Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Folia malacologica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Folia malacologica. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 listopada 2025

Folia Malacologica - jedziemy w świat!

Najpierw tytułem wyjaśnienia: doświadczyłem, że badanie własnej prokrastynacji pozbawione jest szczególnych walorów poznawczych, ot po prostu wiadomo, że zmierza ku nieskończoności. Przez ostatnie miesiące badałem swoją motywację i stwierdzając, że samodzielnie się nie podnosi, przerwałem eksperyment. Poddaję się. Jestem zbyt leniwy, żeby przyglądać się dalej mojemu lenistwu. Wykorzystuję więc pierwszą okazję, żeby przerwać publicystyczne milczenie i przechodzę do kontrofensywy.

Czekałem na to przez naprawdę lata, choć bezpośrednio temat mnie nie dotyczy. Otóż po latach starań redakcja międzynarodowego pisma Folia malacologica ogłosiła sukces: pismo zostało włączone do bazy Web of Science Core Collection, a to oznacza, że nasze pismo będzie miało naliczany Impact Factor (IF). Dlaczego to jest takie ważne? Bo po wygaśnięciu wyścigu zbrojeń, zaczął się wyścig punktów. Rozpisywałem się na ten temat wielokrotnie: nakłady na naukę uzależnione są od wyników, a te mierzone są punktami za publikacje w prestiżowych pismach naukowych. Prestiż oznaczony jest głównie punktami w różnych indeksach, a IF to ten najważniejszy. W praktyce oznaczało to, że jeśli ktoś chciał opublikować tekst w specjalistycznym czasopiśmie, to musiał przede wszystkim szukać takiego tytułu, który jest wysoko punktowany. A Folia malacologica, chociaż od lat są pismem międzynarodowym, anglojęzycznym, recenzowanym, liczyć mogło dotąd na ochłap 20 punktów ministerialnych, czyli lichy żeton uprawniający w ogóle do gry, ale nie dający żadnej szansy na podbicie stawki. I to się właśnie zmieniło. Od teraz Folia wchodzą na salony. Może to jeszcze nie jest ten etap, kiedy się rozdaje karty, ale w końcu posadzono nas przy właściwym stoliku, przy którym toczy się prawdziwa gra na dużych stawkach. 

Nie wiem, skąd mi się wzięły te hazardowe skojarzenia. Przepraszam. Obiektywnie rzecz ujmując, wieloletni wysiłek Redakcji owocuje umieszczeniem naszego pisma we właściwym  środowisku. Teraz oczywiście trzeba nie tylko utrzymać poziom, ale przede wszystkim go podnosić. To nie jest łatwe, bo wymagania są bardzo wysokie, a ostatnie numery pokazują, że najbardziej brakuje wsparcia z wewnątrz. Co to oznacza? Że stale spada liczba polskich autorów publikujących w Folia Malacologica. Mam nadzieję, że to właśnie się zmieni. Że odtąd gościnne łamy Folia odwiedzane będą częściej przez autorów z Polski. Wierzę też, że w końcu nasz periodyk zacznie być kojarzony z jakąś renomą, na którą zasługuje, a na promocję której wciąż brak środków. 

I tu jeszcze słowo: jakość kosztuje. Nasze pismo pilnie potrzebuje finansowego wsparcia. Pisząc to, apeluję do biznesu, który może odpisać darowiznę od dochodu. Wiem, że wśród (dawnych) czytelników bloga są ludzie przedsiębiorczy, i do nich zwracam się z prośbą: pomóżcie, jeśli możecie.

Winienem jeszcze ostatnie słowo w prywatnej sprawie: piszę "nasze pismo", "nasze łamy", "nasz periodyk". To nie wyraz mojej megalomanii, po prostu bardzo czuję się emocjonalnie związany z pismem, które jest efektem dziesiątek lat pracy wielu polskich malakologów. To łamy, na których malakologicznie debiutowałem i gdybym zajmował się malakologią zawodowo, byłbym na nich chciał oglądać wyniki swoich badań. I gdyby nie moja prokrastynacja, już dawno znów bym prosił Redakcję o cierpliwe spojrzenie na moje malakologiczne dłubaninki...


 

piątek, 31 maja 2024

Zawójka przypłaszczona Valvata macrostoma Mörch, 1864

Mam w głowie taką listę, którą odtwarzam z pamięci przy różnych okazjach zapisując na świstkach, kartkach, w mailach lub w notatkach elektronicznych. Najczęściej przywołuję ją z pamięci w czasie nudnych zebrań, w których zdarza mi się uczestniczyć. Zaczynam od ślimaków słodkowodnych i wypisuję po kolei te gatunki, których jeszcze nie znam, albo które znam bardzo słabo. Zauważyłem ostatnio, że w nieznanych mi okolicznościach zniknął mi przypadkiem jeden gatunek: zawójka przypłaszczona Valvata macrostoma Mörch, 1864. Jak to się stało - nie wiem. Być może dlatego, że zmienił się epitet gatunkowy (Piechocki z 1979 podaje pulchella, a ja za nim podawałem), a może po prostu dlatego, że z wiekiem staję się coraz mniej pamiętliwy... W każdym razie ostatnio miałem okazję przypomnieć sobie o nim, a właściwiej byłoby powiedzieć, że sam o sobie przypomniał.

Bardzo lubię ten moment, kiedy udaje mi się wypatrzeć nowy dla mnie gatunek. Kiedyś zdarzało się to częściej, obecnie - choćby z tej przyczyny, że jednak nasza malakofauna do najbogatszych nie należy - zdarza się to bardzo rzadko (bo większość gatunków udało mi się już wypatrzeć). Szuwarząc ostatnio w towarzystwie adeptki malakologii w okolicach Warszawy, spotkałem po raz pierwszy Valvata macrostoma - niewielkiego ślimaka z rodziny Valvatidae. To jeden z wodnych ślimaków oddychających skrzelami (kiedyś nazywało się je przodoskrzelnymi, teraz nazywa się nagoskrzelnymi). Przed dwudziestu laty biologię i cykl życiowy tego gatunku bardzo szczegółowo opisał polski malakolog Stanisław Myzyk. Ilekroć zaglądam do jego artykułu (Life cycle of Valvata macrostoma Mörch, 1864 (Gastropoda:Heterobranchia) in the laboratory, Folia malacologica 2004.12(3) pp.111-136) nie mogę szczęki z podłogi podnieść; określenie benedyktyńska cierpliwość blednie przy tej pracy. 

