A dwadzieścia lat temu w Muzeum w Tomaszowie Mazowiecki otwarto wystawę czasową Muszle morskie ze zbiorów Muzeum i Instytutu Zoologii PAN. Dokładnie 7 października 1997 roku... Wspominam, bo nie pamiętam już w jaki sposób się o niej dowiedziałem, ale pamiętam, że wystawę tę obejrzałem. I była to pierwsza wystawa w całości poświęcona morskim muszlom, którą mogłem na spokojnie poznać. Nie była imponująca, ale wówczas zdecydowanie wystarczająca.
Były to czasy, kiedy nie nosiło się ze sobą aparatów cyfrowych;) Nie mam zdjęć z tamtej wystawy, ale mam jej katalog, nota bene chyba pierwsza publikacja na ten temat w mojej prywatnej bibliotece amatora muszli. Mam, i często wracam do tamtej właśnie wystawy, która rozpaliła moją wyobraźnię na lata...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adolf Riedel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adolf Riedel. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 października 2017
środa, 21 listopada 2012
Perspektywy
Jesień ponoć wiąże się z depresyjnym nastrojem. Smutek zaś, towarzyszący depresji, sprzyja ponoć myśleniu analitycznemu, w odróżnieniu do radości, która z kolei pomaga w myśleniu syntetycznym. Tak kiedyś słyszałem, może i tak jest...
Czytałem niedawno niewielką i nie nową już książeczkę autorstwa profesora Riedla i profesor Pokryszko. Na razie wypożyczam jej egzemplarz, choć jej posiadanie byłoby dla mnie czystą radością (radość - myślenie syntetyczne itd...). Czytałem i myślałem sobie, w którą to stronę wszystko zmierza.
W 1999 roku odbyło się XV Krajowe Seminarium Malakologiczne (w Łodzi dokładnie), co było okazją do przyjrzenia się polskiej malakologii z różnych stron. Autorom opracowania Malakologia polska. Historia - Stan obecny - Perspektywy zależało na przedstawieniu pewnego continnum, a ponieważ oboje związani z muzealnictwem, może i łatwiej było im pisać o dokonaniach polskich malakologów ubiegłych dziesięcioleci. Nie jest to historia obszerna, ale zawierające ważne momenty związane z działalnością różnych malakologów, których wkład w rozwój badań nad mięczakami jest znaczny w skali europejskiej. Do takich należeli Kotula, J.A. Wagner czy Poliński. Sylwetki polskich malakologów zostały zaopatrzone a noty biograficzne i omówienie kierunków zainteresowań badawczych.
Potem pojawiają się ci bardziej znani, znaczy: bliżsi współczesności: J. Urbański, M. Jackiewicz, A. Stańczykowska. Omawiane są akademickie ośrodki podtrzymujące badania malakologiczne: wszystko ładne, przejrzyste, czytelne. No i historia seminariów malakologicznych, wtedy piętnastu, dziś zbliżających się pod trzydziestkę. Łącznie z programami wszystkich wystąpień podczas spotkań malakologów.
A dla mnie największym zaskoczeniem był ŚLIMAKURIER. Nawet nie wiedziałem o jego istnieniu. I chyba żal mi go najbardziej, a dziwny to żal, skoro go nie znałem. Może to dlatego, że zawsze miałem niezwykły sentyment do amatorskich gazetek, sam tworzyłem taką w czasach licealnych, a później - studiując - inną, bardziej poważną (tyle, że mnie z redakcji wywalili;-). Gazetki, nieoficjalne pisma z nieregularnym pojawianiem się w rękach czytelnika, mają swój niepowtarzalny klimat. Jedne bardziej amatorskie, inne bardziej zaawansowane redakcyjnie, często pisane z lekkim przymrużeniem oka, w semantycznym kodzie zrozumiałym dla tej grupy, której pismo dotyczy. Te niuanse i półsłówka, na które nie zwróci uwagi ten, który do grona nie należy, a które w mig wychwyci ten, kogo sprawa dotyczy. Zresztą z moich wycieczek internetowych po różnych towarzystwach i klubach miłośników mięczaków wynika, że takie biuletyny i gazetki wewnętrzne są bardzo popularne na Zachodzie. Więc Ślimakuriera mi żal, bardzo żal. Postęp technik informatycznych, rozwój Internetu nie okazał się sojusznikiem gazetki składanej przez malakologów dla malakologów. Poszło w profesjonalizację, w wysokie standardy, w punktacje i wyniki, i trudno teraz oczekiwać, że kto oderwie się od swoich badań, żeby napisać coś dla innych.
