Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muszle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muszle. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 sierpnia 2019

Z plaży z wojaży

Szkolne wakacje za chwilę dobiegną końca, poodpoczywają troszkę dłużej studenci, niektórzy urlopy rozpoczną dopiero wtedy, kiedy wszyscy z nich wrócą. Ci, którzy nie mieli dość pieniędzy, by nad Bałtykiem płacić za pangę jak za dorsza, pewnie pojechali do Chorwacji, Egiptu, Tunezji, Włoch, na Majorkę czy gdzieś dalej. Te kierunki i tę mają przewagę nad Północą,że oferują większe bogactwo malakofauny, co się przekłada na ilość i różnorodność muszli i muszelek, które można stamtąd przywieźć (o ile można, bo z niektórych stron nie można wywozić muszli w ogóle!)
Gdyby ktoś po powrocie na ojczyzny łono wpadł na pomysł ponazywaniu po imieniu muszli i rozpoczęciu w ten sposób budowania kolekcji, będzie się musiał zmierzyć dostępem do fachowej literatury. W pierwszej kolejności należy odpalić komputer i poszukać w internetowych zasobach, można znaleźć prawie wszystko, wystarczy zacząć szukać od najogólniejszych haseł typu: "conchology", "seashells" czy po prostu "shells". Powinno wystarczyć. Ja osobiście lubię analogowe rozwiązania i cenię sobie literaturę utrwaloną na papierze, stąd postanowiłem się podzielić subiektywnym przeglądem dostępnych mi tytułów. Podkreślam, że przegląd jest subiektywny i bardzo pobieżny.



Alain Robin. 2008. Encyclopedia of Marine Gastropods. 480pp. [fr.+ang.].
Licząca prawie 500 stron książka, bardzo starannie wydana, prezentuje na barwnych tablicach około 5.500 gatunków ślimaków morskich. Fotografie bardzo dobrej jakości. Informacje bardzo lakoniczne, sprowadzają się się do nazwy gatunkowej, wymiarów prezentowanego okazu oraz miejsca pochodzenia. I tyle. Gatunki poukładane rodzinami, wewnątrz rodziny układ alfabetyczny, w nomenklaturze się pogubiłem, jest bardzo wymieszana między starym a nowym nazewnictwem. Ponieważ to książka o ślimakach, posiadacz muszli małży nie skorzysta...
**********


R. Tucker Abbott. 1962. Saeashells of the World. 160pp [ang.].
Kieszonkowe wydanie sprzed sześćdziesięciu lat, mało aktualne w nazewnictwie, raczej dla bardzo, bardzo początkujących amatorów, nie mniej urzekające dobrym wprowadzeniem i objaśnieniami. Format kieszonkowy wskazuje na praktyczne aplikacje.
**********


M.G. Harasewych, Fabio Moretzsohn. 2010. The Book of Shells. A lifsize guide to identyfying and classyfying six hunderd shells. 656pp. [ang.]
Ładnie wydany album z obszernymi opisami sześciuset gatunków mięczaków (w tym małże, łódkonogi, chitony i głowonogi), ale ilustracje mogłyby być lepsze. Znaczy są bardzo dobre, zwłaszcza przedstawienie zbliżenia oraz naturalnej wielkości, ale jeden gatunek na stronę, to ciutkę za mało.
**********


Guido T. Poppe, Yoshihiro Goto. 1991. European Seashells. Vol. I. 352pp. [ang.]
Jedna z najbardziej profesjonalnych pozycji, godna bezwzględnie polecenia, choć licząca już sobie prawie trzydzieści lat, stąd może nie do końca pokrywać się ze współczesną nomenklaturą. Geograficznie odnosi się do obszaru mórz europejskich, więc amatorzy Karaibów mogliby się czuć zawiedzeni... Bardzo rozbudowana część systematyczna, dobre opisy rodzin, rodzajów i poszczególnych gatunków. Osobiście bardzo żałuję, że dotąd nie zdobyłem drugiej części. Nie kuszę się na merytoryczną ocenę poszczególnych opisów, za całość daję notę najwyższą.
**********



Kenneth R. Wye. 1996. The Encyclopedia of Shells. With 1.200 Examples. 288pp [ang.]
Pięknie wydana książka w formie albumowej, prezentująca ponad tysiąc gatunków, głównie ślimaków i małzy, ale znalazła się też reprezentacja chitonów, łódkonogów i głowonogów. Do każdego gatunku dodany schemat obrazujący wielkość (w calach i centymetrach), częstotliwość występowania oraz głębokość, na jakiej żyje. Przejrzysty układ, informacje przedstawione przystępnie, ogólnie bardzo wysoka ocena.
**********


Brian Parkinson. 2000. Common Seashells of New Zeland. seria: Mobil New Zeland Nature Series. 96pp. [ang.]
Publikacja pomyślana o tych, których ciągnie na Antypody... Wydanie popularne, format kieszonkowy plus, czyli taki, że zmieści się do plecaka czy torby zabieranej na plażę. Opisy bardzo skąpe, za to podane nazwy w języku angielskim i maoryskim, co ważne, gdyby kto chciał oznaczać na miejscu, pytając lokalnych rybaków o nazwy. Może tego wszystkiego malutko, ale wstydu nie ma jak na popularny przewodnik.
**********


Maja Prusińska. 2017. Atlas muszli.Opisy 180 gatunków. 192pp. [pol.]
Atlas trochę poniżej oczekiwań, kilkakrotnie już recenzowałem, w tym również na tych łamach. Generalnie: dla wytrwałych, bo bardziej rozczarowujący niż inspirujący. Ale na początek może być, uparty znajdzie jakieś kierunki. No i plus taki, że po polsku i świeżo wydany, więc łatwo zdobyć.
**********



Rafał Wąsowski, Aleksander Penkowski. 2016. Spotkania z przyrodą. Muszle. 336pp. = Rafał Wąsowski. 2000. Przewodnik Muszle. 336pp [pol.]
Różnie wyglądające z zewnątrz, w rzeczywistości te same książki wydane po polsku, prezentujące około 460 gatunków najpospolitszych ślimaków (w tym lądowych i słodkowodnych), małży, łodkonogów, chitonów i głowonogów.Każdy z gatunków zaopatrzony w krótki opis, ogólne wprowadzenia do gromad i do rodzin. Na siłę trochę wprowadzona polska nomenklatura, czasem trącąca sztucznością, czasem oparta na błędnych tłumaczeniach. Estetycznie przygotowane dość dobrze, format pozwala na zabieranie ze sobą (choć do samolotu mogłaby być troszkę za ciężka). Plus za dostępność i rodzime opracowanie.
**********


Andrzej Samek. 1992. Muszle morskie. Mały przewodnik kolekcjonera. 108pp+16 [pol.]
Mój egzemplarz się rozsypuje. Wylatują kartki, więc w podróż za bardzo się nie nadaje. Tak los spotyka wiele polskich tytułów wydanych w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych XX stulecia... Świetna książka dla młodego czytelnika, rewelacyjnie wprowadzająca w klimat kolekcjonerstwa. Opisy rodzin i najpospolitszych gatunków napisane ciekawie, dobrze się czyta, choć współczesny czytelnik, zwłaszcza młody, może uważać, że za długie. Po części opisowej następuje wklejka 16 tablic, łącznie 50 gatunków. Mało, ale zważywszy, że to pionierskie opracowanie przewodnikowe w języku polskim, można się cieszyć. Ze względu na sentyment podnoszę troszkę ocenę.
**********


Andrzej Samek. 2004. Atlas muszli ślimaków morskich. 340pp [w tym 118 tablic] [pol.]
Wydana w osiemdziesiątym roku życia autora bardzo ładna książka, imponująca barwnymi tablicami, które własnoręcznie wykonał prof. Samek. Praca podzielona na dwie części: systematyczo-opisową oraz barwne tablice. Prezentuje 474 okazy muszli ze zbiorów autora. Opisy bardzo wnikliwe i szczegółowe, sporo informacji o biologii charakteryzowanych gatunków. Jedna z najlepszych prac, szkoda tylko, że obejmująca wyłącznie ślimaki. Kto nie zna polskiego, niech żałuje.
**********