Muszla zawójki przypłaszczonej dochodzi do 4,5-5mm szerokości i około 2,5-3,5mm szerokości oraz zbudowana jest z około 3,5 skrętów oddzielonych głębokim szwem. Wraz z rozwojem muszli ostatni skręt wyraźnie się obniża, co sprawia, że muszla oglądana z góry wydaje się być płaska, bo taki jest mniej więcej jej wierzchołek, natomiast znacząco rozszerzony ostatni skręt, niemal okrągły, wyraźnie obniża się, co widoczne jest, kiedy na muszlę patrzy się od strony ujścia. Ujście zaopatrzone jest w koliste wieczko (opeculum) przytwierdzone do nogi ślimaka. Dołek osiowy muszli jest szeroki i głęboki. Jeśli uda się komuś znaleźć żywe osobniki, warto przypatrzeć się wyglądowi ciała. Da się wówczas zauważyć twór wystający z muszli ponad czułkami: to jest skrzele, którym ślimak oddycha. I jeszcze jedna godna uwagi rzecz: jest to gatunek rozdzielnopłciowy.

Podobno w Polsce jest pospolity w północnej i środkowej części kraju. Być może. Bazując na własnych doświadczeniach musiałbym jednak ten pogląd zakwestionować, przyjmuję jednak, że autorzy mają rację, a ja się muszę baczniej rozglądać. A muszę, bo na mojej liście niezmiennie pozostaje Borysthenia naticina, też zawójka, tyle że rzeczna, której jedyną, ale bardzo wątpliwą muszelkę posiadam w swoich zbiorach. Tyle że w przypadku tego gatunku nikt nie twierdzi, że jest pospolita...

A i jeszcze dopowiedzenie: twierdząc, że spotkałem już większość naszych gatunków, powiedziałem prawdę, ale z tych drugich (według Tischnera). Pięćdziesiąt parę procent to większość, ale mało satysfakcjonująca. Więc rozglądam się dalej. A nuż coś z nurtu się wynurzy...





 Na pierwszej fotografii widoczne pierzaste skrzele. Na drugiej fotografii poza wieczkiem widoczny również kokon jajowy. Na trzeciej fotografii dobrze widoczny dołek osiowy. Czwarta fotografia - ślimak na palcu, dla zachowania skali.

czwartek, 29 lutego 2024

Jak ślimak na ślimaka napadł

W zapowiadanym na marzec 2024 pierwszym zeszycie Folia malacologica pojawi się tekst, który polskiego czytelnika może nieco zaskoczyć. Zakładam to nieco na wyrost, bo jeśli polski czytelnik sięga po nowe teksty w Foliach, to go raczej niewiele może zaskoczyć. Bardziej chyba ja byłbym zaskoczonym, gdybym się dowiedział, że są tacy, którzy się nowego zeszytu doczekać nie mogą (tak jak ja). Na stronie internetowej dostępny już jest artykuł amerykańskich autorów, którzy zaobserwowali ciekawe zachowanie drapieżnych ślimaków z morskiej rodziny Olividae. "Jumping' attack strikes by the predatory marine snail Aragonia propatula (Caenogastropoda Olividae)" jest niewielkim tekstem analizującym sposób, w jaki drapieżny ślimak podąża za ofiarą i w jaki sposób dokonuje ataku. Co bardzo ciekawe, artykuł odnosi się do obserwacji in situ, a takie obserwacje mają ogromne znaczenie. Z kilku powodów. Na przykład dlatego, że odnoszą się do zachowania zwierząt w ich naturalnym środowisku. Eksperymenty w laboratorium, nawet najlepiej przygotowane, są tylko pewnym modelem, natomiast zaobserwowanie jakiegoś zachowania w środowisku poszerza wiedzę o behawiorze organizmów, których być może nie udałoby się zaplanować in vitro. Nie jest bez znaczenia również okoliczność, że do takich obserwacji trzeba też czegoś, co się nazywa "szczęściem", a o to wyjątkowo trudno w warunkach laboratoryjnych. Jeszcze większym szczęściem jest udokumentowanie obserwacji. I tu mała uwaga: jestem przekonany, że im częściej będziemy dokumentować zachowania zwierząt w ich naturalnym środowisku, a przy dzisiejszej technice jest to coraz łatwiejsze - tym większe prawdopodobieństwo, że będziemy na nowo musieli zdefiniować nasze rozumienie wielu praw rządzących światem. Autorom w każdym razie udało się zaobserwować i zarejestrować sposób, w jaki polują na siebie ślimaki. Materiał video jest załącznikiem do  artykułu (trochę się zastanawiam, jak to będzie działało w wersji papierowej, ale przecież druk staje się dziś kwestią wtórną...), więc czytając koniecznie trzeba sięgnąć do materiałów źródłowych.

Tyle. Przypominam, że na dniach powinien być już dostępny cały pierwszy zeszyt. Ruszać się trzeba.  A smartfony nie po to zostały wymyślone, żeby sobie selfiki przy piwku strzelać albo - nie daj Boże - kacze dzioby prezentować na kształt glonojadów, ale dokumentować zjawiska, które poszerzą naszą wiedzę o świecie. Wiosna idzie, więc: do roboty! I żeby gadania nie było, że artykuł o ślimakach z cieplejszych wód. I tak jest za ciepło na tę porę roku...

