Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ślimaki krajowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ślimaki krajowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2020

Poczwarówka zaostrzona Chondrina clienta (Westerlund, 1883)

Kiedy niedawno (znaczy miesiąc temu) łaziłem po jurajskich skałkach, znalazłem dwie puste i zmurszałe muszelki poczwarówki zaostrzonej. Wiedziałem, że mogę je znaleźć, bo już przeszło dziesięć lat temu znajdowałem ją w nieodległej okolicy, a ściślej rzecz ujmując na Górze Zamkowej w Olsztynie. Tym razem napotkałem ją w Sokolich Górach, czyli nie dalej niż dwa kilometry  w linii prostej od zamku.
Poczwarówka zaostrzona Chondrina clienta (Westerlund, 1883) to już chyba przestarzała nazwa dla gatunku, który według obecnie panujących zwyczajów nazywać się powinien Chondrina arcadica var. clienta. Ponieważ jednak w literaturze łatwiej spotkać starszą nazwę, będę się jej trzymał. Chociaż po polsku nosi nazwę poczwarówki, należy do rodziny ziarnkowatych Chondrinidae. Jest to rodzina reprezentowana w rodzimej malakofaunie tylko przez dwa gatunki; obok omawianego notowana była w Polsce jeszcze Granaria frumentum (Draparnaud 1801) czyli poczwarówka pagórkowata, ale jej obecność w Polsce jest obecnie wielką niewiadomą. W odróżnieniu od tej drugiej, poczwarówka zaostrzona jest miejscami dość pospolitym ślimakiem, a tam gdzie występuje, pojawia się gromadnie. Gdzie jej szukać?
Przede wszystkim na skałach wapiennych. Jeśli wapienie, to w Polsce przede wszystkim Jura, Pieniny i Tatry. Poza Jurą występuje więc na terenach objętych ochroną prawną, co może jej dobrze robić, choć raczej się ona tym nie przejmuje. Wybiera na siedliska stanowiska mocno nasłonecznione, na tzw. gołej ścianie nieraz, i nie ma w zwyczaju szukać parasola przed promieniami słonecznymi. Jest więc gatunkiem i petrofilnym, i xerofilnym, i kalcyfilnym. Żywi się prawdopodobnie mikroflorą naskalną.
Osiągając wysokość muszli około 8 mm należy do największych naszych poczwarówek (ziarnkowatych). Zasadniczo wieżyczkowata muszla tego gatunku nie przekracza 7-7,5 skrętów, a wysokość na ogół wynosi około 6,5-7mm, te ośmiomilimetrowe należą do gigantów. Kręty są wypukłe, a szew dobrze widoczny. Powierzchnia koloru czerwonawobrunatnego jest regularnie prążkowana, bardzo słabo przeświecająca i często pokryta matowym nalotem. Ujście muszli jest owalne, zaopatrzone w białawą wargę wywiniętą na zewnątrz (łatwo się kruszy!), a w nim występują liczne ząbki w kształcie listewek (niektóre z nich są widoczne na tzw. "karku" w postaci białawych prześwitów).
Najliczniejsze stanowiska spotykałem na Jurze (Olsztyn, Ogrodzieniec, Jaskinia Wierzchowska). W Tatrach jej nie widziałem, bo jej tam po prostu nie szukałem. W Tatrach być może występuje trzeci z gatunków tej rodziny, a mianowicie Ch. tatrica, dotąd w Polsce nie znaleziony, ale obecny u naszych południowych sąsiadów.
Mam wytypowane kilka miejsc, które mogłyby stanowić dobrą lokalizację dla tego gatunku. Jeśli wrócę na południe Jury, nie omieszkam poszukać. Wciąż mam kilka gatunków (między innymi Sphyradium doliolum), które chciałbym na Jurze odnaleźć, więc rozglądając się, chętnie się wzrok wyostrzę na poczwarówkę zaostrzoną.

czwartek, 30 maja 2019

Poczwarówka zapoznana Vertigo ronnebyensis (Westerlund 1871)

Otrzymałem niedawno prezent. Bardzo cenny prezent. Prezent stanowią dwie próbki poczwarówki zapoznanej Vertigo ronnebyensis (Westerlund, 1871) zebrane w maju i w czerwcu 1995 roku w okolicach Obrzycka. Prezent tym cenniejszy, że nie spotkałem dotąd tego gatunku w czasie moich przygód malakologicznych, a sam ten gatunek jest stosunkowo słabo znany w Polsce. Więc dziś kilka słów o nim.
Epitet gatunkowy pochodzi od miejscowości Ronneby w południowej Szwecji. To okolice tego miast stanowią terra typica gatunku opisanego przez Westerlunda w 1871 roku (w tym to Ronneby Carl A. Westerlund zakończył żywot 28 lutego 1908 r. i tam też został pochowany). Jak przystało na poczwarówkę jest to bardzo mały ślimak, którego wysokość muszli nie przekracza 2,35 mm i 1,33 mm szerokości. Nieco mniejszą wysokość dla populacji z okolic Sąpolna (północna Polska) podaje Stanisław Myzyk (2,28 maksymalnie na 250 zmierzonych okazów). Muszla jest prawoskrętna, jasnobrązowa, przeświecająca, regularnie prążkowana. Ujście muszli zaopatrzone jest w zęby w liczbie od jednego do pięciu (Myzyk, 2004), w kluczu Wiktora (2004) mowa jest o liczbie 0-4 zębów. Kallus nie występuje, a dołek osiowy (jeśli jest) otwarty i bardzo głęboki.
Jest to gatunek północno-europejski związany ze środowiskami ubogimi w wapń. Występuje zarówno w lasach iglastych, jak i lasach mieszanych, często związany jest borówką Vaccinum myrtilis L.
W Polsce znany jest z niewielkiej liczby stanowisk, należy jednak mieć na uwadze, że liczba ta jest zdecydowanie zaniżona. Podawany z Południowej Wielkopolski przez Bergera oraz z okolic Rucianego-Nidy przez Pokryszko. Historyczne dane wskazują również na Serpelice oraz okolice Warszawy. Współczesne doniesienia dotyczą Pojezierza Pomorskiego (okolice Sąpolna - S. Myzyk) oraz Puszczy Rominckiej (M. Marzec, 2010).
Muszę odszukać swoje próbki znad jeziora Dadaj i przyjrzeć się im nieco, bo nabrałem wątpliwości, czy kiedyś się już nie spotkałem z tym gatunkiem...
Stanowisko, z którego pochodzą sprezentowane okazy, znajduje się w powiecie szamotulskim, w lesie sosnowym w okolicach Obrzycka. Prawdopodobnie nie było dotąd badane i raczej nie jest wspominane w żadnej publikacji. Gdyby ktoś stamtąd jednak znał poczwarówkę zapoznaną, bardzo proszę o kontakt. 



środa, 17 kwietnia 2019

Zatoczek skręcony Bathyomphalus contortus (Linnaeus, 1758)

Przyjąć można, że w Polsce żyje dwadzieścia gatunków zaliczanych do rodziny Planorbidae. Oczywiście w systematyce mięczaków panuje obecnie takie zamieszanie, że nie ma co iść na noże w obronie tej liczby, ale tak się mniej wiecej przyjmuje. Rzecz w dwóch gatunkach, które za nic zatoczków nie przypominają, ale są obecnie zaliczane do tej rodziny (chodzi o Ancylus fluviatilis i Ferrissia fragilis). Generalnie - wyłączając wspomniane dwa wyjątki - muszle zatoczków są łatwe do odróżnienia od innych rodzin, a nawet poszczególne rodzaje dają się od siebie odróżnić bez szczególnego kłopotu. Z tych wszystkich natomiast jest jeden gatunek zatoczka, z którym jako amator nigdy nie miałem najmniejszego problemu z identyfikacją. A pierwszy raz spotkaliśmy się jakieś ćwierćwiecze temu...
Ujednolicając etykiety w swoich zbiorach doszedłem do próbek z gatunkiem, który chciałbym dziś nieco przybliżyć. Zatoczek skręcony Bathyomphalus contortus (Linnaeus, 1758) jest tym gatunkiem z rodziny Planorbidae, z którym zawsze lubiłem się spotykać, bo i urodą różni się od pozostałych zatoczkowatych, i nie sprawia kłopotów w identyfikowaniu.
Spotykamy się najczęściej przy brzegach jezior, stawów lub stagnujących rzek, najczęściej w trzcinowiskach lub zarzęsionych kożuchach. Łazi sobie, jak to płucodyszne ślimaki wodne mają w zwyczaju - nogą do góry sunąc po spodniej stronie lustra wody. Często też widuję go na martwych tkankach roślin (w moich obserwacjach bardzo często na rozkładających się liściach pałki wodnej). Jeśli nastawiam się na znalezienie właśnie tego gatunku, szukam spokojnych zatoczek, gdzie na płyciznach zalega kilkucentymetrowa warstwa rozkładających się roślin, zwłaszcza takich sporych fragmentów.
Nie jest to przedstawiciel olbrzymów wśród naszej malakofauny. Raczej średniak i to w tych dolnych rejestrach. Średnica muszli nie przekracza 6 mm przy wysokości 1,5-2 mm (wg Piechocki, Wydrowska-Wawrzyniak, 2016). To, co najbardziej ułatwia oznaczanie tego gatunku, to "grubość" muszli, spawająca wrażenie jakbyśmy trzymali w palcach małą pastylkę. Przy niewielkich rozmiarach muszla składa się z wielu skrętów co sprawia, że trudno ją pomylić z muszlą innego gatunku. Pomocne jest również charakterystyczne zagłębienie środka muszli, wyglądające jak nakłucie igłą oraz półksiężycowate ujście muszli.
O tej porze roku ślimaki przystępują do rozrodu. Spotkać można kopulujące osobniki tworzące nawet tzw. łańcuchy kopulacyjne złożone z kilku zwierząt, które przyjmują rolę samicy lub samca. Oglądając żywe ślimaki warto też zwrócić uwagę na ich czułki, podobnie jak u innych zatoczkowatych długie i nitkowate, u tego gatunku lekko różowawe.
Mija połowa kwietnia, a ja tego roku jeszcze nie stanąłem nad brzegiem wody... Będzie to trzeba rychło nadrobić. Mam jedno upatrzone miejsce i wydaje się, że łatwo spotkam tam zatoczka skręconego. Lubię patrzeć, jak się porusza, jak przenosi muszlę, jak reaguje na dotyk. Mam też nadzieję, że poza nim spotkam jeszcze i inne ślimaki, bo choć tyle lat brodzę po różnych bajorach, wciąż jest kilka gatunków, których na oczy nie widziałem. A może wypatrzę larwy chruścika Limnephilus flavicornis, które z dzieciństwa jeszcze pamiętam obklejone domkiem z muszelek mniejszych zatoczkowatych... Dam znać, jak coś ciekawego wypatrzę.



niedziela, 31 marca 2019

Poczwarówka malutka - Truncatellina cylindrica (Férussac, 1807)

