Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeomalakologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeomalakologia. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 czerwca 2012

Wskazówki dla Indiany Jonesa

Był taki czas w moim życiu, powiedzmy późne lata podstawówki, że byłem zdecydowany zostać archeologiem. I to bynajmniej nie z powodu Indiany Jonesa, bohatera serii przygodowych produkcji z Harrisonem Fordem w roli głównej. Szczerze mówiąc z kultowych (w rozumieniu popkultury) filmów o Indianie Jonesie widziałem tylko jeden, i nie miał on najmniejszego wpływu na moje preferencje. Do archeologii skłaniała mnie miłość do tego, co przeszłe, oraz perspektywa odkrywania tajemnic dotąd oczom zakrytych. Miałem i swoje sukcesy na tym polu, do których należały odnaleziony bagnet radziecki z okresu II wojny światowej oraz liczne artefakty militarne z tego okresu. Były też pojedyncze numizmaty, z których jeden - carska moneta o nominale 20 kopiejek - uważałem za równoważnik klucza do Atlantydy...
Losów Heinricha Schliemanna jednak nie podzieliłem, choć sentyment do archeologii pozostał w moim sercu. Pozostało mi zerknąć od czasu do czasu na jakieś popularne publikacje poświęcone badaniom archeologicznym lub też wycieczki do muzeów, w których deponuje się obtłuczone flaszki z końca XVIII wieku, wydobyte przy okazji prac odkrywkowych przed budową planowanej drogi ekspresowej. Ech, życie...
Jest wśród archeologów grupa, która zajmuje się badaniami szczególnie mi bliskimi. Na świecie jest ich blisko setki, w Polsce grupa ta ma kilku przedstawicieli. Myślę tu o archeomalakologach, takim dziwnym tworze pomiędzy malakologią a archeologią.
Zadaniem archeomalakologii jest dostarczanie informacji o życiu człowieka w minionych epokach na podstawie jego związku z mięczakami. I tak dla przykładu znajdowane muszle w grobach neolitycznych pozwolą na stwierdzenie jakichś form rytualnych, w których obecne były muszle, ale również podsunie pytanie o pochodzenie muszli: czy należały do gatunku dostępnego ówczesnemu człowiekowi, czy może sama muszla stanowiła już przedmiot zorganizowanej działalności człowieka polegającej na poszukiwaniu, zdobywaniu, nabywaniu czy wymianie? Zadaniem archeomalakologa będzie tutaj identyfikacja gatunku, porównanie jego zasięgu z zasięgiem występowania człowieka danej kultury. Ale też zadaniem archemalakologa może być dostarczanie informacji na temat wpływu antopopresji na określony gatunek lub grupę gatunków. I tak na przykład można wziąć pod uwagę proces postępującego karczowania lasów pod lokację nowych siedzib ludzkich i jego pływ na rozmieszczenie typowo leśnych gatunków ślimaków. Albo rozprzestrzenianie się ślimaków w okresie historycznym w związku z działalnością człowieka (tutaj winniczek Helix pomatia mógłby coś powiedzieć). Wiadomo na przykład, że Cepaea nemoralis znajdowany w warstwach średniowiecznych zachodnich miast Polski, zawdzięcza swoją obecność zawleczeniu...