Kadr z materiału video


środa, 18 września 2019

Folia Malacologica 27(3)

Lubię ten moment, kiedy wyczekując pojawienia się kolejnego zeszytu, zaglądam codziennie na stronę internetową www.foliamalacologica.com. Bo przecież kolejne zeszyty pojawiają się regularnie, więc można sobie pewien nawyk wyrobić. I to już należy podkreślić, że od naprawdę dobrych wielu lat kolejne tomy pojawiają się bardzo regularnie i kwartalna częstotliwość jest mocno pilnowana. A to cieszy, bo jest sporo dobrych nawet pism naukowych, które tę kwestię załatwiają fatalnie.
Trzeci, wrześniowy zeszyt Folia Malacologica tworzy 10 artykułów, z czego siedem to tzw. prace oryginalne. Jest nadto wspomnienie o zmarłej w maju tego roku profesor Małgorzacie Strzelec, a także relacja z malakologicznego sympozjum w Wiedniu oraz recenzja książki o ośmiornicach.
Z każdym kolejnym numerem pismo staje się coraz bardziej międzynarodowe. Widać to i w geografii autorów, i geografii tematów. To mnie bardzo cieszy, bo nasza malakologia nigdy nie była zaściankowa, i obserwowany kierunek rozwoju potwierdza tę tezę. Są więc prace o ślimakach lądowych delty Mekongu (oj, marzenie moje...), nie mniej egzotyczny kierunek wyznacza charakterystyka rodziny Pupinidae z... Butanu, dwie prace dotyczą Viviparus acerosus (Czechy i Ukraina), jest też opracowanie filogenezy i zoogeografii rodzaju Lanzaiopsis (Bałkany). Jest i Dreissena polymorpha na stanowiskach w polskich Karpatach, jest i poczciwy stary Liwiec (znaczy współczesny, już polodowcowy;)
Można by odnieść wrażenie, że współczynnik autorów krajowych do zagranicznych przechyla się na rzecz tych drugich. To dobrze. Ale to też jakiś symptom choroby, która toczy nasz system nauki w Polsce. Ponieważ Folia Malacologica nie są pismem z listy filadelfijskiej, nasi autorzy dyscyplinowani przez swoich pracodawców szukają punktowanych łamów, krzywdząc poniekąd wysiłki Redakcji, by Folia weszły na salony. Trochę błędne koło.
Kibicował będę dalszym wysiłkom rozwijania pisma. I tylko żałować mogę, że w nieuczoności swojej nie jestem w stanie poza kibicowaniem dołożyć więcej w tych wysiłkach...
Jedna ze stron Folia Malacologica 27

środa, 12 grudnia 2018

Folia Malacologica - Tom 26 Zeszyt 4

Wczoraj, 11 grudnia 2018 r., opublikowany został czwarty zeszyt dwudziestego szóstego tomu rocznika Folia Malacologica. To nasze jedyne krajowe pismo malakologiczne, które od ponad trzydziestu lat (z krótkimi przerwami na początku lat dziewięćdziesiątych) jest areną publikacji dorobku polskich malakologów, a od kilkunastu lat jest profesjonalnym międzynarodowym pismem malakologicznym z językiem angielskim jako językiem publikacji. Choć pismo wciąż nie trafiło na tzw. listę filadelfijską, obserwowany jest wzrost zainteresowania autorów nawet z odległych stron. Lista państw, których przedstawiciele publikowali w Folia systematycznie się wydłuża.
Widać to też w ostatnim z wydanych zeszytów. Poza krajowymi autorami pojawili się również malakolodzy z Niemiec, Turcji, Węgier, Brazylii oraz Indii. Mam nadzieję, że będzie się to przekładać na świętą Cytowalność, której kult w nauce rozwija się w patologicznych rozmiarach w ostatnich dziesięcioleciach... Świętej Cytowalności poświęcę kiedyś odrębny felieton, teraz tylko kij włożę w mrowisko twierdząc, że odkrywca tzw. fauny z Ediacara nie spotkał się z uznaniem redakcji Nature, która odrzuciła jego artykuł jako nie wnoszący niczego nowego do nauki...
Omawiany tom prezentuje całe spektrum malakologicznych zagadnień, od tematów ekologiczno-protekcyjnych, przez faunistykę, rewizję systematyczną, ochronę roślin, geologię czwartorzędu a na recenzjach książek i wystaw skończywszy. Na łamach Folia najpełniej ujawnia się coś, co można by nazwać interdyscyplinarnością malakologiczną: różne dziedziny, różne metodologie, różne cele, ale ten sam przedmiot badań, czyli mięczaki, nie ograniczone do jednego obszaru, jednego środowiska czy jednej gromady. Uważam, że to wszystko stanowi o wartości publikowania w Folia.
Święta Cytowalność w swoim kulcie jest tutaj jeszcze nienasycona, ale kiedyś się to zmieni. Trudno przekonywać autorów zmuszanych do publikowania w pismach z wysokim imact factor, żeby składali artykuły w naszym roczniku dla samych punktów. Jest jednak wiele innych walorów publikacji w tym piśmie. Nie dość, że każdy artykuł jest recenzowany (a lista recenzentów to naprawdę porządne nazwiska światowej malakologii), to i czas publikacji jest bardzo krótki, a koszta właściwie żadne.
Osobiście polecam uwadze i lekturze.