Nigdy nie wiem, czy profesjonalizacja przynosi więcej szkód czy korzyści. Piszę to jako amator. Trochę jak z opieką nad chorym: profesjonalizm jest ważny, ale często tak zapatrzony w procedury i wyniki, że nieludzki. A z kolei domowa opieka - daleka od profesjonalnej wiedzy i popełniająca nieraz straszne błędy - ale ludzka, swojska, naturalna... Analogia może odległa, średnio przystająca, ale mnie się wydaje, że coś w niej jest. Dziś środowisko polskich malakologów doczekało się porządnie prowadzonego periodyku naukowego, pisanego właściwie w całości po angielsku. Nie wiem, jak z punktacją, bo były jakieś przejścia w tym temacie, coś tam w każdym razie się dzieje. Śmierć Ślimakuriera jest dla mnie takim namacalnym znakiem odchodzenia jednak od tej mniej formalnej, ale bardziej ludzkiej, swojskiej strony malakologii. Wystarczy spojrzeć na działania promocyjne, na - tak mi bliską - popularyzację wiedzy malakologicznej: zaiste, wspomagają jesienną depresję.
Nie mam o to żalu do poszczególnych osób. Nie mam nawet żalu do środowiska, bo nie ono pierwsze i ie ostatnie padło ofiarą procesu profesjonalizacji i partykularyzacji nauki. Wydaje się, że jest to trend obecnie nieodwracalny. Więcej powiem: mam nawet żal do siebie, że za mało działam w tym kierunku, aby sytuację tę zmieniać. Kiedy kończąc lekturę wspomnianej książeczki zacząłem myśleć o perspektywach polskiej malakologii, trochę się zasmuciłem. Nie wiem, czy śp. prof. Riedel należał do optymistów, czy do tej drugiej grupy (lepiej poinformowanych). Z książki powiewa optymizmem, nadzieją na dalszy rozwój. I mnie ta nadzieja nie opuszcza, choć mi tak smutno jakoś po przeczytaniu tej książeczki. Myślę jednak, że trzeba robić swoje i robić to z zapałem. Bo tak słyszałem, że zapalić można tylko od zapalonego. Więc oby tego zapału nie zabrakło. A jeśli kto czuje, że osłabł, niech odszuka tę publikację i w niej szuka entuzjazmu towarzyszącego pionierom.
A. Riedel, B.M. Pokryszko 1999. Malakologia polska. Historia - stan obecny - perspektywy. Tomik pamiątkowy z wydany z okazji 15 Krajowego Seminarium Malakologicznego, Poznań, Bogucki Wydawnictwo Naukowe s.c., 64ss.
Czytałem niedawno niewielką i nie nową już książeczkę autorstwa profesora Riedla i profesor Pokryszko. Na razie wypożyczam jej egzemplarz, choć jej posiadanie byłoby dla mnie czystą radością (radość - myślenie syntetyczne itd...). Czytałem i myślałem sobie, w którą to stronę wszystko zmierza.
W 1999 roku odbyło się XV Krajowe Seminarium Malakologiczne (w Łodzi dokładnie), co było okazją do przyjrzenia się polskiej malakologii z różnych stron. Autorom opracowania Malakologia polska. Historia - Stan obecny - Perspektywy zależało na przedstawieniu pewnego continnum, a ponieważ oboje związani z muzealnictwem, może i łatwiej było im pisać o dokonaniach polskich malakologów ubiegłych dziesięcioleci. Nie jest to historia obszerna, ale zawierające ważne momenty związane z działalnością różnych malakologów, których wkład w rozwój badań nad mięczakami jest znaczny w skali europejskiej. Do takich należeli Kotula, J.A. Wagner czy Poliński. Sylwetki polskich malakologów zostały zaopatrzone a noty biograficzne i omówienie kierunków zainteresowań badawczych.
