Mniej więcej wiem, że ubóstwo naszej krajowej malakofauny podyktowane jest w głównej mierze tą smutną anomalią, że morze mamy na północy, a góry na południu. Gdyby było odwrotnie, może łatwiej byłoby zatrzymać mięczaki przed lodowcami, które kilkakrotnie chciały się u nas zadomowić, nie wiedząc, czy zostawać tutaj na dłużej. Taka jest przynajmniej jedna z teorii na temat rozmieszczenia mięczaków w Polsce: wycofywały się przed lodowcem na południe, a tam je zatrzymywały góry. A gdy lodowiec ustępował, te z południa nie mogły iść dalej na północ, bo znów grodziły im drogę Karpaty.
No więc takie ułożenie geograficzne spowodowało, że różnorodność mięczaków w naszym kraju jest taka sobie. Oczywiście można stawiać na turystykę. I o tym słów kilka.
Przyznaję się do tego, że jakoś nieufnie spoglądam na obce elementy w świecie przyrody. Uważam - i pogląd ten wyrażałem już niejednokrotnie - że introdukcja obcych gatunków może się źle skończyć dla rodzimych i źle wpłynąć na bioróżnorodność. Biologia to nie polityka, tutaj (i tylko tutaj) czystość rasowa nie jest źle widziana. Kiedy więc spotykam nowego ślimaka, nie cieszę się aż tak bardzo jak wtedy, gdy znajduję coś naszego, czego jeszcze na oczy nie widziałem.
Przed kilkoma dniami miałem okazję wystawić na próbę moją otwartość na przybyszów. W niedzielny poranek na liściu storczyka z rodzaju Phalenopsis zauważyłem spacerującego sobie spokojnie ślimaka, o muszli bardzo podobnej do muszli Zontidae. Po paru minutach oglądania doniczek ze storczykami odkryłem jeszcze dwa inne osobniki, więc inwazja to wielka nie była, ale jednak...
Już trzy lata temu miałem okazję zobaczyć tego ślimaka, ale nie w pełni okazałości. Wtedy znajomy przyniósł mi dwie muszelki od swojego znajomego - hodowcy storczyków - z prośbą o pomoc w zwalczaniu szkodnika. Problem w tym, że muszelki zostały przyniesione w papierowej kopercie, którą na wszelki wypadek znajomy włożył do kieszeni... Z tych obłamanych łupinek nie mogłem do końca wywnioskować, czy to szklarka szklarniowa Zonitoides arboreus (Say, 1816).
Tym razem jestem bliższy pewności, że to ten gatunek. Muszla bardzo podobna do skorupki obłystka (Zonitoides nitidus), choć jaśniejsza i z bardziej wyraźnym prążkowaniem. Wielkość nie przekracza 5-6mm szerokości i 2,5-3 mm wysokości. Dołek osiowy szerszy niż u rodzimego przedstawiciela Gastrodontidae, do których zalicza się rodzaj Zonitoides. Ponieważ widziałem żywe ślimaki, mogę potwierdzić, że tył ciała był niebiesko-szary, podobnie jak czułki i górna część boków ciała ślimaka, pozostałe zaś części jasnoszare.
Ślimak ten naturalnie występuje w Ameryce Północnej, od Meksyku i Kostaryki po Nową Fundlandię i Kolumbię Brytyjską. Zasadniczo jest gatunkiem leśnym, preferującym wilgotne podłoże, ale trafia się również w środowiskach antropogenicznych. Łatwo ulega zawleczeniu: notowany był już w Australii, Japonii, Paragwaju, Kenii, na Madagaskarze i na Kamczatce, a w Europie m.in. w Szwecji (gdzie stopniowo się naturalizuje), Danii, Rosji, w Czechach czy Niemczech. Oficjalnie w Polsce występuje tylko w szklarni Ogrodu Botanicznego w Krakowie, gdzie też został odnaleziony po raz pierwszy w 1993 r. przez prof. S. Alexandrowicza.
