Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teren. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teren. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 maja 2024

Zawójka przypłaszczona Valvata macrostoma Mörch, 1864

Mam w głowie taką listę, którą odtwarzam z pamięci przy różnych okazjach zapisując na świstkach, kartkach, w mailach lub w notatkach elektronicznych. Najczęściej przywołuję ją z pamięci w czasie nudnych zebrań, w których zdarza mi się uczestniczyć. Zaczynam od ślimaków słodkowodnych i wypisuję po kolei te gatunki, których jeszcze nie znam, albo które znam bardzo słabo. Zauważyłem ostatnio, że w nieznanych mi okolicznościach zniknął mi przypadkiem jeden gatunek: zawójka przypłaszczona Valvata macrostoma Mörch, 1864. Jak to się stało - nie wiem. Być może dlatego, że zmienił się epitet gatunkowy (Piechocki z 1979 podaje pulchella, a ja za nim podawałem), a może po prostu dlatego, że z wiekiem staję się coraz mniej pamiętliwy... W każdym razie ostatnio miałem okazję przypomnieć sobie o nim, a właściwiej byłoby powiedzieć, że sam o sobie przypomniał.

Bardzo lubię ten moment, kiedy udaje mi się wypatrzeć nowy dla mnie gatunek. Kiedyś zdarzało się to częściej, obecnie - choćby z tej przyczyny, że jednak nasza malakofauna do najbogatszych nie należy - zdarza się to bardzo rzadko (bo większość gatunków udało mi się już wypatrzeć). Szuwarząc ostatnio w towarzystwie adeptki malakologii w okolicach Warszawy, spotkałem po raz pierwszy Valvata macrostoma - niewielkiego ślimaka z rodziny Valvatidae. To jeden z wodnych ślimaków oddychających skrzelami (kiedyś nazywało się je przodoskrzelnymi, teraz nazywa się nagoskrzelnymi). Przed dwudziestu laty biologię i cykl życiowy tego gatunku bardzo szczegółowo opisał polski malakolog Stanisław Myzyk. Ilekroć zaglądam do jego artykułu (Life cycle of Valvata macrostoma Mörch, 1864 (Gastropoda:Heterobranchia) in the laboratory, Folia malacologica 2004.12(3) pp.111-136) nie mogę szczęki z podłogi podnieść; określenie benedyktyńska cierpliwość blednie przy tej pracy. 

Muszla zawójki przypłaszczonej dochodzi do 4,5-5mm szerokości i około 2,5-3,5mm szerokości oraz zbudowana jest z około 3,5 skrętów oddzielonych głębokim szwem. Wraz z rozwojem muszli ostatni skręt wyraźnie się obniża, co sprawia, że muszla oglądana z góry wydaje się być płaska, bo taki jest mniej więcej jej wierzchołek, natomiast znacząco rozszerzony ostatni skręt, niemal okrągły, wyraźnie obniża się, co widoczne jest, kiedy na muszlę patrzy się od strony ujścia. Ujście zaopatrzone jest w koliste wieczko (opeculum) przytwierdzone do nogi ślimaka. Dołek osiowy muszli jest szeroki i głęboki. Jeśli uda się komuś znaleźć żywe osobniki, warto przypatrzeć się wyglądowi ciała. Da się wówczas zauważyć twór wystający z muszli ponad czułkami: to jest skrzele, którym ślimak oddycha. I jeszcze jedna godna uwagi rzecz: jest to gatunek rozdzielnopłciowy.

Podobno w Polsce jest pospolity w północnej i środkowej części kraju. Być może. Bazując na własnych doświadczeniach musiałbym jednak ten pogląd zakwestionować, przyjmuję jednak, że autorzy mają rację, a ja się muszę baczniej rozglądać. A muszę, bo na mojej liście niezmiennie pozostaje Borysthenia naticina, też zawójka, tyle że rzeczna, której jedyną, ale bardzo wątpliwą muszelkę posiadam w swoich zbiorach. Tyle że w przypadku tego gatunku nikt nie twierdzi, że jest pospolita...

A i jeszcze dopowiedzenie: twierdząc, że spotkałem już większość naszych gatunków, powiedziałem prawdę, ale z tych drugich (według Tischnera). Pięćdziesiąt parę procent to większość, ale mało satysfakcjonująca. Więc rozglądam się dalej. A nuż coś z nurtu się wynurzy...





 Na pierwszej fotografii widoczne pierzaste skrzele. Na drugiej fotografii poza wieczkiem widoczny również kokon jajowy. Na trzeciej fotografii dobrze widoczny dołek osiowy. Czwarta fotografia - ślimak na palcu, dla zachowania skali.

wtorek, 14 maja 2024

Przyczepka jeziorowa Acroloxus lacustris (Linnaeus, 1758)

Jest w rodzimej malakofaunie gatunek, nawet dość pospolity, z którym - nie wiedzieć czemu - dość rzadko się widuję. Owszem, znamy się osobiście od prawie dwóch dekad, ale się jakoś nie narzucamy sobie. Ponieważ jednak w ostatnim czasie dwukrotnie się spotkaliśmy, przyszło mi do głowy przedstawić Państwu przyczepkę jeziorową Acroloxus lacustris (Linnaeus, 1758). Pomyślałem, że może warto by się jej przyjrzeć, wszak koń, jaki jest, każdy widzi, a ze ślimakami to już nie zawsze tak działa.