Potem pojawiają się ci bardziej znani, znaczy: bliżsi współczesności: J. Urbański, M. Jackiewicz, A. Stańczykowska. Omawiane są akademickie ośrodki podtrzymujące badania malakologiczne: wszystko ładne, przejrzyste, czytelne. No i historia seminariów malakologicznych, wtedy piętnastu, dziś zbliżających się pod trzydziestkę. Łącznie z programami wszystkich wystąpień podczas spotkań malakologów.
A dla mnie największym zaskoczeniem był ŚLIMAKURIER. Nawet nie wiedziałem o jego istnieniu. I chyba żal mi go najbardziej, a dziwny to żal, skoro go nie znałem. Może to dlatego, że zawsze miałem niezwykły sentyment do amatorskich gazetek, sam tworzyłem taką w czasach licealnych, a później - studiując - inną, bardziej poważną (tyle, że mnie z redakcji wywalili;-). Gazetki, nieoficjalne pisma z nieregularnym pojawianiem się w rękach czytelnika, mają swój niepowtarzalny klimat. Jedne bardziej amatorskie, inne bardziej zaawansowane redakcyjnie, często pisane z lekkim przymrużeniem oka, w semantycznym kodzie zrozumiałym dla tej grupy, której pismo dotyczy. Te niuanse i półsłówka, na które nie zwróci uwagi ten, który do grona nie należy, a które w mig wychwyci ten, kogo sprawa dotyczy. Zresztą z moich wycieczek internetowych po różnych towarzystwach i klubach miłośników mięczaków wynika, że takie biuletyny i gazetki wewnętrzne są bardzo popularne na Zachodzie. Więc Ślimakuriera mi żal, bardzo żal. Postęp technik informatycznych, rozwój Internetu nie okazał się sojusznikiem gazetki składanej przez malakologów dla malakologów. Poszło w profesjonalizację, w wysokie standardy, w punktacje i wyniki, i trudno teraz oczekiwać, że kto oderwie się od swoich badań, żeby napisać coś dla innych.
Nigdy nie wiem, czy profesjonalizacja przynosi więcej szkód czy korzyści. Piszę to jako amator. Trochę jak z opieką nad chorym: profesjonalizm jest ważny, ale często tak zapatrzony w procedury i wyniki, że nieludzki. A z kolei domowa opieka - daleka od profesjonalnej wiedzy i popełniająca nieraz straszne błędy - ale ludzka, swojska, naturalna... Analogia może odległa, średnio przystająca, ale mnie się wydaje, że coś w niej jest. Dziś środowisko polskich malakologów doczekało się porządnie prowadzonego periodyku naukowego, pisanego właściwie w całości po angielsku. Nie wiem, jak z punktacją, bo były jakieś przejścia w tym temacie, coś tam w każdym razie się dzieje. Śmierć Ślimakuriera jest dla mnie takim namacalnym znakiem odchodzenia jednak od tej mniej formalnej, ale bardziej ludzkiej, swojskiej strony malakologii. Wystarczy spojrzeć na działania promocyjne, na - tak mi bliską - popularyzację wiedzy malakologicznej: zaiste, wspomagają jesienną depresję.
