyczyn, chyba tylko kościelne bractwa mogłyby się chwalić dłuższą historią... Dziś właśnie mija 160 lat od pierwszego spotkania 42 wielkopolskich działaczy, którzy dla podtrzymywania polskości i rozwoju nauk założyli w Poznaniu Towarzystwo Przyjaciół Nauk. Byli wśród nich przedstawiciele różnych stanów, duchowieństwa nie wyłączając, a cel, jaki im przyświecał, realizowany jest prze kolejne pokolenia. Być może dziś właśnie niektórzy wznoszą toasty szampanem za pomyślność na kolejne lata.
Mam swoje powody, aby w dniu dzisiejszym patrzeć w tamtą stronę. Wśród członków Towarzystwa było sporo malakologów, a prace Komisji Biologicznej Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego należą do moich ulubionych lektur malakologicznych (wymienię tylko Wiktora, Bergera, Urbańskiego, Jackiewicz, Dzięczkowskiego czy Stępczaka). Istnienie Towarzystwa jest też ważne dla mnie z innego powodu: udowadnia, że można jeszcze robić coś dla idei, dla wartości, jaką stanowi nauka. W czasach pogoni za punktowanymi publikacjami, w dobie globalizacji nauki, warto przypominać, że towarzystwa naukowe to nie krochmalone koszule, ale pewien etos, którym kierować się powinien każdy, kto poważnie przeżywa swoją intelektualną działalność. Życzyłbym wszystkim - nie tylko naukowcom, ale też i duchownym, i przedstawicielom świata kultury i sztuki, twórcom i przedsiębiorcom czy finansistom - odczuwania wspólnej odpowiedzialności za powierzoną naszemu pokoleniu misję podtrzymania i rozwoju nauki i sztuki jako fundamentu tożsamości naszego narodu. Życzyłbym też poczucia dumy z wpisywania w swoje naukowe czy twórcze curriculum vitae przynależności do towarzystw naukowych, takich jak dzisiejsze Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk.
Ad multos annos! 


poniedziałek, 19 grudnia 2016

Robert A. D. Cameron Slugs and Snails

Zastanawiam się, co z tym fantem zrobić. Pojawiła się właśnie, 15 grudnia dokładnie rzecz ujmując, książka profesora Roberta Camerona pt. Slug and Snails. To liczące pół tysiąca stron opracowanie godne jest polecenia choćby ze względu na samego autora, który jest niekwestionowanym autorytetem w świecie malakologii, na dodatek dobrze znającym Polskę, polskie ślimaki i polskich malakologów. Ale to by był powód prywatny. Mam też prywatniejszy powód, by o tej książce pisać i ją polecać, ale o tym dopiero, jak książkę w rękach będę trzymał. Teraz chciałbym znaleźć obiektywny powód, dla którego warto rekomendować książkę o ślimakach lądowych angielskiego malakologa.
Pierwszy może być truizmem: bo to książka o ślimakach. Dla mnie powód wystarczający, choć prawda jest taka, że książek o ślimakach na całym świecie wydaje się bardzo dużo, tylko u nas tak kiepsko z tym idzie. Dopóki rządzić będzie dyktatura punktów za publikacje, nie będzie u nas porządnych monografii książkowych, bo kto się odważy poświęcić kilka lat pracy by dostać burę od dziekana, że za mało punktów z IF zrobił. No kto się odważy? A książki o ślimakach są potrzebne i co więcej: potrzebne są takie, które syntezują dostępną wiedzę. Takie książki służą latami, są początkiem nowych dyskusji i spekulacji naukowych. 
Drugi powód jest równie oczywisty: autorstwo Camerona. W Wielkiej Brytanii jest to jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk wśród malakologów, a jego książki służą kolejnym pokoleniom zoologów. 
Po trzecie, i to jest bardzo merytoryczna przesłanka: szerokość ujęcia tematu. Analizowane w książce różne problemy pokazują złożoność tematu, w tym uwzględnione zostały odwołania do obecności ślimaków w kulturze (symbolice, poetyce, praktyce). To ujęcie, które nawet jeśli pojawia się w książkach, na ogół traktowane jest po macoszemu. Tutaj doczekało się kilkudziesięciu stron.
Choć na brytyjskie warunki książka jest dość tania, to na polską kieszeń już taka być nie musi. Cierpiący na chroniczny niedostatek finansów oraz nieutrzymujący się z reklam Malakofil nie może sprowadzić sobie tej książki ot tak, klikając odpowiednią ikonkę z napisem "BUY". Bardzo tego żałuje i chętnie skorzysta z czyjegoś wsparcia. Jeśli jednak dla kogoś ślimaki są powszednim chlebem zawodowym, powinien zainwestować w ten tytuł i co prędzej książkę sprowadzić na polską ziemię. Póki ślimaki śpią, jest czas, by o nich poczytać. A może jeszcze kto zdąży z tym pod choinkę? Ja bym się ucieszył...
Poniżej zamieszczam znaleziony spis treści:
Editors' Preface   vii
Author's Foreword and Acknowledgements   viii
Prologe: Two Unlikely Conquerors and One Tall Story   xiii 
1. Snails on Land: Structure, Evolution and Classification   1
2. Shells: Variations on a Spiral Theme   38
3. Why Be a Slug?   82
4. Variation Within Species   107
5. Staying Alive   142
6. Sex and Reproduction   186
7. Life Cycles, Longevity and Population Biology   221
8. Habitats and Microhabitats   252
9. Diversity, Distribution, Dispersal and the Origin of Snail Species   296
10. Snails and the Past   330
11. Invasions, Extinctions and Conservation   371
12. Pests and Snail-borne Diseases   405
13. The Uses of Slugs and Snails: Practical, Symbolic, Poetic and Recreational   426 
Appendix: Checklists and Identification Guides for the Land Slug and Snail Fauna of Britain and Parts of Europe   467 
Glossary   470
References   475
Species Index   489