Pozwolę sobie na takie wygórowane stwierdzenie, że to jeden z najbardziej oryginalnych ślimaków występujących w Polsce. Oryginalność jego nie leży - rzecz jasna - w rozmiarach, a w proporcjach i kształcie. Jednakże zacząć powinienem od zupełnie innej strony, a mianowicie od polskiej nazwy. Przyczepka to zapewne mała przyczepa, a przyczepa to rodzaj pojazdu bez własnego napędu przystosowany do ruchu poprzez bycie ciągniętym. Tak jadąc zajechać byśmy musieli w ślepą uliczkę i wycofując z niej, bardzo byśmy musieli uważać (kierowcy wiedzą zapewne, że cofanie z przyczepą czy przyczepką wcale łatwe nie jest). Przyczepka zatem kojarzyć się musi z czyś, co się przyczepia, a nie z czymś, co jest przyczepiane. Tak rozumiana nazwa oddaje już bardzo dużo z natury tego wodnego ślimaka. Epitet gatunkowy "jeziorowa" (a w wielu źródłach: jeziorna) wskazuje natomiast, że przyczepia się do jezior. Prawda to, ale częściowa. O tym poniżej ze dwa słowa będą.

Dlaczego mam ten gatunek za jeden z najoryginalniejszych w polskiej malakofaunie? Bo na pierwszy rzut oka wcale ślimaka nie przypomina. Na upartego bardziej przypomina małża, pod warunkiem, że patrzy się z tzw. polskiej perspektywy, czyli na połówkę. Acroloxus lacustris jest ślimakiem wodnym, więc kojarzenie go z połówką małża ostatecznie wcale nie jest od rzeczy. Na pierwszy rzut oka muszla przyczepki jeziorowej przypomina połówkę muszli małża z rodziny Sphaeriidae. Jednak przyglądając się uważniej widzi się niemal od razu ostry wierzchołek muszli położony asymetrycznie, przesunięty w lewo. Skąd wiadomo, że w lewo, a nie w prawo? Trzeba muszlę położyć w ten sposób,  żeby jej wierzchołek skierowany był na dół, wtedy widać, że jest odchylony w lewo. I to jest bardzo ciekawe, bo oznacza, że chociaż muszla jest czapeczkowata, w rzeczywistości widzimy jej skręt. W Polsce nie mamy za dużo ślimaków o czapeczkowatej muszli, do niedawna występowały w naszych wodach tylko dwa takie ślimaki, od około pięćdziesięciu lat występują trzy. I tyle. Podobny do przyczepki może jeszcze być przytulik strumieniowy Ancylus fluviatilis oraz przytulik Wautiera Ferrissia californica (o tym gatunku obiecuję kiedyś napisać, bo zamieszanie z nim straszne), zwłaszcza Ferrissia może wydawać się podobna, ale u niej nie ma tak wyraźnego i ostro zakończonego wierzchołka, który ponadto odchyla się w prawo.

Acroloxus lacustris jest ślimakiem prawoskrętnym, na co wskazuje budowa anatomiczna. Trudno jednak się doszukiwać tych skrętów, zwłaszcza , że sam ślimak, jak na polskie wody przystało, malusi raczej. Muszla przyjmuje wartości 3,5-9 mm długości, 3-5 mm szerokości i 1-3 mm wysokości. Prawda, że polski standard malakologiczny?

Przyznać się muszę, że ślimaka tego swego czasu wyglądałem dość intensywnie i równie nieskutecznie. Pierwszy raz znalazłem go w Gople, ale tylko jego puste muszelki. W znanych mi jeziorach jakoś nie miałem sposobności go wypatrywać, co tłumaczę sobie prostą okolicznością, że ślimaki wcale nie muszą mnie tak lubić, jak ja lubię je. Kiedym niedawno przy okazji pobytu w Warszawie podbiegł do Parku Skaryszewskiego, znalazłem go w ciągu kilku pierwszych minut rekonesansu. Siedział sobie na liściu (spodniej jego stronie) grążela żółtego, obok kokonu jajowego błotniarki stawowej Lymnaea stagnalis. Kilkanaście dni temu zupełnie niespodziewanie natknęliśmy się ponownie, tym razem w jeszcze bardziej nieoczekiwanych okolicznościach. Łaziłem akurat wzdłuż małej rzeczki zwanej Moszczanką w Wolborzu w powiecie piotrkowskim. Ciek ten znam od dzieciństwa, ale nigdy wcześniej nie widziałem tam przyczepki jeziorowej. A tu nagle: "Helloł, ja tu na ciebie czekam!" I to w miejscu, gdzie woda płynie nieco szybciej, niż na innych odcinkach. Byłem zaskoczony, przyznaję, bo nie szukałbym jej w takim środowisku. Chociaż literatura podaje, że występuje również w rzekach, ale wybiera odcinki bardzo stagnujące. Pozostałe okoliczności by się mogły zgadzać, to znaczy centralna Polska, a autorzy (na myśli mam głównie Piechockiego) twierdzą, że to ślimak pospolity w wodach stojących północnej i środkowej Polski (najwyżej położone stanowiska w Polsce to przedgórze Sudetów). 

