wtorek, 31 grudnia 2019

Zawsze może być lepiej

Kiedy normalni ludzie szukają lodu do schłodzenia szampana, ja nie mogę znaleźć sobie miejsca biadając nad blichtrem codzienności. Nie udało mi się dotąd znaleźć kogoś, kto przestroiłby moją duszę z tonacji mollowych na durowe, więc nie cieszą mnie radosne porykiwania sylwestrowych gwiazd i rozgwiazd. Wolę tę końcówkę roku potraktować jako rozszerzony tematyczny rachunek sumienia, jakieś podsumowanie, które choć dołujące corocznie, daje jakąś szansę na wyciąganie wniosków i planowanie czegoś na przyszłość.
Należą się z mojej strony przeprosiny. Poważne przeprosiny za notowanie dolnych rejestrów pisarskiej aktywności wyrażonej strasznym zaniedbaniem blogowej publicystyki. Przepraszam najpierw siebie, bo obiecałem sobie większą systematyczność i większe zaangażowanie. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy i ostatnie półrocze minęło pod znakiem strasznych dziur w moim blogu, który był dotychczas ostatnim usprawiedliwieniem dla deficytów działań w terenie i porządkowania zbiorów. Czy obiecam poprawę? Chętnie spróbuję mając nadzieję, że największy kryzys już za mną. Ale czy nie będzie jak piosence: nienasycony w sercu głód / bo za jednym nocnym chłodem / drugi chłód? Nie spoczniemy...
Mijający rok minął pod znakiem ogromnych strat. Dokładnie przed rokiem odszedł prof. Andrzej Wiktor, 3 maja odeszła prof. Małgorzata Strzelec. Boli. Choć śmierć jest naturalnym etapem życia, pogodzenie się z odejściem wcale łatwe nie jest, zwłaszcza jeśli się komuś wiele zawdzięcza...
Rok 2019 - ujmując jednym słowem - nazwałbym rokiem posuchy. Z ogromnym niepokojem patrzę na kolejny rok potwornego przesuszenia. Nie jest to jeszcze susza w kategoriach klęski ekologicznej, natura jeszcze potrafi sobie z nią radzić, ale jest bardzo źle, a w kwestii ślimaków lądowych wygląda to jeszcze gorzej. Nie dość, że sucho i gorąco, to jeszcze wietrznie, więc i szybciej wysuszanie ściółki następuje. Nieliczne moje terenowe podboje 2019 roku utwierdzały mnie w przekonaniu, że jest coraz gorzej. Oby w przyszłym było lepiej.
Jeśli mówię o wyjściach w teren, to w najlepszym wypadku mógłbym mówić o zarysie zaledwie wyjść, jakimś szkicu słabiutkim, drgnieniu zaledwie... Byłem w Sudetach w kilku ciekawych miejscach, choć więcej zostało jeszcze do odkrycia. Z Sudetów mogę wykazać Potamopyrgus antipodarum jako nowy składnik malakofauny w porównaniu z pracą Wiktora sprzed pięćdziesięciu laty. Źródlarka karpacka w Romanowskich Źródłach nadal jakoś się trzyma, sprawdziłem na własne oczy. Bylem w Międzygórzu i to tylko stwierdzić mogę, że śmiało mogę planować Sudety na kolejne wypady. Jest tam co robić i czego szukać.
Byłem też na wyprawie w zachodniej części województwa łódzkiego w okolicach Burzenina (kserotermiczne łąki) i w Obrzycku, w którym obiecano mi m.in. Madrigera obscura i Truncatelina costulata, ale nie znalazłem. Znalazłem natomiast Cochlodina laminata, której dwóch pokoleń doczekałem się już w eksperymentalnej hodowli. Poza nimi hoduję równolegle jeszcze Achatina fulica i Cepaea nemoralis, czyli łatwe gatunki, bo na wyższy poziom jeszcze nie potrafię się wspiąć.
Nawiązałem kontakt z trzema malakologami, których znałem dotąd wyłącznie z publikacji lub opowieści. Profesora Andrzeja Dzięczkowskiego zaczepiłem tylko telefonicznie i listownie, natomiast dane mi było spotkać się osobiście z ks. Jerzym Kaczmarkiem i Profesorem Tomaszem Umińskim. Ksiądz Jerzy Kaczmarek to amator i malakologii, i ornitologii, i kilku jeszcze innych pasji. Swego czasu stworzył wielką kolekcję krajowej malakofauny wzbogaconą zbiorami z Niemiec, Francji, Izraela, Bułgarii, Egiptu czy Kamerunu. Maleńką cząstkę w postacie Subulina octona z Afryki oraz Vertigo ronnebyensis z okolic Obrzycka otrzymałem nawet w prezencie. Spotkanie to zaowocowało wymianą bezcennych informacji na temat występowania i biologii wielu rzadszych gatunków krajowych. Innym owocem tej relacji jest malakofauna Omanu, o czym za chwilę. Spotkałem się również z Profesorem Tomaszem Umińskim, emerytowanym profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, ogromnym autorytetem w dziedzinie zoologii, autorem podręczników do biologii i ekologii, na których wychowały się pokolenia licealistów.
Bardzo kiepsko wyglądała sprawa moich relacji z szerokim gronem malakologów: nie wziąłem udziału w Krajowym Seminarium Malakologicznym, które zorganizowano w maju 2019 roku w Szczecinie. Dotarły do mnie słuchy, że następne ma być zorganizowane w Katowicach i bardzo chciałbym tam się pojawić, bladego pojęcia nie mając, o czym mógłbym powiedzieć... Nawet jednak, gdybym niczego nie wymyślił, bardzo chciałbym tam być. To jeden z najważniejszych planów na nadchodzący rok.