Nie mam o to żalu do poszczególnych osób. Nie mam nawet żalu do środowiska, bo nie ono pierwsze i ie ostatnie padło ofiarą procesu profesjonalizacji i partykularyzacji nauki. Wydaje się, że jest to trend obecnie nieodwracalny. Więcej powiem: mam nawet żal do siebie, że za mało działam w tym kierunku, aby sytuację tę zmieniać. Kiedy kończąc lekturę wspomnianej książeczki zacząłem myśleć o perspektywach polskiej malakologii, trochę się zasmuciłem. Nie wiem, czy śp. prof. Riedel należał do optymistów, czy do tej drugiej grupy (lepiej poinformowanych). Z książki powiewa optymizmem, nadzieją na dalszy rozwój. I mnie ta nadzieja nie opuszcza, choć mi tak smutno jakoś po przeczytaniu tej książeczki. Myślę jednak, że trzeba robić swoje i robić to z zapałem. Bo tak słyszałem, że zapalić można tylko od zapalonego. Więc oby tego zapału nie zabrakło. A jeśli kto czuje, że osłabł, niech odszuka tę publikację i w niej szuka entuzjazmu towarzyszącego pionierom.
A. Riedel, B.M. Pokryszko 1999. Malakologia polska. Historia - stan obecny - perspektywy. Tomik pamiątkowy z wydany z okazji 15 Krajowego Seminarium Malakologicznego, Poznań, Bogucki Wydawnictwo Naukowe s.c., 64ss.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Profesor Adolf Riedel (1930-2010)
Przed kilkoma dniami minęła pierwsza rocznica śmierci profesora Adolfa Riedla, jednego z największych polskich malakologów, światowego eksperta w dziedzinie Zonitidae. Jakoś czuję się wobec niego zobowiązany, choć nigdy nie dane mi było spotkać go osobiście. Ba, nawet nie zdążyłem zaczepić go listownie, co często przecież robię w stosunku do różnych malakologów.
Na świat przyszedł w podwarszawskim Brwinowie, 24 lutego 1930 roku. Jak spędził okupację, tego nie wiem, ale już w 1947 roku, a więc jako zaledwie siedemnastolatek, podjął studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Przypuszczam, że studia na uniwersytecie, który na skutek zawieruchy wojennej poniósł wielkie starty zarówno osobowe jak i materialne, nie należały do najłatwiejszych. Wówczas absolwenci kierunków przyrodniczych zdobywali tytuł magistra filozofii (tak, tak, Urbański też był filozofem). Dyplom obronił w 1952 r. Jeszcze w czasie studiów rozpoczął pracę w Muzeum Zoologicznym w Warszawie, z którym pozostał związanym (w strukturach Instytutu Zoologii Polskiej Akademii Nauk) do samego końca.
Doktoryzował się w 1959 roku rozprawą na temat rewizji krajowych Zonitidae. I to już mu zostało do końca. Kolejne etapy naukowej kariery związane były z rodziną Zonitidae, która dla wielu malakologów jest jedną z najtrudniejszych do oznaczania. Dzięki jego pracom (około 170 publikacji na ten temat), dziś rodzina ta jest jedną z lepiej opisanych i zbadanych. Sam zaś profesor był autorem największej na świecie kolekcji ślimaków z rodziny szklarkowatych, o nieocenionej wartości naukowej, liczącej w przybliżeniu 350 gatunków zamieszkujących półkulę północną. Duża część tej kolekcji to tzw. typy, czyli wzorcowe materiały stanowiące podstawę opisania nowego gatunku.
Dla nauki poznał i opisał ponad 100 rożnych grup systematycznych (gatunków, rodzajów, podrodzajów itp.). W Muzeum i Instytucie Zoologicznym PAN w Warszawie zdeponowano ponad 40 tys. okazów z blisko 800 gatunków szklarek z wypraw badawczych Profesora.
Był autorem i redaktorem licznych publikacji, w tym redaktorem Annales Zoologici czy Fragmenta faunistica. W mojej biblioteczce malakologicznym posiadam trzy zwarte tytuły: napisaną wspólnie z Andrzejem Wiktorem Arionacea. Ślimaki krążałkowate i ślinikokształtne (seria "Fauna Polski, t. 2, Warszawa 1973); omawiany już kiedyś katalog Ślimaki lądowe. Gastropoda terrestria (seria Katalog Fauny Polski, nr 46) oraz wydaną w Warszawie w 1998 r. Genera zonitidarum - Addenda et Corrigenda (w języku niemieckim). I choć Zonitidae to dla mnie wciąż czarna magia, lubię zaglądać do tych książek, zwłaszcza do imponującego Katalogu...