Tyle na teraz. Pewnie się kiedyś rozpiszę więcej, bo gatunek wart większej uwagi. Muszę tylko podreperować swoją systematyczność. Choć akurat w to trudno uwierzyć nawet mnie samemu...






poniedziałek, 19 lutego 2024

O drapieżnych ślimakach i jaka mnie spotkała draka

Przyzwyczaiłem się do pobłażliwych potakiwań głową moich rozmówców, którzy dowiadują się o mojej ślimaczej aktywności. Kiedy pierwszy raz ktoś słyszy, czym się po godzinach zajmuję, najczęściej okazuje pewne zaciekawienie, ale w bardzo charakterystycznym schemacie:  "Tak, świetny dowcip, a teraz powiedz, o co chodzi...". Najciekawszy jest jednak widok twarzy rozmówców, którym opowiadam o żyjących w Polsce drapieżnych ślimakach. Wówczas najczęściej moi rozmówcy zachowują się jak ludzie, którzy właśnie się zorientowali, że ktoś ich robi w konia i zaraz palcem zacznie wskazywać ukrytą kamerę... Najczęściej zresztą nie dochodzi już do wątku drapieżnych ślimaków, bo większość zdobywa się na wyżyny asertywności i delikatnie sugeruje przejście na inny temat; bardziej wrażliwi proponują rozmowę o winniczkach lub o oślizgłym cholerstwie zjadającym kwiatki w ogródku. A przecież drapieżne ślimaki istnieją naprawdę. Nawet w Polsce.

Może się kiedyś rozpiszę o tym więcej. Muszę zgromadzić nieco więcej danych na ten temat, najlepiej danych z obserwacji. Miałem ku temu pewną okazję niedawno, jako że zima nie dogadał się trochę z kalendarzem i strzelając focha poszła sobie gdzieś tam akurat w czasie, kiedy zaplanowałem krótki urlop w polskich górach. Nie, nie w Tatrach. Mamy w Polsce jeszcze inne pasma. Szczerze mówiąc, a wyznaję to z pewnym zawstydzeniem, zdecydowanie bardziej liczyłem na odwilż niż na śnieżyce, ale głośno tego wówczas nie mówiłem. Będąc w Bystrej polazłem któregoś dnia nad Białkę (już słyszę, jak się zaczną niektórzy upierać, że jednak byłem w Tatrach, skoro Białka...). Nie spodziewałem się odkryć tam nie wiadomo czego, ot po prostu chciałem popatrzeć, co tam się w ściółce gramoli. Ciepło było, więc coś z nudą należało zrobić. To właśnie tam, w samym centrum miejscowości, spotkałem daudebardię krótkonogą Daudebardia brevipes (Draparnaud, 1805). Spotkałem ją po raz pierwszy w życiu, więc początkowo nie byłem pewien, ale i tak byłem przeszczęśliwy. Następnego dnia zamarzyło mi się sprawdzić nieco niżej, czy spotkam jaką jej koleżankę. Nie spotkałem, za to wielokrotnie pokłoniłem się dość podobnemu ślimakowi, przeźrotce wydłużonej Semilimax semilimax  (Ferussac, 1802). Z nią miałem już przyjemność spotkać się choćby w Pieninach, ale że na nizinach nie występuje, stąd każde spotkanie z nią to wielka dla mnie radość. A przyznać muszę, że były i takie miejsca, gdzie Semilimax semilimax występowała liczniej niż jakikolwiek  inny ślimak. Spotykałem ponadto ślimaki z rodziny Oxychilidae, w tym szklarkę gładką Morlina glabra (Rossmaessler, 1835) i szklarkę Draparnauda Oxychilus draparnaudi Beck, 1831). Powiedzmy, że tutaj pozwolę sobie na pewne przypuszczenie, że to o te gatunki chodzi. Dla pewności zebrałem małą reprezentację ochotników do udziału w dalszych badaniach. I stąd ta draka. Bo tu aż się prosi o dalszą historię...

Przygotowałem moim gościom świetne warunki z substratem kokosowym i kondycjonowaną ściółką jaworowo-dębową i tam umieściłem reprezentację. Następnego dnia widziałem już, jak jedna szklarka bardzo chce się zaprzyjaźnić ze ślimakiem czerwonawym Monachoides incarnatus (Muller, 1774), włażąc do jego muszli. Uważałem to za trochę zbyt nachalne zachowanie i poprosiłem, żeby jednak uszanowała stawiane granice. Chyba byłem za mało przekonujący. Dzień później okazało się, że pod jednym z liści znalazłem piękne, gładkie, uszkowatego kształtu muszelki przeźrotek, dokładnie wylizane z ich poprzednich właścicieli. Szybko odseparowałem pozostałe przeźrotki nie dowiadując się jednak, kto stał za tajemniczym zniknięciem dwóch przeźrotek: szklarki czy inne przeźrotki. Domyślam się jednak, że szklarki...

Marzy mi się stworzenie kiedyś terrarium biotopowego, w którym mógłbym podglądać zwyczaje żywieniowe naszych drapieżnych ślimaków. Ostatecznie wcale ich wiele w rodzimej malakofaunie nie ma. Kiedyś spróbuję, ale pewnie nie szybko. Najpierw muszę się otrząsnąć trochę z hodowlanego niepowodzenia. Jak mawiają dobrzy trenerzy: nie ma porażek, są lekcje. Więc nauczyłem się, żeby nie trzymać szklarek blisko przeźrotek. Bo potem nikt mi nie chce wierzyć, że mi ślimaki zjadły inne ślimaki...

A wkrótce napiszę kilka słów o innym, bardzo ciekawym przykładzie drapieżnictwa wśród ślimaków, niestety nie naszych, ale w naszym piśmie opisanym...

 

Daudebardia krótkonoga Daudebardia brevipes


Przeźrotka wydłużona Semilimax semilimax




Szklarka Draparnauda Oxychilus draparnaudi




wtorek, 23 maja 2023

iNaturalist - uwaga: wciąga!