General Index   497


Robert Cameron 2016. Slugs and Snails. New Naturalist Series no 133, Harper Collins, 508pp. + foto., il., tabl., 

wtorek, 6 grudnia 2016

Muszla bajeczna

Kontynuuję temat malakopedagogiki. Może mi to całego życia nie zajmie, ważne, że na tę chwilę przynosi mi to satysfakcję. Taką zastępczą, ale jednak satysfakcję.
Książeczki i książki dla dzieci to w ostatnim czasie główny składnik mojej malakologicznej strawy. Czasem jest bardziej papkowata, czasem treściwsza, raz smaczna, raz mdła i pozbawiona smaku. Rad bym konsumować coś poważniejszego, ale książki malakologiczne w języku polskim pojawiają się zdecydowanie za rzadko. Zostało mi już coraz mniej tytułów do zdobycia, więc muszę tę strawę dodatkowo porcjować...
W ostatnim czasie biblioteczkę powiększyłem o pięć tytułów, dziś o jednym z nich. To książka dla dzieci w wieku około 4+, ale młodszym chyba też można czytać, lub pokazywać, jeśli kto woli. Muszla Joanny M. Chmielewskiej to bardzo ładnie wydana książka dla dzieci, z bardzo ciepłymi pastelowymi ilustracjami autorstwa Agnieszki Żelewskiej. Gatunkowo to coś pomiędzy opowiadaniem a bajką terapeutyczną, a główny motyw dotyczy przeżywania tęsknoty. Z racji zawodowych choćby temat jest mi bardzo bliski. Nie zdradzając szczegółów fabuły (ta wszakże nie jest nadmiernie rozbudowana) wspomnę o tym, co siłą rzezy mnie zainteresować musiało najbardziej, czyli o muszli. Rysunek bardzo stereotypowy, dziecięcy, nienarzucający się, bliższy symbolicznemu niż realistycznemu. Opisów w tekście nie ma co szukać poza "piękna", "zaczarowana", "tajemnicza", więc dla malakologa to mało istotne. A jednak to przecież muszla jest - w zamyśle - tym najważniejszym przedmiotem, który ma moc przezwyciężania tęsknoty.
Bardzo lubię wykorzystywanie muszli do pracy z dzieckiem, w ogóle motyw muszli jest dla mnie bardzo pociągający, zwłaszcza jej szum. Oczywiście pobrzmiewa tu resentyment dzieciństwa, ale proszę się uczciwie przyznać: kto nie wsłuchiwał się w dzieciństwie w szum morza zamknięty w muszli? Zatem ten pospolity dosyć motyw szumiącej muszli stał się osią fabuły historyjki o walorach terapeutycznych. Praca z dzieckiem przeżywającym rozłąkę lub stratę kogoś bliskiego śmiało może być wsparta książką Joanny M. Chmielewską pt. Muszla. Myślę jednak, że nie należy w żaden sposób zamykać tej książki w getcie "literatury pomocniczej", bo to naprawdę ciekawa książka dla dzieci i bardzo atrakcyjna zarówno tekstowo, jak i graficznie.
Przede mną jeszcze kilka dziecięcych tytułów, większość już przetrawiłem, na kilka jeszcze czekam. Muszlę mogę jednak bez obaw polecić do wspólnej lektury z dzieckiem lub samodzielnej lektury dziecięcej.