Sukcesywnie porządkuję swoje zbiory, trochę w myśl zasady "dwa kroki w przód, trzy kroki wstecz". W tym roku moje zbiory powiększyły się o jeden nowy gatunek znaleziony osobiście (ale na stanowisku udokumentowanym w literaturze). Mam na myśli Cernuella neglecta, której jedyne stanowisko znane jest z Golińca w Ziemi Kłodzkiej. Znalazłem kilka pustych muszli, mocno zwietrzałych, wydaje mi się jednak, że jest to ten gatunek, o którym donosił Profesor Wiktor. Nie znalazłem osobiście, ale otrzymałem Vertigo ronnebyensis, również nowy dla mnie gatunek. Z darowizn mam jeszcze trzy gatunki z Wietnamu, dwa z Norwegii, jeden z Kolumbii, jeden z Bośni i kilka z Omanu. I teraz kilka słów o malakofaunie Omanu. Za pośrednictwem wspomnianego księdza Jerzego Kaczmarka otrzymałem do oznaczenia próbki ślimaków z Półwyspu Arabskiego. Przyznaję się bez bicia, że nie uważam się za znawcę ślimaków, a za znawcę ślimaków Omanu tym bardziej. Nie mniej nadarzyła się okazja, żeby troszkę popracować nad egzotami i sporo sprawiło mi to przyjemności. Żyjemy w czasach powszechnego dostępu do wiedzy, stąd godziny spędzone w internetach pozwoliły na zebranie wiedzy porównawczej umożliwiającej jakąś identyfikację. Rozpoznałem Euryptyxis latireflexa z rodziny Cerastidae, Mordania omanensis z rodziny Bulinidae, Zootecus insularis z rodziny Subulinidae, Otopoma bentiana z Pomatiidae oraz Accicula isseli z Ferussaciidae. Ten ostatni gatunek (a przyznaję, że z Polski jak dotąd nie mam żadnej bezoczki) znalazłem w mułkach wydobytych z ujścia muszli ślimaka z rodziny Cerastidae. Od jakiegoś już czasu przy czyszczeniu muszli zwracam uwagę na materiał, który można znaleźć w ujściach muszli. Najczęściej są to jakieś larwy muchówek lub pszczół samotnic, ale raz na jakiś czas trafi się jakiś rarytas. W tym roku takie rarytasy trafiłem aż trzy. Wspomniana Accicula isseli oraz dwa mioceńskie ślimaki z muszli znalezionych w Korytnicy. Więc teraz kilka słów o Korytnicy.
Pisałem już o tym przed kilkoma miesiącami, wydaje mi się jednak, że był to centralny punkt malakologiczny kończącego się roku. Pierwszy raz trafiłem w miejsce, które było naprawdę paleontologicznym eldorado, trafiłem tam jeszcze na przewodnika, którego wiedza i doświadczenie niezwykle mi zaimponowało, a na dodatek miałem sposobność zainteresować się więcej fauną mioceńską. Znalazłem kilka muszli Natica, które nie tylko czarują lśniącą powierzchnią muszli (nieźle, jak na kilka milionów lat), to jeszcze zachowały operculum. To właśnie z takich muszli wydobyłem dwa trzymilimetrowej wielkości ślimaki morskie z miocenu, których ostatecznie jeszcze nie oznaczyłem, ale wiem juz gdzie ich szukać w pracach Friedberga i nowszych Bałuka. Ziemia Świętokrzyska kolejny raz okazała się dla mnie bardzo gościnna zapraszając do kolejnych planó terenowych na jej łonie.
W temacie zaś literatury, a ściślej rzecz biorąc w temacie pozyskanych książek (bo Malakofil jest wciąż niepoprawnym bibliofilem) rok 2019 należał do całkiem udanych.  Kroplą dziegciu niech będzie to, że bardzo skurczyła mi się lista poszukiwanych prac (poza tymi, o których nadal nie mam zielonego pojęcia, że istnieją!). Jak na szpilkach wyczekuję wydania książki o głowonogach, nad którą przed śmiercią pracował Profesor Samek. Co tydzień sprawdzam, ale nie natrafiłem jeszcze na żaden anons. Z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że mam cierpliwie czekać i że cierpliwość ta zostanie nagrodzona. Więc czekam. Jak na szpilkach. Naprawdę.
Jeśli mogę skorzystać ze sposobności, to wykorzystam moment i zwrócę się z apelem o pomoc: poszukuję papierowych wydań prac Wacława Bałuka o mięczakach mioceńskich Korytnicy (mam je w wersji elektronicznej!) oraz pracy Kazimierza Stępczaka o Helicopsis striata znad Odry. Jeśli mógłby kto pomóc, to polecam się pamięci. Ja w ogóle bardzo jestem za papierami, zwłaszcza tymi wydanymi kiedyś, co to teraz są pogardzane i utylizowane. Jeśli ktoś planowałby na makulaturę z nimi, to ja w każdej ilości wezmę;) Poważnie!
A jakie plany? Na pewno Seminarium Malakologiczne (jak Bóg da). Poza tym chciałbym więcej połazić po polach (daj Boże wilgoci więcej!), poprzyglądać się trochę maluchom. Powinienem też zobaczyć, czy coś nie wykluło się w palmiarni. Planuję nadto spróbować hodowli mniejszych ślimaków, ale wpierw chciałbym doczekać większego sukcesu reprodukcyjnego Achatina. Napiszę o tym troszkę więcej w nieodległym czasie. Chciałbym też spróbować sprowadzić dwie cenne książki z Niemiec, ale może to zburzyć homeostazę moich finansów, więc ostrożnie do tego się zabieram. Marzą mi się wojaże. Obym na marzeniach nie poprzestał...
Zawsze może być lepiej. Wierzę, że tak jest i tak będzie. Z dość niskiej perspektywy wiary w siebie życzę jednak, by kolejny rok był zdecydowanie lepszy, żeby odbudował nadzieję. Bo bez niej to tak jakoś podle...
Ślimaki z Omanu



Subulina octona z Kamerunu
 
cząstka zbioru z Korytnic











wtorek, 24 grudnia 2019

Wrażliwości i siły

Wrażliwość pozbawiona siły jest katastrofą dla wrażliwego.
Siła pozbawiona wrażliwości jest katastrofą dla pozostałych.