czwartek, 8 marca 2018

Folia Malacologica: trzeba coś zrobić

Dosłownie na dniach pojawił się pierwszy w tym roku zeszyt 26. tomu Folia Malacologica. Zawsze z niecierpliwością czekam na kolejne numery i przyznaję, że zacząłem się martwić tym, że długo nie pojawiał się żaden nowy tekst. Trochę mnie Redakcja przyzwyczaiła do tzw. forthcoming papers, których w tym kwartale nie było. Przyglądam się nowej publikacji i widzę, że coś jest nie tak: pismo staje się jak najbardziej międzynarodowe (!) - co bardzo cieszy, ale niepokoi słaba reprezentacja polskich autorów. Osobowo nie jest źle: na szesnastu autorów, jedna czwarta to Polacy. Grono autorów też jest zacne, dlaczego więc tak mało tekstów z Polski spływa do naszego malakologicznego pisma? Fajnie, że w statystykach wieloletnich pojawią się nowe państwa (tym razem Egipt), to jest dobry kierunek, z pewnością daje szansę na zwiększenie tzw. cytowalności, ale bądźmy szczerzy: jeśli pierwszą siłą pisma nie będą polscy malakolodzy, trudno będzie myśleć o trafieniu na listę filadelfijską. Chodzi mi o to, że trzeba publikować. Trzeba pozyskiwać autorów i artykuły, bo w ciągu roku nie może być mniej, niż 25 prac oryginalnych. Trzeba coś zrobić.
Mnie jest dobrze o tym pisać: mojego garnuszka nie napełnia dziekan czy rektor przeliczający punkty ipmact factor. Wolny jestem od tego przymusu publikowania dla punktów. Rozumiem też dylematy polskich naukowców, którzy niejednokrotnie stają ustawieni wewnętrznymi przepisami macierzystych uczelni pod ścianą. Są przecież takie wydziały, które do dorobku nie wliczają w ogóle punktów z twz. listy ministerialnej, na której mocno trzymają się nasze Folia Malacologica. Trudno oczekiwać, żeby ktoś dla idei poświęcał czas, badania, pieniądze i zamiast uścisku dłoni dziekana, dostał burę za publikowanie poza listą filadelfijską. Powiem raz jeszcze: trzeba coś zrobić. Mnie mówić łatwo, bo to nie mój kawałek chleba, ale [tu powinna się włączyć patetyczna muzyka, np. jakiś motyw filmowy] za nami dwadzieścia pięć tomów Folia. To jest ogrom pracy już dwóch pokoleń malakologów. Przez to ponad trzydzieści lat widać ogromny postęp, to naprawdę jest międzynarodowe pismo naukowe i fajnie byłoby wejść do jakiejś europejskiej elity malakologicznych pism. Kierunek jest dobry, ale nie można dopuścić do tego, żeby zabrakło paliwa. A paliwem są przesyłane do druku prace.
Trzeba coś zrobić. Może jakimś rozwiązaniem jest zapraszanie zagranicznych współpracowników do publikowania u nas (patrząc na metryki artykułów można być pewnym szybkiego tempa publikacji, to jest mocny argument); w porównaniu z wieloma pismami Folia są też... tańsze, co może być ważnym argumentem dla naukowców z tzw. krajów rozwijających się. Może też warto by poprosić zagranicznych współpracowników o przygotowanie krótkiego dossier w ich języku narodowym, poprosić Francuzów, Belgów, Włochów, Hiszpanów, Węgrów, Turków i kogo tam kto zna, żeby szło w świat. Pojemność tematyczna Folia jest ogromna, to też jest atutem. No i na koniec: akwizycja i marketing bezpośredni: na sympozjach, konferencjach, kongresach mówić o tym, że takie pismo jest.
A na naszym podwórku: corocznie powstaje kilkadziesiąt prac licencjackich, magisterskich i doktorskich poświęconych mięczakom. To też jest jakiś kierunek. Prace dyplomowe mają inne zadania, ale jest naprawdę sporo prac, które powinny być opublikowane. A Folia Malacologica to też świetne miejsce naukowego debiutu. Drodzy Promotorzy, miejcie to na sercu, pomagajcie w tłumaczeniu na angielski i motywujcie do publikowania. Naprawdę o pomstę do nieba wzywa zaleganie wielu prac tylko na półkach wydziałowych bibliotek lub archiwów dziekanatów!
Pierwszy zeszyt 26. tomu już jest. Co to oznacza? Że trzeba już edytować kolejne artykuły i dobrze by było, żeby były. Trzeba coś zrobić.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Marzec w listopadzie, a ja w lutym

Powinienem był o tym napisać już dawno temu i właściwie sam siebie nie przekonałem żadnym usprawiedliwieniem, dlaczego robię to z takim poślizgiem. Komputery w ostatnim czasie dostarczają mi niezbitych dowodów na tezę, że zagłada ludzkości przyjdzie właśnie przez nie...W ciągu ostatnich trzech miesięcy mój komputer dwukrotnie skutecznie zablokował mi pracę na kilkanaście dni w najbardziej newralgicznych momentach i z wielu zaległości do tej pory się nie wygrzebałem. Jedną z tych zaległości jest sprawa doktoratu Magdy Marzec, którą powinienem był jeszcze w listopadzie nagłośnić... Więc robię to w lutym, bo też na "L" (następne byłoby w lipcu?).
23 listopada 2017 roku na Uniwersytecie Wrocławskim miała miejsce obrona pracy doktorskiej Magdaleny Marzec. Przedmiotem pracy była biologia Bulgarica cana, świdrzyka z którym nie miałem dotąd sposobności spotkać się osobiście gdzieś na łonie natury... Dokładny tytuł pracy, który przyniósł Magdzie Marzec stopień doktorski, brzmi Biologia świdrzyka siwego Bulgarica cana.
Jestem tym namolnym szczęściarzem, któremu pracę tę udało się u źródeł zdobyć i w całości przeczytać. Jestem też tym malkontentem, który będzie utyskiwał, że nie będzie z tego książki, ale malkontent pociesza się złożoną mu obietnicą, że w nieodległym czasie na jej podstawie opublikowanych zostanie kilka prac naukowych. Ponieważ moje lektury w językach innych od polskiego nie przynoszą mi wielkiej radości i nawet takiego zrozumienia, cieszę się, że pracę poznałem napisaną w oryginale po polsku. Bardzo bym chciał, naprawdę bardzo, żeby z tego była książka, ale cieszył się będę, jeśli chociaż obszerniejsze fragmenty trafią na jakieś porządne łamy, np do Folia Malacologica. I tutaj powinienem postawić kropkę, ale postawię przecinek, po którym dodam, że strasznie potrzeba jest pisać do Folii! Tutaj wykrzyknik. I bez żartów: zaraz powinien wyjść pierwszy zeszyt 26 tomu Folia Malacologica, i naprawdę byłoby dobrze, żeby znalazły się w nim jakieś teksty. Najlepiej dobre, choćby tak dobre jak biologia gatunku Bulgarica cana...
Bulgarica cana ze strony tytułowej rozprawy doktorskiej Magdaleny Marzec
A o biologii świdrzyka siwego napiszę na blogu, jak tylko się z nim w lesie spotkam. I mam nadzieję zrobić to w tym roku...