S. Peter Dance. 1992. Muszle. Bogato ilustrowany przewodnik po muszlach 500 gatunków mięczaków morskich z całego świata. 256pp [pol.]
Książka, od której zaczynałem poznawać morską konchologię (oczywiście nie licząc Samka z 1976). Wydana na początku lat dziewięćdziesiątych była jak powiew orzeźwiający wiatru w upalne południe szarzyzny... Lubię do niej zaglądać. Polecam zwłaszcza młodym czytelnikom, wchodzącym dopiero w kontakt z kolekcjonowaniem muszli. Do każdego gatunku dołączona mapka prowincji zoogeograficznej oraz legenda częstotliwości występowania. Warta odszukania i włączenia w biblioteczkę fachową amatora muszli. W mojej ocenie lektura obowiązkowa.
********** 


Krzysztof Dworczyk, Wojciech Dworczyk. 2001. Najpiękniejsze muszle świata. 176pp [pol.]
Album prezentuje około dwustu muszli (w tym również chitony, łódkonogi i głowonogi), i choć fotografie są całkiem niezłe (bardziej artystyczne niż praktyczne), ważniejsza wydaje się być warstwa tekstowa. Gatunki nie są wyodrębnione w opisach, a raczej pogrubioną czcionką zaznaczono w tekście, którego gatunku dotyczy opowieść. Bo to bardziej literatura niż album. Więc gdyby ktoś na tej książce chciał oprzeć oznaczenia, mógłby się zawieźć, ale jeśli szuka inspiracji, tę szczególnie polecam.
**********
W największym skrócie to by było na tyle. Warto mieć ze dwie, trzy książki o muszlach, a resztę uzupełniać o wiedzę z internetu. Choć tak naprawdę to warto mieć książek więcej, bo przeczytane w komputerze nie zapisuje się tak w pamięci, jak przeczytane z papieru. Ucieszy mnie każda kolejna książka, bo to nawet coś więcej niż własnoręcznie zrobiony dżem truskawkowy otwarty w środku zimy... Książka to przedłużenie szumu muszli, w którym zakochałem się bez pamięci i od dzieciństwa  odkochać się nie mogę...

piątek, 17 listopada 2017

Pomysł na jesienne wieczory

Mam w swoich zbiorach bibliotecznych książkę, której do tej pory nie omówiłem tutaj należycie, a i dziś tego nie zrobię. Zasygnalizuję, że jest, a jeśli jej gdzieś szukać, to bardziej w antykwariatach niż księgarniach, bo parę lat minęło już od jej wydania. Traktuje ona o dekoracjach z muszli i przyznać się muszę, jakoś nie bardzo przekonywało to moje poczucie estetyki.
A może warto jednak przyjrzeć się temu i zastanowić się, czy nie jest to obszar godny głębszego przeanalizowania? W 2014 roku na Krajowym Seminarium Malakologicznym prezentowałem wystąpienie poświęcone dekoracjom z muszli w kościele Świętego Ducha w Łasku (woj. łódzkie), koncentrując się nie tyle na walorach artystycznych, co na doborze gatunków.
Latem, kiedy byłem w Sarbsku (to blisko Łeby), w tamtejszym muzeum morskim (jedna z atrakcji kompleksu rozrywkowego), widziałem "obrazy z muszli", które - przyznać trzeba - nie straszyły.
Znalazłem ostatnio taki filmik o gruzińskim duchownym, który z muszli mięczaków tworzy obrazy, w tym również ikony (w sensie religijnym). Nie znam gruzińskiego, więc nie streszczę tego, o czym mówi ojciec Dimitri Sukhitashvili z kościoła Kaszweti Świętego Jerzego w Tbilisi. Drugi link odsyła do anglojęzycznej wersji materiału video, polecam.
Przyznać muszę, że jakkolwiek nadal nie porywa mnie to estetycznie, to jednak "ma to w sobie coś"... Zresztą, oceńcie sami, bo przecież de gustibus non disputandum est... Może więc, skoro jesień późna i wieczory długie, spróbować warto swoich sił na artystycznym poletku, obcując z pięknem samym w sobie, zaklętym w milionach lat ewolucji mięczaków?

https://www.palitravideo.ge/yvela-video/akhali-ambebi/29335-qnizharebis-samothkheq-moluskebis-akhali-ckhovreba-dekanoz-dimitris-namushevrebshi.html
http://www.georgianews.ge/arts-a-culture/22848-unusual-art-archpriest-dimitri-sukhitashvili-creates-icons-from-sea-shells.html 


Jedna z muszlowych kompozycji z Sarbska




poniedziałek, 12 czerwca 2017

Lektura na wakacyjny wyjazd

Zgodnie z wydawniczymi zapowiedziami jest już na rynku księgarskim nowy atlas muszli, któremu warto kilka słów poświęcić z racji choćby zbliżających się wakacji. Zażartowałbym sobie nawet, że książka, którą trzymam w ręku mogłaby stanowić świetną nagrodę za wyniki w nauce dla któregoś z uczniów późnej podstawówki lub likwidowanego gimnazjum. Mogłaby, ale niekoniecznie świetną. Może dobrą, ale na pewno nie świetną...
Wielokrotnie na tych łamach powtarzałem, że zawyżam ocenę polskim książkom poświęconym mięczakom. Ponieważ jest tego typu publikacji u nas zdecydowanie za mało, rzadko zdarza mi się kąśliwość przy recenzowaniu podobnych wydawnictw. No chyba, że chodzi o książki popularnonaukowe dla dzieci, wtedy potrafię być złośliwy. Teraz jednak wyzbędę jakiejkolwiek złośliwości, ale wystawiana ocena nie będzie najwyższych lotów. A szkoda, bo zapowiadając przed kilkoma tygodniami nowy tytuł, bardzo się napaliłem i miałem nadzieję, że mnie coś mile zaskoczy.
Na początku czerwca 2017 roku warszawskie wydawnictwo SBM wypuściło na rynek księgarski książkę dr Mai Prusińskiej Atlas muszli. Opisy 180 gatunków. Nie jest łatwo wydać jednoznaczną ocenę na jej temat. Mam z tym sporą trudność i postaram się te trudności nazwać.
Najpierw sprawa autorstwa, wcale nieoczywista. Książkę przygotowała związana z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim absolwentka biologii na UMK, dr Maja Prusińska, znana przede wszystkim ze swojej aktywności na gruncie akwarystyki. Powiedzmy to sobie od razu: autorka nie jest malakologiem (co nie jest bez znaczenia dla książki), ale ma dobre przygotowanie biologiczne, i w książce jest to uwzględniane. Ktoś, kto interesuje się muszlami, nie musi być biologiem, ale wchodząc w dość wąską specjalizację trzeba się liczyć z tym, że naraża się na uważniejszą krytykę ze strony środowiska, dla którego ta specjalizacja jest chlebem powszednim. Konsultacje z malakologami może pozwoliłyby nadać książce nieco inny kształt... Nie jest to tak, że jakieś rażące uchybienia znajdują się w tekście, ale coś na wątrobie leży. Na stronie 22 podano informację, że z jaj Vittina semiconica (Lamarc, 1822) wykluwają się larwy. Nie spotkałem się wcześniej z informacją, że ślimaki z rodziny Neritidae mają w rozwoju osobniczym etap larwalny. Nie wykluczam, że tak nie jest, ale coś mi tu zgrzytnęło. Podobnie informacja o samozapłodnieniu u Cepaea hortensis - owszem, możliwe, ale to ostateczność, normalnie obserwuje się zapłodnienie krzyżowe, jak u większości form obojnaczych. To jest jednak czepialstwo, natomiast wspomniałem o nieoczywistości autorstwa. Nie odnosi się do tekstu: ten jest bardzo widocznie pisany według ścisłego schematu, przez co opisy są przejrzyste, ale dość... nudnawe. Mnie chodzi o problem ilustracji. Jeśli coś jest atlasem, warstwa graficzna musi stanowić jakąś wartość publikacji. A z czym mamy tu do czynienia? Ze stokowymi fotkami na bezpłatnych licencjach i stylizowanych ilustracjach tworzonych w programie graficznym na bazie fotografii, czasem tych samych, co zamieszczonych przy opisie gatunku. Po co? Po co było uciekać się do takiego posunięcia, na którym atlas tylko traci? Ilustracje nie spełniają swojej podstawowej funkcji - nie pomagają w identyfikowaniu gatunków (vide ilustracje do krajowych Unionidae, Corbicula fluminea lub  do porcelanek). Albo powinna pozostać fotografia, albo rysunek, w którym uchwycono najistotniejsze cechy pozwalające na rozróżnienie, z czym ma się do czynienia. Tutaj zastosowano jakiś skrót, który obniża jakość pracy. Moim zdaniem - znacząco.
Dwie rzeczy jeszcze mnie odpychają od tej nowej książki: przyjęte nazewnictwo oraz źródła. Nie wiem, czy to jakiś genius loci, ale w pułapkę tę wpadli już wcześniej Penkowski i Wąsowski (również związani z UWM) w atlasie Muszle (Warszawa, Multico 2000 i 2016): forsowanie na siłę polskich nazw gatunkowych, sztucznych, kalkowanych z języka angielskiego lub z jakichś żargonowych akwarystycznych lub kolekcjonerskich (?) światków. Nie ma potrzeby silić się na polskie nazwy gatunkowe zwierząt, które nie funkcjonują w języku potocznym. Po co wprowadzać takie nazwy jak grzebiolinka europejska słodkogorzka Glycimeris glycimeris (nawiasem mówiąc: poprawniej byłoby słodko-gorzka, bo tak w języku polskim zapisuje się połączenia kontrastowe), busykon lewoskrętny Busycon perversum (pewnie nie zwróciłbym uwagi, gdyby na ilustracji muszla nie była... prawoskrętna), zagłębka namiocikowa Oliva porphyria - to tylko  drobne przykłady. Zupełnie poza kategorią pozostaje "ślimak Military Helmet Neritina pulligera (Linnaeus, 1758): naprawdę nie wiem, do czego to przypasować.
Czepiłem się również wykazu polecanej literatury. Część z prezentowanych w wykazie tytułów to bardzo dobre opracowania, zwłaszcza dla kolekcjonerów muszli. Ale nastąpiło tu pewne pomieszanie celów: nie bardzo z zestawienia bibliograficznego można wywnioskować, czy książka ma być dla hobbystów-konchologów, czy dla biologów (może nawet malakologów). Obok popularnych przewodników Autorka poleca bardzo specjalistyczne artykuły, na dodatek trudno dostępne, bo opublikowane np. przez Zeszyty Naukowe Wyższej Szkoły Rolniczej w Olsztynie, na dodatek w 1968 roku... Coś tu zawiodło, i Autorka powinna o tym wiedzieć pracując naukowo, że nie każda literatura jest właściwa do cytowania. Zwłaszcza, co jest moim zdaniem karygodnym zaniedbaniem, w wykazie nie znalazły się takie opracowania, jak klucze Piechockiego do mięczaków wodnych, Wiktora do ślimaków lądowych czy fundamentalna praca z punktu widzenia konchistyki - Atlas muszli ślimaków morskich Andrzeja Samka. To już zakrawa na nieodrobienie pracy domowej... Trudno nawet domyślać się, czemu tak ważne opracowanie nie znalazło się zalecanej literaturze.
Zabrakło mi czasu, aby książkę przejrzeć uważniej. Nie sprawdzałem, czy poprawne są zapisy nazw gatunkowych (z pewnością Anentome Helena (Philippi, 1847) nazwana w książce "Krwawą Heleną" powinno się zapisać jako Clea helena), tu zresztą w nazewnictwie mięczaków jeszcze długo będzie bałagan, więc nie ma co się roztrząsać. Zauważyłem, że w atlasie znalazły się zarówno ślimaki (w tym również słodkowodne i lądowe), jak i małże oraz bardzo skąpa reprezentacja chitonów, walconogów i głowonogów. W ślimakach ponad wszelką wątpliwość błędnie zamieszczono fotografię przy opisie ślimaka przydrożnego Helicella obvia  (Menke, 1828), na któej znajduje się jakiś młodociany przedstawiciel Helicidae (stawiam na Cepaea). Listę zastrzeżeń mógłbym jeszcze rozciągnąć na słowniczek i niektóre terminy, ale naprawdę potrzebowałbym dużo więcej czasu na składanie wszystkich elementów do opisu prezentowanej publikacji.
Blisko już koniec roku szkolnego i trzeba w końcu wystawić ocenę. Wygląda na coś między trzy a cztery. Wyżej nie mogę, choć chciałbym, i to bardzo, aby więcej było u nas publikacji o mięczakach. I choć pracę tę oceniłem bez górnolotnych wzdychań, i tak będę zachęcał, aby się z nią zapoznać, a może nawet nabyć. Bo dopóki liczba tego typu prac nie przekracza jednej na kilka lat, to warto to mieć.