Joanna M. Chmielewska, Muszla, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2013

wtorek, 29 listopada 2016

Dr Mackiewicz, Oktawiusz Mackiewicz

W ostatni weekend listopada telewizja Polsat bawiła widzów premierą filmu "Pingwiny z Madagaskaru" (2014) produkcji DreamWorks. Nie oglądałem, bo stronię od telewizji, a film miałem okazję obejrzeć w kinie przed dwoma laty. Pomyślałem jednak, że warto by przy tej okazji wspomnieć o jednej z postaci filmu, której przypadła rola szwarccharakteru, nad czym muszę ubolewać...
Nie mam zamiaru streszczać fabuły filmu, nie bardzo ją zresztą pamiętam. Generalnie, jak to w tego typu produkcjach bywa, liczy się dowcip, zaskoczenie, gra słów oraz groteskowy absurd. Głównym wrogiem bohaterów jest... ośmiornica Dave, który w antropomorficznym kamuflażu znany jest światu jako genialny Dr Oktawiusz Mackiewicz (oryg. Dr. Octavius Brine). Zaiste podła to i nieszczęśliwa postać, której przeznaczeniem jest przegrać w walce z pingwinami...
Bla, bla, bla. Nie wszystkie produkcje DreamWorks są dobre i ta należy (moim zdaniem) do tych, które nie bardzo wyszły. Jeśli jednak komuś przypadnie oglądać ten film (np. z dziećmi lub wnukami), może się przyjrzeć ośmiornicom w nim grającym. Najpierw więc Dave.
Dave, czyli dr Oktawiusz Mackiewicz (piękne nazwisko, prawda?) jest przykładem tego, jak bardzo inteligencja nie musi iść w parze z emocjonalnością. Jest takie powiedzenie, że złośliwość jest cechą inteligentnych, ale Dave nie jest złośliwy - jest chodzącym złem, ośmionożnym złem! Zła natura Oktawiusza to pokłosie krzywdy, której doznał; subiektywnej krzywdy,  która jednak okazała się głębokim zranieniem. Tak głębokim, że pragnienie odwetu stało się głównym motorem jego działań. Płynie stąd więc lekcja, że nie  ma ludzi złych, tylko są poranieni. A mięczaka zranić bardzo łatwo, najłatwiej ze wszystkich fajtłapów, nieudaczników, pięknoduchów czy wrażliwców. Pod tym względem dobór postaci wydaje się być bardzo trafiony. Dave jest mięczakiem (podatny na zranienia, wrażliwy), a dokładniej ośmiornicą, która - jak wiemy już nie z bajek a z obserwacji biologów, jest najinteligentniejszym spośród bezkręgowców, na głowę bijącym ptasie móżdżki... Oryginalne nazwisko Dave'a też nie jest bez znaczenia: Brine - mózg. Antropomorfizując  postać łatwo było przedstawić kompleks palialny głowonoga jako rozbudowaną mózgoczaszkę, gwarantującą pomieszczenie mózgu geniusza. Niektórzy twierdzą, że nazwisko Dav'a jest nawiązaniem do popkultury i do postaci Optimusa Prima - inteligentnego, ale dobrego trnasformersa. Nie wiem, czy o to chodziło, ale jeśli tak, to kalambur ten prysł całkowicie w tłumaczeniu. Ja natomiast jestem gigantycznym fanem polskiego tłumaczenia nazwiska, jakże mi bliskiego;) Mackiewicz - czy można było lepiej to ująć? Imię - nomen omen - nie jest pozbawione znaczenia, ale myślę, że niewielu najmłodszych widzów rozumie je, a i wśród dorosłych nie wiem, czy jest oczywistym nadanie tego imienia ośmiornicy (genus Octopus).
Poza doktorem Oktawiuszem Mackiewiczem w filmie występują również inne ośmiornice, które są jego sługusami, pogardliwie przez niego nazywanymi Pomiotłami. Te różnią się od Oktawiusza między innymi wielkością oraz... liczbą ramion (macek). Małe ośmiornice mają ramion sześć, co jest oczywistym odstępstwem od biologii, ale przecież mówimy o kreskówce. Świat filmowej fikcji może pomieścić znacznie więcej, niż sześcionogie ośmiornice walczące z pingwinami... W oryginalnej wersji ośmiornice mają swoje imiona, a kwestie wypowiadane przez Mackiewicza są kalamburami z nazwiskami hollywoodzkich gwiazd.
W naszym kręgu kulturowym ośmiornica jest znakiem prawie pustym, introdukowanym do naszego języka w skojarzeniach z mafijnymi układami. Gdyby w naszych wodach żyły głowonogi, może wówczas łatwiej byłoby im przypisać więcej cech, a tak pozostają nam skąpe ślady obecności mięczaków w popkulturze. Więc nie obrażając się na przygłupawą produkcję z DremWorks, cieszę się, że gdzieś te głowonogi się pojawiają, a że w złym świetle? Cóż, non omnia sunt perfecta!

Dr Oktawiusz Mackiewicz, kadr z filmu

Pomiotła Mackiewicza, kadr z filmu