 Dawno, dawno temu obiecałem, że zajmę się tematem szerzej. Po upływie kilku miesięcy uświadamiam sobie, że jeśli się nie wezmę za siebie, to skończę jako polityk... Nic mi tak łatwo w życiu nie wychodzi, jak składanie obietnic. Mam więc najgorsze zadatki, żeby faktycznie w polityce skończyć. Broniąc się przed tak fatalistyczną wersją przyszłości, nadrabiam zaległości, realizuję obietnicę i odsuwam od siebie ryzyko niechcianej kariery. I wyjaśniam, że beznadziejny stan aktywności pisarskiej w obszarze bloga spowodowany jest między innymi zaangażowaniem w to, o czym poniżej.

O sieci nauki obywatelskiej iNaturalist.org dowiedziałem się przynajmniej trzy lata temu (!). Od sierpnia ubiegłego roku zacząłem rejestrować w tej bazie własne obserwacje, których do dziś zrobiło się ponad 1850. O tym za chwilę. Nie jestem fanem społeczności wirtualnych, nie korzystam z mediów społecznościowych, omijam fejsbóki, intagramy i tiktoki. A jednak jak dziecko wciągam się w iNaturalist, może dlatego, że dawno, dano temu sam to wymyśliłem. Serio. Nie w szczegółach, bo wtedy jeszcze nie było internetu, ale kiedy byłem ośmiolatkiem to sobie wyobrażałem tak właśnie komputer i jego przeznaczenie...

iNaturalist gromadzi dane o bioróżnorodności z całego świata. Dane wprowadzane do bazy mogą być oznaczone przez algorytm i potwierdzone przez użytkownika, albo oznaczone bezpośrednio przez użytkownika. Tak wprowadzony rekord wymaga potwierdzenia przez innego użytkownika; potwierdzony otrzymuje status "poziomu badawczego". Do bazy włącza się fotografie, daty, lokalizacje, nagrania dźwięku, opisy i komentarze. Nie można załączać filmów.

Działanie algorytmu oznaczającego rekordy jest cały czas ulepszane. Ogromna większość podpowiedzi zgadza się co do rodziny, zazwyczaj jednak propozycje precyzyjnie wskazują na gatunek, rzadziej rodzaj. To oczywiście różnie wygląda w zależności od taksonu, mięczaki nie należą do najłatwiejszych w oznaczaniu zwierząt, nie mniej minimum wiedzy malakologicznej pozwala na wybór propozycji oznaczenia. Nawet jeśli oznaczenie jest błędne, sieć użytkowników pozwala na weryfikację. Ważne jest, żeby robić w miarę dobre zdjęcia, to znaczy takie, które rejestrują najwięcej cech diagnostycznych. W przypadku ślimaków dobrze jest sfotografować okaz w kilku rzutach. Algorytm wciąż obciążony jest pewnymi błędami, między innymi związanymi z brakiem priorytetu lokalizacji. Co to oznacza? Że algorytm analizuje kształt i barwy i przypisuje do zgodności z analizą bibliotek, ale zdarza się, że w identyfikacji europejskich gatunków podpowiada gatunki z dalekiej Azji lub Ameryki Północnej. Zdarzyło mi się widzieć oznaczenia wręcz groteskowe, gdzie na przykład pędrak chrabąszcza oznaczony został jako Discus rotundatus. Myślę sobie wtedy, że i tak jest to bliższe pokrewieństwo, niż powalałoby na oznaczenie moje rozeznanie w taksonomii. Ważne jest podkreślenie, że identyfikując gatunek, algorytm zaznacza, że podpowiadany takson obserwowany był w pobliżu (choć osobiście nie wiem, co ten termin oznacza, bo kiedy wrzucałem jakiś gatunek nie mający stanowisk w bazie z danego kraju, przy podpowiedziach pojawiało się "widziany w pobliżu").

Funkcjonalność sieci ma się inaczej w zależności od sposobu korzystania. Jeśli korzysta się na komputerze stacjonarnym wykorzystując przeglądarkę internetową, ma się inne narzędzia, niż korzystając z aplikacji na urządzenia mobilne. Najlepsze efekty uzyskuje się korzystając z obu sposobów. Zasadniczo każdy posiadacz smartfona potencjalnie może wprowadzać nieograniczoną wręcz liczbę obserwacji. Swoją drogą rekordziści przekraczają liczbę ponad stu tysięcy zarejestrowanych obserwacji (Boże, czy oni to przez sen robią???). Ale można nie powiększać zbioru danych nowych stanowisk, a ograniczyć się wyłącznie do oznaczania i weryfikacji. Można również pracować nad metadanymi, zwłaszcza  z zakresu taksonomii, bo tu wciąż trwa tornado zmian. Dla mnie ogromne znaczenie ma fakt, że iNaturalist łączy nie tylko takich amatorów jak ja, ale również profesjonalistów, których publikacje czytam w najbardziej prestiżowych pismach malakologicznych...