czwartek, 23 lutego 2017

Slugs and Snails. Recenzja w odcinkach

Mam ją od tygodnia. Swoją własną, prywatną, podarowaną mi przez Takiego Konkretnego Malakologa:) Mam ją, oglądam, kartkuję, pokazuję znajomym, a nawet czytam! Tak, dokładnie tak, czytam. Udało mi się już przedrzeć przez wstęp. Przede mną jeszcze jakieś czterysta siedemdziesiąt stron tekstu, stąd postanowiłem, że będę recenzował ją w kawałkach, w miarę postępu lektury. Może to karkołomny pomysł, ale co innego mam zrobić, kiedy moja znajomość angielskiego jest bardziej mityczna niż jednorożce?
Przez ostatni tydzień udało mi się przejrzeć ją dokładnie, zapoznać się z układem treści, z ilustracjami, wykresami i tabelami. Bardzo powoli wchodzę w strukturę tekstów, przyznając się do tego, że nie znając angielskiego, nie mogę w pełni docenić tego, co dostałem...
Pisałem już o tej książce bezpośrednio po tym, jak trafiła na rynek. 15 grudnia 2016 roku trafiła do sprzedaży książka prof. Roberta Camerona pt Slugs and Snails. W ciemno mogę powiedzieć o tej książce, że powinna trafić do każdej biblioteki wydziałów biologicznych, zootechnicznych i obowiązkowo do podręcznych bibliotek malakologów (i proszę nie utyskiwać, że może lepszy byłby e-book czy coś podobnego). Rzadko bowiem się zdarza, że malakolog otrzymuje do ręki tak solidną monografię poświęconą ślimakom.
Wspomniałem, że przeczytałem wstęp. Niewiele, żeby wydawać sądy o jakiejś pracy. A moim zdaniem już wystarczająco, żeby zachęcać do sprowadzenia tej publikacji. Poruszyło mnie kilka spraw, które Cameron porusza tytułem wstępu. Po pierwsze: zwraca uwagę na rozróżnienie między 'slug' a 'snail', któe nie jest obecne w każdym języku. Wyjaśnia czytelnikowi, co należy przez to rozumieć i podaje przykład, jak funkcjonuje to np. w języku niemieckim i polskim (szkoda tylko, że nie wspomina jeszcze o łacińskim określeniu gastropoda nuda). Tu się zatrzymajmy. Co to oznacza, że autor monografii, napisanej w Anglii, napisanej po angielsku, napisanej dla światowego odbiorcy (bo w gruncie rzeczy nie jest to książka europocentryczna) podaje przykład z języka polskiego, który dla malakologii nie jest przecież niezastąpionym? Myślę, że chodzi o docenienie współpracy, jaką od lat utrzymuje ze środowiskiem polskich malakologów. W książce roi się od powoływania się na polskich autorów oraz na badania prowadzone na naszym terenie. Zważywszy na charakter publikacji - jest to bardzo nobilitujące. Proszę też spojrzeć na listę osób, którym Autor dziękuję we wstępie - dawno już nie widziałem takiego wkładu polskich naukowców wymienianych w publikacji!
Po drugie: wydaje mi się, że wśród malakologów powinniśmy zrobić zbiórkę pieniężną i zapłacić za reklamę;) Wymienienie we wstępie naszego periodyku Folia malacologica obok Journal of Conchology oraz Journal of Molluscan Studies z prywatną rekomendacją autora jest i miłe i nobilitujące, ale też - co bardzo dla nas ważne - stwarza okazję do wypłynięcia jeszcze bardziej na świat. Myślę, że konsekwentne od lat podnoszenie poziomu Folii pozwoliło na rekomendowanie tego pisma wśród malakologów. Mam taką nadzieję, że przełoży się to na większą rozpoznawalność pisma, większe nim zainteresowanie, a co się z tym wiąże - i większą cytowalność (o jak nie cierpię tego słowa i wszystkiego, co się z nim wiąże!).
I po trzecie, co jeszcze uważam za ważne po lekturze wstępu: docenienie amatorów malakologii. Obok nurtu profesjonalnego istnieje jeszcze nurt amatorski, który ma niebagatelne znaczenie dla profesjonalistów. Cieszy mnie to, że Cameron widzi amatorów, ich dorobek, obserwacje, wnioski, z których z powodzeniem korzystać mogą zawodowcy.
Niedługo na łamach Folia malacologica powinna pojawić się recenzja tej książki, którą przygotowała prof. Pokryszko z Wrocławia. Mam zamiar przyśpieszyć własną lekturę, aby do tego czasu móc wyrobić sobie własne zdanie na jej temat. Nie sądzę jednak, aby ktokolwiek był w stanie zmącić we mnie to wrażenie, które zrodziło się z pierwszego kontaktu z tą książką. Jako malakologiczny bibliofil jestem nią zachwycony i nie pozostaje mi nic innego jak nawoływać do jej nabycia. I tylko na koniec powiem, wkładając trochę kij w mrowisko, że szkoda mi bardzo, że w Polsce się teraz takich książek już nie pisze...

