Mądrość ludowa mówi, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Trudno się z mądrością ludową nie zgadzać. Nie bardzo wiem tylko, o jaką skorupkę chodzi, bo chyba nie ślimaczą...
Skorupka ślimaków nie nasiąka, jest odporna na impregnowanie obyczajami. Co innego z człowiekiem - tu każde doświadczenie wpływa jakoś na dalsze losy. Czy pozytywnie, czy też negatywnie, tego do końca nigdy nie wiadomo. Warto jednak, na myśl przyprowadzając ludową mądrość, przyjrzeć się temu, czym się nacieramy od lat najmłodszych.
Dotarła do mnie właśnie niemłoda już książka, o której jednym słowem mógłbym powiedzieć: rewelacyjna! Jak to się stało, że dotychczas nie wpadła mi ręce - nie wiem, pewnie to skutek mojej gapowatości. Po latach jednak dotarła do mnie i dziś ją pochłonąłem, jako że i objętościowo do kolosów nie należy. Mówię tu o książce wrocławskiej specjalistki od ślimaków, prof. Beaty M. Pokryszko z Muzeum Przyrodniczego Uniwersytetu Wrocławskiego (uczennicy prof. A. Wiktora). Ona to, przy współautorstwie Katarzyny Bulman i ilustracjach Wiesława Dojlidki, wydała w serii "Tajemnice zwierząt" książeczkę Mięczaki z muszlą i bez muszli. Publikacja ukazała się dość dawno, w 1994 r., nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego.
Ta licząca mniej niż pięćdziesiąt stron książeczka, adresowana do starszych dzieci, jest kopalnią wiedzy dla najmłodszych, ale kopalnią odkrywkową, chciałoby się powiedzieć. Z jednej strony skoncentrowana na ciekawostkach - bo w ten sposób najlepiej daje się zainteresować tematem, nawet z pozoru nudnym. Z drugiej - utrzymująca wysoki merytoryczny poziom, który mógłby się przydać i studentowi do ostatnich powtórek przed kolokwium. Bogaty tekst i jeszcze bogatszy materiał ilustracyjny tworzą atrakcyjną i przystępną całość zaadresowaną dla młodego odbiorcy, który może jeszcze mięczakami się nie zainteresował, ale nie pozostaje obojętny na pokusy świata przyrody.
W książce omówiono wszystkie współcześnie żyjące gromady mięczaków, wspomniano o zapisie kopalnym, o wymarłych amonitach i belemnitach. Omówiono współczesne głowonogi (w tym największe znane człowiekowi bezkręgowce - kałamarnice), małże ślimaki czy walconogi, oczywiście koncentrując się na zwierzętach występujących najbardziej pospolicie, tj. na ślimakach i małżach, których biologia w wielu aspektach pozostaje zagadką dla naukowców. A cóż jest ciekawszego dla młodego adepta od zagadek? Stąd być może koncentrowanie się na niewyjaśnionych do końca mechanizmach np. doboru barw czy rozmiarów.
Książka Pokryszko i Bulman jest pracą popularnonaukową, jednocześnie jest książką dla dzieci. Łączy zatem w sobie te dwie cechy, o które trudno niezwykle w polskojęzycznej literaturze malakologicznej. Przed kilkoma miesiącami wspominałem o beznadziejnie wydanej encyklopedii dla dzieci Muszle i skamieniałości. Wspominałem również o książce, towarzyszącej mi w późnym dzieciństwie - Muszle Arthura Alexa. Tę oceniałem wysoko. Natomiast omawiana właśnie Mięczaki z muszlą i bez muszli jest z nich najlepszą publikacją, a zamieszczone ilustracje cechuje nie tylko spory realizm, ale i estetyczne wysmakowanie.
Pozostaje żałować, że tak dobra książka ukryła się w popularnej serii i nie należy do najbardziej rozpoznawalnych tytułów profesor Pokryszko. Szkoda. Myślę, że naukowcy powinni takimi publikacjami wręcz się obnosić: zamknąć swoją wiedzę na kilkudziesięciu stroniczkach i to w atrakcyjny, zachęcający do poznawania świata sposób - to nie lada wyczyn. Kierunek publicystyczny i popularyzatorski jest w gruncie rzeczy nie prostszy, a może nawet zdecydowanie trudniejszy, niż fachowe, specjalistyczne opracowania. Popularyzacja wiedzy może bowiem otworzyć komuś oczy, zarazić czymś, ukierunkować, nasączyć, być podwaliną pod późniejsze wybory, lepiszczem tożsamości intelektualnej, kamieniem milowym pasji. Myślę, i choć jest to nieco patetyczne, że taką książką może być właśnie wrocławska publikacja.