Sieć umożliwia agregowanie danych i ich analizę w różnych gradientach (tak to się mówi, prawda?). Im więcej danych, tym ciekawsze wnioski można wyciągać. Pod tym względem jest to doskonałe narzędzie dla profesjonalistów, którzy nie byliby w stanie samodzielnie zgromadzić danych o bioróżnorodności. Ma to też swoje mankamenty, bo nie wszystkie gatunki reprezentowane są z tą samą powagą. Myślę, że z czasem to się będzie zmieniać na lepsze. Na razie jest trochę tak, że gatunki atrakcyjne wizualnie są lepiej reprezentowane, niż te mniej atrakcyjne... Generalnie powinno być tak, że każdy nowy rekord ma unikatowe znaczenie dla nauki. Z taką powagą rejestruję kolejne dane. Robię to w ślimaczym tempie bo i na ślimakach (no dobrze, na mięczakach) chciałbym się skoncentrować. W tej chwili w bazie figuruje 139 651 808 rekordów, w tym 1851 moich. Każdy inny pewnie by się chwalił, a ja tylko poinformuję, że obecnie zajmuję pierwsze miejsce w Polsce pod względem liczby mięczaków zarejestrowanych w bazie z obszaru Polski, w Europie jestem na czterdziestej którejś pozycji. Mówię to zwłaszcza do tych, którzy lubią współzawodnictwo. To też motywuje. Mnie bardziej motywuje co prawda coś innego, mianowicie zmuszam się do zmieniania tras spacerów, żeby móc więcej zaobserwować. I choć na spacer wychodzę ze smartfonem, wolę jednak patrzeć pod nogi  niż w ekran. I zawsze dzięki temu udaje mi się coś zaobserwować. I się podzielić. A to dzielenie motywuje mnie najbardziej. Zupełnie jak polityków, oni też uwielbiają dzielenie...












niedziela, 26 czerwca 2022

Taka fajna apka

W nadmiarze wad własnych jednej przypisać sobie nie mogę: nie jestem gadżeciarzem. Nie lubuję się w technicznych nowinkach, nie wymieniam aparatu telefonicznego z każdym nowym modelem na rynku, nawet nie mam telewizora (to akurat świadomy i konsekwentny wybór). Posługuję się co prawda smartfonem, ale nie wykorzystuję większości jego zastosowań. Choć ostatnio coś się tutaj zmieniło i wkręciłem się na dobre w jedną z jego multifunkcjonalności. Kolega z pracy pokazał mi kiedyś aplikację ro rozpoznawania roślin i zwierząt. Przyjąłem ją z pewnym dystansem, ale z czasem... Z czasem wkręciłem się na tyle, że dziś idąc na spacer sprawdzam, czy aby przypadkiem nie zapomniałem zabrać telefonu ze sobą.

Mam tu na myśli aplikację Seek udostępnioną przez iNaturalist - społeczność naukową związaną z Kalifornijską Akademią Nauk i National Geographic Society. Może kiedyś napiszę coś więcej o samej idei nauki obywatelskiej, czyli wielkoskalowych projektach badawczych, do których dane gromadzone są przez społeczności naukowców i amatorów na całym świecie korzystających z otwartych baz danych. Aplikacja Seek jest jednym z darmowych rozwiązań proponowanych przyrodnikom, zwłaszcza młodszym. Jej zadaniem jest rozpoznawanie gatunków roślin, grzybów i zwierząt znajdujących się w zasięgu obiektywu użytkownika aplikacji. Każdy rozpoznany gatunek przybliża do zdobycia wirtualnego medalu i wspięcia się  na wyższy poziom kompetencji. Są też wyzwania tematyczne, w których zadaniem jest obserwacja konkretnych biotopów lub poszczególnych gatunków. 

Aplikacja jest bezpłatna i dokleja reklam. Ma to swoje ogromne plusy, ale ma też pewne mankamenty. Jest przede wszystkim nieco niedoinwestowana i przez to aktualizacje aplikacji pojawiają się dość rzadko, a tym samym rzadko usuwane są błędy. Poza tym jest dość niestabilna, często się zawiesza, wyłącza, spowalnia pracę telefonu. Obserwując ruchliwe zwierzęta (choćby ptaki czy owady) można się nieco poirytować tempem jej pracy. Rozwiązaniem jest robienie zdjęć i identyfikowanie gatunków ex post, korzystając z zasobów zapisanych w pamięci telefonu. O tyle jest to dobre, że w terenie czasem trudno o dostęp do dobrego połączenia z internetem, a im łącze słabsze, tym wolniejsza praca aplikacji. Słabo współpracuje z aparatem fotograficznym, zwłaszcza w kwestii ostrzenia kadru, nie ma też możliwości automatycznego włączenia lampy błyskowej (co akurat mogłoby być wadliwym rozwiązaniem, ale już manualny tryb włączania lamy byłby jak najbardziej przydatny)

Dobrych klika lat temu ludzkość ogarnięta była manią poszukiwania pokemonów. Absolutnie wówczas byłem wolny od pokusy uganiania się po ulicach z włączonym aparatem w telefonie, aby poszukiwać wirtualnych potworków. Gdyby jednak ktoś popatrzył na mnie z dystansu, mógłby pomyśleć, że właśnie za takimi pokemonami biegam... Wtedy wykorzystywane były algorytmy rzeczywistości nadpisanej. Tutaj nie chodzi o to, żeby coś wyimaginowanego odnaleźć, ale nazwać to, co jest pod ręką. Cały algorytm opiera się na zasadzie klucza dychotomicznego, aplikacja weryfikując występowanie cechy sprawdza wyniki od najwyższych do najniższych kategorii taksonomicznych. Czasem identyfikuje obiekt tylko do królestwa, częściej do rzędu lub rodziny. Zdarza się, że wykonując kilkadziesiąt zdjęć nawet, nie może zidentyfikować gatunku zatrzymując się na rodzaju. Zdarza się też tak, że identyfikacja następuje w ułamek sekundy. Najczęściej dotyczy to roślin. Zdarzało się, że identyfikacja szła zupełnie gdzieś w kosmos, na przykład psa domowego wrzucała do wiewiórkowatych, lemurowatych lub innych, a jedno ze zdjęć psa podpisane zostało, że to kaczkowate. Zawsze wtedy Seek przeprasza, że nie dokonał pełnej identyfikacji i że się uczy, co jest pocieszające. Z mięczakami jednak radzi sobie wyjątkowo słabo. Nie są to ruchliwe zwierzęta, teoretycznie wiec można je obserwować na spokojnie dając czas aplikacji na weryfikację oznaczenia. Tutaj popełnia sporo błędów, zwłaszcza w odniesieniu do pospolitych gatunków. Zatoczek rogowy Planorbarius corneus po setkach prób podpisany został jako Planorbella trivolvis, Lissachatina fulica pierwotnie zidentyfikowana została jako błotniarka stawowa a Malacolimax tenellus jako Arion subfuscus. Ślimaki z rodzaju Monacha, Xerolenta czy Fruticicola trafiają ostatecznie jako Theba pisana. Małża do tej pory nie udało mi się zidentyfikować żadnego. Nawiasem mówiąc obserwacje nadwodne są wyjątkowo trudne i mało owocne, autorzy aplikacji jednak za każdym razem, kiedy uruchamiany jest na nowo aparat fotograficzny, przypominają o podstawowych zasadach bezpieczeństwa. 