Moje znalezisko pochodzi najprawdopodobniej z Holandii, ponieważ na etykiecie doniczki była informacja o pochodzeniu storczyka z Niderlandów. Najprawdopodobniej zawędrował z transportem kwiatów, a w systemie korzeniowym storczyka znalazł dogodne warunki do zniesienia podróży.
Na razie nie wiem, czy poza trzema osobnikami coś jeszcze kryje się w doniczkach. Od czasu do czasu spoglądam na nie i nie dostrzegam niczego nowego. Nie wykluczone jednak, że coś się jeszcze znajdzie.
Turyści z Holandii nie mieli u mnie łatwego życia. Jakkolwiek nie zauważyłem, żeby obce ślimaki wyrządziły jakieś szkody, nie mniej wolałem szklarki upić i zakonserwować. Jeśli więc o mnie chodzi, to nie przyczyniłem się za bardzo do wzbogacenia krajowej malakofauny. Ale wzbogaciłem się o znajomość kolejnego gatunku, pod tym oczywiście warunkiem, że to, to to...
czwartek, 12 września 2013
czwartek, 29 sierpnia 2013
Pod różne adresy
Przepraszam. Trudno byłoby mi nawet tłumaczyć się i myślę, że lepiej zrobię zaniechując tego. Pozostaje mi to poczucie wstydu, palące, cierpkie, gorzkie. Słowem: ohydne poczucie wstydu.
Pomimo półtoramiesięcznego milczenia działo się sporo. Może nie tak sporo, żeby zaspokoić moje żądze poznawcze, nie mniej było wiele okazji, żeby się podzielić. A tak, jeśli wrócę do tematu, to będzie wyglądało jakbym się chciał chwalić.
Więc zacznę z drugiej strony. Nie mogę się odnaleźć. Kolejny raz przebudowuję swoją karierę zawodową, kolejny raz od podstaw zaczynam nową pracę. Stąd ta zadyszka, a właściwiej: zapaść aktywności publicystycznej na blogu.
Od czasu ostatniego wpisu działo się sporo w świecie malakologii, na przykład miał miejsce Światowy Kongres Malakologiczny (World Congress of Malacology) w Ponta Delgada na Azorach. Wzięło w nim udział kilku przynajmniej Polaków, ale relacji jeszcze nie mam, może za kilka dni wysłucham paru słów na ten temat. Mniej więcej w tym samym czasie kiedy trwał kongres, ja próbowałem swoich sił na kajaku. Ponieważ był to mój debiut w roli kajakarza, to jestem szczęśliwy, że miejscem debiutu była rzeka Krutynia, właściwie odcinek od wsi Krutyń do Rosochy. Cudo. Jedno z tych magicznych miejsc, do których chciałoby się nieustannie wracać. Zresztą chyba nie tylko we mnie takie wrażenia się rodziły, skoro miejscami rzeka przypominała alejkę w wodnym hipermarkecie... Przejrzysta woda pozwoliła mi popatrzeć na dno i na to, co tam żyje. A obok gąbek i krasnorostów można znaleźć i inne atrakcje, z mięczakami włącznie. Przyznaję z zażenowaniem, że myślałem o dwóch gatunkach Pisidium, bardzo rzadkich, które można znaleźć w dolnym biegu Krutyni, ale było to niepoważne zamierzenie. Udało mi się wypatrzeć natomiast Anodonta complanata, której wcześniej z bliska nie oglądałem.
Na zamku w Reszlu z kolei wypatrzyłem świdrzyki i jeśli nie podaję nazw gatunkowych to dlatego, że moje klucze utknęły w pudłach i czekają na wydobycie. Wstyd byłoby mi podawać nazwy, które nie odpowiadają rzeczywistości. Ale zamek piękny, a i sam Reszel dla amatorów malakologii ciekawy, bo jest jednym z cittaslow w Polsce.
