Z najdzikszą jak na mięczaka radością dzielę się informacją, że jest już w sieci kolejny, drugi zeszyt 19 tomu FOLIA MALACOLOGICA. O ile poprzednio chwaliłem się, że byłem pierwszy, o tyle teraz laur pierwszeństwa oddaję Webmastrowi: tym większą mam radość, że w takim tempie udało się udostępnić kolejne teksty.
Jest po co zajrzeć: zacznijmy od pierwszego, autorstwa pana Stanisława Myzyka. To dość obszerny tekst poświęcony obserwacjom ślimaków z rodzaju Vertigo. Chylę czoło przed Autorem za włożoną pracę. Trzeba wiedzieć, że S. Myzyk nie jest zawodowym malakologiem, ale nazwanie go "amatorem" byłoby już nadużyciem. Słowo "amator" nie oddaje pełni: jeśli odwoływać się do źródłosłowu, to jest, ale przy odwołaniu do konotacji - nie jest. Bo amator to nie ten, który robi coś nie profesjonalnie (profesja=zajęcie), ale ten, który działa z miłości. Jestem przekonany, że nie profesja a pasja najlepiej opisałyby pana Myzyka. W każdym razie koniecznie trzeba zacząć od tego tekstu (który jeszcze przede mną).
Jest też relacja ze Światowego Kongresu Malakologicznego, który miał miejsce w Tajlandii. Z naszej perspektywy to na końcu świata, ale przecież, co to znaczy koniec świata dla malakologii... Polecam dla analfabetów takich jak ja, do których najmocniej przemawiają obrazki... Przepraszam, ale coraz bardziej doświadczam biedy związanej z nieznajomością angielskiego...
Trzeba wejść na www.foliamalacologica.com, zarejestrować się i do lektury. Noce coraz krótsze, ale przecież...
Raz jeszcze dziękuję redaktorom i webmasterowi: oby udało się utrzymać to tempo.
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
niedziela, 10 kwietnia 2011
Tysiączek stuknął - dziękuję
Na tym właśnie polega megalomania, że małym rzeczom nadaje się duże znaczenie, a wielkie traktuje małostkowo. Nie chcę, żeby wyrazem megalomanii była moja radość z tysięcznej wizyty na moim blogu. Nawet nie znam dokładnej godziny, ale na pewno dziś po południu. Tysięczny gość pochodził z Polski i chciałbym - na jego anonimowe ręce - podziękować wszystkim, którzy odwiedzają "Moje Mollusca".
Tysiąc wejść w skali roku nie jest oszołamiającym sukcesem, ale w malakologii sukcesy mają inną miarę niż w publicystyce. Dla mnie to wyraźna zachęta do jeszcze bardziej systematycznej pracy i regularniejszej sprawozdawczości z pasji. Wierzę - i jestem głęboko przekonany - że coś dobrego może się z tego zrodzić.
Wracam do pracy po ponad tygodniowej nieobecności. Pewnie przez kilka dni nie będę się mógł wygrzebać spod zaległych spraw. Czeka mnie los zagrzebki pospolitej, ale po kilku dniach zamienię się - jak tylko wynurzę się z zagrzebania - w wypławczaka (garbatego) pozostając niezmiennie przyczepką jeziorną (planowane maile) oraz ślinikiem wielkim (w kontekście perspektyw kolejnego wypadu na Południe pod koniec tego tygodnia). Bo ja jestem mięczakiem. We wszystkich wydaniach na raz. Po prostu mięczak!
piątek, 8 kwietnia 2011
Tydzień przerwy, czyli straty nipowetowane
Tak to już bywa, niezależnie od nas, że czasem trzeba swoje odleżeć. Nie to, żebym nie lubił się wylegiwać, zwłaszcza po pierwszym sygnale budzika, ale nie o to poszło. Zsomatyzowałem się kompletnie. Tak się napaliłem na mięczaki, że dotąd stała raczej temperatura podniosła się w magiczne granice 40 stopni Celsjusza. Żebym nie mógł oprotestować krzykiem mojego napalenia, gardło przybrało kolor purpury, a potem już było z nim tylko gorzej. Straciłem tydzień z okładem, i to w czasie, kiedy tak wiele się działo.
Zacznę od tego, że w piątek przed tygodniem wybrałem się do Sanktuarium Pielgrzyma Ślimaczego, czyli na ul. Banacha w Łodzi. To tam pracują łódzcy malakolodzy. Wcześniej uprzedziwszy ich o planowanym nalocie, dokonałem tego przed samym południem. Odebrałem materiały z weryfikacji oznaczeń, wymieniłem poglądy, wypytałem o szczegóły zbliżającego się seminarium. Długo to nie trwało, bo czas ma tę podłą właściwość, że jest stosunkowo odporny na rozciąganie, a stosunkowo łatwo ulega rozproszeniu. Miałem jeszcze odebrać papierowe egzemplarze Folii, które trafiły na mój poprzedni adres, ale już nie byłem w stanie (prawdopodobnie paciorkowce robiły już swoje).
A w środę zaczęło się: zjechało się towarzystwo, a właściwiej: stowarzyszenie i zaczęły się dyskusje i prezentacje, referaty, wystąpienia, postery, polemiki: oficjalne i nieoficjalne, publiczne i prywatne prezentacje dorobku ostatniego czasu. Otrzymałem dotąd jeden głos oceniający XXVII Seminarium Malakologiczne - i był to głos pozytywny. Czekam na kolejne, jak tylko zdobędę, dam znać.
Powinienem temu poświecić osobny wpis, ale może kiedy indziej. Dziś zasygnalizuję, że moje ślimaki (zebrane w lipcu 2010) wybrały się niedawno do Londynu i przedstawiły się p. Jonowi Ablettowi jako Columella aspera Walden, 1966. Już wcześniej w Łodzi zostały w ten sposób oznaczone, ale ponieważ na Wyspach ślimak ten jest bardziej pospolity niż w Polsce, propozycja zweryfikowania w Muzeum Historii Naturalnej wydała mi się więcej niż kusząca.
Antybiotyk działa. Nie tak szybko, jak bym się tego domagał, rzekłbym: w żółwim tempie (to szybciej niż w tempie ślimaczym). Za kilka dni powinienem wrócić do siebie, a wtedy będę musiał zintensyfikować wysiłki na rzecz nadrobienia chorobowych zaległości. A tego seminarium mi żal, że mnie tam nie było. Czy to było ostatnie beze mnie? Pojęcia nie mam, ale mocno wierzę, że tak!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