Na zbliżające się Święta Bożego Narodzenia i nadchodzący Nowy Rok życzę wszystkim równowagi pomiędzy wrażliwością a siłą. Niech ona prowadzi do ciekawych towarzystw i otwiera na inspirujące rozmowy. Niech ona wyciąga dłoń w ważnych gestach zanim o ten gest ktoś odważy się prosić. Niech ona określa składniki przepisów na drogę do celu.
I niech ona pozwala przejść między wiarą a niedorzecznością, między zachwytem a wzruszeniem, między przebaczeniem a pamięcią krzywd.
Życzę wszystkim pogodzenia wrażliwości i siły w relacjach i sytuacjach, w rozumie i w wierze, a przede wszystkim w zadziwieniu.

sobota, 9 listopada 2019

Euromal 2020 - zapowiedź

Tempus fugit, Euromal manet chciałoby się rzec, wchodząc na stronę internetową organizatorów przyszłorocznego kongresu europejskich towarzystw malakologicznych. Strona główna straszy zegarem przypominającym, że zostało mniej niż 300 dni (a kiedy byłem tam po raz pierwszy, był jeszcze rok do dyspozycji...).
Święto europejskich malakologów będzie miało miejsce w Pradze w dniach od szóstego do dziesiątego września 2020 roku. Poprzednie takie wydarzenie było w Krakowie, najbliższe będzie całkiem blisko, bo w Pradze (a nie na Pradze, bo by było jeszcze bliżej!). Organizatorami są Uniwersytet Karola, Uniwersytet Masaryka oraz Czeski Uniwersytet Przyrodniczy.
Na chwilę obecną nie ma jeszcze za wiele wiadomości, ale podano już proponowaną tematykę, która jest bardzo szeroka, obejmując zagadnienia od paleontologii po najnowsze zdobycze genetyki, oczywiście w odniesieniu do mięczaków.
Jak pojawi się coś więcej (a na przykład nie ma jeszcze komitetu naukowego), postaram się podzielić, choć trudno mi ukrywać, że moja aktywność strasznie w ostatnim czasie podupadła. Jednakowoż - cytując klasyka - "plotki o mojej śmierci są mocno przesadzone".
Szczegóły: www.euromal.cz

środa, 18 września 2019

Folia Malacologica 27(3)

Lubię ten moment, kiedy wyczekując pojawienia się kolejnego zeszytu, zaglądam codziennie na stronę internetową www.foliamalacologica.com. Bo przecież kolejne zeszyty pojawiają się regularnie, więc można sobie pewien nawyk wyrobić. I to już należy podkreślić, że od naprawdę dobrych wielu lat kolejne tomy pojawiają się bardzo regularnie i kwartalna częstotliwość jest mocno pilnowana. A to cieszy, bo jest sporo dobrych nawet pism naukowych, które tę kwestię załatwiają fatalnie.
Trzeci, wrześniowy zeszyt Folia Malacologica tworzy 10 artykułów, z czego siedem to tzw. prace oryginalne. Jest nadto wspomnienie o zmarłej w maju tego roku profesor Małgorzacie Strzelec, a także relacja z malakologicznego sympozjum w Wiedniu oraz recenzja książki o ośmiornicach.
Z każdym kolejnym numerem pismo staje się coraz bardziej międzynarodowe. Widać to i w geografii autorów, i geografii tematów. To mnie bardzo cieszy, bo nasza malakologia nigdy nie była zaściankowa, i obserwowany kierunek rozwoju potwierdza tę tezę. Są więc prace o ślimakach lądowych delty Mekongu (oj, marzenie moje...), nie mniej egzotyczny kierunek wyznacza charakterystyka rodziny Pupinidae z... Butanu, dwie prace dotyczą Viviparus acerosus (Czechy i Ukraina), jest też opracowanie filogenezy i zoogeografii rodzaju Lanzaiopsis (Bałkany). Jest i Dreissena polymorpha na stanowiskach w polskich Karpatach, jest i poczciwy stary Liwiec (znaczy współczesny, już polodowcowy;)
Można by odnieść wrażenie, że współczynnik autorów krajowych do zagranicznych przechyla się na rzecz tych drugich. To dobrze. Ale to też jakiś symptom choroby, która toczy nasz system nauki w Polsce. Ponieważ Folia Malacologica nie są pismem z listy filadelfijskiej, nasi autorzy dyscyplinowani przez swoich pracodawców szukają punktowanych łamów, krzywdząc poniekąd wysiłki Redakcji, by Folia weszły na salony. Trochę błędne koło.
Kibicował będę dalszym wysiłkom rozwijania pisma. I tylko żałować mogę, że w nieuczoności swojej nie jestem w stanie poza kibicowaniem dołożyć więcej w tych wysiłkach...
Jedna ze stron Folia Malacologica 27