Chciałbym, aby ten rok (2019) był w moim wydaniu rokiem częstszych wypadów w teren i chciałbym jeszcze, aby głównym kierunkiem poszukiwań były najpospolitsze nasze maluchy. Długa jest lista gatunków, których dotąd nie udało mi się spotkać, ale wcale nie krótka jest lista gatunków, które gdzieś kiedyś udało mi się spotkać lub nawet zebrać. Są gatunki pospolite, które jednak spotykam zdecydowanie rzadziej od innych pospolitych, a niewielkich rozmiarów gatunków. Jednym z takich właśnie jest poczwarówka malutka Truncatellina cylindrica (Férussac, 1807). Znam ten gatunek aż z dwóch (słownie: dwóch!) stanowisk, łącznie z trzech okazów, które zasilają moje zbiory... Nie wiem, czemu tak się dzieje, bo mniejsze gatunki, jak na przykład krążałek malutki Punctum pymaeum czy stożeczek drobny Euconulus fulvus spotykam dużo częściej i liczniej...
Poczwarówka malutka jest gatunkiem ślimaka trzonkoocznego z rodziny Vertiginidae, jednym z trzech przedstawicieli rodzaju Truncatellina występujących w Polsce. Spośród nich jest też najpospolitszym. Jest to - i można by nazwie wierzyć - malutki przedstawiciel naszej malakofauny, bowiem wysokość muszli nie przekracza 1,9 mm, a szerokość maksymalnie osiąga 1,3mm. Gołym okiem trudno odróżniać ją od innych poczwarówek, ale kilkukrotne powiększenie pozwala dojrzeć charakterystyczne delikatne żeberkowanie, bardzo regularne, którego nie widać tylko na zaokrąglonym szczycie. Ujście muszli pozbawione ząbków i listewek, a warga bardzo słabo wywinięta, ostra i delikatna. Dołek osiowy otwarty. Muszla wydaje się być matowa, żółtawa, blado-złotawa.
Gatunek występuje na  terenach zasobnych w wapń, w miejscach suchych, najczęściej w w trawie, w ściółce, pod kamieniami, rumoszem skalnym, na półkach skalnych, w szczelinach murów, na nasypach kolejowych czy hałdach (w Wolicy w Rejonie Świętokrzyskim na hałdzie węglanowej gatunek ten występował masowo: Barga-Więcławska 1997).
Zdaniem Wiktora (2004) jest to gatunek pospolicie występujący w Polsce, jednak nieobecny na jej północy. W górach osiąga wysokość do 1300 m.np.m. 
Chciałbym w tym roku przypatrzeć się, czy potrafię ją wynaleźć na nowych stanowiskach. Powinien ją spotykać częściej. Dzielę się odnalezioną próbką (2/3 całości mojego depozytu), którą znalazłem w czasie porządkowania zbiorów. Okazy pochodzą sulejowskiego wapiennika, zebrane w czerwcu 2016 roku.
Chciałbym na koniec tego roku móc się podzielić nowymi znajomościami z maluchami, mam nadzieję, że coś się z tego uda...

niedziela, 30 września 2018

Zaroślarka pospolita Fruticicola fruticum (O.F. Müller, 1774)

Pierwszy raz spotkaliśmy się, jeśli dobrze pamiętam, pod koniec czerwca 1998 roku. To było podczas spaceru po Niebieskich Źródłach w Tomaszowie Mazowieckim. Później spotykaliśmy się dość często w różnych częściach naszego kraju, choć nie były to spotkania najczęstsze. Ostatnio w czasie Krajowego Seminarium Malakologicznego przypomniał mi o niej Artur Osikowski z Krakowa i pomyślałem, że i ja powinienem o niej przypomnieć.
Zaroślarka pospolita Fruticicola fruticum (O.F. Müller, 1774) to lądowy ślimak, który w mojej pamięci utknął jako Bradybaena. Nie wiem, kto się uparł przenieść ją do rodzaju Fruticicola, muszę się przestawić na nową nomenklaturę. Polski epitet gatunkowy wskazuje, że jest to gatunek pospolity. I w Polsce śmiało za taki może być uznany. Wśród lądowej malakofauny naszego kraju pojawia się często, zwłaszcza w podmokłych zaroślach (stąd nazwa rodzajowa), szczególnie lubując się w pokrzywach. Na tle innych lądowych ślimaków jest zaroślarka ślimakiem dość dużym, wielkością ustępuje tylko przedstawicielom Helicidae. Szerokość muszli waha się między 17 a 20 mm, zaś wysokość kształtuje się w przedziale 14-16 mm (podaję za Wiktorem, 2004). To, czym bardzo łatwo odróżnić zaroślarkę od na przykład ślimaka zaroślowego Arianta arbustorum jest dołek osiowy, który u Fruticicola jest dobrze widoczny, odkryty, głęboki i stanowi ok. 15% szerokości muszli. Powołuję się na to podobieństwo, bo właśnie przy okazji pierwszego spotkania w czasie zbioru byłem przekonany, że zebrałem kilka niedojrzałych osobników ślimaka zaroślowego i dopiero w domu zorientowałem się, że to nie młodzież, a zupełnie inny gatunek. Trochę to z powodu muszli, która - zwłaszcza w przypadku jaśniejszych osobników - jest na tyle cienkościenna, że prześwieca przez nią rysunek kompleksu palialnego. Jeśli jeszcze do tego dołożyć brązowy, brązowawy lub brązowoczerwony pasek, przebiegający wzdłuż muszli, niewprawiony amator może się w pośpiechu pomylić. Ale tylko w pośpiechu. Sama muszla, jeśli nie ma się do czynienia z żywym osobnikiem, może być biaława (kiedyś znalazłem fragment mlecznobiałej, lśniącej), żółtawa, zielonkawa (zwłaszcza u żywych jasnych osobników), brązowawa, rogowoczerwonawa z różowawą wargą, lekko tylko wywiniętą. Puste muszle mogą być podobne do skorupek ślimaka pagórkowego Euomphalia strigella, który jednak jest nieco mniejszy, a dołek osiowy jest z kolei nieco szerszy niż u zaroślarek.
Chcąc szukać zaroślarki najlepiej wybrać się w łęgowe zarośla, olsy czy zakrzewienia na brzegach podmokłych lasów. Z reguły wybiera miejsca zacienione, choć znajdowałem ją najczęściej wzdłuż dróg i ścieżek. Lubi pokrzywy, a oglądając je najlepiej patrzeć na spodnią stronę liści, bo zaroślarki nie lubią się rzucać w oczy. Można jej też szukać w ściółce, gdzie chroni się w czasie dłuższych okresów bez deszczu.
Podobno jest to gatunek europejski. Stanowiska z Rosji odnoszą się tylko do jej europejskiej części. Wschodnią granicę wyznacza Ural i Kaukaz, na północy kontynentu sięga Skandynawii, zaś na południu Europy notowana jest z Bałkanów. W Polsce najczęściej spotykałem ją w południowej i centralnej części kraju, ale pamiętam też ten gatunek z Koszalina.
Zespół krakowskich malakologów-genetyków pracuje obecnie nad określeniem zmienności genetycznej rodzaju Fruticicola. Bardzo jestem ciekaw wyników tych badań. Genetyka strasznie namieszała ostatnio w taksonomii i pewnie jeszcze sporo czasu upłynie, zanim miną wątpliwości związane z przynależnością gatunkową bądź rodzajową poszczególnych gatunków. Gdyby ktoś zechciał włączyć się w te działania, może skontaktować się z dr hab. Arturem Osikowskim z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, który koordynuje badania. Zwłaszcza północna Polska poleca się uwadze.
Rok 2005, okolice Uścia Gorlickiego

To samo miejsce, a ślimak zupełnie inny...

piątek, 28 lipca 2017

Rufus, lusitanicus czy vulgaris?

No to w końcu mamy ślimacze lato, nareszcie! Uprzykrzające urlopowiczom życie pogody są wręcz idealne do obserwowania ślimaków, zwłaszcza lądowych. Zdarza się, że wieczorami widuję po kilkaset śliników wyłażących z przeróżnych zakamarków na żer. Czasem widok jest jak w horrorze Ślimaki (The Slugs) o którym na blogu niegdyś wspominałem: przerażająca ilość głodnych ślimaków pełznących w stronę czegokolwiek, co da się zjeść, zwłaszcza kwiatów i warzyw...
Pogody są idealne zwłaszcza dla ślimaków nagich. Nie muszą się szczególnie starać. Żarcia w brud, kryjówek pod dostatkiem i wysoka wilgotność ułatwiająca długą aktywność dobową. Czego chcieć więcej? Dziś zatem kilka słów o ślimaku, który wielu malakologom sen spędza z powiek, nie wspominając o działkowcach, dla których jest synonimem ogromnych strat w uprawach.
Wiadomym jest, że żyje w Polsce kilka gatunków nagich ślimaków z rodzaju Arion. Rzecz w tym, że niedokładnie wiadomo ile, i jakie. Systematyka tego rodzaju jest dość zawiła dla laików, a niewielu malakologów lubi babrać się w goliźnie ślimaczej. Sprawę komplikuje synonimizacja opisanych gatunków oraz skłonność do tworzenia międzygatunkowych hybryd. Badania molekularne pewnie stopniowo będą sprawę rozjaśniać, ale sporo jeszcze Wisły upłynie, zanim zrobi się porządek.
Do największych krajowych Arionidae należą: Arion rufus i niemal identyczny Arion vulgaris, do którego odnoszą się niemal wszystkie dane z literatury na temat A. lusitanicus. Nie czuję się siłach, aby próbować rozjaśniać różnice pomiędzy gatunkami, natomiast w największym uproszczeniu mogę powiedzieć, że A. lusitanicus jest endemitem iberyjskim, natomiast tym paskudnym ekspansywnym ślinikiem znanym z tysięcy stanowisk w Polsce i w Europie jest A. vulgaris. Natomiast jest jeszcze A. rufus, który prawdopodobnie ma w Polsce wschodnią granicę zasięgu. Wiktor (2004) podaje, że śliniki te nie występują razem, ale chyba uznać trzeba, że dane te są nieaktualne. Podobnie dane dotyczące zasięgu A. rufus. Ma ten gatunek skłonność do synantropizacji i łatwo ulega zawleczeniu. Spotykałem go zarówno w rejonach naturalnego występowania (buczyny w okolicach Koszalina, sosnowe bory w Słowińskim Parku Narodowym), jak i w okolicach Kętrzyna czy Leżajska, a w okolicach Łodzi mógłbym go łopatą na przyczepę TIRa ładować...
W przypadku oznaczeń tych ślimaków zdać się można wyłącznie na badana anatomiczne i genetykę. Próba określania na podstawie barwy czy wyglądu jest całkowicie pozbawiona sensu. Co ciekawe, populacje dużych śliników na ogół są jednobarwne, ale barwa nie jest cechą stałą. Obserwuję to w miejscach, w których od kilku lat przyglądam się ślinikom. Corocznie ślimaki są nieco inne. Najczęściej przybierają barwę brązowawą w różnych odcieniach, ale bywa, że są prawie pomarańczowe albo prawie czarne. Takie czarne smoliste widywałem tylko na północy i na zachodzie Polski, natomiast pomarańczowe (pomidorowe) widywałem w różnych częściach Polski. W tym roku widuję jasnobrązowe lub czekoladowe (raczej jednak czekolada mleczna niż moja ulubiona gorzka...). Czy jednak mam do czynienia z A. rufus czy A. vulgaris, tego nie wiem, ale ufając malakologom wiem, że z pewnością nie z A. lusitanicus...