Ja wyrosłem z innych korzeni. Moja pasja nabudowała się na innych publikacjach. Gdybym jednak w dzieciństwie do takiej książki dotarł, moja pasja byłaby bardziej świadoma. Dlatego uważam, że kwerenda antykwariatów się opłaci i warto po tę książkę sięgnąć, a najlepiej obdarować nią jakiegoś dziesięciolatka. I czekać. Może rozbudzi w nim wrażliwość na tajemnice zwierząt, z muszlą i bez muszli.
Beata M. Pokryszko, Katarzyna Bulman. 1994. Tajemnice zwierząt. Mięczaki z muszlą i bez muszli. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, 48ss.
wtorek, 29 maja 2012
poniedziałek, 28 maja 2012
Horror do kwadratu, czyli po co mi był film "Ślimaki"
Są
wydarzenia w życiu, które nas omijają, nie pozostając jednak bez wpływu na
życie. Niby nieobecne, ale przez to obecne tym mocniej, jako poczucie straty
czy krzywdy. I są to doświadczenia, które analizowane po latach nigdy nie dają
jednoznacznej odpowiedzi, czy ich niedoświadczenie było darem niebios, czy
zaprzepaszczoną szansą, z której się będzie trzeba rozliczyć…
Był taki
czas, kiedy jedną z najważniejszych rozrywek Polaków było oglądanie filmów
video. Była to epoka, w której Internet nie określał świadomości, prawa
autorskie podporządkowane były możliwościom magnetowidów, a bazarki i hale
targowe urastały co areopagów kultury masowej. W takich to czasach kaseta VHS
była znakiem dostępu do kultury Zachodu, reprezentowanej przez produkcje
oznaczane kategoriami „sensacyjne”, „karate”, „komedia”, „porno”, „horror”,
zawsze raczej jednak niższego lotu niż ślizg jaskółki przed deszczem. Jakość
filmów była wypadkową wielu czynników, przede wszystkim niezliczonych powielań,
odtworzeń na różnej klasy sprzętach oraz warunków transportu i wymiany taśm, na
ogół przekazywanych z ręki do ręki i chowanych pod swetrem…
![]() |
| okładka książki |
No i
obejrzałem. Mniej więcej po dwudziestu latach. A co! Tyle na mnie musiał
poczekać, albo ja na niego. Rytuał oczekiwania przeciągnął się troszkę i jak to
bywa w takich okolicznościach za długa gra wstępna nie przełożyła się na dalsze
doznania… Bodajże w piątek (ale nie trzynastego!) obejrzałem horror z
dzieciństwa w jakimś serwisie internetowym. Horror do kwadratu, chciałoby się powiedzieć.
Straszny. Tak straszny, że włosów sobie mało z głowy nie rwałem, a powstrzymywało
mnie tylko to, że rwanie włosów powodu filmu już dawno wśród krytyków uchodzi
za passe i jest więcej niż odskulowe.
Tak
strasznego filmu dawno nie widziałem i pewnie nie oglądałbym dłużej niż
kwadrans, gdyby nie materia uczyniona głównym bohaterem filmu, będącego ekranizacją
powieści angielskiego pisarza Shauna Hutsona.
„Ślimaki”
(The Slugs) to książka napisana w 1980 r. która już w 1982 roku pojawiła się w
polskim tłumaczeniu, niestety nie udało mi się do niej dotrzeć, stąd nie znam
ani tłumacza, ani wydawcy. Fabuły nie znam również i jak mogę przypuszczać –
pewnie nieznacznie różni się od filmowej adaptacji. A fabuła filmu – co przeczy
nieco tytułowi – jest dość wartka, i budząca obrzydzenie jak sam widok nagich
ślimaków na grządce z hortensjami…
Nie pamiętam imion bohaterów, więc streszczenie fabuły będzie na tym cierpieć. Najogólniej jednak trzeba by wywołać do tablicy inspektora amerykańskiego „sanepidu” pracującego w prowincjonalnym amerykańskim miasteczku, w którym wszyscy znają się ze sobą. Miastem trzęsie szeryf, burmistrz, dyrektor wodociągów i nie wiem kto jeszcze. Wszystkie te postaci narysowane grubą kreską karykaturzysty, który nie zdawał sobie sprawy ze swego prześmiewczego talentu. To problem, bo w założeniu postaci miały być na wskroś realistyczne. Podobnie jak i siejące zagrożenie dla mieszkańców tajemnicze siły, rozpoznane w końcu przez pana z sanepidu jako ślimaki. Pojawia się więc również naukowiec (łysiejący, w okularach i białym kitlu), który rozumie problem i podejmuje się opracowania (w ciągu kilku godzin?) toksycznej substancji, która unieszkodliwi intruzów. Sama substancja, oparta na związkach litu, ma działać kontaktowo i w połączeniu z wilgocią działać wybuchowo. Świetny pomysł, do tej pory znałem sole litu tylko z lecznictwa psychiatrycznego, gdzie cieszą się sporą skutecznością. Ale żeby traktować nimi ślimaki, to trzeba by być szalonym. Chyba, że szalone są ślimaki…
Kto ma
przydomowy ogródek, ten wie, że ślimaki nagie potrafią być horrorem.