sobota, 31 sierpnia 2019

Zanim ruszy szkoła

Kto tu zagląda, ten szybko się zorientuje, że częściej od relacji z wojaży zdarza mi się wrzucać recenzje wszelkiego rodzaju wydawnictw. Pomyślałem, że warto by wspomnieć o zupełnie innym typie publikacji, które powinny też otrzymać prawo głosu. A okazja jest świetna, bo właśnie kończą się wakacje, a to o czym myślę, to świetny łącznik między rozrywką a nauką. Nie wiem, czy eksperci podzielają moje zdanie, ale będę się go trzymał, bo zdanie moje w jakiejś mierze przetestowane jest na ludziach. Najmłodszych ludziach;)
Mam w swoich zbiorach kilka gier planszowych, które łączy malakologiczny mianownik. Części jeszcze nie mam i zamierzam w przyszłości nabyć, jeśli więc ktoś ma swoje doświadczenia ze ślimaczymi grami, chętnie poznam nowe stanowiska. 
Ostatnio testowałem "Sprytną Ośmiornicę". To gra dla dzieci od piątego roku życia. Dostajesz gumowe macki, które zakładasz na kciuk, palec wskazujący i na środkowy, i za pomocą tylko tych macek musisz zbudować z kolorowych kubków przestrzenną kompozycję, której schemat dostajesz na jednej z kilkudziesięciu kart. Trzeba i pogłówkować, i pogimnastykować się, do tego premiowany jest refleks. Ja  miałem trochę problemów i z zapamiętaniem układu, i - a może przede wszystkim - z mackami, które na moje paluchy wchodzić za bardzo już nie chciały. Jest taka moda, że na grach pisze się zakres wiekowy np. od +4 do +104. Tutaj nie podano tego górnego zakresu, sugerując dyskretnie, że to chyba dla dzieci. Ale zabawę miałem przednią.


Inna z testowanych w ostatnim czasie gra to podwójny zestaw wydany przez firmę "Aleksander". Ta planszówka to klasyczna gra losowa z przeszkodami. Decyduje wyłącznie kostka do gry i właściwe przesuwanie pól. Plansza najeżona jest premiami i karami, nie do końca to lubię, bo nawet pod koniec gry można wrócić na start, a to potrafi być demotywujące nawet dla cierpliwego gracza... Fajna rozrywka, ale właściwie tylko rozrywka, bez wartości dodanej w postaci pomyślunku. No chyba, że mówimy o nauce kreatywnego przesuwania pionka, w czym przedszkolaki są arcymistrzami;) 


Przygody ślimaka to nie gra w rozrywkowym tego słowa znaczeniu, a pomoc dydaktyczna dla logopedów. Mam to, ale znam instrukcji i nie będąc logopedą, nie wiem, jak używać. Bo autorzy nie pomyśleli o takich partaczach jak ja i nie załączyli instrukcji obsługi. Jeśli ktoś wie, jak to ustrojstwo uruchomić, to ja cierpliwie poczekam na podpowiedź...


Z powodu zacięcia się na grze logopedycznej Przygody ślimaka, do tej pory nie zainwestowałem w dwie inne gry z podobnej branży, czyli w  Ślimaka i Ośmiornicę Urszulę. Potrzebuję jeszcze trochę czasu na przełamanie, więc jeśli ktoś może pomóc, doradzić, to się oczywiście polecam.



Mam i często testuję dwie podobne do siebie gry, ale na innych zasadach oparte. Jedna to Pędzące ślimaki, druga zaś Ślimaki to mięczaki. Obie to planszówki oparte na grze losowej, bo korzysta się z kostek do gry (sześciennych, ale specjalnych, różnych w każdej z tych gier). Decyduje nie jedna, ale kilka kostek. Nie jest jednak tak, że wszystko zależy od ślepego losu, bo trzeba budować strategię, którą uatrakcyjnia ta okoliczność, że nie wiadomo, który gracz porusza się którym ślimakiem... Rewelacyjne, śmieszne i mądre. Polecam.

  



Na koniec została mi jeszcze gra Ślimaku, pospiesz się, które jeszcze w łapach nie miałem, może dlatego, że to gra matematyczna;) A na poważnie, wkrótce pewnie będą ją miał, więc mógłbym wtedy powiedzieć więcej. To jest gra matematyczna i jest promowana jako pomoc dydaktyczna w nauczaniu matematyki. Ponieważ w tej dziedzinie orłem nigdy nie byłem, tym bardziej powinienem zainwestować w nią, co też niebawem powinno nastąpić. Tymczasem sygnalizuję jedynie, że i taka na naszym rynku księgarskim istnieje.


Nie sądzę, aby było to wszystko, co u nas dostępne. Jeśli ktoś posiada wiedzę na temat istnienia innych planszowych (i nie tylko) wynalazków, bardzo proszę o mnie pamiętać i dać znać, będę naprawdę zobowiązany.
Aha, jestem stary już na tyle, że wiem też o istnieniu gry Ślimak Bob, ale to gra komputerowa, a nie planszowa, i nie służy do budowania relacji. Nawiasem mówiąc, jeśli nie zapomnę, to i o niej kiedyś wspomnę;) 