wtorek, 14 czerwca 2016

Nowy zeszyt Folia Malacologica

Nawet nie zauważyłem, jak dawno już nie wspominałem o kolejnych numerach naszego jedynego w Polsce pisma malakologicznego. A przecież od lat obserwuję, jak pismo się rozwija i podnosi poziom. Co mnie się najbardziej podoba, to regularność numerów, dostępność on-line, a przede wszystkim aktualność artykułów. Nie ma tego potwornego, ciągnącego się w nieskończoność czekania na zamieszczenie artykułu (co ma ogromne znaczenie na przykład w doniesieniach o nowych czy pierwszych lokalizacjach jakiegoś gatunku). Wzorem dobrych pism ceniących sobie bieżące udostępnianie artykułów, redaktorzy publikują artykuły "przyszłe", jeszcze bez paginacji, ale umożliwiające już cytowanie.
Obserwuję również zwiększające umiędzynarodowienie pisma. Kiedyś autorzy spoza Polski pojawiali się rzadko, obecnie w kolejnych zeszytach publikują malakolodzy z różnych, nieraz tak odległych jak Brazylia, stron. W najnowszym, drugim zeszycie 24 tomu Folia Malacologica na dwudziestu jeden autorów, jedenastu to obcokrajowcy. Chyba też pierwszy raz zdarzyło się, że publikują autorzy z zachodniej Afryki, a dokładnie z Nigerii oraz malakolodzy z Ekwadoru (w czym swój udział ma Bartłomiej Gołdyn, poznański malakolog pracujący obecnie na kontynencie południowoamerykańskim). Wziąwszy pod uwagę, że Folia Malacologica to periodyk specjalistyczny, poświęcony mięczakom, to rozszerzanie kręgu oddziaływania jest jak najbardziej pożądanym kierunkiem...
W drugim zeszycie dobrze reprezentowana jest faunistyka, zarówno w odniesieniu do obszaru Polski, jak i obszaru Czech czy nawet Ekwadoru. Jest artykuł o nowym gatunku z rodzaju Pseudamnicola z Grecji (Wyspa Kithira) a także tekst o strukturze i składzie chemicznym nigeryjskich ślimaków z rodzaju Achatina. Moją uwagę zwróciły jednak przede wszystkim teksty faunistyczne o rzadkich Vertiginidae, w których specjalizuje się m.in. Zofia Książkiewicz-Parulska. A warszawiaków odesłałbym do tekstu Andrzeja Kołodziejczyka i Krzysztofa Lewandowskiego o Bithynia troschelii (Paasch, 1842) - jednym z mniej znanych ślimaków słodkowodnych występujących w Polsce.
Bardzo chciałbym przygotować kiedyś jakiś tekst do Folii. Raz już to zrobiłem i apetyt mi nie przeszedł. Zanim jednak się zbiorę, może minąć dużo czasu. Więc żeby go nie roztrwonić, zachęcam tymczasem do śledzenia nowych odsłon naszego (najlepszego) pisma malakologicznego w Polsce.
A całość roczników z lat 1998-2016 do przejrzenia na stronie www.foliamalacologica.com. Zapraszam!
Achatina sp.

poniedziałek, 30 maja 2016

Ślimakurier - czyżby dwumiesięcznik?

No i kto by pomyślał, że takie tempo zostanie narzucone? Wchodzę dziś na stronę Stowarzyszenia Malakologów Polskich, patrzę, a tam drugi zeszyt Ślimakureira! No proszę, toż to dwa miesiące minęło od poprzedniej publikacji... Bardzo się cieszę, tym bardziej że chyba należę do pierwszych czytelników tego numeru. Gorąco polecam, zwłaszcza tekst o naszych Foliach oraz pytanie rzucone w przestrzeń publiczną, czy potrzebujemy ogólnopolskiej bazy danych ślimaków oraz kolekcji porównawczych.
Wydaje mi się, że warto na ten temat podyskutować. Pomysł bazy bardzo mi się podoba, mam nawet nadzieję, że kiedyś to się ziści. Co do kolekcji - sam taką posiadam i tylko w ostatnim czasie strasznie musiałem ją po macoszemu traktować z powodu zbyt licznych przeprowadzek...
Co się zresztą będę rozpisywał: proszę sprawdzić samemu, klikając tutaj.

środa, 20 kwietnia 2016

Vivat academia, vivant Professores!

Chociaż działo się to przed dwoma tygodniami, dopiero dziś dotarła do mnie wiadomość, że poznański biolog i malakolog, prof. Andrzej Lesicki, został wybrany nowym Rektorem Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Urodzony 8 października 1950 roku w Poznaniu, ukończył w 1968 roku I Liceum Ogólnokształcące im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, a następnie rozpoczął studia biologiczne na poznańskim uniwersytecie. To właśnie z tą uczelnią związał swoją karierę zawodową, zdobywając kolejne stopnie naukowe.
Od 1994 roku związany ze Stowarzyszeniem Malakologów Polskich (pełnił m.in. funkcje skarbnika oraz prezesa), zaś od 1999 redaguje Folia malacologica. W tym czasie pismo ugruntowało swoją pozycję, stało się periodykiem anglojęzycznym, wysoko punktowanym na liście Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Profesor Andrzej Lesicki, nowy Rektor Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, jest prawdziwym człowiekiem renesansu: meloman, podróżnik, modelarz, kolekcjoner płyt winylowych i wszystkiego co Beatlesami związane, miłośnik muszli, piewca rodzinnego życia...
Odsyłam do strony Profesora Lesickiego będącej skarbnicą wiedzy o dorobku i zainteresowaniach Rektora-elekta http://andrzejlesicki.pl/cv.php. Natomiast relację z wyboru można zobaczyć w uniwersyteckiej telewizji http://uam.platontv.pl/show/5933.
Serdeczne gratulacje Panie Profesorze!
Prof. Lesicki wręczający tytuł Honorowego Członka SMP Stanisławowi Myzykowi, 2015.
(C) K.Myzyk

wtorek, 26 listopada 2013

Rangia cuneata (Sowerby, 1832) - nowy gatunek małża w Polsce

Co ma wspólnego Zatoka Meksykańska z Zalewem Wiślanym? Niewiele. Od niedawna łączy je występowanie tego samego gatunku - Rangia cuneata (Sowerby, 1832), przedstawiciela rodziny Mactridae, małża znalezionego niedawno w polskich wodach.
W Europie małż ten pojawił się w słonawych Wodach Belgii przed 2005 r. i odnotowuje się jego ekspansję. W 2011 roku został stwierdzony również w Polsce, w Zatoce Elbląskiej, przez autorów doniesienia, które opublikowano w najnowszym tomie Folia Malacologica.
Od maja tego roku wiadomym mi już było, że małż ten został znaleziony w Polsce, choć nie znałem szczegółów dotyczących lokalizacji. Kwestia pojawienia się do w polskich wodach była oczywista, skoro wcześniej stwierdzono populację w rosyjskich wodach akwenu.
Rangia cuneata jest małżem średniej wielkości, dochodzącym w środowisku naturalnym do 90 mm długości. W warunkach kolonizowanych obszarów osiąga mniejsze rozmiary, do ok. 40 mm. Trójkątnie jajowata muszla jest jasnobrązowa lub brązowa, wnętrze białe, z dobrze zaznaczonymi odciskami przyczepów mięśni i zatoki płaszczowej.
Małż związany jest z dnem mulistym lub piaszczysto-mulistym. Preferuje wody słonawe, im wyższe zasolenie i wyższa temperatura wody, tym większe szanse na rozmnażanie gatunku. Ponieważ wody Zalewu Wiślanego należą do mocno wysłodzonych, nie spodziewałbym się masowej inwazji. Jak się będzie sytuacja rozwijać, zobaczymy. Ciekaw jestem, czy w wodach Zalewu Szczecińskiego może też już występować, więc czekam na kolejne notatki.
Postaram się wkrótce o ilustracje, ale może to chwilę potrwać...