Może i archeomalakologia, będąca częścią archeozoologii, bywa nieraz nudna, ale jest też dziedziną, która może dostarczać ekscytujących odkryć. Pamiętać trzeba, że muszle są bardzo wdzięcznym materiałem do badan, ponieważ nie ulegają łatwemu rozpadowi. Dla archeologa są więc materiałem, na którym powinno się pracować z przyjemnością.
A jaką przyjemność musi odczuwać archeolog, który w badaniach odkryje na przykład perłę? I jak się okaże, że to najstarsza perła na świecie? Taką informacje podało przed kilkoma dniami Polskie Radio. Informacja za PAP trafiła nawet w pewnym momencie na większość serwisów informacyjnych w internecie.
Vincent Charpentier i Sophie Méry oraz zespół archeologów z misji archeologicznej MSZ Francji znaleźli w Emiracie Umm al Quwain w Zjednoczonych Emiratach Arabskich grób, wewnątrz którego natrafili na perły. Stanowisko datowane jest na okres między 5547 a 5235 lat przed Chrystusem, co oznacza, że mierząca ok. 5mm perła liczy sobie prawie 7,5 tysiąca lat. Imponujący wynik! Badania zostały opisane w Arabian Archaeology and Epigraphy - nie znam tego artykułu w całości, nie mniej uważam, że właśnie w takich momentach powinno być głośniej o archeomalakologach. Bo przecież potrzeba teraz specjalisty, który określi, czy znaleziona perła była bezpośrednio dostępna ówczesnemu człowiekowi, czy może pochodzi z zupełnie innych obszarów. Dalej trzeba określić, czy perła znalazła się tam przypadkowo, czy pełniła określoną funkcją rytualną. Czy była powszechnie dostępną ozdobą, czy może atrybutem określonej funkcji.  Pytań wiele, wiec i archemalakolodzy mają co robić.
No właśnie. W ostatnią sobotę, 23 czerwca 2012 r. w Cairns w Queensland w Australii zakończyło się spotkanie Archaeomalacology Working Group (AMWG) - zespołu wchodzącego w skład International Council for Archaeozoology (ICAZ). Spotkanie trwało od 18 do 23 czerwca. AMWG spotyka się co dwa lata w różnych częściach globu. W czasie spotkań omawiane są wyniki badań archeomalakogicznych w ostatnim czasie. O bieżących pracach osób zrzeszonych w AMWG można przeczytać w biuletynie, którego treść jest dostępna on-line na stronie. Polskę w pracach Grupy Roboczej Archeomalakologii reprezentują dwie osoby: pani Aldona Kurzawska z Poznania oraz pani Jadwiga Anna Barga-Więcławska z Kielc. Czy brały udział w ostatnim spotkaniu, tego nie wiem, natomiast między innymi te osoby w Polsce zajmują się archeomalakologią. Poza nimi mógłbym jeszcze wymienić prof. Andrzeja Wyrwę z Poznania, który zajmował się śladami pielgrzymowania do Santiago de Compostela (pisałem o tym przed rokiem na blogu) czy prof. Andrzeja Piechockiego, który przed laty przygotował bardzo wysoko oceniany artykuł o szczątkach mięczaków w grobowcach kultury lejkowej w Sarnowie k. Włocławka.
Myślę, że warto temat zgłębiać. Zachęcam do tego, żeby się archeomalakologią zainteresować. Pewnie rozgłosu Indiany Jonesa trudno się będzie doczekać, ale czy zajmując się mięczakami szuka się rozgłosu?