wtorek, 27 sierpnia 2019

Z plaży z wojaży

Szkolne wakacje za chwilę dobiegną końca, poodpoczywają troszkę dłużej studenci, niektórzy urlopy rozpoczną dopiero wtedy, kiedy wszyscy z nich wrócą. Ci, którzy nie mieli dość pieniędzy, by nad Bałtykiem płacić za pangę jak za dorsza, pewnie pojechali do Chorwacji, Egiptu, Tunezji, Włoch, na Majorkę czy gdzieś dalej. Te kierunki i tę mają przewagę nad Północą,że oferują większe bogactwo malakofauny, co się przekłada na ilość i różnorodność muszli i muszelek, które można stamtąd przywieźć (o ile można, bo z niektórych stron nie można wywozić muszli w ogóle!)
Gdyby ktoś po powrocie na ojczyzny łono wpadł na pomysł ponazywaniu po imieniu muszli i rozpoczęciu w ten sposób budowania kolekcji, będzie się musiał zmierzyć dostępem do fachowej literatury. W pierwszej kolejności należy odpalić komputer i poszukać w internetowych zasobach, można znaleźć prawie wszystko, wystarczy zacząć szukać od najogólniejszych haseł typu: "conchology", "seashells" czy po prostu "shells". Powinno wystarczyć. Ja osobiście lubię analogowe rozwiązania i cenię sobie literaturę utrwaloną na papierze, stąd postanowiłem się podzielić subiektywnym przeglądem dostępnych mi tytułów. Podkreślam, że przegląd jest subiektywny i bardzo pobieżny.



Alain Robin. 2008. Encyclopedia of Marine Gastropods. 480pp. [fr.+ang.].
Licząca prawie 500 stron książka, bardzo starannie wydana, prezentuje na barwnych tablicach około 5.500 gatunków ślimaków morskich. Fotografie bardzo dobrej jakości. Informacje bardzo lakoniczne, sprowadzają się się do nazwy gatunkowej, wymiarów prezentowanego okazu oraz miejsca pochodzenia. I tyle. Gatunki poukładane rodzinami, wewnątrz rodziny układ alfabetyczny, w nomenklaturze się pogubiłem, jest bardzo wymieszana między starym a nowym nazewnictwem. Ponieważ to książka o ślimakach, posiadacz muszli małży nie skorzysta...
**********


R. Tucker Abbott. 1962. Saeashells of the World. 160pp [ang.].
Kieszonkowe wydanie sprzed sześćdziesięciu lat, mało aktualne w nazewnictwie, raczej dla bardzo, bardzo początkujących amatorów, nie mniej urzekające dobrym wprowadzeniem i objaśnieniami. Format kieszonkowy wskazuje na praktyczne aplikacje.
**********


M.G. Harasewych, Fabio Moretzsohn. 2010. The Book of Shells. A lifsize guide to identyfying and classyfying six hunderd shells. 656pp. [ang.]
Ładnie wydany album z obszernymi opisami sześciuset gatunków mięczaków (w tym małże, łódkonogi, chitony i głowonogi), ale ilustracje mogłyby być lepsze. Znaczy są bardzo dobre, zwłaszcza przedstawienie zbliżenia oraz naturalnej wielkości, ale jeden gatunek na stronę, to ciutkę za mało.
**********


Guido T. Poppe, Yoshihiro Goto. 1991. European Seashells. Vol. I. 352pp. [ang.]
Jedna z najbardziej profesjonalnych pozycji, godna bezwzględnie polecenia, choć licząca już sobie prawie trzydzieści lat, stąd może nie do końca pokrywać się ze współczesną nomenklaturą. Geograficznie odnosi się do obszaru mórz europejskich, więc amatorzy Karaibów mogliby się czuć zawiedzeni... Bardzo rozbudowana część systematyczna, dobre opisy rodzin, rodzajów i poszczególnych gatunków. Osobiście bardzo żałuję, że dotąd nie zdobyłem drugiej części. Nie kuszę się na merytoryczną ocenę poszczególnych opisów, za całość daję notę najwyższą.
**********



Kenneth R. Wye. 1996. The Encyclopedia of Shells. With 1.200 Examples. 288pp [ang.]
Pięknie wydana książka w formie albumowej, prezentująca ponad tysiąc gatunków, głównie ślimaków i małzy, ale znalazła się też reprezentacja chitonów, łódkonogów i głowonogów. Do każdego gatunku dodany schemat obrazujący wielkość (w calach i centymetrach), częstotliwość występowania oraz głębokość, na jakiej żyje. Przejrzysty układ, informacje przedstawione przystępnie, ogólnie bardzo wysoka ocena.
**********


Brian Parkinson. 2000. Common Seashells of New Zeland. seria: Mobil New Zeland Nature Series. 96pp. [ang.]
Publikacja pomyślana o tych, których ciągnie na Antypody... Wydanie popularne, format kieszonkowy plus, czyli taki, że zmieści się do plecaka czy torby zabieranej na plażę. Opisy bardzo skąpe, za to podane nazwy w języku angielskim i maoryskim, co ważne, gdyby kto chciał oznaczać na miejscu, pytając lokalnych rybaków o nazwy. Może tego wszystkiego malutko, ale wstydu nie ma jak na popularny przewodnik.
**********


Maja Prusińska. 2017. Atlas muszli.Opisy 180 gatunków. 192pp. [pol.]
Atlas trochę poniżej oczekiwań, kilkakrotnie już recenzowałem, w tym również na tych łamach. Generalnie: dla wytrwałych, bo bardziej rozczarowujący niż inspirujący. Ale na początek może być, uparty znajdzie jakieś kierunki. No i plus taki, że po polsku i świeżo wydany, więc łatwo zdobyć.
**********