Odszedł 21 sierpnia 2010 r. Jego ciało spoczywa na cmentarzu ewangelickim w Warszawie przy Młynarskiej. Jeśli we wrześniu będę w Warszawie, postaram się złożyć wizytę Profesorowi: posłuchać słów, których nie wypowie.
Korzystałem m.in. ze wspomnienia opublikowanego w 18 tomie Folia malacologica oraz z pomocy uczennicy Profesora, p. Dominiki Mierzwy-Szymkowiak, za co jej gorąco dziękuję.
Na świat przyszedł w podwarszawskim Brwinowie, 24 lutego 1930 roku. Jak spędził okupację, tego nie wiem, ale już w 1947 roku, a więc jako zaledwie siedemnastolatek, podjął studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Przypuszczam, że studia na uniwersytecie, który na skutek zawieruchy wojennej poniósł wielkie starty zarówno osobowe jak i materialne, nie należały do najłatwiejszych. Wówczas absolwenci kierunków przyrodniczych zdobywali tytuł magistra filozofii (tak, tak, Urbański też był filozofem). Dyplom obronił w 1952 r. Jeszcze w czasie studiów rozpoczął pracę w Muzeum Zoologicznym w Warszawie, z którym pozostał związanym (w strukturach Instytutu Zoologii Polskiej Akademii Nauk) do samego końca.
Doktoryzował się w 1959 roku rozprawą na temat rewizji krajowych Zonitidae. I to już mu zostało do końca. Kolejne etapy naukowej kariery związane były z rodziną Zonitidae, która dla wielu malakologów jest jedną z najtrudniejszych do oznaczania. Dzięki jego pracom (około 170 publikacji na ten temat), dziś rodzina ta jest jedną z lepiej opisanych i zbadanych. Sam zaś profesor był autorem największej na świecie kolekcji ślimaków z rodziny szklarkowatych, o nieocenionej wartości naukowej, liczącej w przybliżeniu 350 gatunków zamieszkujących półkulę północną. Duża część tej kolekcji to tzw. typy, czyli wzorcowe materiały stanowiące podstawę opisania nowego gatunku.
Dla nauki poznał i opisał ponad 100 rożnych grup systematycznych (gatunków, rodzajów, podrodzajów itp.). W Muzeum i Instytucie Zoologicznym PAN w Warszawie zdeponowano ponad 40 tys. okazów z blisko 800 gatunków szklarek z wypraw badawczych Profesora.
Był autorem i redaktorem licznych publikacji, w tym redaktorem Annales Zoologici czy Fragmenta faunistica. W mojej biblioteczce malakologicznym posiadam trzy zwarte tytuły: napisaną wspólnie z Andrzejem Wiktorem Arionacea. Ślimaki krążałkowate i ślinikokształtne (seria "Fauna Polski, t. 2, Warszawa 1973); omawiany już kiedyś katalog Ślimaki lądowe. Gastropoda terrestria (seria Katalog Fauny Polski, nr 46) oraz wydaną w Warszawie w 1998 r. Genera zonitidarum - Addenda et Corrigenda (w języku niemieckim). I choć Zonitidae to dla mnie wciąż czarna magia, lubię zaglądać do tych książek, zwłaszcza do imponującego Katalogu...Odszedł 21 sierpnia 2010 r. Jego ciało spoczywa na cmentarzu ewangelickim w Warszawie przy Młynarskiej. Jeśli we wrześniu będę w Warszawie, postaram się złożyć wizytę Profesorowi: posłuchać słów, których nie wypowie.
Korzystałem m.in. ze wspomnienia opublikowanego w 18 tomie Folia malacologica oraz z pomocy uczennicy Profesora, p. Dominiki Mierzwy-Szymkowiak, za co jej gorąco dziękuję.