A na przeciwległej stronie mapy Polski oglądałem z bliska Wisłok. I tam też popatrzyłem na ciekawe okazy Unio crassus i U. pictorum o wybitnie wydłużonych muszlach. Na Podkarpaciu przyglądałem się też ślimakom żółtawym, choć akurat żadnego żywego nie wypatrzyłem (pewnie przez upały...). Wypatrzyłem natomiast masę śliników Arion vulgaris, które potrafią w ciągu kilkunastu minut wydostać się nie wiadomo skąd i przejść do nocnej wyżerki. Przy okazji upolowałem bardzo dorodnego Limax maximus, który tym się między innymi różni od Limax cinereoniger, że jest synantropem oraz tym, że ma jednolicie ubarwioną podeszwę nogi.
Obawiam się, że to koniec podbojów na ten rok. Jeśli gdzieś się pojawię, to niespodziewanie, poza planami. Cieszyłbym się na widok każdego nowego gatunku, którego dotąd nie udało mi się jeszcze wypatrzeć. Muszę się jednak bardziej skoncentrować na uporządkowaniu tych zbiorów, które przez ostatnie lata zgromadziłem. Oj, wiele pozostawia do życzenia, bardzo wiele. Aż wstyd.
Może więc czas na poprawę? Nie obiecuję. Ale chcę się poprawić. Naprawdę.
Pomimo półtoramiesięcznego milczenia działo się sporo. Może nie tak sporo, żeby zaspokoić moje żądze poznawcze, nie mniej było wiele okazji, żeby się podzielić. A tak, jeśli wrócę do tematu, to będzie wyglądało jakbym się chciał chwalić.
Więc zacznę z drugiej strony. Nie mogę się odnaleźć. Kolejny raz przebudowuję swoją karierę zawodową, kolejny raz od podstaw zaczynam nową pracę. Stąd ta zadyszka, a właściwiej: zapaść aktywności publicystycznej na blogu.
Od czasu ostatniego wpisu działo się sporo w świecie malakologii, na przykład miał miejsce Światowy Kongres Malakologiczny (World Congress of Malacology) w Ponta Delgada na Azorach. Wzięło w nim udział kilku przynajmniej Polaków, ale relacji jeszcze nie mam, może za kilka dni wysłucham paru słów na ten temat. Mniej więcej w tym samym czasie kiedy trwał kongres, ja próbowałem swoich sił na kajaku. Ponieważ był to mój debiut w roli kajakarza, to jestem szczęśliwy, że miejscem debiutu była rzeka Krutynia, właściwie odcinek od wsi Krutyń do Rosochy. Cudo. Jedno z tych magicznych miejsc, do których chciałoby się nieustannie wracać. Zresztą chyba nie tylko we mnie takie wrażenia się rodziły, skoro miejscami rzeka przypominała alejkę w wodnym hipermarkecie... Przejrzysta woda pozwoliła mi popatrzeć na dno i na to, co tam żyje. A obok gąbek i krasnorostów można znaleźć i inne atrakcje, z mięczakami włącznie. Przyznaję z zażenowaniem, że myślałem o dwóch gatunkach Pisidium, bardzo rzadkich, które można znaleźć w dolnym biegu Krutyni, ale było to niepoważne zamierzenie. Udało mi się wypatrzeć natomiast Anodonta complanata, której wcześniej z bliska nie oglądałem.
