niedziela, 10 listopada 2013

Naturalia

Miło jest w skrzynce pocztowej zamiast rachunku za prąd lub przypomnienia o spłacie karty kredytowej, znaleźć od czasu do czasu przesyłkę od znajomego. Z wielu przyjemności dostępnych na ziemi, odbieranie korespondencji zajmuje jedną z wyższych pozycji w moim prywatnym rankingu. Nie chodzi o to, że ktoś pamięta czy coś takiego, ale o całą celebrację, rozmyślanie czy w skrzynce coś się znajdzie, oglądanie koperty, przyglądanie się znaczkowi, nawet bieganie z awizo - wszystko ma swój urok, który bardzo sobie cenię. W ostatnim tygodniu niespodzianką była dla mnie przesyłka z Kielc, a w niej - pierwszy numer rocznika Naturalia wydanego przez kieleckie Towarzystwo Badań i Ochrony Przyrody.
Od tego zacznę, że to bardzo dobrze, że towarzystwa starają się o własne periodyki. Potrzeba zrzeszania się jest ściśle powiązana z potrzebą wyrażania siebie, własnych poglądów, ale też wspólnego działania i pozostawiania po sobie śladów. Ponoć boje o pismo trwały już od dłuższego czasu, dość stwierdzić, że pierwszy numer datowany jest na 2012 rok.
Roczniki tego typu towarzystw są mi szczególnie drogie, bo na ogół stanowią zapis pracy osób, które zajmują się tym, co kochają, czemu poświęcają swój czas, swoją energię, dla samej przyjemności zajmowania się tym. Nie ma tam nie wiem jak skomplikowanych obliczeń, słów łamanych z greckiego przez łacinę i angielski, nowomowy urosłej jak kalafior na grządce... Jest za to ubranie swoich odkryć, spostrzeżeń, zachwytów i pasji w zrecenzowane wypowiedzi obiektywizujące te doświadczenia.
Przesyłkę otrzymałem od autora jednego z artykułów, Mariusza Gwardjana. Zajął się on inwentaryzacją stanowisk wałkówki trójzębnej Chondrula tridens oraz ślimaka ostrokrawędzistego Helicigona lapicida na obszarze Wyżyny Małopolskiej. Prace faunistyczne są moimi ulubionymi: zbyt duże mam braki w wiedzy biologicznej, aby śledzić transmisję białek w mitochondrialnym DNA lub absorpcję metali ciężkich przez ślimaki z rodzaju XY. Prace faunistyczne są bardziej na moim poziomie. Odnajduję się w nich, pozwalają mi porównywać moje obserwacje z obserwacjami innych. Lubię też - opierając się na takich pracach - poleźć w miejsca wskazane przez autorów i sprawdzić, czy dane są jeszcze aktualne itp. Ucieszyła mnie ta przesyłka i z tego powodu, że w doborowym ptasim towarzystwie znalazło się miejsce i dla ślimaków, i to w pierwszym numerze! A poważniej: cieszą mnie doniesienia tego typu. Pozwalają na zorientowanie się, czy dany gatunek ślimaka utrzymuje jakieś populacje, jaka jest kondycja tych populacji (zwłaszcza w ujęciu historycznym), poza tym pozwala na weryfikowanie doniesień, które mogą tracić na wartości, a powtarzane są przez kolejnych autorów. Marzy mi się takie zatoczone na wielką skalę badanie faunistyczne, katalogowanie wszystkich stanowisk, w miarę bieżące śledzenie zmian, które w nich następują. To się powoli dzieje, i to dzieje właśnie dzięki zapaleńcom oraz możliwościom, jakie przynosi postęp techniczny.
Ucieszyła mnie przesyłka z Kielc, bardzo mnie ucieszyła. I ta żołna na okładce, najpiękniejszy bodaj ptak gniazdujący w Polsce... Naprawdę, miło wziąć do ręki.
Towarzyszy mi nadzieja, że rocznik Naturalia będzie się rozwijał. Jak na razie niepokoi mnie troszkę, że Towarzystwo nie zamieściło go w całości w internecie (myślę, że to jakaś strategia, np. pojawi się po opublikowaniu kolejnego tomu...). Jestem starej daty, wolę drukowane, ale czasy obecne każą bratać się z internetem i warto z tego bratania korzystać.
Kibicuję Kolegom z Kielc, nie w piłce, ale w redagowaniu. Mam nadzieję, że Rocznik nie tylko się utrzyma, ale że będzie się piął poziomem. I oczywiście mam nadzieję, że pozostanie pismem pasjonatów dla pasjonatów. I jeszcze mam nadzieję, że w kolejnych odsłonach nie zabraknie miejsca dla mięczaków. No bo nie wiem jak byłoby coś ciekawego, z mięczakami jest zawsze dla mnie ciekawsze;)
Spis treści, okładka i stopka dostępne na stronie Towarzystwa www.tbop.org.pl