piątek, 14 lipca 2017

Zanim pójdę na plażę

Jest szansa, że pojadę w tym roku nad morze, nasze polskie, zimne, kochane, Morze. Jeszcze nie teraz, jeszcze muszę poczekać na urlop, ale perspektywa jest. Więc trzeba się przygotować do wyjazdu, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie. A tegoroczne przygotowania postanowiłem poprowadzić w zupełnie inną niż dotychczas stronę. Zostałem do tego sprowokowany nieco jednym z moich bibliofilskich nabytków, który stał się powodem pewnych zaskoczeń, o których wspomnę poniżej.
Utyskiwałem niejednokrotnie na ubóstwo naszej rodzimej malakofauny. Żeby zrozumieć ten stan rzeczy trzeba jednak nie gniewać się na ślimaki, tylko spojrzeć na ustalenia geologów i tam szukać przyczyn tego stanu rzeczy. Bo nie zawsze tak było. Winę ponoszą przede wszystkim zlodowacenia, które w czwartorzędzie rozdawały karty w tej części Europy. Napierający od północy lądolód niszczył stopniowo wszystko, co przed nim, a ustępując, tworzył warunki do kolonizacji określonym gatunkom w określonym czasie. Ponieważ geografia naszego kraju jest taka, że morze mamy na północy, a góry na południu, stąd sytuacja mięczaków w okresach interglacjalnych nie była za ciekawa: uciec przed lodowcem może by się udało, gdyby nie bariera Karpat na południu. Te same Karpaty stanowiły również barierę w ekspansji gatunków z południa, kiedy u nas puszczały lody. Może tylko dla uczciwości dopowiem, że mówiąc o zlodowaceniach nie mówimy o jednej czy drugiej sroższej zimie, ale o trwających tysiącami lat procesach klimatycznych przekształcających właściwie całą północną półkulę. Przynajmniej czterokrotnie obszary naszego kraju, w różnym stopniu, znajdowały się pod lodem na długie tysiące lat. I choć w geologicznej skali czasu to tylko ułamki, dla historycznego myślenia to wartości ogromne. Dzięki pracy geologów wiemy jednak, jak kształtował się klimat w określonych epokach i jakie miało to konsekwencje dla żyjących tutaj zwierząt. W moje ręce wpadła ostatnio książka Sylwestra Skompskiego pt. Fauna czwartorzędowa Polski. Bezkręgowce. Wydana przed ponad ćwierćwieczem straciła już dużo na aktualności, ale nie w sensie niezgodności, co w sensie ilościowym: dobrze byłoby pamiętać, że ćwierćwiecze to długi dla nauki okres i owoce naukowych dociekań mogłyby znacząco uzupełnić przygotowaną wówczas publikację. W rozdziale poświęconym mięczakom podaje Skompski kilkadziesiąt gatunków mięczaków, które w czwartorzędzie (a więc na przestrzeni ostatnich 2.580 tysięcy lat) występowały na terenach dzisiejszej Polski. Jest to zbiór danych z literatury oraz badań własnych autora, obejmujących zapis kopalny mięczaków w najmłodszym okresie geologicznym.  Skompski wymienia następujące gatunki reprezentowane w pokładach geologicznych czwartorzędu dzisiejszej Polski:
Ślimaki:
  1. Theodoxus fluviatilis
  2. T. serratiliniformis
  3. Viviparus contectus
  4. V. viviparus
  5. V. diluvianus
  6. V. politus
  7. V. striatus
  8. Valvata cristata
  9. V. piscinalis
  10. V. pulchella
  11. V. naticina
  12. Lacuna vincta
  13. Littorina littorea
  14. Rissoa membranacea
  15. R. inconspicua
  16. Hydrobia balthica
  17. H. ulvae
  18. Ventrosia stagnorum
  19. Paladilhia (=Belgrandia) marginata
  20. Potamopytrgus jenkinsi
  21. Marstoniopsis scholtzi
  22. Lithoglyphus naticoides
  23. L. jahni
  24. Bithynia tentaculata
  25. B. leachi
  26. Acicula polita
  27. Fagotia acicularis
  28. Bittium reticulatum
  29. Scala clathrus
  30. Nassa reticulata
  31. Diaphana minuta
  32. Odostomia pallida
  33. Chrysalida spirali
  34. Eulimella nitidissima
  35. Carychium minimum
  36. C. tridentatum
  37. Aplexa hypnorum
  38. Physa acuta
  39. Ph. fontinalis
  40. Lymnaea stagnalis
  41. L. corvus
  42. L. turricula
  43. L. truncatula
  44. L. peregra
  45. L. (=Myxas) glutinosa
  46. Planorbarius corneus
  47. Planorbis plan orbis
  48. P. carinatus
  49. Anisus septemgyratus
  50. A. spirorbis
  51. A. leucostomus
  52. A. vortex
  53. A. vorticuls
  54. A. contortus
  55. Gyraulus albus
  56. G. laevis
  57. G. rossmaessleri
  58. G. acronicus
  59. G. riparius
  60. Armiger crista
  61. Hippeutis complanatus
  62. Segmentina nitida
  63. Menetus dilatatus
  64. Ancylus fluviatilis
  65. Acroloxus lacustris
  66. Cochlicopa lubrica
  67. C. nitens
  68. C. lubricella
  69. Columella Columella
  70. Truncatellina cylindrica
  71. Vertigo angustior
  72. V. antivertigo
  73. V. pygmaea
  74. V. substriata
  75. V. pseudosubstriata
  76. V. arctica
  77. V. parcedentata
  78. Pupilla muscorum
  79. P. sterri
  80. P. loessica
  81. Vallonia cos tata
  82. V. pulchella
  83. V. ennensis
  84. V. tenuilabris
  85. Acanthinula aculeata
  86. Gastrocopta serotina
  87. G. turgida
  88. Abida intrusa
  89. Chondrula tridens
  90. Succinea putris
  91. S. oblonga
  92. Oxyloma elegans
  93. Punctum pygmaeum
  94. Discus rotundatus
  95. D. ruderatus
  96. D. perspectivus
  97. Vitrea transsylvanica
  98. Nesovitrea hammonis
  99. N. petronella
  100. Aegopinella pura
  101. Ae. lozekiana
  102. Ae. ressmanni
  103. Oxychilus depressus
  104. O. inopinatus
  105. Zonitoides nitidus
  106. Z. sepultus
  107. Euconulus fulvus
  108. Cochlodina cerata
  109. Macrogastra ventricosa
  110. M. densestriata
  111. M. tumida
  112. M. plicatula
  113. Balea biplicata
  114. Lacinaria plicata
  115. Vestia turgida
  116. Bulgarica cana
  117. Bradybaena fruticum
  118. Helicella obvia
  119. Helicopsis striata
  120. Perforatella rubiginosa
  121. P. incarnata
  122. P. vicina
  123. P. bidentata
  124. P. dibothryon
  125. Trichia unidentata
  126. T. hispida
  127. Euomphalia strigella
  128. Helicodonta obvoluta
  129. Soosia diodonta
  130. Helicigona lapicida
  131. Chilostoma banaticum
  132. C. faustinum
  133. Arianta arbustorum
  134. Isognomastoma isognomastoma
  135. Cepaea vindobonensis
  136. C. hortensis
  137. C. nemoralis
  138. Helix pomatia
oraz małże:

  1. Portlandia (=Yoldia) arctica
  2. Brachydontes lineatus
  3. Mytilus edulis
  4. Unnio pictorum
  5. U. crassus
  6. Pseudanodonta complanata
  7. Astarte borealis
  8. Divaricella divaricata
  9. Mysella bidentata
  10. Cardium lamarcki
  11. C. paucicostatum
  12. Spisula subrtuncata
  13. Macoma balthica
  14. Mya arenaria
  15. Scrobicularia plana
  16. Dreissena polymorpha
  17. Arctica (=Cyprina) islandica
  18. Corbicula fluminalis
  19. Pisidium amnicum
  20. P. sulcatum (=astardoides)
  21. P. henslovanum
  22. P. supinum
  23. P. milium
  24. P. subtruncatum
  25. P. nitidum
  26. P. lilljeborgi
  27. P. pulchellum
  28. P. casertanum
  29. P. obtusale
  30. P. moitessierianum
  31. Sphaerium rivicola
  32. S. solidum
  33. S. corneum
  34. S. lacustre
  35. Venerupis aurea senescens
Nazwy podałem według zapisu stosowanego przez autora publikacji, dziś trzeba by dopisać wiele synonimów, a przede wszystkim dostosować do obowiązującego nazewnictwa. Lista wymaga pewnego komentarza. Z powyższych gatunków posiadam w swoich zbiorach dwie muszle Nassarius reticulatus z interglacjału eemskiego z okolic Mikoszewa. To niewiele jak na 173 gatunki obecne w osadach czwartorzędowych. Część z wymienionych gatunków już wymarła i znana jest wyłącznie z zapisu kopalnego, np. Pupilla loessica. Inne gatunki, jak np. Littorina littorea są dość rozpowszechnione na świecie, ale nie występują na naszym terenie. Tak jest też ze wspomnianym Nassarius reticulatus, którego dziś znaleźć można w wielu ciepłych wodach morskich, ale nie w Bałtyku. No chyba że znajdzie się jakaś pusta muszla w wypłukanych starszych depozytach.
Przynajmniej jeden gatunek wydaje mi się być tutaj nie na miejscu, a mianowicie Potamopyrgus antipodarum (=jenkinsi). Wydaje mi się, że musiało nastąpić błędne zidentyfikowanie gatunku, ale nie wiem, z jakiego źródła pochodzi informacja o występowaniu P. antipodarum. Upieram się, że to zwierzę pochodzi z półkuli południowej i nie mogło u nas żyć przed kolonizacją w XIX-XX wieku. Zaskoczeniem dla nie było pojawienie się Corbicula fluminalis. Według zapisu geologicznego wymarła tutaj pod koniec interglacjału mazowieckiego. Zatem w odniesieniu do dzisiejszego podboju należałoby bardziej mówić o rekolonizacji naszych wód, a określenie "gatunek obcy" wydaje się być w takim ujęciu nie na miejscu... Podobnie oczywiście rzecz się ma z Dresissena polymorpha i z Lithoglyphus naticoides, wymienianych jako gatunki obce. Zastanawia mnie, czy można tu mówić o jakimś szczególnym mechanizmie rekolonizacji, muszę poszukać, poczytać, popytać, bo bardzo to interesujące.
Spośród wymienionych małży nie występuje u nas dziś już 11-12 gatunków. Ślimaków jest zdecydowanie więcej wśród nieobecnych, naliczyłem 27 gatunków, łącznie z gatunkami obecnie wymarłymi. Znów nie mam jasności co do gatunków, o których współcześnie sądzi się, że są elementem obcym w naszej malakofaunie, a mianowicie Physa acuta i  Menetus dilatatus. Muszę zrewidować swoje poglądy na temat pojęcia "gatunek obcy".
To, co widzimy jadąc na wakacje, to przekształcony przez człowieka świat po ostatnim zlodowaceniu. Kiedyś, jeśli Ziemia sobie z nami poradzi, tworzyć będziemy kolejne warstwy geologiczne, w których oprócz depozytów naturalnych trafiać się będą artefakty z wszechobecnym plastikiem. Warto postudiować czasem informacje o kształcie naszych ziem przed setkami tysięcy lat, otwiera to bowiem wiele nowych perspektyw i wyjaśnia wiele wątpliwości. I rodzi wiele nowych, ale przecież czyż nie po to jest czas urlopu, aby odkrywać nowe rzeczy?

Nassarius reticulatus z interglacjału eemskiego, Mikoszewo

S. Skompski. 1991. Fauna czwartorzędowa Polski. Bezkręgowce. Warszawa, WUW, 238pp.
  

środa, 8 marca 2017

Czy wśród mięczaków są kobiety?

Idę w zakład, że zdecydowana większość z Was spotkała się ze stwierdzeniem, że ślimaki to obojnaki. I to nawet z prawdziwym stwierdzeniem, ale prawdziwym tylko w części. W dużej części, ale nie oznacza to bynajmniej, że obojnactwo jest jedynym rozwiązaniem płciowym wśród ślimaków. Z okazji Dnia Kobiet chciałem dziś chwilkę spojrzeć na żeński pierwiastek w świecie mięczaków.
Rozdzielność płciowa występuje u licznych ślimaków, małży i głowonogów. Nie bardzo się orientuję, jak rzecz ma się u pozostałych gromad, zwłaszcza wśród chitonów i jednotarczowców, ale może kiedyś sprawdzę. W każdym razie nawet w Polsce znaleźć można gatunki ślimaków, u których występuje rozdzielność płciowa, nawet z czasem wyraźnym dymorfizmem płciowym.
Najlepiej przyjrzeć się dość pospolitej w Polsce żyworodce, czy to Viviparus viviparus, czy V. contectus. Powinien to być podręcznikowy dowód na tezę, że nie każdy ślimak to obojnak. Żyworódki nie tylko że są rozdzielnopłciowe, ale też wyraźnie (no powiedzmy, że wyraźnie) zaznaczają różnice między samcami a samicami. Muszle samic są nieco większe i nieco bardziej obłe, co jest związane ze strategią rozrodczą opierającą się na przetrzymywaniu w specjalnej torbie lęgowej zarodków. Jeśli po zimie znajdziecie gdzieś na brzegu stawu lub jeziora zeszłoroczne muszle żyworódek, zdejmijcie wieczko i potrząśnijcie muszlą nieco, aby wysypać z niej detrytus i pozostałości mięczaka. Z niektórych muszli wysypią się dwumilimetrowe  skorupki, bardzo delikatne, szczątkowe. Znaczy, że trzymacie muszlę samicy żyworódki. Jeśli chodzi o żywe osobniki tego gatunku, to łatwiej rozróżnić samca od samicy po czułkach: samice mają oba jednakowej długości i grubości (takie nitkowate prawie), natomiast samce mają prawy czułek wyraźnie pogrubiony i nieco krótszy (bo przekształcony w narząd kopulacyjny).
Inny z krajowych ślimaków, kiedyś określany mianem przodoskrzelnych, namułek pospolity Litoglyphus naticoides również może służyć za przykład rozdzielnopłciowości wśród ślimaków. Aby odróżnić samca od samicy należy przyjrzeć się ujściu muszli: u samiczek ujście jest proste, natomiast u samców widoczne jest łukowate wcięcie ujścia muszli w jej dolnej części.
Kiedyś wspominałem o obcym składniku naszej malakofauny - wodożytce nowozelandzkiej. U Potamopyrgus antipodarum występują populacje złożone wyłącznie z samic, które rozmnażają się partenogenetycznie (w warunkach kolonizowanych, bo naturalnie żyjące wodożytki znają samców). I to kolejny przykład żeńskiego pierwiastka wśród ślimaków.
U małży temat płci też jest bardzo ciekawy. Zasadniczo duża ich część, np. z rodziny Unionidae, jest rozdzielnopłciowa. Wówczas muszle samic są bardziej pękate i można w ten sposób próbować określać, czy to chłopiec czy dziewczynka;) Ciekawe jest to, że w normalnie zagęszczonych populacjach występują samce i samice. Kiedy liczebność mocno spada i trudno o znalezienie partnera, wówczas pojawia się hermafrodytyzm, tak dzieje się np. u perłoródki rzecznej (a ta jest już z rodziny Margeritiferidae, nie Unionidae).
O głowonogach nie będę się rozpisywał poza tym, że najciekawszym przykładem dymorfizmu płciowego w tej gromadzie wydaje się być żeglarek argo Argonauta agro. Ośmiornica ta w okresie rozrodu buduje specyficzną muszlę (która nie jest muszlą homologiczną z innymi muszlami mięczaków), służącą za inkubator jaj. Samica składa jaja do wnętrza muszli, następnie zasiada w niej jak w łodzi i pilnuje, żeby potomstwu było dobrze... jak u mamy. Myślę, że kiedyś więcej napiszę na temat żeglarków, bo to bardzo ciekawe stworzenia.
Tak więc, jeśli nadal ktoś twierdził będzie, że mięczaki są obojnakami, proszę rację przyznawać, z dopowiedzeniem, że jednak nie wszystkie.
A z okazji Dnia Kobiet, wszystkim Paniom, a zwłaszcza tym, które zajmują się malakologią, serdeczności posyłam.