Skojarzenie więc ślimaków i horroru jest poniekąd naturalne i dla niektórych
oczywiste. Kiedy jednak w grę wchodzą ślimaki, które nie wykańczają hodowców
różaneczników czy sałaty, ale wszystko co się rusza i przed ślimakami uciec nie
zdąża, pojawia się prawdziwy problem. W amerykańskim miasteczku dochodzi do
serii tajemniczych zgonów, zwłoki znajdywane w różnych miejscach mają
zmasakrowane ciała, powyjadane wnętrzności i temu podobne filmowe rozrywki. Szeryf,
bydle w mundurze, rzucający nagminnie niewybrednymi poleceniami typu „bierz tę
dupę” i temu podobnymi, nie wierzy, że do śmierci mogły przyczynić się ślimaki.
Proponuje panu z sanepidu, żeby zaczął się leczyć (może z wykorzystaniem soli
litu, nie wiem). A tymczasem obojnacze ślimaki mnożą się na potęgę atakując
kolejne ofiary zmutowanego apetytu. No bo trzeba od razu powiedzieć, że w całym
filmie jest ekologiczne przesłanie: ślimaki były niegroźne, ale zmutowały z
powodu przedostania się toksycznych wyziewów z dawnego wysypiska odpadów
chemicznych, na którym teraz ma stanąć hipermarket. Zmutowane ślimaki mają zęby
(ale jakie, trzeba to zobaczyć!) i apetyt na krew ssaków. Ponadto są
zorganizowane, działają sprawnie i bezszelestnie, a jak przystało na gatunek,
żyją w kanałach ściekowych.
![]() |
| Kadr z filmu - kąsający ślimak |
To
naprawdę mógłby być dobry film. Pomysł zaangażowania ślimaków do filmu klasy B
musi się jednak fatalnie skończyć zarówno dla ślimaków, jak i filmu.
Realistyczne zdjęcia ślimaków puszczone w przyśpieszeniu są śmieszniejsze niż
gagi Benny Hilla. Bryzgająca krew z wnętrzności ofiar nie wymaga komentarza,
dialogi bohaterów to gotowe szlagworty i dziwić tylko może, że film nie wszedł
do kanonu lektur obowiązkowych w gimnazjum…
Film mnie
zmasakrował. To naprawdę horror do kwadratu. To straszne, że można wydać tyle
pieniędzy na stworzenie tak potwornie głupiego filmu. Totalna rozpierducha z wykorzystaniem
ściekowych gazów jest kwintesencją produkcji. Patos i okrucieństwo na
szczytowym poziomie, choć zdecydowanie brakuje powiewającej amerykańskiej flagi
w czasie definitywnych eksplozji. Szkoda. Szkoda tej półtorej godziny filmu i
tych dwudziestu lat czekania na jego obejrzenie. Z drugiej strony, jakie to
szczęście, że nie obejrzałem go wtedy, być może uciekałbym od malakologii
szybciej, niż bieg ślinika…
Slugs: The
Movie (1988), reż. J. P. Simon, muzyka Tim Souster w wykonaniu The Royal
Philharmonic Orchestra, wyk. Michael Garfield i in.
poniedziałek, 21 maja 2012
Niespodzianka w Pilsi
O Pilsi i o Łobudzicach wspominałem już kiedyś na blogu (np. 12.05.2011). To
jedno z takich "miejsc ratunkowych", czyli stanowisk, które odwiedzam
kiedy jest mi naprawdę tęskno za terenem, a nie mam czasu na wyjście. Niestety
tym razem było dokładnie tak samo, czyli wyrwanie dwudziestu paru minut na
malakologiczny spacer. Oczywiście po pracy, w drodze do domu. Tak było w
ostatni piątek, 18 maja 2012 r. Odczuwając natrętną potrzebę kontaktu z naturą,
zatrzymałem się w Łobudzicach i poszedłem nad Pilsię.
Wody niewiele, bez problemu można było chodzić w kaloszach bez obawy skąpania się w całkiem ciepłej już wodzie (jak na majowe warunki). Po raz pierwszy spacerowałem po rzece, a nie wzdłuż rzeki. Metodologia w przypadku zbierania mięczaków ma znaczenie kolosalne, przekonałem się o tym niejednokrotnie. I tak było tym razem. Wystarczyć zaopatrzyć się w kalosze, żeby na malakofaunę spojrzeć z innej strony.