Maja Prusińska. 2017. Atlas muszli. Opisy 180 gatunków. Warszawa, Wydawnictwo SBM, 190pp.

środa, 26 kwietnia 2017

Ciekawe, co wyjdzie

Jak na miłośnika mięczaków - z reguły powolnych i dość ślamazarnych (z wyjątkiem, oczywiście, głowonogów, których poza skamieniałościami próżno w Polsce szukać) w jednej kwestii jestem niespójny z moją pasją. Bardzo niecierpliwy jestem w sprawie lektur ślimaczych, które często pochłaniam zbyt szybko i bardzo niecierpliwy jestem w oczekiwaniach na nowe książki. Bardzo niecierpliwy. Rzekłbym: cholernie niecierpliwy, ale to wulgarne określenie nie oddaje nawet minimalnej dawki tej niecierpliwości. Skoro więc pojawiła się zapowiedź nowej książki, nie mogę siedzieć i sobie czekać, ale muszę rzeczywistość zaklinać i ponaglać, ponaglać, ponaglać!
Wypatrzyłem taką oto zapowiedź:
Maja Prusińska, Atlas muszli. Opis 180 gatunków. Wydawnictwo SBM, Warszawa 2017, 190pp. Książka zapowiedziana jest na 5 czerwca 2017 roku i oczywiście już drepcę w miejscu nie mogąc się jej doczekać.
Ciekawi mnie, co to będzie za publikacja. Maja Prusińska jest doktorem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Doktorat robiła z nauk rolniczych (rybactwo), specjalizuje się w akwarystyce i szerzej może być znana właśnie akwarystom. Jak pójdzie jej przygotowanie atlasu muszli - nie wiem, ale bardzo w tym kibicuję. Na rynku mamy tego bardzo niewiele, właściwie tylko to, co przygotował prof. Samek (trzy tytuły na przestrzeni ponad czterdziestu lat), Krzysztof i Wojciech Dworczykowie (dwa tytuły), Aleksander Penkowski i Rafał Wąsowski (dwa i pół tytułu, bo podwójne wydanie atlasu Muszle w 2000 i 2016 roku mogło dawać wrażenie, że to dwie różne książki, a różne okazały się tylko okładki...)
Zacieram więc ręce. Czekam. Napalam się i mam nadzieję doczekać. Półtora miesiąca... Może dam radę. Bardzo jestem ciekaw, co wyjdzie. Okładka zapowiada się ciekawie. Czy zamysł autorki spełni moje oczekiwania - nie wiem, czekam. I cholernie nie mogę się doczekać!

środa, 22 marca 2017

Jacek Kaczmarski (22.03.1957-10.04.2004) - Idziemy po muszelki!

Dziś świętowałby sześćdziesiąte urodziny... Wierzę, że przechadzając się gdzieś po niebiańskich łąkach, spogląda z góry na zakochanych w swoich córeczkach ojców, którzy z wytrwałością Syzyfa zbierają z plaży muszelki... Sam w końcu przeszedł brzeg morza w tym celu, zostawiając zapis tego doświadczenia.
Nie wiem, kim byłbym bez jego twórczości. Nie jesteśmy z tego samego pokolenia. Nie odczytuję wszystkich kodów, które dla jego rówieśników mogą być oczywiste, ale też wyłuskuję z jego twórczości wszystko, czego potrzebuje o pokolenie młodszy człowiek.
Pewnie dziś stacje radiowe częstować będą "Murami", "Obławą", "Naszą Klasą"... A tyle jest utworów, które pozostają poza głównym nurtem znajomości jego twórczości. Dziś z mojego prywatnego zestawienia najważniejszych piosenek (pieśni) Jacka Kaczmarskiego polecam pochodzącą z płyty Dwie skały (1999) balladę Wakacyjna przypowieść z metafizycznym morałem.
Długa byłaby lista moich propozycji, ale dziś niech to będzie ta właśnie. Bez komentarza. 

Wakacyjna przypowieść z metafizycznym morałem
Zrywamy się przed świtem
Nie myśląc o śniadaniu
Milczący, źli a przy tym
Zupełnie niewyspani.
Okrągły księżyc drwi z nas
Jak puste dno butelki;
Lecz nam to nie pierwszyzna
Idziemy po muszelki.

Szlak wiedzie brzegiem morza
Na zachód - w kołdrze mroku,
Więc z tyłu pełznie zorza
Cierpliwie krok po kroku.
Na piasku rosną cienie
Jak rozciągnięte szelki -
Idziemy niestrudzenie,
Idziemy po muszelki.