Na zamku w Reszlu z kolei wypatrzyłem świdrzyki i jeśli nie podaję nazw gatunkowych to dlatego, że moje klucze utknęły w pudłach i czekają na wydobycie. Wstyd byłoby mi podawać nazwy, które nie odpowiadają rzeczywistości. Ale zamek piękny, a i sam Reszel dla amatorów malakologii ciekawy, bo jest jednym z cittaslow w Polsce.A na przeciwległej stronie mapy Polski oglądałem z bliska Wisłok. I tam też popatrzyłem na ciekawe okazy Unio crassus i U. pictorum o wybitnie wydłużonych muszlach. Na Podkarpaciu przyglądałem się też ślimakom żółtawym, choć akurat żadnego żywego nie wypatrzyłem (pewnie przez upały...). Wypatrzyłem natomiast masę śliników Arion vulgaris, które potrafią w ciągu kilkunastu minut wydostać się nie wiadomo skąd i przejść do nocnej wyżerki. Przy okazji upolowałem bardzo dorodnego Limax maximus, który tym się między innymi różni od Limax cinereoniger, że jest synantropem oraz tym, że ma jednolicie ubarwioną podeszwę nogi.
Obawiam się, że to koniec podbojów na ten rok. Jeśli gdzieś się pojawię, to niespodziewanie, poza planami. Cieszyłbym się na widok każdego nowego gatunku, którego dotąd nie udało mi się jeszcze wypatrzeć. Muszę się jednak bardziej skoncentrować na uporządkowaniu tych zbiorów, które przez ostatnie lata zgromadziłem. Oj, wiele pozostawia do życzenia, bardzo wiele. Aż wstyd.
Może więc czas na poprawę? Nie obiecuję. Ale chcę się poprawić. Naprawdę.
piątek, 12 lipca 2013
Sucharek
Zjawisko to zaobserwowałem po raz pierwszy przed kilkunastu laty, w 1998 lub '99 roku. Na ogół ma ono miejsce latem, choć widywałem je również późną wiosną i wczesną jesienią.
Na fotografiach widać ślinika, czarno umaszczonego, podpowiem, że to Arion rufus albo Arion vulgaris (=lusitanicus). Na pierwszy rzut oka nie widać, aby coś się tam działo. To fakt. Zdarzenie miało już miejsce, a fotografie przedstawiają skutek. Smutny skutek. Smutny dla ślimaka...
Na zdjęciach widoczny jest ślinik podążający w kierunku kryjówki, do której już nigdy nie dotrze. Zaskoczony wzrostem temperatury i promieniowania słonecznego nie zdążył już schronić się przed zabójczym działaniem słońca. Jak to możliwe, że zwierzę staje się tak nieuważne?
Zastanawiam się nad mechanizmem tego zjawiska. Wiążę je przede wszystkim ze środowiskami antopogenicznymi, choć "w naturze" też kilkakrotnie to widziałem. Najczęściej jest to związane z dość wilgotnymi porankami, lekko zachmurzonymi, takimi, po których trudno ocenić, jaka będzie pogoda. Ślimaki powinny być mądrzejsze i lepiej od ludzi przewidywać pogodę. W takich sytuacjach, jak ta opisywana, ślimak rano wyrusza na żerowanie. Rośliny są wilgotne, skropione rosą, co pozwala na szybkie przemieszczanie się i smaczny posiłek. Kiedy ślimak jest najedzony, postanawia wrócić do kryjówki. Nie doszedłem jeszcze tego, czy ślimaki nagie preferują stałe kryjówki, takie bazy wypadowe, czy też chowają się gdzie popadnie, byleby było bezpiecznie. I jedna i druga teza mają swoją argumentację. Wydaje mi się jednak, że niepłoszone ślimaki mają raczej swoją kryjówkę, natomiast nękane (choćby zabiegami agrotechnicznymi lub innymi okolicznościami) kryją się w dość przypadkowych miejscach. Wróćmy do opisywanej sytuacji. Kiedy ślimak się naje i wraca do swojej kryjówki, następuje zmiana warunków atmosferycznych. Promienie słoneczne nagrzewają ziemię szybciej niż dotąd i zaczyna się wyścig. Jeżeli ślimak znalazł się na chodniku, wybetonowanym podjeździe czy na utwardzonej drodze, wzrost temperatury podłoża następuje szybciej. Zwłaszcza na asfaltowych lub betonowych elementach dróg. Gdyby ślimak pozostał na żerowisku, pewnie ukryłby się w korzeniach roślin lub w ostateczności na spodniej stronie liści (ślimaki nagie rzadko preferują ten typ schronienia). Wejście na chodnik wyłożony betonowymi płytami jest ryzykowne, choć teoretycznie niesie ze sobą możliwość sporej wygranej: jeśli dotrze na czas, może ukryć się w szczelinach między płytami, gdzie nie dosięgnie go żaden drapieżnik... Temu ze zdjęcia nie udało się jednak dojść do celu. Dlaczego? Źle wyliczył czas dojścia, prawdopodobnie nie uwzględniając wydłużającej się drogi ze względu na wzrost lepkości śluzu.