Największą miłą niespodzianką z łobudzickiej Pilsi okazał się Ancylus
fluviatilis, czyli przytulik strumieniowy. Ten pospolity w zasadzie gatunek
rzadko bywa przeze mnie notowany. A tutaj jest! I to raczej liczny. Zwyczajem
przytulika jest przebywać na przedmiotach zanurzonych w wodzie. Preferuje
twarde podłoże, które zapewnia mu bezpieczeństwo. Zauważyłem taką prawidłowość,
że przebywał głównie na gładkich kamieniach, unikając odłamków gruboziarnistego
gruzu. Myślę, że jest to związane właśnie z poczuciem bezpieczeństwa: gładki
kamień pozwala na szczelniejsze przylgnięcie w przypadku obniżenia się poziomu
wody.
Ancylus fluviatilis O. F. Müller, 1774 jest ślimakiem płucodysznym z rodziny przytulikowatych (Ancylidae), dochodzącym do 4,5-10,6 mm długości i 1,5-2 mm wysokości. Charakteryzuje się czapeczkowatą muszlą, bez skrętów, o przytępionym wierzchołku. Na muszli widoczne jest podłużne i poprzeczne prążkowanie. Ubarwienie na ogół jasnorogowe, brunatne lub żółtawe, muszla często pokryta nalotem.
Preferuje wody bieżące, czasem spotkać go można również w jeziorach w
strefie przyboju. Związany jest z kamienieni, czasem występuje również na
zanurzonych w wodzie częściach roślin. Jego pokarm stanowią glony zeskrobywane
z podłoża. Literatura podaje, że jest najpospolitszym ślimakiem wód bieżących w
Polsce, spotykanym od Pobrzeża Bałtyku po Tatry. Kiedyś był dominującym gatunkiem
w Bałtyku, kiedy ten był jeszcze słodkowodnym jeziorem, przez geologów
nazywanym Jeziorem Ancylusowym.
Mnie ten gatunek trafia się niezbyt często, więc jego widok w Pilsi był dla mnie naprawdę miłą niespodzianką.
Wody niewiele, bez problemu można było chodzić w kaloszach bez obawy skąpania się w całkiem ciepłej już wodzie (jak na majowe warunki). Po raz pierwszy spacerowałem po rzece, a nie wzdłuż rzeki. Metodologia w przypadku zbierania mięczaków ma znaczenie kolosalne, przekonałem się o tym niejednokrotnie. I tak było tym razem. Wystarczyć zaopatrzyć się w kalosze, żeby na malakofaunę spojrzeć z innej strony.
Największą miłą niespodzianką z łobudzickiej Pilsi okazał się Ancylus
fluviatilis, czyli przytulik strumieniowy. Ten pospolity w zasadzie gatunek
rzadko bywa przeze mnie notowany. A tutaj jest! I to raczej liczny. Zwyczajem
przytulika jest przebywać na przedmiotach zanurzonych w wodzie. Preferuje
twarde podłoże, które zapewnia mu bezpieczeństwo. Zauważyłem taką prawidłowość,
że przebywał głównie na gładkich kamieniach, unikając odłamków gruboziarnistego
gruzu. Myślę, że jest to związane właśnie z poczuciem bezpieczeństwa: gładki
kamień pozwala na szczelniejsze przylgnięcie w przypadku obniżenia się poziomu
wody. Ancylus fluviatilis O. F. Müller, 1774 jest ślimakiem płucodysznym z rodziny przytulikowatych (Ancylidae), dochodzącym do 4,5-10,6 mm długości i 1,5-2 mm wysokości. Charakteryzuje się czapeczkowatą muszlą, bez skrętów, o przytępionym wierzchołku. Na muszli widoczne jest podłużne i poprzeczne prążkowanie. Ubarwienie na ogół jasnorogowe, brunatne lub żółtawe, muszla często pokryta nalotem.
Preferuje wody bieżące, czasem spotkać go można również w jeziorach w
strefie przyboju. Związany jest z kamienieni, czasem występuje również na
zanurzonych w wodzie częściach roślin. Jego pokarm stanowią glony zeskrobywane
z podłoża. Literatura podaje, że jest najpospolitszym ślimakiem wód bieżących w
Polsce, spotykanym od Pobrzeża Bałtyku po Tatry. Kiedyś był dominującym gatunkiem
w Bałtyku, kiedy ten był jeszcze słodkowodnym jeziorem, przez geologów
nazywanym Jeziorem Ancylusowym.Mnie ten gatunek trafia się niezbyt często, więc jego widok w Pilsi był dla mnie naprawdę miłą niespodzianką.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