środa, 30 października 2013

Oślizgłe lekarstwo

Jesień. Szaleństwo barw, tak nieprzystające do powagi tej pory. Złoto różnych prób, rubiny, bursztyn oprawiony w srebro mgieł porannych... Ech, poniosło mnie. Słoty i wichury, przymrozki i szaruga to druga strona jesiennej ulotki promocyjnej. I infekcje, o które jesienią łatwiej... Malkontent ze mnie, co na to poradzę. Kiedy jednak dolegliwości pojawiające się wraz z jesienią przypominają o sobie, warto szukać środków przeróżnych ratujących zdrowie.
Mawiają, że gorzki lek najlepiej leczy. Nie wiem, czy to prawda, natomiast potwierdzeniem tej tezy mogłyby być wnioski z lektury artykułu Ślimaki bezskorupowe w medycynie ludowej: przegląd literatury autorstwa Kingi Stawarczyk, Michała Stawarczyka i Bartosza Piechowicza. Praca pojawiła się w 2012 roku na łamach rocznika Etnobiologia (www.etnobiologia.com). Jednego żałuję: że to tylko przegląd literatury a nie większe opracowanie, ale na bezrybiu i rak ślimak;)
Czy można sobie wyobrazić syrop ze ślimaka? Reklamy kremów ze śluzu ślimaków już widziałem, czytałem też kiedyś o specyfikach opartych na pocieraniu ślimakami zmienionych chorobowo miejsc. Praca, o której mówię, pozwoliła mi dowiedzieć się więcej nie tylko o metodach, ale również o ich różnorodnych wariantach niemal na całym świecie. Ciekawe jest stwierdzenie, że pewne zabiegi były bardzo do siebie podobne w różnych stronach Europy...
Najohydniejsza wydała mi się receptura na krztusiec u dzieci: ze śluzu Limax rufus L. (chodzi prawdopodobnie o Arion rufus wg dzisiejszej nomenklatury) zmieszanego z cukrem pudrem miało powstac coś, co leczyło krztusiec. Albo receptura na środek profilaktyczny w zapobieganiu przeziębień, stosowany na Półwyspie Iberyjskim: syrop ze ślimaków nagich z cukrem, podawany do picia po 2-3 dniach od przygotowania specyfiku... Syropy, które z dzieciństwa pamiętam, zdają się być przy tym oranżadą...

Wolę chyba jednak zajadać się czosnkiem i cebulą, jednak gdyby przyszło mi się mierzyć z jesienną infekcją, może spróbuję jakiegoś mazidła na ślimakach. Ciepło jeszcze i rano widuję spacerujące ariony i derocerasy, może by w czym pomogły. Albo taki limax, którego niedawno znalazłem w samochodzie służbowym: podhoduję go trochę, by na wszelki wypadek złagodził objawy odstawienne po zakończeniu sezonu...