wtorek, 10 stycznia 2017

Wewnętrzne życie ślimaków

Zamierzam dziś zrobić coś, co w normalnych warunkach byłoby próbą własnoręcznego złamania karku... Mam zamiar podjąć się recenzji książki, której nie czytałem, nie dotykałem ani nawet nie widziałem. Ale wiem o jej istnieniu i nawet wiem (po trosze) jak wygląda. Dużo mniej wiem o tym, co w środku, a to z dwóch powodów. Pierwszy: bo książka po angielsku, a ja wciąż jestem na etapie Kali być, Kali niśtferszejen;( * Drugi: bo jest o przywrach Digenea, a to przecież czarna magia dla takich dyletantów jak ja. A mimo wszystko zamierzam kilka poniższych zdań poświęcić tej właśnie publikacji, bijąc się w piersi, że robię to tak późno.
W roku 2016 Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu wydało książkę dr Anny Cichy i prof. Elżbiety Żbikowskiej pt Atlas of Digenea developmental stages. The morphological characteristics and spread within the populations of freshwater snails from the Brodnickie Lakeland, Poland. Publikacja, jak przystało na atlas, zaopatrzona jest w bogaty materiał ilustracyjny prezentujący przeszło czterdzieści taksonów przywr digenicznych, czyli pasożytniczych płazińców potrzebujących ślimaków do skutecznego rozmnażania się. Przywry Digenea mają niezwykle skomplikowany cykl rozwojowy, obejmujący kilka stadiów pośrednich od miracydiów przez sporocysty po cerkarie (chyba po drodze zgubiłem gdzieś redie, taki głąb ze mnie...). Charakterystyczne jest to, że bez ślimaków nie są w stanie przejść do kolejnych etapów pośrednich. Przywry są niebezpiecznymi pasożytami dla kręgowców, które są dla nich żywicielami ostatecznymi, a zarażenia nimi są groźnymi chorobami, często będącymi jednymi z głównych czynników śmiertelności bydła lub ludzi, np. schistosomatozy. Były czasy, że nawet w Polsce prowadzono szeroko zakrojone akcje wytruwania błotniarki moczarowej Galba truncatula jako jako wektora motylicy wątrobowej. Obecnie wiadomo, że za zarażeniami przywrami stoją nie tylko błotniarki moczarowe, ale również wiele innych słodkowodnych ślimaków. Między innymi relacjom między ślimakami a przywrami poświęcona jest ta książka. Poznanie fauny pasożytniczej bezkręgowców jest niezwykle istotne w konstruowaniu planów zwalczania chorób bydła oraz profilaktyki zakażeń płazińcami przez ludzi. Stąd - wziąwszy od uwagę cele poznawcze omawianej publikacji - warto o niej mówić i warto ją przybliżać w różnych środowiskach, między innymi wśród inspektorów sanitarnych, weterynaryjnych czy też wśród parazytologów. I oczywiście wśród malakologów, wszak dotyczy ona bardzo ważnych interakcji między różnymi ślimakami a ich pasożytami. Nie bez znaczenia jest tu i fakt, że obie Autorki są z malakologią związane od początku swoich karier naukowych.
Obie Panie pracują obecnie nad czymś dużo większym, wymagającym ogromnego rozmachu badawczego i benedyktyńskiej wręcz cierpliwości, ale przede wszystkim wymagającym współpracy różnych specjalistów z całej Polski. Przygotowywany jest właśnie Katalog Fauny Pasożytniczej Polski (to ma być opracowanie zoologiczne, nie politologiczne - uspokajam), poświęcony bezkręgowcom. W związku z tym potrzebna jest bibliografia wszystkich stwierdzeń na terenie Polski pasożytów bezkręgowców, a więc i mięczaków, i pierścienic, i stawonogów, słowem: wszystkich bezkręgowców, na których (w których) pasożytują między innymi wiciowce, sporowce, zarodziowce, orzęski, przywry, tasiemce, wrotki, nicienie czy pierścienice. Wszelkie informacje na ten temat można przesyłać na adres zzb@umk.pl lub kontaktując się bezpośrednio z prof. Elżbietą Żbikowską lub dr Anną Cichy.

* ładnie to wygląda, prawda;)

Anna Cichy, Elżbieta Żbikowska. 2016. Atlas of Digenea developmental stages. The morphological characteristics and spread within the populations of freshwater snails from the Brodnickie Lakeland, Poland. Toruń, WN UMK, 218 pp, ISBN 978-83-231-3539-5

czwartek, 17 listopada 2016

Ślimak aksamitny Causa holosericum (Studer, 1820)

Wspominałem wczoraj o ślimaku obrzeżonym odgrażając się, że wkrótce napiszę o ślimaku aksamitnym, który do pierwszego jest dość podobny. To również gatunek znany mi tylko z muszli, którego jak dotąd nie udało mi się spotkać w terenie. Ale czemu miałbym go w terenie spotkać, skoro kolejny rok ni razu nie polazłem w las...
Usprawiedliwiam się przed sobą samym, że terapeutyzuję się pisaniem o mięczakach. Nie mam w ostatnim czasie możliwości oddawania się łażeniu po krzakach i chaszczach, więc żeby zachować resztki psychicznej równowagi pozwalam sobie na wykradanie paru chwil dla swojej niepojętej pasji. Może pozwoli mi to przetrwać te kilka miesięcy dokarmiając nadzieję okruchami ślimaczych widoków.
Ślimak aksamitny Causa holosericum (Studer, 1820) (obecnie częściej jako Causa holosericea) jest przedstawicielem rodziny Helicidae, do której należą największe oskorupione krajowe ślimaki lądowe. Nie należy jednak do grupy tych największych, dochodząc do 12 mm szerokości i ok. 6 mm wysokości. Jest zatem zbliżony rozmiarami do ślimaka obrzeżonego i do ślimaka maskowca Isognomastoma isognomastoma, który jednak ma wyraźnie wyższą skrętkę. Muszla ślimaka aksamitnego jest prawie płaska, wierzchołek tylko nieznacznie wystaje poza obrys ostatniego skrętu. Oskórek muszli (periostarcum) tworzy bardzo liczne i bardzo krótkie włoski, które u żywych osobników wyglądają jak aksamit (niestety nie widać tego na zamieszczonych poniżej zdjęciach). Zaobserwować można gołym okiem linie przyrostu muszli, które dają efekt lekkiego prążkowania. Ujście brązowej muszli zakończone jest białą wargą uzbrojoną w dwa wyraźne zęby (bazalny i palatalny), natomiast dołek osiowy jest otwarty i głęboki, ale wąski (ok. 1/5 szerokości).
Jest to typowo górski ślimak, występujący do 2000 m n.p.m. Na ogół żyje w lasach, zwłaszcza porastających kamieniste zbocza. Żyje w ściółce, pod kamieniami i pod kłodami drewna. W Polsce jest gatunkiem rzadkim i choć występuje od Podgórza Sudeckiego przez Tatry do Przełęczy Dukielskiej, jego populacje są niewielkie i narażone na wyginięcie. Nie znalazł się w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt, ale znajduje się na Polskiej Czerwonej Liście  Zwierząt Ginących i Zagrożonych (kategoria NT - bliski zagrożenia). W Polsce nie jest objęty ochroną gatunkową, ale zasługuje na uwagę. Nie jest mi znana biologia tego gatunku, niewiele wiem ponad to, że jest gatunkiem jajorodnym, cieniolubnym, petrofilnym (wg Analizy malakologicznej Alexandrowiczów), charakterystycznym dla lasów o średniej wilgotności. Nie znam też nikogo, kto zajmowałby się tym gatunkiem bardziej szczegółowo, a przydałoby się poznać jego cykl życiowy i wzbogacić nieco wiedzę o jego biologii. Może kiedyś doczekam jakiegoś bardziej szczegółowego opracowania, najlepiej polskojęzycznego, bo przyznaję się, że nawet w zasobach internetowych niewiele udało mi się znaleźć na jego temat.