W ciągu niespełna roku zidentyfikowałem przy pomocy tej aplikacji ponad trzysta pięćdziesiąt gatunków, z czego najwięcej roślin (do tych najłatwiej podejść i poczekać aż program rozpozna). Myślę, że jest to bardzo ciekawe narzędzie zarażania poznawczą pasją młodszego pokolenia, które przecież smartfonami posługuje się w bardziej naturalny sposób niż dziadersy pamiętające jeszcze czarno-biały świat starych filmów. Jakkolwiek uważam, że należy zdecydowanie odciągać dzieci i młodzież od smartfonów, to już przy założeniu, że młody człowiek urządzeniem tym się posługuje, warto motywować do korzystania z tego typu narzędzi. Wydaje mi się również bardzo dobrym wprowadzenie aspektów rywalizacji poprzez wprowadzanie wirtualnych nagród. Jeśli dzięki temu dziecko nauczy się, że nie każdy robal to robak i nie każdy ptak to kaczka, to już dużo. A jest to na pewno bardzo dobre narzędzie do pokazania bioróżnorodności i jej bogactwa nawet w zurbanizowanych środowiskach, w jakich przyszło żyć większej części ludzkości...


 





środa, 30 września 2020

Ślimak maskowiec Isognomostoma isognomostomos (Schröter, 1784)

Spotkaliśmy się niedawno w Pieninach, a jako że znamy się od paru dobrych lat, pytam, co u niego, a on do mnie: „Chłopie, czemuś ty jeszcze o mnie nie napisał?” Przyznam, że się zmieszałem nieco i nie bardzo potrafiłem znaleźć odpowiedź. Pogawędziliśmy chwilę jeszcze, pozdrowiłem i na koniec obiecałem, że wkrótce się poprawię i naskrobię kilka zdań. No i to teraz właśnie robię, bijąc się w pierś, że tak późno i że sam się musiał w tej sprawie przypomnieć.

Chciałem kilka słów poświęcić jednemu z najciekawszych ślimaków żyjących w Polsce, a przynajmniej jednemu z najciekawiej wyglądających. W  literaturze występuje jako ślimak maskowiec Isognomostoma isognomostomos (Schröter, 1784), chociaż absolutnie nie mam pojęcia, czy poprawna jest forma –os czy też –a, które pojawiają się zamiennie. Co zaś wiem, to na pewno to, że spotkaliśmy się pierwszy raz jakieś dwadzieścia lat temu i jakoś od czasu do czasu udaje się nam gdzieś potkać, głównie na południu Polski.

Jest to ślimak z rodziny Helicidae, do której należą największe nasze krajowe ślimaki lądowe. Maskowiec z pewnością nie jest pod tym względem reprezentacyjny dla rodziny, ponieważ jest jednym z mniejszych jej przedstawicieli i bodajże najmniejszym występującym w Polsce. Odznacza się niezwykłą urodę, na której niezwykłość nakładają się zarówno stosunkowo długie włosy oraz wyraźne dwa szerokie zęby sterczące poza wargą. Powiedziałby mi ktoś, że się naśmiewam, ale ja naprawdę uważam, że to jeden z najpiękniejszych mięczaków spotykanych w Polsce. Muszla jest raczej płaska, za to ze wzniesioną skrętką, co sprawia, że wydaje się kulistawa. Jeśli się jednak dobrze przyjrzeć ostatniemu skrętowi, widać, że nie jest on do końca owalny a jedynie zaokrąglony na krawędziach. Ujście muszli zaopatrzone jest w białą wargę uzbrojoną w dwa masywne zęby, do tego w ujściu występuje jeszcze trzeci ząb w kształcie listewki. Warga ostro zakończona wydaje się lekko wywinięta. Dołek osiowy przykryty jest w całości wargą, ale widoczne jest pępkowate zagłębienie środkowej części spodniej strony muszli. Brązowa muszla pokryta jest gęsto krótkimi włoskami, bardzo wyraźnymi za życia zwierzęcia. Szerokość muszli dochodzi do 11-14 mm, zaś wysokość kształtuje się w przedziale 4-7 mm.

Moje spotkania ze ślimakiem maskowcem miały miejsce w Beskidzie Sądeckim, w Pieninach, Sudetach i na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Występuje w południowej części Polski, zwłaszcza w górach i na pogórzach, również w Górach świętokrzyskich, do tego ma pojedyncze (reliktowe) stanowiska w Puszczy Białowieskiej oraz w okolicach Elbląga i Tolkmicka.