Muszelki - rzecz nietrwała,
Po prawdzie nic nie warta,
Ale córeczka chciała -
Córeczka jest uparta.
Z fal słońce się wychyla
Jak złota pierś modelki;
Umyka nam ta chwila -
Idziemy po muszelki.

Palce u stóp maleństwa
Kaleczą się boleśnie.
Co robić? Na przekleństwa
Za późno - i za wcześnie -
Na wątpliwości antrakt,
Na cierpień bagatelki,
Bo zgrzyta zębów mantra -
Idziemy po muszelki.

Pierś słońca już w zenicie
Wspiera się nam na plecach
Potężnym żarem życia
Jak samo serce pieca.
Pot ciurka strumykami,
Dziurawią piach kropelki;
Wyschnięci na pergamin
Idziemy po muszelki.

W krąg wodorostów zieleń
Piętrzy się drwiącą warstwą
I cuchnie - a muszelek?
Muszelek - na lekarstwo!
Nie w naszej widać mocy
Odnaleźć skarb tak wielki!
Na skórze, w chłodzie nocy
Pęcznieją nam bąbelki.

Lecz córcia łapką gładką
Pieczeń skwierczącą klepie:
- Nie przejmuj się tak, Tatku!
Jutro ci pójdzie lepiej!
Los żaden nas nie zmoże,
Choć przeszkód pełen wszelkich!
Chwała Ci dobry Boże
Za drogę po muszelki!



wtorek, 6 grudnia 2016

Muszla bajeczna

Kontynuuję temat malakopedagogiki. Może mi to całego życia nie zajmie, ważne, że na tę chwilę przynosi mi to satysfakcję. Taką zastępczą, ale jednak satysfakcję.
Książeczki i książki dla dzieci to w ostatnim czasie główny składnik mojej malakologicznej strawy. Czasem jest bardziej papkowata, czasem treściwsza, raz smaczna, raz mdła i pozbawiona smaku. Rad bym konsumować coś poważniejszego, ale książki malakologiczne w języku polskim pojawiają się zdecydowanie za rzadko. Zostało mi już coraz mniej tytułów do zdobycia, więc muszę tę strawę dodatkowo porcjować...
W ostatnim czasie biblioteczkę powiększyłem o pięć tytułów, dziś o jednym z nich. To książka dla dzieci w wieku około 4+, ale młodszym chyba też można czytać, lub pokazywać, jeśli kto woli. Muszla Joanny M. Chmielewskiej to bardzo ładnie wydana książka dla dzieci, z bardzo ciepłymi pastelowymi ilustracjami autorstwa Agnieszki Żelewskiej. Gatunkowo to coś pomiędzy opowiadaniem a bajką terapeutyczną, a główny motyw dotyczy przeżywania tęsknoty. Z racji zawodowych choćby temat jest mi bardzo bliski. Nie zdradzając szczegółów fabuły (ta wszakże nie jest nadmiernie rozbudowana) wspomnę o tym, co siłą rzezy mnie zainteresować musiało najbardziej, czyli o muszli. Rysunek bardzo stereotypowy, dziecięcy, nienarzucający się, bliższy symbolicznemu niż realistycznemu. Opisów w tekście nie ma co szukać poza "piękna", "zaczarowana", "tajemnicza", więc dla malakologa to mało istotne. A jednak to przecież muszla jest - w zamyśle - tym najważniejszym przedmiotem, który ma moc przezwyciężania tęsknoty.
Bardzo lubię wykorzystywanie muszli do pracy z dzieckiem, w ogóle motyw muszli jest dla mnie bardzo pociągający, zwłaszcza jej szum. Oczywiście pobrzmiewa tu resentyment dzieciństwa, ale proszę się uczciwie przyznać: kto nie wsłuchiwał się w dzieciństwie w szum morza zamknięty w muszli? Zatem ten pospolity dosyć motyw szumiącej muszli stał się osią fabuły historyjki o walorach terapeutycznych. Praca z dzieckiem przeżywającym rozłąkę lub stratę kogoś bliskiego śmiało może być wsparta książką Joanny M. Chmielewską pt. Muszla. Myślę jednak, że nie należy w żaden sposób zamykać tej książki w getcie "literatury pomocniczej", bo to naprawdę ciekawa książka dla dzieci i bardzo atrakcyjna zarówno tekstowo, jak i graficznie.
Przede mną jeszcze kilka dziecięcych tytułów, większość już przetrawiłem, na kilka jeszcze czekam. Muszlę mogę jednak bez obaw polecić do wspólnej lektury z dzieckiem lub samodzielnej lektury dziecięcej.


Joanna M. Chmielewska, Muszla, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2013

środa, 11 maja 2016

Sulejowski Wapiennik

Marzy mi się czas: wolny, nieskrępowany, gotowy do współpracy. Czas, który nie będzie śpieszył, poganiał, naciskał... Ot, takie moje nierealne marzenie, nie tylko moje chyba... Wszystko, co ostatnio robię, robię w zabieganiu. Nie lubię tego, nie nadaję się do tego. Coraz mniej też mam okazji, żeby spowolnić, zatrzymać się, popatrzeć na to, co wokół. Zostaje mi zatem tylko wyłapywanie chwil, wycedzanie ich z gęstej zawiesiny  spraw do załatwienia.
W zeszłym tygodniu musiałem szybko pojechać w kilka miejsc, wszędzie byłem oczywiście spóźniony. Standard. A jednak nie wytrzymałem i po drodze, rozciągając jakimś dziwnym narzędziem czas, zatrzymałem się w okolicach Sulejowa nad Wapiennikiem, starym, zalanym kamieniołomem wapieni. Gdybym był sarkastyczny, rzekłbym, że na dłużej zatrzymuję się w łódzkich korkach dojeżdżając do pracy... Zatrzymałem się, żeby popatrzeć, zastanowić się, może coś zaplanować. Toś trochę jak rekonesans, tylko dużo krótsze.
Wapienne podłoże powinno być gwarancją obecności ślimaków. Przez trzy minuty udało mi się z trawiastej skarpy wygrzebać kilka gatunków, z których wałkówka trójzębna Chondrula tridens i poczwarówka pospolita Pupilla muscorum wydają się najciekawszymi.  Poza tym pospolite gatunki, które znaleźć można w każdym innym miejscu. Z całą pewnością jedna skarpa, obejrzana w pośpiechu, nie może być reprezentatywna dla całego stanowiska. Z Sulejowa znam świdrzyki, powinny być i tutaj, ale czasu zabrakło. Podobne nie wystarczyło go  na poszukanie starszych ślimaków, takich co żyć tutaj mogły jakieś sześćdziesiąt milionów lat temu... Sulejowski Wapiennik jest stanowiskiem odwiedzanym przez paleontologów lub przez kolekcjonerów skamieniałości. Można tu znaleźć i jurajskie ślimaki, i małże, a także - choć rzadziej - amonity. Można, jeśli się dysponuje odpowiednią ilością czasu...
Wybierając się do Sulejowa warto go zarezerwować więcej. Jest co oglądać, jest co zwiedzać. miejscowość jest bardzo atrakcyjna zarówno dla miłośników przyrody, jak i tych z zacięciem historycznym. Im polecam szczególnie Podklasztorze z pocysterskim kościołem romańskim, w otoczeniu którego pełzają Lacinaria plicata. Tym od walorów przyrodniczych polecam wycieczki wzdłuż Pilicy (kajakiem, rowerem, pieszo...) oraz szlak jurajskich wychodni: znaleźć można w okolicy kilka miejsc, gdzie wapienie jurajskie dostępne są na odsłoniętych skarpach. W samym Wapienniku pięknie prezentuje się pionowa ściana w południowo-zachodniej części kamieniołomu. Nie jest za bardzo dostępna i zasadniczo zalecana jest ostrożność w czasie spaceru po nim.
Może uda mi się kiedyś pojechać tam na spokojnie, bez pośpiechu, bez świadomości spóźnienia w inne miejsca. Może uda mi się kiedyś połazić i poszukać zarówno mięczaków aktualnie zamieszkujących ten teren, jak i tych sprzed milionów lat. I tylko mam nadzieję, że nastąpi to zdecydowanie szybciej niż kolejna epoka geologiczna...