Rafał Wąsowski, Aleksander Penkowski. 2016. Spotkania z przyrodą. Muszle. 336pp. = Rafał Wąsowski. 2000. Przewodnik Muszle. 336pp [pol.]
Różnie wyglądające z zewnątrz, w rzeczywistości te same książki wydane po polsku, prezentujące około 460 gatunków najpospolitszych ślimaków (w tym lądowych i słodkowodnych), małży, łodkonogów, chitonów i głowonogów.Każdy z gatunków zaopatrzony w krótki opis, ogólne wprowadzenia do gromad i do rodzin. Na siłę trochę wprowadzona polska nomenklatura, czasem trącąca sztucznością, czasem oparta na błędnych tłumaczeniach. Estetycznie przygotowane dość dobrze, format pozwala na zabieranie ze sobą (choć do samolotu mogłaby być troszkę za ciężka). Plus za dostępność i rodzime opracowanie.
**********


Andrzej Samek. 1992. Muszle morskie. Mały przewodnik kolekcjonera. 108pp+16 [pol.]
Mój egzemplarz się rozsypuje. Wylatują kartki, więc w podróż za bardzo się nie nadaje. Tak los spotyka wiele polskich tytułów wydanych w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych XX stulecia... Świetna książka dla młodego czytelnika, rewelacyjnie wprowadzająca w klimat kolekcjonerstwa. Opisy rodzin i najpospolitszych gatunków napisane ciekawie, dobrze się czyta, choć współczesny czytelnik, zwłaszcza młody, może uważać, że za długie. Po części opisowej następuje wklejka 16 tablic, łącznie 50 gatunków. Mało, ale zważywszy, że to pionierskie opracowanie przewodnikowe w języku polskim, można się cieszyć. Ze względu na sentyment podnoszę troszkę ocenę.
**********


Andrzej Samek. 2004. Atlas muszli ślimaków morskich. 340pp [w tym 118 tablic] [pol.]
Wydana w osiemdziesiątym roku życia autora bardzo ładna książka, imponująca barwnymi tablicami, które własnoręcznie wykonał prof. Samek. Praca podzielona na dwie części: systematyczo-opisową oraz barwne tablice. Prezentuje 474 okazy muszli ze zbiorów autora. Opisy bardzo wnikliwe i szczegółowe, sporo informacji o biologii charakteryzowanych gatunków. Jedna z najlepszych prac, szkoda tylko, że obejmująca wyłącznie ślimaki. Kto nie zna polskiego, niech żałuje.
**********


S. Peter Dance. 1992. Muszle. Bogato ilustrowany przewodnik po muszlach 500 gatunków mięczaków morskich z całego świata. 256pp [pol.]
Książka, od której zaczynałem poznawać morską konchologię (oczywiście nie licząc Samka z 1976). Wydana na początku lat dziewięćdziesiątych była jak powiew orzeźwiający wiatru w upalne południe szarzyzny... Lubię do niej zaglądać. Polecam zwłaszcza młodym czytelnikom, wchodzącym dopiero w kontakt z kolekcjonowaniem muszli. Do każdego gatunku dołączona mapka prowincji zoogeograficznej oraz legenda częstotliwości występowania. Warta odszukania i włączenia w biblioteczkę fachową amatora muszli. W mojej ocenie lektura obowiązkowa.
********** 


Krzysztof Dworczyk, Wojciech Dworczyk. 2001. Najpiękniejsze muszle świata. 176pp [pol.]
Album prezentuje około dwustu muszli (w tym również chitony, łódkonogi i głowonogi), i choć fotografie są całkiem niezłe (bardziej artystyczne niż praktyczne), ważniejsza wydaje się być warstwa tekstowa. Gatunki nie są wyodrębnione w opisach, a raczej pogrubioną czcionką zaznaczono w tekście, którego gatunku dotyczy opowieść. Bo to bardziej literatura niż album. Więc gdyby ktoś na tej książce chciał oprzeć oznaczenia, mógłby się zawieźć, ale jeśli szuka inspiracji, tę szczególnie polecam.
**********
W największym skrócie to by było na tyle. Warto mieć ze dwie, trzy książki o muszlach, a resztę uzupełniać o wiedzę z internetu. Choć tak naprawdę to warto mieć książek więcej, bo przeczytane w komputerze nie zapisuje się tak w pamięci, jak przeczytane z papieru. Ucieszy mnie każda kolejna książka, bo to nawet coś więcej niż własnoręcznie zrobiony dżem truskawkowy otwarty w środku zimy... Książka to przedłużenie szumu muszli, w którym zakochałem się bez pamięci i od dzieciństwa  odkochać się nie mogę...