poniedziałek, 17 października 2016

Guide to Freshwater and Marine Mollusca of Poland

Przed kilkoma dniami, w czwartek 13 października 2016 roku, miała miejsce oficjalna prezentacja książki prof. Andrzeja Piechockiego i dr Brygidy Wawrzyniak-Wydrowskiej pt. "Guide to Freshwater and Marine Mollusca of Poland". Działo się to w czasie inauguracji XXXII Krajowego Seminarium Malakologicznego w Spale (relacja bardzo wkrótce;). To najpełniejsze opracowanie krajowej wodnej malakofauny obszaru Polski, w tym polskich wód Bałtyku, na dodatek opracowanie w języku angielskim.
Miałem to szczęście uczestniczyć w wielu rozmowach na temat tej książki w czasie, kiedy powstawała. A powstawała długo, choć jak na ten typ publikacji - i tak szybko. Bo od tego trzeba zacząć: cóż to za typ publikacji. Czesław Miłosz, rozpoczynając jedno z największych dzieł swojego późnego życia, Traktat teologiczny rozpoczął od słów: Takiego traktatu młody człowiek nie napisze. Chciałbym, aby to było coś na kształt motta do rozważań przed początkiem lektury. Bo i to, co piszę poniżej, nie jest recenzją (tę pisze się po przeczytaniu dzieła), a raczej dzieleniem się i informacją o tej książce, i emocjami (podkreślam emocjonalną motywację), które towarzyszą mi w związku z jej posiadaniem.
Wyszła dosłownie na dniach i nawet próżno jej jeszcze szukać na stronach wydawcy (to należałoby natychmiast nadrobić!). Jej okładkę widziałem już kilka miesięcy temu, układ graficzny również, przy okazji któregoś ze spotkań z prof. Piechockim. I to, co jest pierwszym efektem, w mojej ocenie wypada bardzo dobrze: książka z daleka prezentuje się bardzo ładnie, wzięta do ręki cieszy swoją wagą i starannością wydania. Sztywna oprawa zdradza pewien zamysł: ta książka ma długo służyć. O tym za chwilę.
Kiedy krążą mi po głowie słowa Miłosza, mam na myśli to, że młody naukowiec nie podejmie się takiej syntezy. Do tego trzeba ogromnej wiedzy, ale również doświadczenia w jej wykorzystywaniu. Nie o to przecież chodzi, by napisać wszystko, ale by napisać tyle, by było wiadomo gdzie wszystkiego szukać. Drugą sprawą jest to, że młodzi naukowcy nie mogą dziś koncentrować się na pracach syntetycznych, bo te zabierają za dużo czasu i są za nisko oceniane w punktacji. W książkach takich jak ta odbija się jak w soczewce paradoks dzisiejszych czasów: spełnienie marzeń w postaci napisania książki jest mniej doceniane niż opublikowanie krótkiego artykułu, za to w "renomowanym" piśmie (o wysokim IF). Dlatego takiego traktatu młody człowiek nie napisze. Tym bardziej się cieszę, że udało się w końcu stworzyć książkę, która uzupełnia brak informacji o wodnej malakofaunie Polski. Ogromne za to podziękowania należą się pierwszemu autorowi, prof. Piechockiemu, którego determinacja zaowocowała piękną i ważną publikacją. Oczywiście podziękowania należą się również dr Brygidzie Wawrzyniak-Wydrowskiej, która wykonała większość materiału fotograficznego dla tej pozycji.
Książka została porządnie przygotowana i miło się do niej zagląda. Myślę, że mało przekonującym argumentem jest określenie, że "miło się zagląda". Ważniejsze jest, po co tam można zajrzeć. Jestem przekonany, że książka znajdzie czytelników (odbiorców) zarówno w Polsce (wszak do tego obszaru odnosi się jej zawartość), jak i w Europie, i to Wschodniej, jak i Zachodniej. Napisana po angielsku stanowi syntezę wiadomości o mięczakach występujących w centralnej Europie, dając tym samym ogląd malakologom europejskim na to, co  każdy z nich może znaleźć u siebie. Bardzo dobre charakterystyki gatunków, przejrzysty układ, cenne opisy biologii gatunków, na to wszystko bardzo dobre fotografie: wszystko zdaje się być przepustką do sukcesu, który wyrażać się powinien w dwóch równorzędnych wektorach: ilości odbiorców i trwałości treści. Myślę, że przez najbliższe dekady będzie to najczęściej wykorzystywana przez biologów publikacja na temat mięczaków wodnych tego obszaru Europy.
Książka zawiera opis 110 gatunków wodnych mięczaków, w tym 63 gatunki ślimaków i 47 gatunków małży. Nie było u nas jeszcze tak obfitego opracowania, oczywiście z wyłączeniem klucza prof. Urbańskiego, który dotychczas jest jedynym w Polsce opracowaniem całości malakofauny. Omówione zostały gatunki zarówno słodkowodne, jak i słonawowodne i morskie. To ważne, ponieważ te dwie grupy są bardzo słabo reprezentowane w polskiej literaturze. Tak więc znaleźć tu można informacje o krajowych Rissoiddea, Hydrobidea, a nawet o ślimakach tyłoskrzelnych, których cztery gatunki trafiają się w wodach Bałtyku.
Na szczegóły przyjdzie czas, by omawiać. Pierwsze wrażenie jest bardzo dobre, choć psuje je nieco nagromadzenie edytorskich pomyłek, które mogą zamieszać tym, którzy przygodę z malakologią dopiero zaczynają. Na wielu fotografiach pojawiają się źle podpisane skale. Oczywiście wiedząc, jakiej wielkości jest dany gatunek (a to zawsze znajduje się w opisie zwierzęcia), nie jest to tragedią, ale jednak nieco podrażnia w odbiorze. Albo potrzebne będą "errata" w kolejnych egzemplarzach, albo w dodruku bądź drugim wydaniu trzeba będzie to pozmieniać.
Wydaje się, że na dzień dzisiejszy opisane zostały wszystkie gatunki z terenu Polski. Pewnie z czasem sytuacja będzie się zmieniać, zwłaszcza że w systematyce mięczaków nadal panuje światowy chaos potęgowany pracami molekularnymi. Zapewne przybywać będzie gatunków obcych, zrewidowane zostaną stanowiska systematyczne jakichś gatunków (np. z rodzaju Bithynella), ale to z czasem. Po dwudziestu trzech latach małże krajowe doczekały się kompletnego opracowania, ślimaki wodne czekały na to lat trzydzieści siedem... Kto zatem posiada napisany przed dwunastu laty klucz do lądowych ślimaków Polski autorstwa prof. Andrzeja Wiktora oraz bardzo ważną, a nienależycie przeze mnie docenianą pracę profesorów Stefana i Witolda Alexandrowiczów Analiza malakologiczna, ten nabywając najnowszą książkę o mięczakach wodnych posiądzie wiedzę o wszystkich krajowych Mollusca. Prawie, bo przydałoby się uzupełnić klucz do ślimaków lądowych o kilka nowych u nas gatunków (a będzie tego przynajmniej pięć gatunków).
Od kilku dni jestem posiadaczem (i czytelnikiem) książki Guide to Freshwater and Marine Mollusca of Poland. Książki, na którą czekałem wiele lat. Już jest. Kto jeszcze jej nie ma, niech puka do drzwi wydawnictwa Bogucki Wydawnictwo Naukowe z Poznania. I lepiej z tym nie czekać do świątecznych prezentów, bo w mojej ocenie szybko się książka po świecie rozejdzie, bardzo szybko...

środa, 17 sierpnia 2016

Bursztynki Polski

Zdarzyło się niedawno, że w jednym z przydrożnych centrów ogrodniczych kupowałem sadzonkę dębu. Rzecz działa się w okolicach Łasku, w centralnej Polsce, a szczegół ten podaję ze względu na bliskość rzeki Grabi i jej polderów. Nie byłbym sobą, gdybym szukając sadzonek, nie rozejrzał się za możliwymi ślimakami. Centra ogrodnicze typuję jako miejsca nowych stanowisk ślimaków dotąd niewystępujących w Polsce. Łudzę się, że kiedyś jako pierwszy wypatrzę gagatka zawleczonego skądś tam i pisząc o tym artykuł, będę dzierżył laur pierwszeństwa. Tym razem jednak moja megalomania musiała ustąpić miejsca pospolitej bursztynce i pospolitemu mojemu nieuctwu, bowiem wypatrując bursztynkę, nie potrafiłem przypisać jej do gatunki. I dziś o tym kilka słów.
Tak naprawdę z bursztynkami (Succinidae) to nie powinno być w Polsce problemu, bo to raptem pięć gatunków. Ale problem jest, bo nawet nie wiadomo, czy pięć, czy może jednak cztery. Nie jest to najczęściej badana rodzina ślimaków, choć doczekała się w naszym języku kilku opracowań, w tym jednej monografii autorstwa prof. Marii Jackiewicz.
Chodzi o to, że na ogół podaje się z terenu Polski pięć gatunków bursztynek: pospolitą Succinea putris, Pfeiffera Succinea (Oxyloma) elegans, wysmukłą S. (Oxyloma) sarsi, podłużną Sucinea (Succinella) oblonga oraz piaskową Catinella (Quicella) arenaria. Osobiście ustawiam się po stronie tych, którzy powątpiewają w obecność tej ostatniej u nas i biorą bardzo ostrożnie doniesienia z Polski na jej temat (a jest podawana np. z Kampinoskiego Parku Narodowego - badania dr Bargi-Więcławskiej). Należę również do tych, którzy wcale dobrze nie czują się w oznaczeniach tej rodziny. Ślimaki te są bardzo do siebie podobne i trzeba by je kroić, żeby mieć jakąś pewność. Ważne jest też, żeby kierować się biologią identyfikowanego gatunku, gdyż pomaga ona w odróżnianiu bursztynek od siebie. I tak na przykład bursztynki, które obserwowałem w centrum ogrodniczym, raczej nie należały do gatunku Succinea putris, bo były i za małe, i za ciemne. Ponieważ znalazłem je jednak sporo od wody, raczej nie były to S. sarsi, bo za sucho, ale czy S. oblonga - nie wiem, bo nie kroiłem (nawet nie zabrałem próbki). Wydaje mi się, że nie S. putris, bo nie siedziały na roślinach wysoko, tylko pełzały po ziemi, a mnie się bursztynka pospolita S. putris kojarzy raczej ze ślimakiem, który lubi łazić po krzakach. Zostaje zatem oblonga lub elegans, ale tego już nie rozstrzygnę.  
Wszystkim, którzy chcieliby coś więcej poczytać o polskich bursztynkach, polecam pracę sprzed kilkunastu lat, autorstwa prof. Marii Jackiewicz. To jak dotychczas najobszerniejsze opracowanie tej rodziny w języku polskim. Praca ukazała się w 2003 roku nakładem poznańskiego wydawnictwa Kontekst.




poniedziałek, 25 lipca 2016

Poczwarówka szorstka - Columella aspera Waldén, 1966

Spośród trzech gatunków rodzaju Columella Westerlund 1878 (Sylommatophora: Vertiginidae), w Polsce występują trzy: edentula, columella i aspera. Prawdopodobnie, bo z edentula i columella to jest jakieś zamieszanie systematyczne. Z tym, że Columella columella objęta jest w Polsce ochroną gatunkową. Najpospolitsza jest prawdopodobnie poczwarówka bezzębna Columella edentula (Draparnaud, 1805), którą mnie się udaje wypatrzeć nadzwyczaj rzadko. Co innego jest z poczwarówką szorstką Columella aspera Waldén, 1966, którą - w sensie ilościowym - znam bardzo dobrze. Kilka razy już wspominałem o tym gatunku, dziś troszkę więcej, bo jest i okazja.
Byłem ostatnio w lesie w Sulejowskim Parku Krajobrazowym. To sosnowy bór, który często nawiedzałem w dziecięcych i młodzieńczych latach. Często chodziłem tam na grzyby lub jagody, a w ostatnich latach do listy dołączam jeszcze poczwarówki.
Kilka dni temu wybrałem się na jagody, z nadzieją jednak, że uda mi się wypatrzeć również poczawrówki. Udało się, choć w zdecydowanie mniejszej ilości, niż zakładałem. W sumie udało mi się znaleźć cztery dorosłe osobniki i jednego maluszka.
Poczwarówka szorstka Columella aspera Waldén, 1966 jest jednym z później opisanych europejskich gatunków ślimaków lądowych, opisanym zresztą przez szwedzkiego malakologa na podstawie okazów z Polski. Pięćdziesiąt lat to wystarczający czas, aby opatrzyć się z gatunkiem i częściej go rozpoznawać. Nie można wykluczyć, że wiele z opisanych wcześniej stanowisk Columella edentula odnosi się właśnie do poczwarówki szorstkiej. Jest to gatunek występujący w lasach i na łąkach, raczej o kwaśnym podłożu (acidofilny), w zdecydowanie mniej wilgotnych miejscach niż poprzedni z przedstawicieli Columella. Ja znam go wyłącznie z miejsc, gdzie rośnie Vacinum myrtilus L., czyli pospolita czarna jagoda lub borówka czarna, zależy jak kto zwie. W każdym razie zdarzało się, że przy okazji zbioru jagód (borówek czarnych) przynosiłem i po 150 poczwarówek. Właśnie stamtąd, czyli z Sulejowskiego Parku Krajobrazowego (między miejscowościami Koło i Proszenie) oraz poza granicami SPK w lasach między Proszeniem a Rakowem (lasy przylegające do drogi S8) znam najwięcej stanowisk tego gatunku. Wiktor w kluczu z 2004 roku wspomina o kilkunastu stanowiskach na Pomorzu, w Wielkopolsce, na Kujawach, Podlasiu i Beskidzie Wschodnim, zaznaczając jednocześnie, że może występować na terenie całego kraju. I ja się ku temu przychylam, choć nie wiem, czy nie na wyrost. W każdym razie jeśli w jakimś sosnowym lesie na kwaśnych piaszczystych glebach na krzaczkach borówki znajdzie się poczwarówkę można ją oznaczać jako C. aspera z większym prawdopodobieństwem, że to ona, a nie edentula. 
W rzeczywistości wcale nie jest łatwo te dwa gatunki odróżnić od siebie. Profesjonaliści podają wzory plam na płaszczu odpowiadające ułożeniu gonad (Pokryszko 1987), ale największa różnica odnosi się do mikrorzeźby muszli: w przypadku poczwarówki szorstkiej żeberkowanie powierzchni jest dużo wyraźniejsze, widoczne już pod niewielkim powiększeniem.
Muszla Columella aspera dochodzi do 2,8 mm wysokości i 1,4 szerokości, czyli jak na polskie warunki nic nadzwyczajnego. Jest w zarysie walcowata, dość krępa, delikatnie prążkowana, brązowawa lub czerwonawa. Ujście jest okrągłe w zarysie, pozbawione zębów i listewek, dołek osiowy wąski i głęboki. Ciało ślimaka szaro-popielate.
Nie wiem, kiedy następnym razem wybiorę się w tamte rejony, natomiast polował będę wtedy na poczwarówkę szorstka in situ, żeby zrobić jej zdjęcie w miejscu, w którym żyje. Dotychczas nie udało mi się zaobserwować jej pełzającej po łodyżkach zwanych jagodzinami. A bardzo bym chciał przyjrzeć się jej jeszcze bliżej.
Poczwarówka szorstka Columella aspera Walden, 1966