Delicje! I już się nie chce chorować;) Lekarstwo, które wielu postawi na nogi zanim jeszcze je zaaplikuje.

poniedziałek, 30 września 2013

Turbo dla speeda

To, co poniżej, to będzie prerecenzja, to jest takie coś, gdy się recenzuje to, czego się jeszcze nie widziało, ale się zamierza. Taki neologizm, stworzony na potrzebę tego wpisu, na wypadek, gdyby ktoś zechciał zarzucić mi, że nie recenzuje się czegoś, o czym się nie ma pojęcia. Zakręciłem? No więc wyjaśniam.
27 września wszedł do kin film animowany pt. "Turbo". To jedna z ostatnich produkcji DreamWorks, co zasadniczo powinno gwarantować ubaw po pachy. Zobaczymy. Niedługo się pewnie wybiorę i coraz bardziej zastanawiam się, czy warto.
Zacznę od - znowuż - metodologicznej uwagi, że zwykliśmy w Polsce, nie wiedzieć czemu, filmy animowane nazywać bajkami. Nie bardzo wiem, skąd to uproszczenie, trudno dzieciom później wytłumaczyć, że bajka nie ma nic wspólnego z bajkami. Leksykonowa definicja bajki, którą pamiętam jeszcze z podstawówki, to "krótki utwór wierszowany zawierający morał". Często bajka bazuje na alegoriach, a jej bohaterami są zarówno ludzie, jak i zwierzęta, rośliny, przedmioty lub zjawiska. Co ważne, pomimo wierszowania, które na ogół kojarzy się z liryką, bajka jest gatunkiem epickim. Uściślając: bajka zawiera morał, to jest najkrótsza definicja.
Z niektórych "bajek" taki tylko płynie morał, że "Trza było nie oglądać!" Bałbym się takiego morału w przypadku filmu w reżyserii Davida Sorena, nie mniej po obejrzeniu zwiastunów coraz bardziej prześladuje mnie przekonanie, że jedyny morał, jaki z niej wypłynie, to ten przywołany przed chwilą. Niepokoi mnie to, bo - powtarzać nie muszę - nie mogę się doczekać dobrego filmu o ślimakach.
Widziałem wiele nowych animacji z różnych wytwórni: lepszych i gorszych. Im bardziej kasowe, tym bardziej przewidywalne; im bardziej promowane, tym bardziej wyeksploatowane wątki. Jeśli film ma być filmem dla dzieci, to nie może być tylko głupawym zbiorem śmiesznych tekstów oraz milionem gadżetów wyciskających z portfela ostatnie grosze. Film dla dzieci powinien mieć walor dydaktyczny, wpisywać się w rozwój dziecka, być ilustracją sytuacji, w których dziecko uczy się wartościowania i dokonywania ocen moralnych. Może dlatego o starszych kreskówkach zwykliśmy mówić "bajki" - bo walor ten posiadały. Uwielbiam humor Bartosza Wierzbięty, podziwiam jego językową płynność, ale obserwując widzów kolejnych animowanych superprodukcji zauważam bez trudu, że jest to puszczanie oka do dorosłego widza, nie zawsze z pamięcią o dzieciach. Szkoda. Szkoda tym bardziej, że do kreskówek przedziera się coraz więcej brutalnego języka ciętej riposty, która empatię traktuje jak papier toaletowy.