piątek, 23 sierpnia 2019

Śladków i Korytnica

Przyznaję. troszkę się zapuściłem... Przyznaję, zaniedbałem mocno pisanie w ostatnim czasie, nie będę się usprawiedliwiał. Przepraszam.
Podzielę się tylko tym, czym w ostatnim czasie żyłem. A że zdarzyło mi się przejechać przez Ponidzie, to i nadarzyła się okazja, żeby podciągnąć się z paleontologii. Tym razem miocen i bardzo żałuję, że nie zacząłem moich spotkań ze skamieniałościami od uczty, o której poniżej.
Najpierw przystawka. Na przystawkę podano mały Śladków, a właściwiej: Śladków Mały koło Chmielnika. Jest tam takie miejsce, w bezpośrednim sąsiedztwie Drogi Krajowej 73 w kierunku Buska-Zdroju, po lewej i prawej stronie drogi, gdzie chciałem się zatrzymać wiedząc, że znajdę tam ślimaki mioceńskie. Była to przystawka podana w niewłaściwym momencie, bo śpiesząc dalej, nie mogłem za długo szukać. I prawdę rzekłszy, niczego znaleźć nie mogłem, choć wiedziałem, że w tym miejscu muszle zbierała dr Aldona Kurzawska... W ostatnim dosłownie momencie znalazłem jedną mocno zniszczoną muszlę Granulolabium bicinctum, nie dowierzając, że jest tego tak mało... Ponieważ ze współczesnej fauny znalazłem ponadto Xerolenta obvia i coś do złudzenia przypominające Helicopsis striata, apetyt miałem na tyle podrażniony, że byłem zdeterminowany czekać na dnie główne.
Wczesnym rankiem następnego dnia* byłem już na pwrót w tym samym miejscu i uzbrojony w łopatkę rozgrzebywałem różne miejsca w poszukiwaniu licznych skamieniałości. Trafiłem w końcu na warstwę, w której faktycznie trafiały się często, ale w tak złym stanie, że rozpadały się w palcach. Wprost nie mogłem uwierzyć, żeby ktoś z tego miejsca zbierał muszle tak zachowane, że nadające się do wykonania naszyjnika... Poszukawszy jeszcze wokół ślimactwa dzisiejszego i nie dojrzawszy nigdzie Helicopsis striata (która ostatecznie okazała się nie do końca typową muszlą ślimaka przydrożnego), pognałem na północ, do Korytnicy.
Wcześniej przeprowadziłem internetową kwerendę, żeby wiedzieć mniej więcej, w które miejsce jechać. Poczytałem i uzbrojony w taką wiedzę, byłem zdeterminowany jechać do Korytnicy. Po niespełna dwóch kwadransach wylądowałem na początku polnej drogi prowadzącej na Łysą Górę koło Korytnicy. Zabrałem ekwipunek i ruszyłem w te pędy. Nie uszedłem sześciuset kroków, jak pod moimi nogami zaczęły pojawiać się fragmenty skał, bez widocznych w nich skamieniałości. Przeszedłem blisko kilometr, skał było coraz więcej, skamieniałości nie widać, i w tym momencie uświadomiłem sobie, że w aucie, na początku drogi, spokojnie czeka na mnie pozostawiony przez rozlazłość młotek... Nie geologiczny, taki zwykły, do wbijania gwoździ, bo geologicznego jeszcze się nie dorobiłem. Patrzyłem już z góry na Korytnicę, żal mi było tych tysiąca kroków, wahałem się jak spróchniały konar topoli na wietrze, ale się wróciłem. Zły byłem na tego gapę w sobie, ale że niedziela była, postanowiłem łaskawie przebaczyć i nie obrażając się na siebie, pójść do auta po młotek. Opłaciło się miłosierdzie. Najpierw na wysokości pierwszych ogrodzeń znalazłem ślimaka żółtawego Helix lutescens, któremu zrobiłem pamiątkowe zdjęcie życząc mu smacznego śniadania (bo była pora śniadania). Później, jakieś sto metrów dalej, przy tej samej drodze, spotkałem kolejnego. To mi wystarczyło, żeby zapomnieć o złości na gapiostwo pierwotne.
Przekręciłem klucz w drzwiach kierowcy. Centralny zamek chrząknął i zwolnił blokady wszystkich drzwi. Otworzyłem bagażnik, wzrokiem ogarnąłem nieład i dojrzawszy młotek, wziąłem go w ręce niczym miecz obosieczny. Odsunąłem się nieco i zamykając wysoko podniesioną klapę bagażnika, usłyszałem gdzieś obok: "Pan po skamieniałości?"
Strwożyłem się. Tak, przeleciał mnie strach, że będę się musiał tłumaczyć i oczekiwaniu płonnej nadziei zrozumienia. Szybciej jeszcze uświadomiłem sobie, że skoro ktoś o to pyta, to znaczy że dobrze trafiłem.
- Właściwie to tylko chciałem zobaczyć, gdzie to jest... - Zacząłem się tłumaczyć jak uczeń przyłapany na ściąganiu.
- Ja mam kolekcję skamieniałości w domu, mogę panu pokazać.
Spojrzałem niepewnie na autochtona, widząc jednak, że nie boi się uzbrojonego w młotek turysty, podszedłem i wyciągając na przywitanie rękę, przedstawiłem się. I z miejsca zacząłem się tłumaczyć, że mnie interesują ślimaki współczesne, ale o Korytnicy słyszałem i będąc przejazdem chciałem zobaczyć, bo właśnie byłem w Śladkowie Małym i tam niczego prawie nie znalazłem... Zawsze tak mam, muszę się tłumaczyć. Usiedliśmy pod wierzbą i rozmawiając, wymienialiśmy się uwagami ogólnej natury, sondując wzajemne intencje. Po chwili lazłem już korytarzami do mieszkania, w którym znajdować się miała kolekcja.
Prawie przydepnąłem szczękę widząc zbiory mojego cicerone. Czułem jak spłyca się mój oddech i przyśpiesza niemiarowo serce. Coraz mniej słyszałem oszołomiony widokiem równo poukładanych rozkolców, wieżyczników, skrępów, wener, ostryg, ale też jeżowców, koralowców czy rekinich zębów. Na to wszystko jeszcze doszły publikacje, których wcześniej nie widziałem, a całość spięta opowieścią człowieka, którego pasja rozwija się od dzieciństwa...
Bardzo szybko z ust mojego przewodnika padła propozycja wspólnego wyjścia w teren. Czułem się zakłopotany, ale jednocześnie wewnętrzny głos podpowiadał mi, że taka okazja może się długo nie powtórzyć.
Nie wiem, ile czasu zajęło mi oglądanie zbiorów i słuchanie opowieści o korytnickich skarbach. Widziałem muszle, które zachowały kolory i blask, patrząc na nie nie mogłem uwierzyć, że czekały na ludzki wzrok kilkanaście milionów lat. Zachęcony przez gospodarza, pozwoliłem sobie na ekstrawagancję, której nie ulegam, czyli na małe (ale bezcenne) kolekcjonerskie zakupy. Nie kupuję, bo chcę dokładnie wiedzieć, skąd okaz pochodzi. Tutaj wiedziałem, a dotychczasowe rozmowy pozwoliły mi się zorientować, że mam do czynienia z prawdziwym specjalistą od korytnickiej fauny miocenu.
Poczekałem na niego chwilę i zaraz ruszyliśmy w pole. Słonce grzało już solidnie, dzień zapowiadał się gorący i słoneczny. Chciałem po drodze pokazać mu spotkane wcześniej ślimaki żółtawe, ale już skutecznie ukryły się w zielnych cieniach. Ku mojemu zaskoczeniu nie poszliśmy na Łysą Górę. Skręciliśmy w lewo i idąc na przełaj przez cudze pole co chwilę schylaliśmy się jak przy zbiórce ziemniaków po włóczeniu łętowisk. Co kilka kroków cicerone zatrzymywał mnie i mówił:
- Koło nogi masz hinię...
Zatrzymywałem się i rozglądając dokoła wypatrywałem białawo poświecającego kawałka muszli. Były i całe, duże muszle leżące bezwstydnie jak na normandzkiej plaży. Czegóż tam moje oczy ne wypatrzyły. I Turritella, i Clavatula, i Ancilla, i Venus... Czasem podchodził do mnie i trzymając na ręku obłupaną wargę Semicassis mówił krótko:
- Masz.
Słuchałem historii rozwoju pasji, szukałem analogii i różnic w rozwoju zainteresowań. Dzieliłem się swoimi spostrzeżeniami. Rozmawialiśmy jak starzy znajomi, którzy dawno się ze sobą nie widzieli i dotkliwie odczuwają, że mają za mało czasu by opowiedzieć o wszystkim ważnym.
Było już po dwunastej. Z dołu, ze środka wsi dochodził celofaniczny głos organistki z pobliskiego kościoła, w którym właśnie rozpoczęły się parafialne dożynki. Schodziłem ku drodze z kolejnych pól po pierwszych podorywkach, przypieczony słońcem kark zaczynał swędzieć i piec coraz bardziej. Zeszliśmy do wsi i czas bylo się żegnać i ruszać dalej. Zdążyłem się przyznać, że w planach mam jeszcze kielecką Wietrznię. Przewodnik zachęcał, żebym wrócił jak najszybciej. Została jeszcze wymiana numerów telefonów. Wpisałem w komórkę numer, puściłem sygnał dla upewnienia się, że nie przestawiłem cyfr. Kiedy z kieszeni rozmówcy doleciał dźwięk dzwonka, zacząłem opisywać numer.
- Zapisz sobie: "Skamieniałości Korytnica"
- Zapiszę inaczej: "Łukasz Matyjas. Korytnica".