Jan Warzocha, Aleksander Dragas. 2013. The alien gulf wendge clam (Rangia cuneata G. B. Sowerby I, 1831) (Mollusca: Bivalvia: Mactridae) in the polish part of the Vistula Lagoon (SE Baltic). Folia Malacologica 21(4): 291-292

piątek, 31 maja 2013

Ordnung

Nasze wyobrażenia na temat innych nacji na ogół podlegają jakiejś daleko idącej stereotypizacji, spłaszczającej przedstawicieli innych narodów do słów-kluczy lub utartych powiedzonek, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Dla nas Włosi to makaroniarze, Szkoci to skąpcy, Czesi śmiesznie mówią i opijają się piwem, Rosjanie są wiecznie pijani i tak dalej. Ale obrażamy się, gdy ktoś napisze, że Polacy to pijacy, kombinatorzy i złodzieje samochodów... Stereotypy na ogół są fałszywe i nie warto się nimi kierować.
A jednak. Sam przyłapałem się na tym, jak bardzo w mojej głowie uruchomiły się automatyczne myśli o Niemcach, kiedy pierwszy raz trzymałem w rękach książkę, której autorem jest niemiecki malakolog, Francisco Welter-Schultes. Trzymając w ręku ciężką, wielką księgę oprawioną w sztywne okładki, pomyślałem: Ordnung muss sein! Śpieszę wyjaśnić, że jak dotąd książkę trzymałem w rękach przez kilka minut i że dotąd nie udało mi się włączyć jej do swojej biblioteki. O tym za chwilę. Co to za książka? Niezwykła. European non-marine molluscs, a guide for species identification, wydana w Getyndze w 2012 r. Widziałem ją jakieś dwa miesiące temu, teraz jestem na etapie budowania specjalnego funduszu na rzecz sprowadzenia do rąk własnych tego dzieła. Przeglądając ostatni numer Folia Malacologica natrafiłem na recenzję tego wydawnictwa autorstwa prof. Beaty Pokryszko z Muzeum Przyrodniczego Uniwersytetu Wrocławskiego. Polecam ten tekst, bo prof. Pokryszko pisze bardzo komunikatywnym stylem, dobrze się to czyta, zwłaszcza że recenzje to ostatnie prace w Folia wydawane jeszcze dwujęzycznie, tj. po angielsku i po polsku.
Dlaczego kiedy trzymałem w rękach książkę zoologa z Getyngi chodziło mi po głowie niemieckie powiedzenie Ordnung muss sein? Bo uporządkować i usystematyzować wiedzę o przeszło dwóch tysiącach gatunków europejskich mięczaków jest zadaniem, z którym może się zmierzyć tylko ktoś, kto porządek ma we krwi, a z tym kojarzą mi się Niemcy. Prof. Pokryszko na marginesie recenzowanej książki napisała o ocenie dorobku naukowców, o pogoni za punktami za publikacje itp., wskazując tym samym na ogrom poświecenia, jakim wykazać się musiał autor, podporządkowując pięć lat pracy naukowej jednemu opracowaniu. Porządek, jaki wprowadza opracowanie Schultesa jest nie do przecenienia. To pierwsza tak potężna objętościowa praca poświęcona identyfikacji europejskich mięczaków. Powiedzmy to wprost: dziś już takich książek się nie pisze, bo pomimo niezwykle skutecznych i pomocnych narzędzi komputerowych, do takiej pracy potrzeba benedyktyńskiej cierpliwości, niemieckiej dyscypliny i niezwykłej pasji, aby chcieć to zrobić. Sam przegląd literatury fachowej byłby zadaniem dla zwykłego śmiertelnika prawie niewykonalnym, a teraz jeszcze dokonanie krytycznych ustaleń, koniecznych syntez, sporządzenie notatek, wykreślenie map, wykonanie fotografii. Więcej: zgromadzenie materiału porównawczego do ilustracji byłoby zadaniem, przez które nie przeszedłby nikt bez właściwego zapału i naukowego zaplecza.
Otwieranie się kolejnych granic (w lipcu do UE wchodzi Chorwacja - kolejne wyzwania dla malakologów) powoduje, że częściej podróżujemy, łatwiej zdobywamy "pamiątki" z podróży, ale wcale łatwiej nie zdobywamy wiedzy na temat przywiezionych zdobyczy. Dzięki publikacjom tak syntetycznym, jak ten klucz do europejskich mięczaków, takim jak ja łatwiej będzie oznaczać zbiory, porządkować je, nadawać im pozory uporządkowania.
Jak na pięć lat pracy, rozmiar oraz jakość dzieła, książka wcale droga nie jest. To raptem tylko 128 euro plus koszta wysyłki... Poważnie mówię. To nie jest dużo. Co wcale nie znaczy, że jest to mało. Nie wiem, ilu malakologów w Polsce może tak sobie lekką ręką zamówić tę książkę. Jeśli jednak tego nie zrobią, jeśli nie sprowadzą sobie tej publikacji, nie będą mogli korzystać z najobszerniejszego (na dzień dzisiejszy) przewodnika po europejskiej malakofaunie. Wydaje się więc, że trzeba skarbonkę postawić na biurku i wrzucać do niej cokolwiek na ten właśnie cel...
A mimo mojego zachwytu nad tą książką, i tak towarzyszy mi niedosyt. Spory niedosyt. Nie chodzi mi nawet o poszczególne fotografie czy informacje o gatunku. Chodzi mi o obserwowaną metodologię, która przyświeca wielu tego typu przedsięwzięciom: non-marine... Czy doczekamy się kiedyś opracowania, które komplementarnie omówi wszystkie gatunki europejskiej malakofauny, w tym morskiej? Rozumiem, że tam dopiero pojawiają się problemy z systematyką, zasięgiem występowania etc., a przecież w kolejnych dużych projektach omija się szerokim łukiem tę część mięczaków, która - wcale nie wykluczone - mogłaby się okazać ilościowo większa od lądowej i słodkowodnej.
Pozostaje to moim niespełnionym marzeniem: książka (może nawet: książki, bo przecież jedna publikacja mogłaby się okazać zbyt wielka, zbyt ciężka, zbyt niepraktyczna) o wszystkich europejskich mięczakach, oskorupionych i nie, lądowych i wodnych, morskich i słodkowodnych... Gdyby więc kto z takim pomysłem chodził, niech pamięta, że część szlaku przetarł już Welter-Schultes. I zrobił to wyśmienicie.
Czy jeśli będę bardzo grzeczny w tym roku, to Mikołaj przyniesie mi ją pod choinkę? Może tak, pod warunkiem jednak, że do tego czasu nie rozsypie się do reszty mój zdezelowany niemiecki samochód, którym już dziewiąty raz objeżdżam równik;)
Welter-Schultes Francisco. 2012. European non-marine molluscs, a guide for species identification. Bestimmungsbuch für europäische Land- und Süsswassermollusken. Göttingen, 752pp.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Folia malacologica - tom 20, zeszyt 3