Las w Sulejowskim Parku Krajobrazowym

Borówka czarna Vaccinum myrtilus L.

wtorek, 31 maja 2016

Zawijka pospolita Aplexa hypnorum (Linnaeus, 1758)

Coś zaczyna mnie prześladować myśl, że zapowiada się kolejny suchy rok... Widzę to choćby po stanie wód w mijanych po drodze do pracy rzekach. I w Grabi, i w Nerze ledwo dno przykryte... Trawy zaczęły przybierać sierpniowy odcień i coraz więcej brązów pojawia się wokół niż soczystej, majowej zieleni. Dawniej, kiedy częściej udawało mi się łazić po szuwarach, moczarach, bagnach czy poletkach, o tej porze roku bywało mokro. Nie tak, jak wczesną wiosną, po roztopach, ale wystarczająco, by łazić w kaloszach. A teraz widzę, że miejsca te są przesuszone, a co się z tym wiąże, trudno o wypatrzenie ślimaków.
Jest taki bardzo ciekawy gatunek, który kojarzy mi się z tą akurat porą roku. Kiedy w śródpolnych stawikach i mokradełkach opadała woda, w zalegających dno gnijących szczątkach roślin widywałem ukrywające się zawijki pospolite. Tam, gdzie woda była głębsza, ślimaki pełzały pod powierzchnią wody zbierając z niej pokarm (tak, jak to robią np. błotniarkowate). Wystarczyło jednak dotknąć słomką jakąś nogi ślimaka, aby ten natychmiast wykonał breakdansowy popis i opadł na dno. Zupełnie nie w ślimaczym stylu, bo i szybkie i energiczne ruchy długą, klinowatą nogą są strategią ślimaka pomagającą pozbyć mu się napastnika i ratować się ucieczką przed zagrożeniem. Ruchy strząsające zawijki to było pierwsze moje zaskoczenie w obserwacjach ślimaków wodnych. Wtedy, lata temu, kiedy pierwszy raz obserwowałem to zachowanie, nie mogłem wyjść z podziwu dla zwinności zwierzęcia, które zawsze kojarzyło mi się z powolnością i niezdarnością.
Przyznam się, że ze wszystkich wodnych ślimaków ten gatunek darzę szczególną sympatią. Nie wiem czemu, ale tak właśnie mam. Znam go z niewielu stanowisk w nizinnej części kraju. Pewnie jest dużo pospolitszy niż wynikałoby to z moich obserwacji, ale nie aż tak, aby konkurować z zatoczkami czy błotniarkami...
Zawijka pospolita Aplexa hypnorum (Linnaeus, 1758) jest płucodysznym ślimakiem słodkowodnym, który jako jeden z nielicznych przedstawicieli wodnych mięczaków w Polsce charakteryzuje się lewoskrętną muszlą. Jeśli nie liczyć zatoczka rogowego Planorbarius corneus oraz spokrewnionych z zawijką rozdętek z rodzaju Physa i Physella, tylko Aplexa hypnorum ma muszlę skręconą w lewą stronę. Przez to łatwo ją rozpoznać. Inna sprawa, że dość trudno byłoby ją pomylić z innym gatunkiem. Ma wrzecionowatą muszlę o gładkiej, lśniącej i połyskującej powierzchni, barwy brązowo-czerwonawej. Puste muszle na ogół są mlecznokawowe, żółtawe lub brązowawe. Muszla raczej nie przekracza 15 mm wysokości i około 5 mm szerokości.
Jeszcze słowo o pospolitości... Dziś ten epitet gatunkowy wydaje się być mocno przestarzały. Nie znam nowych badań na temat rozmieszczenia gatunku, ale wydaje się, że jego zasięg się kurczy. Jakkolwiek jest t jeden z najbardziej odpornych na wysychanie ślimaków wodnych występujących w Polsce, to staje się coraz rzadszy. Pewnie jest to związane z postępującymi zmianami środowiska, głównie osuszaniem drobnych zbiorników, które są jego naturalnym siedliskiem. Wydaje mi się, że jest dość odporny na zanieczyszczenie wody. Opieram to na własnych obserwacjach i to sprzed lat, kiedy spotykałem zawijkę pospolitą w śródpolnym stawie pełniącym funkcję dzikiego wysypiska śmieci. Pomimo dużego zanieczyszczenia, gatunek występował tam dość licznie. Dziś nie ma ani stawu, ani zawijki. Co więcej w tamtej okolicy nie udało mi się od lat znaleźć innego stanowiska.
Gdyby ktoś poszukiwał zawijki, to ostatni widziałem ten gatunek w Łasku w rozlewiskach wokół Parku im. Rodu Łaskich oraz na polnych rozlewiskach w okolicach Burzenina (oba stanowiska w województwie łódzkim). Stanowisko z Proszenia koło Piotrkowa już nie istnieje. Dość łatwo udawało mi się wypatrywać tego ślimaka w rzeczce Wrząca stanowiącej granicę między Łodzią a Zgierzem. Innych stanowisk nie mogę sobie teraz przypomnieć, ale na pewno nie znam ich zbyt wiele.
Mam nadzieję, że wbrew otaczającym mnie widoków, nie będzie to suchy rok. Jeśli jednak taki miałby być, mam nadzieję, że zawijki sobie z suszą poradzą. Tylko czy poradzą sobie z myśleniem, w którym nie ma miejsca dla polnych czy leśnych bagienek - nie wiem. A chyba to jest większym od suszy problemem...

Przykładowe miejsce występowania zawijki pospolitej - Łask, 2013 r.

czwartek, 9 lipca 2015

Wstężyk gajowy Cepaea nemoralis (Linnaeus, 1758)

Wspominałem już kiedyś o wstężyku austriackim, który spośród krajowych Cepaea mnie przypadł najbardziej do gustu. Czas jednak poświęcić trochę uwagi najpospolitszemu gatunkowi z tego rodzaju, najbardziej kolorowemu ze wszystkich krajowych ślimaków. Wstężyk gajowy, inaczej zwany ślimakiem gajowym Cepaea nemoralis (Linnaeus, 1758) to ślimak, który od stuleci nie przestaje zaprzątać umysłów uczonych. Dajmy mu więc nieco miejsca w dzisiejszym spotkaniu z krajowymi gatunkami ślimaków.
Mógłbym się założyć o coś, że niewielu jest takich, którzy ślimaka tego nigdy nie widzieli. Jeżeli ktoś upierałby się, że w życiu go nie spotkał, musiałby wykazać się oślą wręcz determinacją w argumentowaniu. Wstężyk gajowy jest ślimakiem, którego bez problemu dostrzec można w parkach, na murkach, w zakrzaczeniach, przy drogach i chodnikach, nieco trudniej może w lasach, ale o tym za chwilę.
W Polsce występują trzy gatunki Cepaea: austriacki (vindobonensis), ogrodowy (hortensis) i gajowy (nemoralis). Pierwszy jest najbardziej związany ze środowiskami naturalnymi, najmniej zmienny w ubarwieniu muszli i układzie pasków na niej. Drugi, ogrodowy, jest bardzo podobny do trzeciego, z tym że nieco mniejszy, mniej zmienny w ubarwieniu i z białą wargą muszli. Ślimak gajowy jest największy z nich wszystkich i prawdopodobnie najliczniej występuje w środowiskach synantropijnych. Muszla, która ma kształt kulisty z nieco wzniesioną skrętką, na ogół dochodzi do ok. 21-27 mm szerokości i 17-20 mm wysokości. Jest gładka, lśniąca, pozbawiona dołka osiowego. Warga, koloru ciemnoczekoladowego, jest nieznacznie wywinięta, Ubarwienie muszli jest niezwykle zmienne. W tej samej populacji żyją obok siebie ślimaki bladożółte, cytrynowożółte, pomarańczowe, różowe, brązowawe i brązowo-purpurowe, na to wszystko dochodzi jeszcze brązowe paskowanie, które może tworzyć różne kombinacje. Na ogół - jeśli występują paski - jest ich od jednego do pięciu; mogą się one zlewać w jeden, wtedy muszla zdaje się być niemal czarna, może być tak, że zlewają się pierwszy z drugim oraz trzeci z czwartym i piątym tworząc dwa szerokie pasy. Czasem występuje tylko jeden pasek (na ogół trzeci), często jest też on bardzo niewyraźny. O tym, skąd się bierze ubarwienie wstężyków, napisano już wiele. Obecnie trwają badania nad określeniem wpływu zmian klimatycznych na ubarwienie muszli. Kiedyś funkcjonował projekt EvolutionMegaLab, obecnie prowadzone są zbiory danych do badań koordynowanych w Polsce i Wielkiej Brytanii (patrz zakładka WSTĘŻYKI). Zobaczymy, jakie to da wyniki.
Wstężyk gajowy jest jednym z najpospolitszych ślimaków lądowych w Polsce. Jego naturalny zasięg występowania w naszym kraju ogranicza się do Pomorza Zachodniego, ale od stuleci jest dobrze zadomowiony w zachodnich częściach Polski. Im dalej na wschód, tym mniej jest pospolity. Bez problemu znaleźć go jednak można na skwerkach Warszawy, Olsztyna czy w okolicach Kętrzyna. Ja go tam widywałem, a nawet zbierałem. Z literatury wiadomo mi, że występuje również na Podlasiu. Jeśli chodzi o malakofaunę krajową, to jest to gatunek bardziej reprezentatywny dla miast, niż dla naturalnych biotopów. Prawdopodobnie naturalnym jego siedliskiem są klify nadmorskie w zachodniej części Wybrzeża (widywałem go w Mielnie i Unieście, nie raz na samym piasku przy faszynach nadbrzeżnych). W Łebie jest bardzo pospolity, ale nie wiem, czy ta lokalizacja jeszcze może być traktowana jako przedłużenie naturalnego zasięgu. Z ciekawszych miejsc, w jakich spotykałem Cepaea nemoralis mogę wymienić Wzgórze Wawelskie w Krakowie, Jasną Górę w Częstochowie, Górę Gradową w Gdańsku, Cytadelę oraz Las Bielański w Warszawie czy Most Mieszka I w Poznaniu. Właściwie to z niewielkimi wyjątkami spotykałem go we wszystkich niemal miastach, w których bywałem.  W Łodzi i jej okolicach jest bardzo pospolity, a żeby go znaleźć nie trzeba nawet szukać parków.
Tam, gdzie występuje, zamieszkuje głównie ogródki, ogrody i parki, ale także cmentarze, brzegi wód i zadrzewienia. W lasach iglastych go nie widziałem, ale w mieszanych - owszem. Choć w moich stronach nie szukałbym go w lasach, bo tam trafia się zdecydowanie rzadziej, niż wzdłuż chodników przy skwerkach i ogródkach. Ile razy spóźniłem się na lekcje w liceum tylko dlatego, że odnosiłem wstężyki z chodnika na żywopłot, z którego w pochmurny poranek wyłaziły na pewne rozdeptanie.
Ślimak gajowy jest zwierzęciem roślinożernym, przez niektórych uważanym za szkodnika roślin. Mnie się wydaje, że szkód to on nie wyrządza, mnie przynajmniej nie udało się ich zaobserwować. Wydaje się, że woli obumarłe części roślin, niż ich żywe zielone tkanki. Prawdopodobnie woli zjadać glony i grzyby niższe, nie gardząc również rozkładającą się materią, np. gnijącymi owocami. Obserwowałem natomiast przypadki kanibalizmu wśród wstężyków, a właściwie "objadanie" muszli. Mam gdzieś w swoich zbiorach przykład takiej uczty, gdzie przebywający w niewoli ślimak uzupełniał zapasy wapnia zjadając muszlę drugiego wstężyka, nie naruszając wszakże gruczołu trzustkowo-wątrobowego.
Ślimaki gajowe są podstawowym składnikiem diety drozda śpiewaka, który - aby dostać się do miękkiego ciała wstężyka - rozbija muszlę o wybrany kamień, zwany "kowadełkiem drozda". Spotykałem takie kowadełka w różnych zakrzewieniach: czasem to kamień, czasem jakaś porzucona cegła, jakaś kostka brukowa, wokół której leżą setki fragmentów muszli... Ślimakami gajowymi nie gardzą również ptaki krukowate, ssaki (jeże, szczury) oraz chrząszcze z rodziny biegaczowatych. Podobno są jadalne dla człowieka, ale nie spotkałem się z przepisami na przyrządzenie wstężyków, a sam nie zdecydowałbym się na ich konsumpcję choćby ze względu na ich urodę.
Trwają wakacje. Dotychczasowa pogoda nie sprzyjała aktywności ślimaków gajowych. Liczę, że wraz z przebudową pogody pojawią się liczniej, przynajmniej tak licznie, jak dziś, kiedy mogłem je pooglądać po nocnej burzy.  