Sulejów, pow. piotrkowski, woj. łódzkie. Dojazd drogą krajową nr 12 i 74. Aby dojechać do dawnego kamieniołomu, należy odnaleźć ulicę Podkurnędz i kierować się w stronę Kurnędza. Wapiennik będzie po prawej stronie, po lewej płynie Pilica. 

poniedziałek, 15 lutego 2016

A jednak szkoda

Gdybym był młodszy o jakieś dwadzieścia lat, mógłbym na widok nowej książki o muszlach mówić "Jaram się jak pochodnia". Na szczęście jestem już nieco starszy i pewne zwroty stają mi się obce. Co wcale nie znaczy, że nie ulegam emocjom, które gdzieś przysłaniają intelekt. Tak właśnie było ostatnio, kiedy "jarałem" się nową książką Rafała Wąsowskiego i Aleksandra Penkowskiego pt. "Muszle".
No i od razu schodzę na ziemię. Wcale nie nową. Wznowioną. Wznowioną i niepoprawioną. Ze zmienioną okładką. I na tym te zmiany by się kończyły...
Przed kilkoma tygodniami wypatrzyłem zapowiedź wydawniczą. Na 22 stycznia zapowiedziano pojawienie się książki w księgarniach. Każdego dnia wypatrywałem jej przeglądając oferty różnych sklepów. I korzystając z pierwszej okazji od razu ją sprowadziłem. Jakieś przeczucie kazało mi zachować więcej cierpliwości, ale - nie wiedzieć czemu - je zignorowałem. Zamówiłem, zapłaciłem, odczekałem swoje, jeszcze odczekałem, sprawdziłem, znów odczekałem, no i odebrałem na poczcie. W zaklejonej kilometrem taśmy przesyłce była ona: książka o muszlach. Cały czas myślałem, że to będzie coś nowego, że moja ciekawość zostanie nagrodzona... Koryguję: nie myślałem, a ekscytowałem się; to, co działo się w mojej głowie nie było procesem intelektualnym, tylko emocjonalnym. Spojrzałem na okładkę: może być. Spojrzałem do środka i... deja vu.
Jakoś na początku lat dwutysięcznych oficyna Multico wydała książkę "Muszle. Przewodnik" autorstwa Aleksandra Penkowskiego i Rafała Wąsowskiego. Mam tę książkę w swojej bibliotece, ale akurat uwięzioną w przeprowadzkowych kartonach, nie mogę sprawdzić szczegółów. Tamta książką była w sztywnej oprawie, a na okładce była muszla ślimaka z rodzaju Cassis. Ta jest w miękkiej okładce, w przeźroczystej obwolucie (takiej okładce jak na szkolny zeszyt), a na okładce znajduje się muszla ślimaka Pleuroploca trapezium. Ponieważ - jak wspomniałem - pierwsze wydanie mam obecnie ukryte w pudłach, nie mogę precyzyjnie wskazać różnić, bazując wyłącznie na coraz bardziej zawodnej pamięci. Wydaje mi się jednak, że zasadnicza część książki, tekst i fotografie się nie zmieniły. Zdjęcia, owszem, poprawiono troszkę, ale to te same zdjęcia. Opisy poszczególnych gatunków to te same opisy, co w wydaniu sprzed piętnastu lat. No więc coś jest nie tak...
Wydawca powinien zadbać - dla zwykłej rzetelności - że jest to wydanie drugie (ze zmienioną okładką). Kilkanaście lat to różnica połowy pokolenia, można podejmować nową kampanię marketingową określając inny target i nie będzie problemu. Ale co zrobić z tymi, którzy na każdą książkę o mięczakach czekają z wypiekami na twarzy (pewnie można leczyć, ale nie to miałem na myśli)? Poczułem się oszukany. Tak, mocne stwierdzenie, ale tak właśnie to czuję. Zostałem oszukany, nabrany na blichtr czegoś nowego. Powinienem był słuchać intuicji, ale za bardzo się "podjarałem" perspektywą nowej książki. Myślałem sobie tak: autor usiadł, popatrzył, pokreślił, pozmieniał, poprawił i dał do druku. Myślę, że popyt na takie publikacje jest i to stało za decyzją wydawcy, by książkę ponownie wypuścić na rynek. Trudno na nim szukać konkurentów, więc nabywcy się znajdą. A jednak szkoda. Szkoda, że nie dołożono większych starań, aby popularny przewodnik wydany został porządniej. Zadbano o zewnętrzną stronę, pominięto jednak zmiany wewnątrz. Rozumiem, że śmierć jednego z autorów przed piętnastoma laty może powodować jakieś problemy z prawami autorskimi, ale czy to usprawiedliwia wydanie książki w niezmienionej treści? Skoro Aleksander Penkowski zdecydował się na wznowienie wspólnej pracy, powinien wziąć odpowiedzialność za jej kształt i dołożyć starań, aby książka nie prowokowała do krytycznych opinii. Mógłbym formułować całą listę zarzutów, ograniczę się jednak tylko do bardzo pobieżnych uwag. Po pierwsze: czy autor nie znał recenzji, którą piętnaście lat temu opublikowała na łamach Folia Malacologica prof. Pokryszko? Naprawdę wystarczyło przeczytać i jak z kompasem przejść po kolejnych stronach i usunąć błędy. Oczywiście nie trzeba się zgadzać z opinią recenzenta, ale wytknięte błędy należy poprawiać. Zyskałaby na tym książka, autor by nic nie stracił. A tak stracił, i to bardzo dużo: stracił okazję do wydania naprawdę potrzebnego przewodnika w dobrej szacie graficznej, którego lektura nie byłaby jednocześnie wielkopostnym umartwieniem.
Nie wiem, do kogo mam większy żal: do autora czy wydawcy. Nie powinno się tego robić, jako czytelnik poczułem się mocno zawiedziony i rozczarowany.
Po drugie: nie jestem w stanie zrozumieć, po co było upychać na siłę te polskie nazwy gatunkowe. Pewnie Miodek z Bralczykiem spierać by się mogli, czy poszczególne formy są - z punktu widzenia słowotwórstwa - poprawne, ale komiczny efekt chyba nie był zamysłem autora. Na siłę wymyślane epitety gatunkowe, na ogół językowe kalki, nie są atutem tej książki. Nie wiem, po co było to robić: ani nazwy te nie funkcjonują w literaturze, ani w żargonie kolekcjonerów. Więc po co? Ktoś, kto chce tworzyć kolekcję, nie wystraszy się zapewne tego, że muszla należała do mięczaka posiadającego wyłącznie łacińską nazwę... Kolekcjonuje się muszle, a nie nazwy, a szukając informacji na temat posiadanych okazów wpisuje się w wyszukiwarkę nazwę łacińską, nie polską. No chyba, że ktoś zadowala się frazą no results... Oczywiście, kiedy powstawała książka, wyszukiwarki internetowe nie były jeszcze najpowszechniejszą studnią wiedzy, ale po kilkunastu latach można było już to uwzględnić.
Po trzecie, może na koniec: w Polsce wydaje się tak mało literatury kolekcjonerskiej, że każde pojawienie się czegoś nowego, godne jest odnotowania. Poza książkami prof. Samka oraz Krzysztofa i Wojciecha Dworczyków, brak jest polskich książek o muszlach, dlatego pojawienie się nowego tytułu powinno być jakoś odnotowane. Żal mi, że ten nowy tytuł jest jednak stary i że nie mam tej radości trąbienia wokół, że oto mamy w Polsce nowy, ciekawy przewodnik o muszkach. Bo nie mamy. Szkoda.