Chciałbym zobaczyć film "Turbo". Pewnie po jego obejrzeniu nie miałbym już wątpliwości. A tak, karmię się nimi nie znajdując odpowiedzi. Zwiastuny pokazały, że fabularnie ten film jest wałkowaniem tego samego schematu opartego na zasadzie antagonizmu: słoń marzy o lataniu, gołąb o byciu orłem, niedojda staje się superbohaterem etc., a to wszystko w gęstym sosie komedii omyłek oraz zaskakujących kalamburów. Pośmiać się można, ale trafić za moralną intuicją, już nie zawsze. Owszem, są filmy, w których morał jest klarowny, a fabuła przeplatając wątki prowadzi do wyplecenia pięknego wianuszka właściwych ocen. Gorzej, kiedy słusznym skądinąd wartościom przypisuje się zachowanie niegodne, w którym makiaweliczne dążenie po trupach zdaje się być usprawiedliwione prawem do samorealizacji lub prawem do samostanowienia, bez uwzględniania praw innych do tego samego. Ostatecznie bajka w takiej formule prowadzi do tego, że nie liczy się nic innego, poza własnym dążeniem do zadowolenia.
Bohater filmu "Turbo" to ślimak marzący o karierze wyścigowca (klasyka konstrukcji antagonizmu). Ślimak i wyścigi: zapowiada się ciekawie. O ile jednak znane pojedynki między zającem a żółwiem kończyły się zwycięstwem żółwia nie z powodu nadprzyrodzonych mocy, a dzięki konsekwencji i inteligencji, o tyle bohater filmu staje się superszybkim ślimakiem nie przez konsekwentny wysiłek (owszem, też jest zaznaczony), ale przez nadzwyczajne zrządzenie losu, które mnie się kojarzy ze speedem.
No tak, wzięło mnie na moralizowanie, a teraz jeszcze terapeutyzowanie. Pewnie wszyscy widzą tam uśmiech fortuny, cudowną interwencję, łut szczęścia czy jakby tego jeszcze nie nazwać. Dla mnie to jednak bardziej kryptoreklama jakiegoś cudownego dopalacza, używki lub narkotyku, który pozwoli być tym super, tym najlepszym, jeśli tylko się tego chce. Przyznaję, że to troszkę kompromitujące, nie mniej tak widzę ową niezwykłą przemianę małego ślimaka-marzyciela w finalistę wyścigu Indiana 500. Gdzieś towarzyszy mi obawa, że film zachwieje moją idylliczną wizją ślimaka jako zwierzęcia wrażliwego, konsekwentnego, wytrwale realizującego swoje cele w mężnym przezwyciężaniu przeciwności. Obawiam się, że zobaczę pochwałę pójścia na skróty, po trupach, byleby tylko spełnić własne marzenia...
Pewnie pomimo rozterek pójdę obejrzeć ten film. Pewnie nie raz wybuchnę śmiechem przy dobrym gagu lub zabawnej sentencji. Ale czy obronię formułę bajki, czy będę mógł uczciwie powiedzieć, że to była bajka? Nie wiem. I będę to musiał sprawdzić.
Ale zanim to nastąpi, zdążyłem już przyjrzeć się tmu, jak realizatorzy filmu rozwiązali problem asymetrii ślimaków. Jak się okazuje, ślimaki są potwornie niewdzięcznym obiektem filmowym właśnie z powodu asymetrii. Twórcy filmu nie najgorzej poradzili sobie z profilowaniem muszli, nie mniej w ogóle nie udźwignęli problemu jej budowy. Bez względu na punkt widzenia, muszla zawsze jest spiralna i to tak, że wierzchołek zawsze pozostaje widoczny z boku. Oznaczałoby to, że muszla bohatera jest muszlą planspiralną (nakręconą w jednej płaszczyźnie), jednocześnie ekstrawolutną, tzn., że każdy następny skręt jest węższy od poprzedniego, co w przyrodzie się nie zdarza. Protokoncha tworzy zarazem szczyt jak i dołek osiowy, co potwierdza tylko, że graficy niezbyt uważnie przyjrzeli się winniczkowi.
Nawybrzydzałem przed filmem, oj, zepsułem go sobie. Tym bardziej wiec powinienem go zobaczyć. I ocenić. Ocenić czy warto go polecać. Dlatego to nie była recenzja, tylko prerecenzja. A kto już był, niech się podzieli wrażeniami, chętnie wysłucham.
Turbo, reż. David Soren, DreamWorks 2013