czwartek, 30 kwietnia 2015

Ślimak wielkozębny Perforatella dibothrion (M. Kimakowicz, 1884)

Podstawowe pytanie brzmi: wierzyć znawcom, czy doświadczeniu? Cenię sobie opinię autorytetów, ale z doświadczeniem się nie dyskutuje. Trudność mam z jednak wielką ze ślimakiem, którego objęto w Polsce częściową ochroną prawną (stan z października 2014 r.), a którego spotkałem raz tylko i też nie wiem, czy aby na pewno. Trudność wielka wiąże się właśnie z dylematem zaufania autorytetowi i doświadczeniu...
Przeglądałem zdjęcia z XXX Krajowego Seminarium Malakologicznego w Łopusznej i znalazłem wśród nich fotografię ślimaka wielkozębnego Perforatella dibothrion. Spojrzałem jeszcze na muszlę P. bidentata, porównałem ze zdjęciem i niemal jestem pewien, że to właśnie dibothrion. Ale. Ale zdjęcie zrobione w Sromowcach, blisko miejsca, w którym wsiada się na flisackie tratwy i spływa się przełomem Dunajca. Czyli nie las, a na pewno nie las liściasty. A autorzy, tacy jak Urbański, Riedel czy Wiktor podają, że to gatunek leśny, charakterystyczny dla wysokości 500 - 900 m n.p.m., żyjący w ściółce, w miejscach zacienionych. Zatem nic by się nie zgadzało. Bo - jeśli dobrze pamiętam - było to środowisko otwarte, prawie że synantropijne. Jednak wielkość muszli, jej urzeźbienie, kolor - wszystko to mnie przekonuje do zaufania doświadczeniu. Sprawdziłem dziś u Urbańskiego (Mięczaki Pienin); nie podaje go z Pienin, ale P. bidentata znalazł tylko na jednym stanowisku, więc to dla mnie nie jest rozstrzygające. Riedel, a Wiktor za nim podaje Beskid Niski, Bieszczady, okolice Mszany i Muszyny, ale nie Sromowce. Stąd nie wiem nadal, czy spotkałem wówczas wyrośniętą bidentata czy zasymilowaną dibothrion.
Ślimak wielkozębny dochodzi do 10-12 mm szerokości i 7-11 mm wysokości. Muszlę ma lekko prążkowaną, większą od muszli ślimaka dwuzębnego, bez krawędzi na ostatnim skręcie. Zęby różowawe lub żółte, muszla brązowawo-czerwona, czasem z jaśniejszym paskiem.
Gdyby ktoś w czasie majówki wybierał się na spływ Dunajcem, niech się rozejrzy dokładnie i poszuka. Jeśli znajdzie, niech by się przyjrzał dobrze i pomógł mi rozstrzygnąć, który to z naszych gatunków. Będę zobowiązany za podesłane opinie.

ryc. z A. Wiktor, Ślimaki lądowe Polski, Mantis 2004

piątek, 21 listopada 2014

Andrzej Falniowski, Przodoskrzelne Polski (1989)

Pęd, jaki widoczny jest w naukach ścisłych, wprowadza swoje zasady, które są niezwykle okrutne dla naukowych publikacji. Kilka razy już na to utyskiwałem, poglądy moje są w tej kwestii dość stabilne: to nie są czasy dla monografii. Pęd publikacyjny powoduje, że trzeba prace wydawać szybko, w dobrze punktowanych wydawnictwach i dbać o dobrą cytowalność (Boże, co za słowo!). A cytowalność liczy się przez krótki tylko czas, dwóch, trzech lat. I tyle. Potem, nawet gdyby się okazało, żeś człowieku proch wynalazł, choćby wszystkie sieneny o Tobie mówiły i o Twojej książce, twój dorobek w Impact factor ani drgnie...
Złe to czasy dla książek wydanych przed paroma laty, paronastoma czy jeszcze wcześniej. Więc leżą sobie te prace czasem gdzieś na półkach bibliotek i czekają na szaleńca, który się nimi zainteresuje. A że mnie do tego szaleństwa blisko, postanowiłem o jednej z takich książek dzisiaj wspomnieć, bo jest wielką nieobecną, nawet na moim poletku;(
Od tego zacznę, że przed kilkunastoma laty, kiedy jeszcze byłem studentem, trafiłem w jednej z bibliotek na książkę Andrzeja Falniowskiego "Przodoskrzelne (Prosobranchia, Gastropoda, Mollusca) Polski. I. Neritidae,Viviparidae, Valvatidae, Bithynidae, Rissoidae, Aciculidae". Praca wydana została w Krakowie, nakładem Uniwersytetu Jagiellońskiego, w 1989 roku, jako 35 zeszyt serii Prace Zoologiczne i 910 pozycja serii Zeszyty Naukowe UJ. Mija zatem dwadzieścia pięć lat od ukazania się tej pracy, z którą - tak mi się wydaje - czas obszedł się trochę szorstko. Kiedy wpadła mi ręce, znałem już dobrze pracę Piechockiego "Mięczaki (Mollusca). Ślimaki (Gastropoda)" z serii Fauna Słodkowodna Polski. Znałem już słodkowodne ślimaki występujące w Polsce, ale wcale mnie to nie starczało. Kiedy więc trafiłem na Falniowskiego, otworzył się zupełnie nowy rozdział. Zaskoczył mnie Falniowski i rozbudowaną strukturą opisów gatunków, bardzo szczegółowymi informacjami na temat budowy skrzeli, układu rozrodczego czy muszli. Zaskoczył mnie zastosowaniem mikroskopów skaningowych do badania budowy muszli czy tarki i wykorzystaniem tego do identyfikowania gatunków. Ale zaskoczył mnie też ilustrowaniem pracy, które - w porównaniu z kluczem Piechockiego - było zupełnie inne, choć pod pewnymi względami - nieco rozczarowujące. Nie mam o to żalu do Autora, schyłek lat osiemdziesiątych był bodajże najgorszym czasem na wydawanie książek w drugiej połowie XX wieku. Może gdyby praca ta wydana była pięć lat później, fotografie i ryciny byłyby dużo lepsze, wyższej jakości. A tak: książka aż razi wydawniczą biedą. Całe szczęście: treść jest dużo bogatsza od ilustracji i dla mnie - laika kompletnego naówczas - była kopalnią nowych informacji. Kopalnią, w której czasem doświadczałem zasypania wiadomościami, których nie potrafiłem przerobić. Nie mniej szereg oryginalnych ilustracji w rozpoznawalnym dla Falniowskiego stylu było pierwszymi dla rycinami krajowych Rissoidae. Ryciny, które znałem z książki Piechockiego, autorstwa Ewy Zajączkowskiej, zachwycały dopracowaniem szczegółów. Ryciny z pracy Falniowskiego były pod tym względem dużo uboższe, bardziej schematyczne, ale pociągały nowością. Zwłaszcza, kiedy pierwszy raz widziałem  Bythiospeum neglectissimum, które później okazało się taksonem z samodzielnego rodzaju Falniowskia Bernasconi, 1990...
Nie wiem, jak to się stało, że książka ta nie zapisała się polskiej malakologii choćby tak mocno, jak wspomniana praca Piechockiego. Może mój osąd jest błędny, ale opieram go na obserwacji odniesień w publikacjach. Bardzo rzadko widywałem w późniejszych publikacjach powoływanie się na to opracowanie Falniowskiego, które jest przecież ogromnym kompendium wiedzy o sporej części rodzimych ślimaków wodnych. Nie wiem, co spowodowało, że książka ta nie doczekała się lepszej prasy. Wydaje mi się, że wielka, mozolna praca krakowskiego malakologa, nie trafiła w swój czas i albo go wyprzedziła, albo zaszkodziły jej okoliczności, na które Autor nie miał wpływu.
Niedobrze dla tej pracy się stało, że została pocięta na części, które są ze sobą mało spójne. Mam na myśli wcześniejszą publikację Falniowskiego, Hydrobioidea of Poland wydaną po angielsku w 1987 roku (jako pierwszy tom Folia Malacologica). Ponieważ w tytule Przodoskrzelnych Polski znajduje się rzymska cyfra I, należałoby przypuszczać, że jest to pierwsza część i oczekiwać części drugiej. A taka się nie pojawiła lub mnie po prostu nic o niej nie wiadomo. Zakładam, że całością opracowania przodoskrzelnych jest ta książka i Hydrobioidea of Poland, być może autor planował wydać po polsku pracę o wodożytkach, ale coś stanęło na przeszkodzie... Spekuluję.
Wydaje mi się, że jest to książka, która proponowała coś nowego. Nie wiem, czy nowatorskie wówczas metody się obroniły Chyba nie bardzo, zwłaszcza, że sam Autor jest teraz autorytetem w dziedzinie badań molekularnych. Ale zapoczątkował - tak myślę - już wówczas trend wykorzystywania nowych technologii w badaniach malakologicznych i to jest atut omawianej pracy.
Dziś w malakologii pojęcie Prosobranchia leży w rozsypce. Bałagan w systematyce mięczaków najbardziej widoczny jest w tej właśnie podgromadzie lub grupie podgromad ślimaków. Może to powoduje, że książka ta nie weszła na salony. Nie wiem. Uważam jednak, że poznając polskie mięczaki, warto podjąć trud dotarcia do wydanej przed ćwierćwieczem książki i zapoznania się z nią. To solidna praca, która wciąż czeka na odkrycie, nawet jeśli świat nauk ścisłych popędził w innym kierunku...