W odróżnieniu od bliższych lub dalszych krewnych z rodziny Helicidae nie należy do synantropów. Prowadzi skryty tryb życia preferując wyraźnie naturalne stanowiska z licznymi dostępnymi kryjówkami, zwłaszcza w próchniejącym drewnie (pod korą i pod kłodami) oraz pod kamieniami. Biologii nie znam. Jest gatunkiem leśnym, cieniolubnym, petrofilnym, związanym ze środowiskami średniowilgotnymi.

Żałuję, że nasze spotkanie trwało bardzo krótko, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i pożegnaliśmy się. Mam nadzieję jednak spotykać się częściej, bo bardzo mnie na wycieczki do lasu zapraszał, więc kto wie… Dam znać.







niedziela, 31 maja 2020

ZwJEŻanie

Tak czasem jest, że nawet za sprawą metafizycznych interwencji trzeba do człowieka. Tak właśnie było. Niemalże podręcznikowe "nocne rozmowy rodaków", a skoro już Trzeba mi wielkiej wody, to i oczywiście musiały być i "wielkie wyprawy pod Kraków". Poetycko, przenośnie i dosłownie. Taki był własnie ostatni weekend, z Krakowem w tle, z delikatną nutką spotkania ze ślimakami...
Najbardziej zęby ostrzyłem sobie na Dolinę Mnikowską, znaną mi dotąd z przeróżnych opowieści. Veni, vidi, fugi (przed deszczem). Niezwykle malownicze miejsce, szczęśliwie dotarłem tam w dżdżyste przedpołudnie, co przełożyło się na większe szanse bycia nierozdeptanym przez turystów szukających wytchnienia od wielkomiejskich ścisków (nawet w dobie społecznego dystansowania...) Co tam wypatrzyłem? Niestety niewiele, choć spodziewałem się, że będę musiał się od ślimaków oganiać.
Najliczniejsze, choć nie masowe, były ślimaki winniczki Helix pomatia i Clausiliidae. Ze świdrzyków Lacinaria plicata i Cochlodina orthostoma. I jeszcze jedna Clausila, ale na oko nie doszedłem, czy to dubia czy cruciata. Pięknie prezentowały się ślimaki nadobne Chilostoma faustinum, natomiast nie udało mi się wypatrzeć żywego Isognomostomos isognomostoma, a bardzo liczyłem na spotkanie i małą sesję zdjęciową. Może przy okazji.
Marzył mi się Zalas, dokładniej kopalnia porfirów w Zalasie, a jeszcze dokładniej to amonity, które tam znaleźć można. Jedyne co mi się udało, to stanąć pod bramą. I podjąć decyzję, żeby pojechać do niedalekiego zamku Tenczyn. Wiedziałem, że można tam spotkać osobiście Sphyradium doliolum. Jest to gatunek poczwarówki, której do tej pory nie miałem okazji poznać osobiście. Co prawda nie zapowiedziałem się na audiencję, stąd i może do spotkania nie doszło, czego oczywiście żałuję potwornie. Spotkałem za to białego Deroceras, którego jeszcze nie zidentyfikowałem, choć gdybym się uparł, to na podstawie fotografii biłbym się, że to praecox. Rozstrzygną specjaliści. Zamek podawany jest różnego rodzaju zabiegom konserwatorskim i rekonstrukcyjnym, stąd w czasie wycieczki warto zwrócić uwagę na bardzo liczne amonity drzemiące od milionów lat w świeżo ociosanych wapieniach. Niektóre prezentują się wręcz olśniewająco. Przy okazji udało mi się znaleźć kawałek rostrum belemnita, co mnie ucieszyło niepomiernie, choć szukałem w rumoszu amonitów...
Ponieważ cel wyprawy pod Kraków był również duchowy, wylądowałem też w Tyńcu, do którego bardzo lubię zaglądać. Tym razem (znów czmychając przed deszczem) nie polazłem do podnóży tynieckich skał, ale i tak wypatrzyłem niezliczone winniczki i jeszcze bardziej niezliczone Arion, co to nie chciały się z imienia przedstawić, więc muszą pozostać jako rufus vel vulgaris. Ale wśród nich znalazłem też kilka osobników A. fuscus, więc o jeden gatunek więcej.
Na koniec, już zwinąwszy tobołki na powrotną drogę, zatrzymałem się na zamku Smoleń, na którym byłem już dokładnie dwa lata wcześniej (wtedy kwitły tam już lipy, serio!). Było już po zmroku prawie, a na pewno po zamknięciu bramy dla zwiedzających i tym właśnie tłumaczyłem sobie nieobecność Sphyradium doliolum, która powinna była gościć na murach. Tę wiedzę opieram nie na jakichś tajnych zaklęciach a na publikacjach prof. Witolda Alexandrowicza. Choć masowo witały się ze mną świdrzyki (Cochlodina orthostoma, Lacinaria plicata i Alinda biplicata), innych ślimaków wyparzyłem niewiele (Discus rotundatus oraz kilka muszli Fruticicola fruticum oraz ponownie Chilostoma faustinum).
Mawiają do trzech razy sztuka. Choć nie udało mi się tym razem spotkać Sphyradium doliolum, nie zamierzam starań kończyć. Może się kiedyś uda. W każdym razie bardzo odpocząłem i przy nocnych rozmowach rodaków, i przy wędrówkach po jurajskich krajobrazach. Ledwo wlazłem do domu i czuję, że już mnie ciągnie z powrotem...