Rafał Wąsowski, Aleksander Penkowski. 2016. Spotkania z przyrodą. Muszle. Mulico Oficyna Wydawnicza, ss. 336
Znajdź dziesięć różnic między dwiema książkami;)

niedziela, 24 maja 2015

Muszle w kościele Świętego Ducha w Łasku

O tym, że muszle mięczaków są pospolitym materiałem dekoracyjnym, napisano już naprawdę wiele. Właściwie już do czasów prehistorycznych muszle służyły człowiekowi czy to do ozdabiania ciała, czy też swojego otoczenia. Niejednokrotnie pełniły funkcję rytualnego amuletu, często stając się atrybutem któregoś bóstwa. Wykorzystywano muszle jako elementy naszyjników, wisiorów, pasów czy innych elementów garderoby, nawet w miejscach odległych od ich naturalnego występowania (jak w góralskich kapeluszach na przykład).
Muszle mięczaków stanowiły inspirację dla architektów i dekoratorów wnętrz, zwłaszcza w okresie baroku i rokoka. Poddawane obróbce nie tylko w sensie materialnym, ale również formalnym, stanowiły niejednokrotnie bogate zdobienia daleko odbiegające od naturalnych pierwowzorów. W wieku XVII modne były groty i komnaty inkrustowane muszlami mięczaków (zwłaszcza we Włoszech, Anglii i w Austrii), sprzyjającymi zamyśleniom nad tajemnicami natury.
W swoich przygodach z malakologią natrafiłem również na miejsce, które nie doczekało się jeszcze należytego docenienia, a z pewnością jest tego warte. Na mapie turystycznych atrakcji Polski miejsce to nie zapisało się jeszcze wielkimi literami, stąd moja próba przybliżenia i te kilka słów pisane z myślą o osobach, które celowo lub przejazdem - znajdą się kiedyś w kościele Świętego Ducha w Łasku (woj. Łódzkie). A może okazją będą tegoroczne Zielone Świątki? Jest w Łasku przy ulicy Zielonej taki kościół, któremu kilka słów muszę poświęcić ze względu na niespodzianki, które spotkać tam może malakolog...
Niewielka jest to budowla sakralna, z drewna modrzewiowego stawiana przed blisko 350 laty. Na belce tęczowej widnieje data 1666 rok i ma ona swoje odniesienie w źródłach. Tego roku mieszkańcy Łasku odbudowali kościół szpitalny, który spłonął w pożarze rok wcześniej, w 1665 roku. Niewiele wiemy o losach świątyni do 1811 roku, kiedy została przekazana osiedlającym się w Łasku ewangelikom.
Różnie się toczyły losy tej budowli. Na początku lat dziewięćdziesiątych na powrót stała się własnością katolików i obecnie jest kościołem parafii wojskowej. Wcześniej jednak, w latach trzydziestych XX wieku wydarzyło się coś, czemu te kilka słów chciałbym poświęcić.
Mieszkanka Karszewa, wsi położonej kilka kilometrów od Łasku, Zofia Wehr ufundowała dekoracje wnętrza kościoła, na które wyłożyła sumę pięciu tysięcy złotych. Prace trwały od kwietnia do sierpnia 1932 roku, a zatem jeszcze w czasie, który w historii określa się Wielkim Kryzysem. Nakład poniesiony przez fundatorkę starczyłby na półroczne zatrudnienie urzędnika państwowego w randze wiceministra!
Niewiele wiadomo na temat tamtego założenia artystycznego. Skąd pochodził artysta, jaką prezentował "szkołę", co skłoniło Zofię Wehr do dekoracji z muszli, a nie na przykład z drewna lub ceramiki?
Wyposażenie kosztowało 5000 złotych i związane było jednocześnie z wprowadzeniem elektryczności w obiekcie. Ogromna kwota przeznaczona została na zakup muszli, które ozdobiły ołtarz, chrzcielnicę, szafy kościelne. Dziś oglądać je można w łaskim kościele, zwłaszcza na ołtarzu, ambonie, kinkietach i krucyfiksie. Jeśli ktoś przyjrzy się uważnie, zauważy że obecnie pewne rzeczy do siebie  nie pasują, mocno odbiegając od pozostałych.
Teraz już wiem, dlaczego lichtarz paschału i ambonka różnią się od pozostałych dekoracji. Trzeba spojrzeć na fotografię z lat trzydziestych i zagadka się rozwiązuje sama. Obecnie nie ma bocznej ambony, stąd materiał muszlowy posłużył do dekoracji innych obiektów, jak np. lichtarz na paschał. Kto podejdzie bliżej i uważniej się przyjrzy, od razu zorientuje się, że nie ta sama ręka kontynuowała dekorowanie. Nie udało mi się dowiedzieć, kto wykonał zlecenie Zofii Wehr. W mojej ocenie nie był jakimś wybitnym znawcą malakologii, ale nie był również wytrawnym teologiem. Skąd wnioskuję? Proszę przyjrzeć się wierzchołkowi nastawni ołtarzowej. To z muszli wykonany ideogram ISH, który zdecydowanie powinien brzmieć IHS. Nie doszedłem do tego, czy to przypadek sprawił, czy też jest w tym ukryty zamysł.
Warto - czy to z okazji dzisiejszej Uroczystości Zesłania Ducha Świętego - czy też z innej okazji, odwiedzić ten łaski kościół. Warto przyjrzeć się uważnie gatunkom zdobiącym różne części prezbiterium, wśród których poza egzotycznymi ślimakami i małżami, znalazły się również nasze rodzime. Kto chce znać te gatunki, niech się pofatyguje. Podpowiem, że można zobaczyć tam i rozkolce, i porcelanki, i okładniczki... Moją uwagę przykuł jednak gatunek, który nie wiadomo jak i skąd się tu wziął.
Kto się uważnie przyjrzy stołowi ołtarzowemu, zauważy geometryczne dekoracje w kształcie kwadratów lub rombów. Obrzeżone zostały muszlami omułka jadalnego i jakimś białym ślimakiem, który chodził mi po głowie długo, nim go zidentyfikowałem. Wszystkie niemal muszle tak są wkomponowane w dekoracje, że nie da się jednoznacznie rozstrzygać, co  co to za gatunek. Nie dość, że wszystkie ujścia muszli mają wbudowane w tynk, to jeszcze półmrok panujący w Koście sprawia, że gatunki określa się bardziej intuicyjnie. W przypadku białego ślimaka z ołtarza widać na pierwszy rzut oka, że nie ma budowy charakterystycznej dla morskich ślimaków.  Jasna, żeberkowana skorupka wskazuje na ślimaka, który zamieszkuje jakieś ciepłe tereny. Kiedy zacząłem szukać, wyłuskałem odpowiedź dość daleko, bo na Kubie. Cerion uva to jeden z gatunków zdobiących kościół, ale warto też dyskretnie wejść na chór i wypatrzeć go w zdobieniach szafy, która dawno temu stała w ewangelickiej zakrystii, a obecnie zasila jakiś lamus.
Nie podpowiadam więcej. Warto zarezerwować sobie troszkę czasu i odwiedzić to miejsce celowo, lub przy okazji przejazdu przez Łask. Ciekawy jestem, ile gatunków uda się komu zidentyfikować. A jeszcze bardziej ciekawi mnie, czy są  tacy, którzy wiedzą, dlaczego Zofia Wehr wybrała właśnie muszle na  dekoracje, a nie kwiaty lub szkła kolorowe. Autor historii parafii ewangelicko-augsburskich diecezji Kaliskiej, Eduard Kneifel, opisując zmianę wystroju świątyni, stwierdza, że fundatorka bardzo musiała kochać tę wspólnotę, skoro taki dar złożyła. Myślę, że każdy, kto na spokojnie przyjrzy się dekoracjom muszlowym w kościele Ducha Świętego w Łasku, odkryje w fundatorce osobę nie tylko zaangażowaną w życie duchowe własnej wspólnoty, ale również szczególnie wrażliwą na uroki piękna zaklętego w muszlach. Piękna, które w żaden sposób nie jest przecież w stanie wyśpiewać uwielbienia różnorodności Stworzenia...


Widok kościoła

Rozmieszczenie dekoracji

widok wnętrza

widok wnętrza, współczesność

widok wnętrza, lata 30-te XX w.

ołtarz główny

detal mensy ołtarzowej


detal predelli








środa, 20 maja 2015

Muszle pana Adama

Nie wiem, co mnie gna w te strony: sentyment, zazdrość, fascynacja, ciekawość? Może wierność? A może przewrotność... Sam sobie zadając to pytanie, nie bardzo odpowiedź odnajduję. Piękne te strony, które zapraszają, wołają, wzywają, kuszą, wabią... Strony kolekcjonerów muszli, ambasady pasji i konsulaty naturalnego piękna. Mógłbym się rozpływać w słowach, a przecież każda wizyta w tych stronach uświadamia mi też braki, niewiedzę, ubóstwo doświadczeń; każda wizyta poza radością przynosi też rozdrażnienie: wytrąca z tego rosołowatego zadowolenia, tego poukładania zaprojektowanego na kształt pudła z Ikei...
Nie mógłbym nie zaglądać w tamte strony. W krainy kolekcjonerskich pasji, których nie doścignę. Lubię tam bywać, korzystać z tego, co hojniej lub skąpiej podano przed oczy. I szkoda mi tylko, że ich tak mało, tych stron, które mnie wołają...
Kolekcjonerzy muszli w Polsce nie tworzą jakichś organizacyjnych struktur. To grupy przyjaciół lub samotne wilki, czasem przechodzące obok watahy. Kilku z nich - kolekcjonerów - stara się jednak jakoś to środowisko (maleńką diasporę) integrować, aktywizować, reprezentować na zewnątrz. Z pewnością należy do nich pan Adam Gałgański, doświadczony kolekcjoner z Bydgoszczy, wielki miłośnik mięczaków i guru dla wielu polskich kolekcjonerów.
Niedawno strona pana Adama została przebudowana, zmieniła wygląd, wypiękniała, zakwitła relacjami, fotografiami, informacjami, bazami danych. To takie miejsce godne polecenia wszystkim, którzy - tak jak ja - odczuwają przyśpieszone tętno na widok egzotycznych muszli. Więc - sam nie znając odpowiedzi, co mnie gna w te strony - polecam ją nie tylko kolekcjonerom, ale także takim zagubionym chłopcom, którzy marzyli, że kiedyś zbiorą wszystkie muszle świata.
www.muszle.eu 