wtorek, 14 października 2014

XXX Krajowe Seminarium Malakologiczne - Sprawozdanie

Obiecałem, że coś napiszę. Myślałem: wieczorami siadał będę i opisywał cały dzień. Oj naiwny, naiwny... Nie było wieczorów na siedzenie przed komputerem, bo wieczory należały do rozmów, konwersacji, dyskusji, szeroko rozumianego życia towarzysko-kulinarnego i innych aktywności, które skutecznie wieczór przesuwały daleko w noc. Skoro jednak obiecałem coś napisać, to trzeba się wywiązać, choć wcale to łatwe nie będzie. A dlaczego? Bo wciąż towarzyszy mi ekscytacja, wiąż jeszcze nie zeszły ze mnie emocje tamtych dni.
Tegoroczne Krajowe Seminarium Malakologiczne miało jubileuszowy charakter, bo było trzydziestym z kolei spotkaniem polskich malakologów. Pierwsze z seminarium, zorganizowane z inicjatywy prof. Stefana Alexandrowicza, odbyło się w Krościenku nad Dunajcem w 1985, a uczestników seminarium Organizator wyszukiwał po publikacjach i wydzwaniał z zaproszeniem korzystając z książek telefonicznych…
Dziś, w dobie mediów społecznościowych, Internetu i telefonów komórkowych, dotarcie do malakologów jest nieporównywalnie łatwiejsze, co widać w rosnącej liczbie wystąpień i uczestników kolejnych seminariów. Moja noga stanęła tam pierwszy raz i był to czas, który wciąż zajmuje obie moje półkule mózgowe…
Seminaria malakologiczne – jak wszystkie tego typu konferencje, sympozja czy kongresy – ma dwie strony: naukową, związaną z prezentacją wyników ostatnich badań, konsultacjami, dyskusjami i nawiązywaniu nowych relacji badawczych, oraz silnie z tym powiązaną stronę towarzyską, gdzie każda chwila sprzyja już nie tylko wymianie poglądów, ale również wspomnieniem, anegdotom i ogólnie ujmując: pielęgnowaniu przyjaźni. Nawiasem mówiąc, bardzo spodobała mi się kuluarowa anegdotka rodem z Torunia, bardzo bliska moim amatorskim doświadczeniom. Opowiadała jedna z osób* zajmująca się przywrami digenicznymi, że w czasie ćwiczeń terenowych ze studentami, podczas zbierania zatoczków do badań nad stopniem zarażenia przywrami, zapytał ktoś z autochtonów, czym się zajmują. Pouczona doświadczeniem, chcąc uniknąć skomplikowanego tłumaczenia celu badań, zdawkowo odpowiedziała: „Badamy jakość wody”. W odpowiedzi dało się słyszeć z ust nadjeziornego autochtona: „A myślałem, że zbieracie te zatoczki, co są zarażone tymi przywrami…”
Smaczków temu podobnych więcej było w czasie jubileuszowego Seminarium. Niech one zostaną we wspomnieniach uczestników, niech obrastają własnym życiem, powtarzane jako dygresje w trakcie wykładów. Nie mogę jednak nie docenić tej właśnie strony Krajowego Seminarium Malakologicznego: od jakiegoś czasu udaje mi się zdobywać tomy konferencyjnych streszczeń, wiem  mniej więcej, o czym się dyskutuje, w jakim kierunku podążają badania. Najbardziej brakowało mi jednak kontaktu z ludźmi, którzy większą lub mniejszą cześć swojego życia, nie tylko zawodowego, związali z malakologią. Miałem okazję poznać już kilku malakologów, z kilkunastoma utrzymuję mniej lub bardziej intensywną korespondencję. Ale to wciąż mało, mało, mało. Seminarium stworzyło mi okazję nie tylko osobistego spotkania z legendami (tak, tak właśnie mam prawo określać niektóre z osób uczestniczących w seminarium), ale również rozmów z nimi, wymiany poglądów czy po prostu wyrażenia im swojej wdzięczności za wprowadzenie mnie w świat pasji. Bardzo żałuję tylko, że nieobecna był prof. Anna Stańczykowska-Piotrowska, z której książki Zwierzęta bezkręgowe naszych wód jako kilkuletni chłopiec przerysowywałem muszle mięczaków podpisując je łacińskimi nazwami i poszukując polskich odpowiedników. Może następnym razem uda mi się osobiście pokłonić Pani Profesor i cząsteczkę swojego długu wobec niej spłacić. Żal mi również, że nie spotkałem i innych – Tomasza Umińskiego, Andrzeja Kołodziejczyka czy Stanisława Myzyka, ale przecież nie można mieć wszystkiego…
Dla osób, które przygodę z malakologią – tak jak ja – zaczęły od fascynacji muszlami, spotkanie z profesorem Samkiem musi być  wydarzeniem niezwykłym. Zdążyłem mu powiedzieć, że pierwszą egzotyczną muszlę udało mi się oznaczyć na podstawie jego książki Świat muszli z 1976. Do dziś uważam tę książkę za niezwykle cenną publikację na temat nie tylko mięczaków i ich muszli, ale również historycznych i kulturowych związków człowieka z mięczakami.
Wiele mógłbym wymieniać nazwisk, które znaczyły kolejne etapy na drodze mojej malakologicznej pasji. Ale w jednym miejscu: prof. Wiktor, Piechocki, Alexandrowicz, Pokryszko, Lewandowski a nawet Robert Cameron… Gubię się i nadal nie odnajduję słów oddających emocje, które wciąż mi towarzyszą…
Bardzo miłe były również te momenty, kiedy wyciągając rękę mogłem się przedstawić  ludziom, z którymi od jakiegoś czasu pozostaję w korespondencyjnym kontakcie. Nie będę ich wymieniał, bo to duża część z tych, którzy malakologią się zajmują. Ale to naprawdę miłe. A jeszcze milsze były te momenty, kiedy po jakimś czasie rozmowy okazywało się, że Malakofil to ja… Oj, połechtało to próżność niejednokrotnie, oj połechtało…
Spotkania z legendami to jedno. Ale spotkania z nadziejami są nie mniej ekscytujące. Kiedy siedziałem i przysłuchiwałem się wystąpieniom polskich malakologów, którzy karierę naukową dopiero budują, widziałem niezwykłe perspektywy otwierające się przed nimi. Nisko się chylę przed nimi, przed ich pracowitością, pasją, dążeniem do znaczących wyników. Może w tym sporo jest mojej naiwności, a niech tam, ale to przecież kolejna zmiana sztafety, to oni za lat trzydzieści będą podpisywać swoje książki takim zawstydzonym amatorom, których niechcący zarazili pasją… Oczyma wyobraźni widzę ich – dzisiejszych magistrów i doktorów, jak uzyskują kolejne stopnie i tytuły. Widzę ich i milcząco zachwycam się ich pracą…
Pora zejść z górnego C i oddać kilka słów wystąpieniom. Nie będę ich omawiał. Te, które najbardziej mnie interesowały, udało mi się wysłuchać, w ogóle nie opuściłem żadnego z wystąpień. Żadnego! I tylko mój pęcherz mi świadkiem, że czasem nie było łatwo pogodzić śle dennie wywodu z fizjologią i perspektywą wymiany spostrzeżeń w czasie krótkiej przerwy kawowej. No w dwóch miejscach jednocześnie jeszcze nie nauczyłem się bywać, stąd fizjologia musiała ustępować pierwszeństwa pasji… Nie było chyba takiego referatu, który by mnie znudził, choć były takie, które wysłuchiwałem trochę jak na tureckim kazaniu. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka dziura w biologicznej wiedzy. Czasem po prostu zwyczajnie ni w ząb nie rozumiałem, o czym prelegent mówi. I chyba niektóre referaty były dla mnie trudniejsze niż wystąpienie prof. Camerona, który mówił po angielsku, a ja jakoś nigdy tego języka się nie uczyłem (słowo daję, że coś tam zrozumiałem, zwłaszcza liczby;)).
Pierwszego dnia obrad największe wrażenie zrobił na mnie najmniej malakologiczny referat prof. Witolda Alexandrowicza pt. Ile trwają dwie minuty? Dydaktyczny majstersztyk! Dla mnie, który przez kilkanaście tygodni tego roku walczył z książką Jerzego Dzika Dzieje życia na Ziemi było to jak odsłonięcie zasady działania magicznej sztuczki: iluzja fascynuje, kiedy jest nieznana, ale kiedy ujrzeć ją od drugiej strony, radość jest jeszcze większa i rozlewać się chce na innych. Tak właśnie się czułem, jakby ktoś wtajemniczył mnie w magiczną sztuczkę. A na czym sztuczka polegała? Żeby dzieje Ziemi skorelować z rocznym kalendarzem i kolejnym datom przypisać ważne wydarzenia w dziejach planety. Świetne!
Prace „słodkowodne” wypełniły pierwszy dzień Seminarium. Z otwarta gębą przysłuchiwałem się kolejnym referatom i komunikatom, latałem wzrokiem za slajdami prezentacji i chłonąłem jak gąbką wszystko, o czym tylko była mowa. A po zakończonych obradach jeszcze Walne Zebranie Członków Stowarzyszenia Malakologów Polskich… Również pierwsze w mojej historii…
Jak to określił prof. Wiktor, drugiego dnia wypełzliśmy na ląd. Od początku popołudniowej sesji (bo przed południem była wycieczka – spływ Dunajcem) zaczęła się tematyka ślimaków lądowych. I tutaj znów zachłanność wiedzy wygrywała z potrzebami innej natury, ale i prezentowane referaty były nad miarę wciągające, a wystąpienie nt Mikrotomografii komputerowej w badaniach malakologicznych, które przyjąłem w harmonogramie jako jedno z tych, co nic nie zrozumiem, okazało się rewelacją (łac. revelatio oznacza objawienie). Odniosłem również wrażenie, że i wśród słuchaczy spotkało się z wielkim zainteresowaniem, wskazując na nową metodę badań, która zapowiada świetne wyniki. A kiedy sobie pomyślę, że już kilka tygodni temu wiedząc, co będzie przedmiotem wystąpienia Anny Sulikowskiej-Drozd, nie wypytałem o szczegóły. A to takie niesamowite rzeczy się okazały!
Czekałem na wystąpienie dr Tomasza Kałuskiego (prezesa Stowarzyszenia), który podjął temat śliników z rodzaju Arion (to te wielkie, oślizgłe, brązowe lub czarne, co zjadają warzywa na działkach;). Wniosek płynął z referatu taki: Arion lusitanicus jest endemitem iberyjskim, a to, co zżera nam marchewkę, to niewątpliwie jest Arion vulgaris. No przesadziłem z tym „niewątpliwie” – wątpliwości nadal jest sporo i wiele warzyw zostanie jeszcze zjedzonych, zanim szkodnikowi ostatecznie nadane zostanie imię…
Zaskoczył mnie też referat malakologa praktycznego pt. Wpływ barwy światła na parametry rozrodu i tempo wzrostu ślimaka Helix aspersa aspersa. W tomach streszczeń pokonferencyjnych dotychczas pomijałem te referaty w pierwszej lekturze i czytałem je dopiero na koniec, dla całości obrazu. A ten mnie zaciekawił i postanowiłem, że w końcu poświecę na blogu trochę miejsca pracy malakologów z Instytutu Zootechniki z Balic, co przekładałem dotąd z nieznanych (nieuświadomionych) przyczyn.
Zanim nastał dzień trzeci, była jeszcze uroczysta kolacja. I jubileuszowy tort ze ślimakiem. I podziękowania dla organizatorów. A zasłużyli na gorące słowa podziękowań, bo zorganizowali naprawdę porządnie całe Seminarium, dbając i o umysł, i o ciało. I o wypoczynek też, w malowniczym cieniu Gorców i Pienin. A odpowiedzialnymi za organizację byli w tym roku malakolodzy z Wrocławia. Świetna robota!
I nastał dzień trzeci. Tu głos należał najpierw do przeszłości: badania nad ślimakami trzecirzędowymi i czwartorzędowymi prezentowane były przez malakologów poruszających się z wprawą po geologii. Nie wyobrażałem sobie, żeby nie wysłuchać wystąpienia doc. Ewy Stworzewicz z Krakowa na temat Eoceńskich ślimaków w inkluzjach bursztynu bałtyckiego. Znowu byłem zmieszany, bo szczęka mi opadała z wrażenia i bałem się ślinotoku na widok złotych muszelek w bursztynie…
W ostatnim bloku tematycznym, po ostatniej przerwie kawowej, a przed obiadem, zaczął się trochę maraton sprintem, czyli gonienie czasu i walka z trudnościami technicznymi, które nieoczekiwanie dały znać o sobie. Pośpiech nie pomagał w zrozumieniu najtrudniejszych dla mnie zagadnień, czyli fizjologii, genetyki i badań molekularnych, które wtedy były właśnie najbardziej reprezentowane. Pośpiech nie oszczędził również prof. Samka, który również musiał pomijać części swojego referatu na temat wykorzystania mięczaków jako wzorca w technice i sztuce. Czekałem na to, jak na gwóźdź programu, stąd lekki niedosyt odczułem. Ale rozumiem, że czasem tak z czasem bywa. Sam też doświadczyłem żelaznej dyscypliny moderatora sesji, i swoje wystąpienie musiałem zaprezentować wykorzystując sposoby Macieja Orłosia… Powiedziałem kilka słów o małym kościółku w Łasku, który zaskakuje dekoracjami ołtarza i ambony muszlami mięczaków, w tym kubańskimi Cerion uva. Chyba nie tylko ja byłem tym zaskoczony…
Wiele mógłbym jeszcze pisać, wspominać, opowiadać. Nie zeszły jeszcze ze mnie emocje tamtych spotkań, więcej w tej narracji emocji niż rozumu. A niech tam. Przecież tam byłem. Miodu nie piłem, ale co widziałem, na blogu spisałem…

I jeszcze na koniec: zupełnie poza malakologią odkryłem coś bardzo inspirującego – blog krakowskiego doktoranta Andrzeja Antoła, który serdecznie polecam: http://jyndrek.blogspot.com/ Nie o mięczakach, ale naprawdę trudno przejść obojętnie.

* nie zapytałem, czy mogę anegdotkę w świat posyłać, więc wolę tak anonimowo;)

Konferencyjny tom
Jubileuszowa publikacja...

Był okolicznościowy tort...
... i czas na przypatrzenie się ślimakom też się zalazł;)