środa, 6 maja 2020

Carychium minimum i Carychium tridentatum

Jest w naszej malakofaunie rodzina, reprezentowana przez dwa zaledwie gatunki, która wydaje się szczególnie godna zainteresowania. Należy ona do szeroko rozumianego drobiu nieopierzonego, ale poszukiwań jej nie należy rozpoczynać od kurników, tylko od moczarów, bagien, torfowisk, tudzież wszelkiego rodzaju brzegów wód. Dziś kilka słów i obrazów w tej materii.
Opracowania starsze podają nazwę Ellobiidae, nowsze sytuują nasze białki w rodzinie Carychiidae, inne jeszcze widzą to jako podrodzinę w rodzinie Ellobiidae... Nie łatwo mi się w tych rodzinnych relacjach poodnajdywać, więc zajmę się samymi maluchami bez dalszych dociekań, z kim po mieczu, a z kim po kądzieli genealogię wywodzą. W naszym kraju żyją dwa gatunki: białek malutki Carychium minimum  O. F. Müller, 1774 oraz białek wysmukły Carychium tridentatum (Risso,1828). Wspomniałem, że to nasz drób. Niewiele jest w naszej malakofanie mniejszych ślimaków, a któ chciałby ich szukać, niech oczy uzbroi w cierpliwość...
Oba gatunki są do siebie bardzo podobne i pewne oznaczenie możliwe jest dopiero przy pewnej optycznej gimnastyce. Można próbować na podstawie ogólnego pokroju muszli, ale jest to czynność ryzykowna (w sensie pewności oznaczeń), ponieważ są to gatunki dość zmienne nawet w jednej populacji, a przy tym nierzadko żyjące obok siebie na tych samych stanowiskach (choć twierdzi się, że białek wysmukły częściej występuje na stanowiskach bardziej suchych i spotyka się go niżej do białka malutkiego). Carychium minimum ma nieco bardziej rozdęty ostatni skręt i stosunek wysokości skrętki do ujścia ma się mniej więcej 1:1. Muszla robi wrażenie krępej, choć jest to dość poetyckie definiowanie wobec organizmu o wymiarach 1,1x1,9-2,2 mm! Epitet gatunkowy minimum zdaje się być bardziej dosłowny. Carychium tridentatum jest natomiast ślimakiem o muszelce nieco bardziej wysmukłej, bardziej wydłużonej, o liczbie skrętów bliższej 5 niż 4-4,5 jak u poprzedniego gatunku. Skrętka jest zdecydowanie wyższa od ostatniego skrętu, mniej więcej w proporcji 2:1. Wysokość muszli dochodzi do 2,2 mm przy szerokości nie przekraczającej 0,9mm. Muszle obu gatunków są białawo przeźroczyste, delikatnie prążkowane, przeświecające, z tym że z wiekiem coraz bardziej mleczne. Dla pewnego oznaczenia trzeba się troszkę nakombinować. W przypadku żywych osobników jest to bardzo trudne, chyba że mamy dobrze podświetloną lupę, a ślimak jest mocno wciągnięty do wnętrza muszli. Możliwe jest wtedy dojrzenie, że ślimaki różnią się listewką kolumelarną, która u C. minimum jest wąska i wygięta na kształt położonej litery S, natomiast u C. tridentatum listewka jest powyginana, tak że na jednym skręcie widać przynajmniej dwie wypukłości. Jest to najpewniejsza cecha diagnostyczna. Autorzy kluczy polecają zrobić otwór w ostatnim skręcie, żeby listewkę obejrzeć. Trzymając muszlę za jej wierzchołek (tylko dla mistrzów cierpliwości!) można tę listewkę wypatrzeć przez ujście muszli, ale nie da się tego zrobić bez lupy zegarmistrzowskiej... Grubość wargi oraz kształt trzech zębów, w które jest uzbrojona, nie dają żadnej podpowiedzi. Ani kolor oczu. Myślałem, że może... Ale chyba nie, a na pewno nie przy mojej lupie.
Udało mi się ostatnio zrobić krótki filmik z udziałem tychże białków. Zebrałem oba gatunki w Lesie Chełmskim między Łodzią a Zgierzem, nad strugą Wrzącą. Ślimaki żyły obok siebie, w towarzystwie innego drobiu, w tym Vertigo pygmaea, Columella edentula czy Euconulus praticola. Wszystkie zdejmowałem z gnijących liści, w zdecydowanej większości w takim stopniu przemoczenia, że można by mówić o wodnym trybie życia ślimaków z rodzaju Carychium. Są to jednak ślimaki lądowe, jedyne w naszych warunkach lądowe ślimaki nasadooczne, czyli Basommatophora. Do tego rzędu zalicza się duża część naszych wodnych ślimaków płucodysznych, między innymi błotniarki i zatoczki. Kiedy przyjrzeć się uważniej białkom, nie sposób ich wyglądu nie skojarzyć z błotniarkami, które również oczy mają u nasady płaskich, trójkątnych płatów czułków. Mam nadzieję, że uda się to wypatrzeć na załączonym filmiku, którego jakości nie mogłem poprawić.
Wybrałem się na Helenówek do Lasu Chełmskiego po zupełnie inny gatunek, również niezwykle ciekawy. Chciałem wypatrzeć Platyla polita (dawniej Acicula, a jeszcze dawniej Acme). Dotąd mi się nie udało, choć wiem z literatury przedmiotu, że igliczek lśniący tam żyje. Obiecuję jednak, że jeśli dojdzie do naszego spotkania, to go Państwu przedstawię przy którymś z wpisów...