Wzrost temperatury powoduje drażnienie ślimaka. Musi wtedy wytwarzać więcej śluzu, aby chronić swoje ciemne ciało przed poparzeniem słonecznym. Śluz jest też niezbędny do poruszania się. Im jest cieplej i im niższa wilgotność powietrza, tym szybciej śluz wysycha, stając się najpierw bardziej lepki,potem zamieniając się w opalizującą suchą błonkę. Wzmożone zapotrzebowanie na śluz powoduje odwodnienie ślimaka, jego ruchy stają się przez to bardziej powolne. Im bardziej ślimak stara się pośpieszyć, tym więcej energii go to kosztuje, a im więcej energii traci, tym wolniej się porusza. W efekcie: czasem na kilka centymetrów przed kryjówką (kamienieniem, cegłą, starą szmatą, porzuconą deską, grudą ziemi itp.) znajduje się - nawet po kilka - zasuszonych ślimaków nagich. To prawdopodobnie najwyższa cena, jaką zapłaciły za ewolucyjny wynalazek pozbawiający ich muszli. Szybkość, którą zdobyły wraz z pozbyciem się balastu muszli nie zawsze rekompensuje ryzyko wyschnięcia.
Zastanawia mnie natomiast, jak to możliwe, że niektóre osobniki ślimaków nagich nie nauczyły się rozpoznawać warunków atmosferycznych. Czy to wina obżarstwa, tej jeszcze jednej porcyjki, po której ciężko wstać od stołu? Czy to wina spóźnialstwa, za które kiedyś trzeba zapłacić? Może to pokłosie młodzieńczej naiwności i wiary w to, że jeszcze zdążę? A może to wina człowieka, że tak dużo miejsca zabetonował, zaasfaltował, udeptał i utwardził? Nie wiem; to pytania dla ślimaków, pod rozwagę. Choć wydaje mi się, że i my możemy się czegoś z tej przykrej lekcji nauczyć...
Na fotografiach widać ślinika, czarno umaszczonego, podpowiem, że to Arion rufus albo Arion vulgaris (=lusitanicus). Na pierwszy rzut oka nie widać, aby coś się tam działo. To fakt. Zdarzenie miało już miejsce, a fotografie przedstawiają skutek. Smutny skutek. Smutny dla ślimaka...
Na zdjęciach widoczny jest ślinik podążający w kierunku kryjówki, do której już nigdy nie dotrze. Zaskoczony wzrostem temperatury i promieniowania słonecznego nie zdążył już schronić się przed zabójczym działaniem słońca. Jak to możliwe, że zwierzę staje się tak nieuważne?