środa, 12 stycznia 2011
Gastropoda terrestria
Tę książkę zdobyłem przed kilku laty, prawie przypadkiem. Znalazłem ją w wydawnictwie Muzeum i Instytutu Zoologicznego PAN w Warszawie. Na stronie internetowej znajdowała się informacja, że nakład został już wyczerpany. Zrobiłem listę pozostałych pozycji malakologicznych i przekazałem znajomemu, który właśnie do Warszawy się był wybierał. Po kilku dniach otrzymałem wiadomość, że książki już są. Kiedy je odbierałem, zamiast spodziewanych trzech, dostałem cztery pozycje. Czwartą była właśnie ona - skromnie wydana, bez szaleństwa rycin i ilustracji, bez kolorowej choćby okładki. Ale z tamtych nabytków była najcenniejsza. Dziś, kiedy zaglądam do książki Ślimaki lądowe (Gastropoda terrestria) autorstwa ś.p. profesora Adolfa Riedla, wciąż nie mogę wyjść z podziwu, dla jego tytanicznej pracy.
Jakiż trzeba mieć warsztat metodologiczny, żeby stworzyć - bez pomocy komputerów - obszerny zestaw stanowisk, publikacji, badań dla przeszło 170 gatunków ślimaków lądowych notowanych na obszarze Polski. Dziś, kiedy udoskonalono narzędzia obróbki danych, wcale nie byłoby łatwo taką pracę napisać.
Jest taki fragment, bodajże we wstępie jeszcze - kiedy Autor kreśli plany stworzenia atlasu zoogeograficznego malakofauny. Od tego czasu minęło ćwierćwiecze, nie ma śmiałków, którzy by pomysł profesora podjęli. Taka praca byłaby czymś fenomenalnym - a przy dzisiejszych możliwościach technicznych mogłaby stanowić materiał dla różnych grup naukowców, specjalistów, amatorów i pasjonatów. Wierzę, że kiedyś to nastąpi - że znajdzie się grupa ludzi gotowych poświęcić swój czas na katalogowanie i udostępnianie wiedzy na temat ślimaków, nie tylko lądowych zresztą. Widzę już nawet, jak na ogólnych mapach satelitarnych pojawia się malakologiczna nakładka pozwalająca identyfikować stanowiska mięczaków... To moje marzenie, które powraca do mnie ilekroć sięgam po wspomnianą książkę profesora Riedla.
To jest piękne w książkach, że noszą w sobie to ziarno, które leżąc długo, nie wysycha i zdolne jest wzrastać, gdy tylko ktoś je pochwyci. Habent libellum fata sua...
Jakiż trzeba mieć warsztat metodologiczny, żeby stworzyć - bez pomocy komputerów - obszerny zestaw stanowisk, publikacji, badań dla przeszło 170 gatunków ślimaków lądowych notowanych na obszarze Polski. Dziś, kiedy udoskonalono narzędzia obróbki danych, wcale nie byłoby łatwo taką pracę napisać.
Jest taki fragment, bodajże we wstępie jeszcze - kiedy Autor kreśli plany stworzenia atlasu zoogeograficznego malakofauny. Od tego czasu minęło ćwierćwiecze, nie ma śmiałków, którzy by pomysł profesora podjęli. Taka praca byłaby czymś fenomenalnym - a przy dzisiejszych możliwościach technicznych mogłaby stanowić materiał dla różnych grup naukowców, specjalistów, amatorów i pasjonatów. Wierzę, że kiedyś to nastąpi - że znajdzie się grupa ludzi gotowych poświęcić swój czas na katalogowanie i udostępnianie wiedzy na temat ślimaków, nie tylko lądowych zresztą. Widzę już nawet, jak na ogólnych mapach satelitarnych pojawia się malakologiczna nakładka pozwalająca identyfikować stanowiska mięczaków... To moje marzenie, które powraca do mnie ilekroć sięgam po wspomnianą książkę profesora Riedla.
To jest piękne w książkach, że noszą w sobie to ziarno, które leżąc długo, nie wysycha i zdolne jest wzrastać, gdy tylko ktoś je pochwyci. Habent libellum fata sua...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