czwartek, 14 lipca 2011

Z trzech stron

Zaległości narastają. Nie tylko na blogu, wszędzie. Przepraszam. Jestem przed urlopem i nie bardzo mogę się wyrobić. A wczoraj jeszcze pilny wyjazd do Warszawy. Nie jest źle, ale muszę się sprężyć. Jeszcze trochę...
Ponieważ był wyjazd, to była okazja żeby w pociągu poczytać. Zebrałem ze sobą najnowszy nabytek, z którego odbiorem miałem letnie pocztowe problemy. Ponieważ książka jest niezwykle przewrotna jak na moją bibliotekę, uznałem za zasadne podzielić się wrażeniami z lektury.
Znalazłem ją w internecie najzupełniej przypadkowo: takie publikacje widzi się na odległych stronach przeglądarki, nie świecą w sponsorowanych linkach, a i najczęściej trzeba całej długiej frazy, żeby się znalazła. I mnie się udało. Więcej nawet: udało mi się zdobyć adres autora i do niego dotrzeć. Telefonicznie. Rozmawiałem z nim przez chwilę, ale wystarczyło, żeby otrzymać zapewnienie o proporcjach zawartych w książce. We wtorek ją odebrałem, wczoraj przeczytałem, dziś się nad nią zatrzymuję. Powodów jest kilka. Postaram się je pogrupować:
Po pierwsze: od kilku dni na Jasną Górę pielgrzymują piotrkowianie. To już 142 raz, jak pątnicy z Piotrkowa i jego okolic udają się do jasnogórskiego sanktuarium. I ja w przeszłości stawiałem z nimi pielgrzymie kroki na szlakach wijących się przez nizinne wsie i miasteczka.
Po drugie: pielgrzymowanie to nie tylko wakacyjna atrakcja dla religijnie zaangażowanych. Pielgrzymka jest najkonkretniejszym symbolem kondycji naszego życia, w którym nigdy nie będąc ostatecznie u siebie, idziemy we wspólnocie do Nowej Ziemi, gdzie przebóstwieni spotkaniem z Miłością, ujrzymy się jako Nowe Stworzenie.
Po trzecie: pielgrzymując zostawiamy swoje mniej lub bardziej ulotne ślady, zaznaczamy przemijającą obecność, jakby chcąc powiedzieć: "No przecież jestem konkretnym istnieniem i bóle moje są konkretne, i prośby moje, i dziękczynienia".
Po czwarte: pielgrzym bardzo podobny jest do ślimaka: musi się zadowolić tym, co zabierze ze sobą lub co po drodze otrzyma. Obładowany plecakiem (i tym fizycznym, i tym moralnym), sunie powoli ku obranemu celowi, ponosząc koszta niewygody i trudu. Idzie, bo ma do spełnienia zadanie.
Po piąte: marzy mi się stanąć kiedyś na Caminos de Santiago i wyruszyć w stronę finis terrae, nawiedzając grób św. Jakuba Apostoła, zwanego Starszym. Wierzę, że kiedyś wybiorę się wzorem średniowiecznych pokutników i przemierzywszy pół kontynentu ujrzę miejsce wołające łaskami. A wracając - do pielgrzymiej torby przyszyję muszlę Pecten maximus Linnaeus, 1758 - symbol pielgrzymów do Santiago de Compostela, rozpoznawany w całej Europie, będący jednym ze źródeł jej tożsamości.
Po szóste: cieszy, że odtwarzane są drogi świętego Jakuba, zarówno w Europie, jak i w Polsce. Kiedyś te drogi były szlakami nowych idei, nurtów i doświadczeń i dziś na powrót mogą stać się ramionami spotkania i rozwoju.
Jak widać, powodów jest wiele, a bezpośrednio trzy. Książka prof. Andrzeja Wyrwy "Święty Jakub Apostoł. Malakologiczne i historyczne ślady peregrynacji z ziem polskich do Santiago de Compostela" zainteresowała mnie z powodu trzech kierunków, które w sobie łączy, a mianowicie: malakologii, archeologii i teologii. Autor książki jest archeologiem, dyrektorem Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy. Opracowany przez niego temat podejmuje próbę określenia śladów pielgrzymowania do Santiago de Compostela na podstawie archeologicznych materiałów malakologicznych: muszli przegrzebków z gatynku Pecten maximus L. oraz Pecten jacobeus L. Na podstawie ośmiu dostępnych muszli (lub ich fragmentów) próbuje podjąć się rekonstrukcji drogi, którą przemierzył pielgrzym. Proponuje przyjąć, że muszla P. jacobeus stanowiła dowód dojścia do Santiago drogą południową, zaczepiającą o wybrzeże Morza Śródziemnego, natomiast muszle P. maximus miałyby być przyniesione przez pielgrzymów podążających "Szlakiem francuskim". Analiza malakologiczna materiałów archeologicznych zawarta jest w katalogu muszli pielgrzymich, zawierającym osiem znanych okazów, m.in. z Cieszyna, Lublina, Elbląga, Ostrowa Lednickiego, Poznania, Kołobrzegu, Poznania i Wrocławia (chyba wymieniłem wszystkie). Ponadto autor zacheca do przeszukania zbiorów muzealnych pod tym właśnie kontem. A mnie aż wierci, żeby napisać do autora, żeby szukać w Piotrkowie, którego "założyciel" mógł być pielgrzymem do Santiago, a kościół farny (XII w.) nosi wezwanie właśnie św. Jakuba. Poza tym Piotrków leżał na skrzyżowaniu ważnych szlaków komunikacyjnych, co sprzyjało pielgrzymowaniu. Chciałbym, aby moją intuicję kiedyś zweryfikowano na gruncie archeologii...
Wracając do książki: cieszy mnie, choć spodziewałem się więcej malakologii;) Jest pierwszą znaną mi książką, która wskazuje na praktyczne zastosowanie malakologii w innych dziedzinach nauki. Na dodatek wszystko zaprawione jest teologiczną atmosferą wynikającą z tematu peregrynacji chrześcijańskiej do sanktuarium św. Jakuba Większego. Cieszy mnie również, że wygrzebana spod ziemi skorupka małża potrafi tak dużo powiedzieć, jeśli tylko chce się jej dobrze posłuchać. Najlepiej tak, jak słuchano opowieści wracającego pielgrzyma, przemienionego spotkaniem z Łaską...
Więcej o muszli w pielgrzymowaniu postaram się napisać wkrótce.

A. Wyrwa, Święty Jakub Apostoł. Malakologiczne i historyczne ślady peregrynacji z ziem polskich do Santiago de Compostela. Poznań-Lednica, 2009, 91ss.