Zastanawiam się nad mechanizmem tego zjawiska. Wiążę je przede wszystkim ze środowiskami antopogenicznymi, choć "w naturze" też kilkakrotnie to widziałem. Najczęściej jest to związane z dość wilgotnymi porankami, lekko zachmurzonymi, takimi, po których trudno ocenić, jaka będzie pogoda. Ślimaki powinny być mądrzejsze i lepiej od ludzi przewidywać pogodę. W takich sytuacjach, jak ta opisywana, ślimak rano wyrusza na żerowanie. Rośliny są wilgotne, skropione rosą, co pozwala na szybkie przemieszczanie się i smaczny posiłek. Kiedy ślimak jest najedzony, postanawia wrócić do kryjówki. Nie doszedłem jeszcze tego, czy ślimaki nagie preferują stałe kryjówki, takie bazy wypadowe, czy też chowają się gdzie popadnie, byleby było bezpiecznie. I jedna i druga teza mają swoją argumentację. Wydaje mi się jednak, że niepłoszone ślimaki mają raczej swoją kryjówkę, natomiast nękane (choćby zabiegami agrotechnicznymi lub innymi okolicznościami) kryją się w dość przypadkowych miejscach. Wróćmy do opisywanej sytuacji. Kiedy ślimak się naje i wraca do swojej kryjówki, następuje zmiana warunków atmosferycznych. Promienie słoneczne nagrzewają ziemię szybciej niż dotąd i zaczyna się wyścig. Jeżeli ślimak znalazł się na chodniku, wybetonowanym podjeździe czy na utwardzonej drodze, wzrost temperatury podłoża następuje szybciej. Zwłaszcza na asfaltowych lub betonowych elementach dróg. Gdyby ślimak pozostał na żerowisku, pewnie ukryłby się w korzeniach roślin lub w ostateczności na spodniej stronie liści (ślimaki nagie rzadko preferują ten typ schronienia). Wejście na chodnik wyłożony betonowymi płytami jest ryzykowne, choć teoretycznie niesie ze sobą możliwość sporej wygranej: jeśli dotrze na czas, może ukryć się w szczelinach między płytami, gdzie nie dosięgnie go żaden drapieżnik... Temu ze zdjęcia nie udało się jednak dojść do celu. Dlaczego? Źle wyliczył czas dojścia, prawdopodobnie nie uwzględniając wydłużającej się drogi ze względu na wzrost lepkości śluzu.
Wzrost temperatury powoduje drażnienie ślimaka. Musi wtedy wytwarzać więcej śluzu, aby chronić swoje ciemne ciało przed poparzeniem słonecznym. Śluz jest też niezbędny do poruszania się. Im jest cieplej i im niższa wilgotność powietrza, tym szybciej śluz wysycha, stając się najpierw bardziej lepki,potem zamieniając się w opalizującą suchą błonkę. Wzmożone zapotrzebowanie na śluz powoduje odwodnienie ślimaka, jego ruchy stają się przez to bardziej powolne. Im bardziej ślimak stara się pośpieszyć, tym więcej energii go to kosztuje, a im więcej energii traci, tym wolniej się porusza. W efekcie: czasem na kilka centymetrów przed kryjówką (kamienieniem, cegłą, starą szmatą, porzuconą deską, grudą ziemi itp.) znajduje się - nawet po kilka - zasuszonych ślimaków nagich. To prawdopodobnie najwyższa cena, jaką zapłaciły za ewolucyjny wynalazek pozbawiający ich muszli. Szybkość, którą zdobyły wraz z pozbyciem się balastu muszli nie zawsze rekompensuje ryzyko wyschnięcia.
Zastanawia mnie natomiast, jak to możliwe, że niektóre osobniki ślimaków nagich nie nauczyły się rozpoznawać warunków atmosferycznych. Czy to wina obżarstwa, tej jeszcze jednej porcyjki, po której ciężko wstać od stołu? Czy to wina spóźnialstwa, za które kiedyś trzeba zapłacić? Może to pokłosie młodzieńczej naiwności i wiary w to, że jeszcze zdążę? A może to wina człowieka, że tak dużo miejsca zabetonował, zaasfaltował, udeptał i utwardził? Nie wiem; to pytania dla ślimaków, pod rozwagę. Choć wydaje mi się, że i my możemy się czegoś z tej przykrej lekcji nauczyć...
Subskrybuj:
Posty (Atom)