czwartek, 31 lipca 2014

Sochocińskie guziki

Nie minęło jeszcze kilkanaście dni od czasu, kiedym przejeżdżał przez Sochocin. Niewielkie mazowieckie miasteczko przykuło moją uwagę Wkrą, która przecina w tym miejscu drogę krajową nr 50. Pomyślałem sobie nawet, że warto byłoby w tym miejscu przepłynąć się kiedyś kajakiem, bo z samochodu widać było, że woda czysta i rzeka malowniczo się prowadzi. I na tym właściwie się skończyło, do tego nawet stopnia, że nazwa miejscowości nie zapisała się w mojej pamięci.
Wczoraj przypomniał mi ją pewien salezjanin, z którym zamieniłem kilka słów na temat poszukiwanych przeze mnie informacji. Tych nie uzyskałem, ale powiedział mi o czymś, o czym nie miałem zielonego pojęcia. Dziś sprawdziłem i złość mnie lekka ogarnęła, że wiedzy tej nie miałem przed kilkunastoma dniami, bo być może ciekawie zakończyłbym urlop.
Dowiedziałem się, że jeszcze pięćdziesiąt lat temu, Sochocin był polskim zagłębiem guzikowym, a podstawowym surowcem do produkcji guzików pozostawały przez dziesięciolecia muszle. Guzikom, procesowi ich produkcji oraz surowcom do ich wytwarzania poświęcona jest wystawa "Sochocińskie guziki - ślad dawnej tradycji", którą zobaczyć można w miejscowym Gminnym Domu Kultury.
Nie wiem, kiedy nadarzy się okazja, aby przez Sochocin przejechać lub wybrać się nawet tam specjalnie, popatrzeć na Wkrę i żyjące w niej mięczaki, ale głównie przyjrzeć się ekspozycji prezentującej dawne zajęcie mieszkańców Sochocina. Z materiałów, które wyszperałem w internecie, wyłania się obraz dość dobrze przygotowanej tematycznej wystawy, którą miłośnik malakologii szukający praktycznych zastosowań swojej pasji, powinien znać. O etnografach i temu podobnych nie wspomnę,  boć to oczywiste...
Kto by chciał zobaczyć i posłuchać (tak jak ja), jak powstawały guziki w sochocińskich manufakturach, może zajrzeć wpierw na stronę internetową, gdzie przygotowano wirtualny spacer po izbie pamięci. Pozwalam ją sobie zalinkować tutaj. To troszkę nużąca narracja, ale warta wysłuchania. Nawiasem mówiąc: to jeden z podręcznikowych przykładów na zastosowanie błędnej odmiany słowa "małż", który z męskiego stał się żeńskim rzeczownikiem, nie bardzo wiadomo w jakim celu. Polecam również kilkuminutowy film dostępny na stronie Urzędu Gminy Sochocin (linkuję do serwisu youtube.com). To bardzo ciekawa historia i myślę sobie, że kiedyś poświęcę jej więcej czasu. Najlepiej, jak z bliska zobaczę, dotknę, powącham i sprawdzę, jak wyglądają prawdziwe muszlowe guziki z Sochocina. A podobno - i o tym tez w filmie mowa - z pozostałości muszli, z których już guzików wyciąć się nie dało, powstawał materiał do zasypywania dziur na ulicach. Toż to archeomalakolodzy za parę stuleci będą ręce zacierać z radości...
kadr z filmu "Sochocińskie guziki"


wtorek, 1 maja 2012

Z Polski freaki, nie z Ameryki;)

Pozostaję przy temacie winniczka. Czytam właśnie niemłodą już publikację na jego temat, a mianowicie wydaną w 1983 pracę zbiorową Ślimak winniczek (Helix pomatia L.) Biologia, morfologia muszli, problemy przechowalnictwa i transportu (red. K. Stępczak i Z. Bogucki, PTPN, Poznań PWN 1983). Jest tam taki krótki rozdział autorstwa Ewy Włosik i Józefa Musiała poświęcony nietypowym muszlom winniczka. Autorzy koncentrują się na lewoskrętnych i wieżyczkowatych muszlach, które udało się znaleźć podczas zakrojonych na szeroką skalę badań w całej Polsce. Nie znam przytaczanych tam prac, ale zdaniem cytowanego Maisenheimera winniczki lewoskrętne (deviatio sinistrosa) zdarzają się średnio 1 na 20 tysięcy osobników prawoskrętnych. Inny z przywoływanych autorów, Nietzke, zdaje się potwierdzać te obserwacje wskazując jednocześnie, że w warunkach hodowlanych takie anomalia zdarzają się 10 na 455 normalnych okazów. Autorzy opracowania wspominają o znalezionym 6 czerwca 1977 r. w okolicach Marszewa nieopodal Pleszewa lewoskrętnym winniczku. Podają, że został znaleziony pojedynczy osobnik na 585 okazów zebranych z powierzchni 625 km kw.
7 czerwca 1980 r. J. Musiał znalazł w Poznaniu ślimaka winniczka o nietypowej, bo wieżyczkowatej muszli (deformatio scalaris). O takich okazach wspominał Urbański, podając lokalizację w Józefowie nad Wisłą (Lubelskie, nie ten Józefów pod Warszawą). Osobniki takie uważane są za niezwykłą rzadkość i znajdują się w szczególnym polu zainteresowań kolekcjonerów. Dla malakologów są ciekawostką, ale nikt nie prowadzi badań nad przyczynami anomalii. Dlaczego? Powód może być prosty. Aby naukowo badać jakiś fenomen, trzeba by mieć reprezentatywną grupę badawczą, a o taką niezwykle trudno zważywszy na statystyki notowań.
Anomalie w budowie mięczaków zdarzają się jednak i generalnie można by je podzielić na kilka rodzajów: lewoskrętność (lub prawoskrętność w przypadku naturalnie lewoskrętnych gatunków), zaburzenia wysokości skrętki, odklejenie ostatniego skrętu, nietypową rzeźbę oraz tzw. gigantyzm. O tym ostatnim postaram się kiedyś wspomnieć przy innym okazji. Natomiast teraz kilka słów o jednym takim winniczku, którego jeszcze nie widziałem, ale znam z fotografii.
Kilka miesięcy temu Michał Poklękowski podzielił się ze mną informacją, że posiada takiego freaka w swojej kolekcji. Wieżyczkowatego winniczka znalazł w okolicach Bydgoszczy, niestety nie znam daty zbioru (to do ustalenia). Z relacji znalazcy wiem, że rarytas ten siedział sobie na porzuconej skrzynce po piwie. Cóż, może picie nie wyszło mu na zdrowie. Otrzymałem pozwoleństwo na publikację fotografii tego okazu. Myślę, że duma Michała powinna być doceniona przez znawców. Michał jest również posiadaczem innego niezwykłego okazu, z wyraźnie zdeformowaną muszlą. Piszę o tym właśnie teraz, póki jeszcze legalnie zbierać można winniczki (oczywiście poza obszarami chronionymi oraz tymi, gdzie wojewodowie wprowadzili zakazy). Może uda się komuś znaleźć równie ciekawe przypadki. Chętnie poinformuję o takim znalezisku. Tymczasem polecam zdjęcia okazów Michała.


Od siebie tylko powiem, że mnie się nigdy takiego nie udało znaleźć, choć w swoich zbiorach mam jeden nietypowy okaz C. nemoralis (bez skrętki) oraz jeden P. corneus z odklejonym ostatnim skrętem.