Łukasz Matyjas jest jednym z korytnickich zbieraczy skamieniałości. O zbieraniu muszli, ośródek czy skamieniałych koralowców, może opowiadać godzinami. Dobry w tym jest. Potrafi rozpoznać gatunek z odległości kilku kroków. Żyje tym. Jest korytnicką kopalnią wiedzy o kopalnych przedstawicielach miceńskiej fauny.
Jeśli kiedyś wybierać się będziecie do Korytnicy, odszukajcie Łukasza Matyjasa, ja Wam to mówię...

Gdybym miał się trzymać kulinarnych skojarzeń, to rzekłbym, że wstałem od koryta obżarty. Może to mało finezyjne, ale słowo "uczta" nie odda tej obfitości, której doświadczyłem. Z takim pełnym brzuchem pojechałem do Kielc, po deser już tylko, a tym deserem była Wietrznia, geologiczny rezerwat w nieodległych Kielcach.
Objedzony i nasycony wyszukanymi smakami paleontologii, chodziłem po ścieżkach Wietrzni nieco już ociężały. Szybko znalazłem puste muszle Monacha claustralis i masowo występujące Xerolenta obvia, ale bardziej chyba patrzyłem na geologiczne profile, niż na przesuszone ziołorośla. Nie mniej udało mi się wypatrzeć muszle Helix lutescens, a to już też warte odnotowania.
Przejedzony ślimaczo wgramoliłem się do auta i ruszyłem z powrotem. Dopiero kiedy strawiłem już w myśli część niezwykłych atrakcji, zacząłem myśleć, co mogłem zrobić jeszcze, a czego nie zrobiłem. Bo na przykład nie poszukałem Helicopsis striata w Korytnicy, skąd podaje ją Urbański. NIe poszukałem też C. vindobonensis, której pustą muszlę znalazłem wśród skamieniałości na polu. Znaczy, że może tam być, tylko trzeba było poszukać. A już w ogóle nie szukałem drobiu, czyli tych kochanych maleńkich ślimaków z rodzin Vertiginidae, Pupillidae, Vallonidae czy Ellobidae. Znaczy: będzie trzeba wrócić...
Tylko czy jeśli wrócę i znów zastanę stół uginający się od mioceńskich rarytasów, czy będę jeszcze miał dość sił, żeby rozglądać się za przystawkami?
Śladków Mały

Śladków Mały

Żle wytypowana warstwa ze ślimakami mioceńskimi

Maleńki wycinek kolekcji Łukasza Matyjasa

Ślimak przydrożny, najczęściej spotykany mieszkaniec Ponidzia

Ślimak żółtawy z Korytnicy

Korytnica, mioceńskie eldorado

Wietrznia w Kielcach

Mała próbka zbiorów z Korytnicy

Podstawa do oznaczeń ślimaków korytnickiego miocenu
* Pierwsze słowa opowiadania Howarda Fasta Ostatnia granica