Sezon letni nie jest może optymalnym czasem na zajmowanie się omawianiem lektur, ale wziąwszy pod uwagę znaczny i widoczny postęp w kwestii regularności wydań Folia malacologica, czuję się zobowiązany wspomnieć o kolejnej odsłonie. Tym razem kolejny zeszyt przyniósł dwa tylko nowe teksty, za to nieco większych rozmiarowo, a z pewnością godnych uwagi.
Fragment artykułu, M. Ożgo
Beata Jakubik ogłosiła pracę o strategiach życiowych krajowych żyworódek w różnych środowiskach wodnych (Life strategies of Viviparidae (Gastropoda: Caenogastropoda: Architaenioglossa) in various aquatic habitats: Viviparus viviparous (Linnaeus, 1758) and V. contectus (Millet, 1813), badając korelacje między typem zbiornika, jego wielkością czy zaawansowaniem trofii, a strukturą populacji i jej strategii życiowej. Badania prowadzone przez uczennicę prof. Stańczykowskiej koncentrowały się na dolnych odcinkach Bugu i Narwi oraz Zbiorniku Zegrzyńskim. Nie potrafię streścić wyników pracy tak, aby ich nie przekłamać, stąd polecam lekturę. Badano strategię reprodukcyjną bardzo ciekawych ślimaków, które nie dość, że zachowują rozdzielność płciową, to jeszcze są żyworodne (choć właściwie jajo-żyworodne). A że Viviparidae należą do najczęściej występujących ślimaków wodnych w dorzeczu Bugu i Narwi, może warto czegoś więcej się o nich dowiedzieć.
Fragment z artykułu, fot. M. Ożgo

Podobną nieco pracą jest publikacja Małgorzaty Ożgo Shell polymorphism in the land-snail Cepaea nemoralis (L.) along a west-east transect in continental Europe. Autorka badała relację między zasięgiem geograficznym wstężyka gajowego a jego ubarwieniem. Zaciekawiła mnie metoda doboru próby: wybrano 52 równoleżnik, a stanowiska określano południkowo, wyznaczając obszar o promieniu 15 km od skrzyżowania równoleżnika z południkiem. Badany obszar o długości ponad 1215 km pozwolił na analizę rozmieszczenia gatunku, który w Polsce osiąga wschodnią granice zasięgu. I tutaj również nie podam wszystkich konkluzji, dość jednak zaznaczyć, że w Europie Zachodniej daje się zaobserwować ubożenie stanowisk wstężyka, do czego przyczynia się przede wszystkim rolnictwo wielkoobszarowe. Warto zwrócić uwagę na przyjęty przez Autorkę sposób oznaczania wstężyków gajowych: przyjmując trzy podstawowe formy barwne: żółtą (Y= yellow), różową (P= pink) i brązową (B= brown) oznaczyła cyframi 1-5 paski na muszli, gdzie brak paska oznacza 0, a występowanie paska zaznaczono właściwą pozycją. Tam, gdzie paski się zlewają, zaznaczono w nawiasach właściwy rząd. Pozwoliłem sobie na zamieszczenie fragmentu ilustracji, który to obrazuje. Nie pamiętam, czy podobne kryteria przyjęto niegdyś we wielkim projekcie badawczym skupionym na wstężykach,jakim było EvolutionMegaLab. Zdaje mi się jednak, że tam rozdzielano tylko na kolory i trzy warianty: bez paska, z jednym paskiem i z wieloma paskami. Sposób oznaczania (nie wiem czy autorski, czy przyjęty za kimś) bardzo mi odpowiada: jest czytelny i pozwala na skuteczną analizę danych.
Obie prace łączy analiza na znacznej grupie badawczej oraz badanie relacji populacyjnej do określonych cech. To są żmudne prace, wymagające mozolnego wysiłku i niezwykłej skrupulatności. Dlatego też uważam, że warto się z nimi zapoznać, być może wnioski natchną do czegoś w czasie wakacyjnego odpoczynku.
Materiał ilustracyjny pochodzi ze strony foliamalacologica.com. Materiał ma na celu promocję i popularyzację badań i nie jest związany z jakąkolwiek formą działalności dochodowej. W przypadku stwierdzenia, że zamieszczone ilustracje naruszają prawa autorskie, proszę o kontakt.