środa, 7 marca 2012

Zmarł Wojciech Dworczyk

Wiadomość o śmierci Wojciecha Dworczyka dotarła do mnie za pośrednictwem Jacka Glanca, który wczoraj w mailu informował o tym smutnym zdarzeniu. Choć nigdy osobiście nie poznałem pana Dworczyka, czuję się w obowiązku wspomnieć o nim.
Wojciecha Dworczyka poznałem jako autora książki Klejnoty morza. Ciekawostki o muszlach i kolekcjonerach. Wówczas na polskim rynku było niewiele publikacji poświęconych kolekcjonerstwu (prace Samka, tłumaczenie P.S. Dance'a, jakieś pojedyncze broszury z wystaw), choć i teraz nie można uważać, że jest ich dużo. Książka Dworczyków (Wojciecha i jego syna Krzysztofa) wyróżniała się i tym, że adresowana była do hobbystów, zwłaszcza takich na początku kolekcjonerskiej przygody. Napisana żywym językiem nie ograniczała się tylko do opisu muszli poszczególnych rodzin ślimaków, małży czy głowonogów. Podtytuł dobrze oddaje jej treść: ciekawostki o muszlach i kolekcjonerach. Myślę, że takie podejście do tematu pozwalało wielu takim jak ja na połknięcie bakcyla. Prowadziłem już wówczas kolekcję krajowych mięczaków (choć z tamtego etapu niewiele się ostało...), wiedziałem co nieco o muszlach morskich, ale właśnie Klejnoty morza była tą książką, która pokazała atrakcyjność konchistyki. To w tej książce odnalazłem wiele inspiracji, bo po raz pierwszy dowiedziałem się o muszlach w ekonomii, zdobnictwie, muzyce, ogólnie pojętej kulturze oraz w religii. Doświadczenie podróżnika pozwoliło ukazać świat muszli w międzynarodowym kodzie pasji i odkrywania ukrytych znaczeń przedmiotów, które nie przestają zadziwiać.
Druga książka, Najpiękniejsze muszle świata wydana w Warszawie w 2001 r., stanowi coś między atlasem a zbiorem opowieści o konkretnych muszlach. Bogato ilustrowana fotografiami jest zapisem pasji kolekcjonera i podróżnika ciekawego świata.
Wojciech Dworczyk urodził się w Poznaniu, 31 stycznia 1927 roku. W czasie okupacji należał do podziemnego harcerstwa, edukację gimnazjalną odbierał na tajnych kompletach, maturę zdał w 1947 r. Po maturze studiował o obecnej Szkole Głównej Handlowej w Warszawie (wówczas Szkoła Główna Planowania i Statystyki). W połowie lat pięćdziesiątych był pracownikiem "Orbisu" zatrudnionym w charakterze przewodnika wycieczek. Pracował w różnych placówkach, m.in. zaczynał od pracy w Urzędzie Rady Ministrów, był też starszym asystentem w Katedrze Geografii Ekonomicznej Świata swojej alma mater. Pod koniec lat sześćdziesiątych zajął się podróżami i pisaniem (miał już za sobą kilka wypraw i trzy wydane książki). Wydał w sumie kilkanaście książek, z czego dwie w całości poświęcone muszlom.
Zmarł 1 marca 2012 r. w Warszawie. Pogrzeb odbędzie się jutro, 8 marca 2012 r. o godz. 13:00 w kościele p.w. św. Karola Boromeusza na warszawskich Starych Powązkach.
Pozostaje mi wdzięczność za książkę, która pokazała mi, że muszle to nie tylko skorupy zwierząt, ale przede wszystkim to symbole obecne w różnych kulturach, mające swoje nieprzecenione znaczenie, które wciąż czeka na odkrycie. Dziękuję Panie Wojciechu.

niedziela, 16 października 2011

Atlas muszli ślimaków morskich

Jako autora spotkałem go już w dzieciństwie i to dzięki niemu zidentyfikowałem obecną od zawsze w domu muszlę ślimaka Rapana thomasiana. A potem na długo rozeszły się nasze drogi i spotykałem go sporadycznie na marginesie notatek, rysunków czy publikacji. Wiedziałem, że muszę to zmienić, ale w tym samym czasie moje życie mocno się przestawiło i po trosze odszedłem od marzeń o ogromnej kolekcji egzotycznych muszli.
Dawno temu już powinienem był odnaleźć książkę profesora Andrzeja Samka. Zrobiłem to przed kilkoma dniami i zapowiada się, że będzie to podstawowa lektura na jesienno-zimowe wieczory.
Atlas muszli ślimaków morskich jest książką na polskim rynku wyjątkową. Składa się na to kilka powodów, z których kilka postaram się wyłuskać. Nie chodzi o stopniowanie, bo przecież każdy w innym miejscu stawiać może akcenty. Niezwykłość ta warta jest odnotowania i tym bardziej mi wstyd, że tak późno biorę tę książkę do rąk.
W 2004 roku nakładem olsztyńskiego wydawnictwa Mantis ukazał się Atlas autorstwa profesora Samka, w tym samym czasie to samo wydawnictwo wydało klucz do oznaczania ślimaków lądowych Polski autorstwa profesora Wiktora. Obie książki są nawet w pewnym sensie podobne, i nie chodzi tylko o format i jakość druku. Obie są napisane w języku polskim i obie adresowane są do adeptów malakologii wywodzących się zarówno spośród profesjonalistów, jak i amatorów. Książka A. Samka urzeka swoją szatą graficzną, a zwłaszcza barwnymi tablicami prezentującymi poszczególne muszle ślimaków. Gwasze autora wskazują, że prof. Samek, jakkolwiek przedstawiciel nauk ścisłych, ma duszę artysty i bardzo wnikliwego obserwatora. Niektóre podobizny muszli zatykają dech w piersiach: niezwykły realizm połączony z fenomenalnym oddaniem cech indywidualnych oraz cech rozpoznawczych dla gatunku. Dla samych ilustracji warto by książkę tę popularyzować, a może nawet i tłumaczyć na inne języki. Jakże więc paradoksalne okazują się słowa autora, wyjaśniające we wstępie burzliwe losy maszynopisu i piętrzące się trudności w wydaniu książki. Na marginesie: trudności te nie opuściły książki nawet po jej wydaniu, o czym za chwilę.
Książka pomyślana została jako pomoc dla kolekcjonerów,  którzy na polskim poletku nie mają zbyt dużego pola do popisu. Zaskakuje jednak profesjonalizm autora: konsekwentnie posługuje się przyjętą terminologią, która wcale nie jest łatwa do przyjęcia w pierwszej lekturze. Atlas został zaopatrzony w słowniczek, który pomaga odnaleźć się w zawiłościach określeń (abaksjalna, adapikalna, coelokonoidalny itd). Plusem jest również uniknięcie pewnej pułapki, w którą wpadli inni autorzy podobnych publikacji (np. Penkowski Muszle czy Dworczyk Wojciech i Krzysztof Najpiękniejsze muszle świata), a mianowicie nie tłumaczy na siłę łacińskich nazw gatunkowych na język polski. Tłumaczenie na siłę, głównie przecież z języka angielskiego, wcale nie poprawia odbioru książki i nie bardzo pomaga w opanowaniu tajników konchologii.
Profesor Samek jest weteranem wśród polskich kolekcjonerów muszli, i  z całą pewnością niekwestionowanym autorytetem w tej dziedzinie. Przygotowany przez niego atlas potwierdza ten autorytet. warto jednak wspomnieć przy tym, że redaktorem książki jest inny autorytet, prof. Adolf  Riedel, co sprawia, że omawiany tytuł mocno się broni wśród tego typu publikacji. Najsłabszą stroną książki jest jej dystrybucja, która i tak lepsza jest stokrotnie od klucza prof. Wiktora. Wydaje mi się, że całość zasług wydawnictwa Mantis rozpływa się wobec niepoważnego podejścia do kwestii promocji i sprzedaży tytułu. Nie udało mi się - pomimo podejmowanych różnych prób - skontaktować się z wydawcą. Na szczęście udało mi się ją sprowadzić z jednej z internetowych księgarni, zresztą z Olsztyna. Martwi to, że tak dobra literatura, specjalistyczna wszakże, jak wspomniana książka Samka, jest tak słabo promowana. A przecież lata lecą i brutalne prawa rynku wydawniczego nie obchodzą się delikatnie z książkami wydanymi przed paroma laty. Kto więc, tak jak ja, przegapiał dotąd okazje do nabycia Atlasu, niech się śpieszy. Żałował nie będzie.
Andrzej Samek, Atlas muszli ślimaków morskich, Olsztyn, Wyd. Mantis, 2004, ss. 340