Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Głowonogi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Głowonogi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 listopada 2022

Królestwa w czasach republiki


Bardzo nie lubię tej pory roku, kiedy wychodząc rano do pracy nie mogę po drodze spotkać jakiegoś ślimaka. Niestety w naszej szerokości geograficznej to raptem kilka miesięcy w roku... Od lat próbuję takiego zabiegu, że w ciepłe miesiące, kiedy wypatrywanie ślimactwa przy spontanicznych okazjach wydaje się być naturalne, gromadzę literaturę, którą ratować się będę w czasie zimowej posuchy. Na początku września najzupełniej przypadkiem rzuciła mi się w oczy książka, na którą czekałem od lat, a którą byłbym przegapił. Miałem, że będzie moją zimową konfiturą słodzącą zapachem letniej bryzy za długie zimowe wieczory. Nie dałem jednak rady. Zaniedbawszy nieco obowiązków w dwie noce zlizałem czarne ścieżki liter z kolejnych stronic. Zacząłem od razu nawet pisać recenzję, ale spostrzegłszy, że oryginalne wydanie doczekało się sporej liczby omówień, zaniechałem. Zbliżają się jednak mikołajki i pomyślałem, że to mogłaby być świetna podpowiedź. 

Mniej więcej w kwietniu 2022 roku wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało książkę Danny Staaf Monarchowie mórz. Niezwykła opowieść o pięciuset milionach lat ewolucji głowonogów. To jeden z tytułów serii Na ścieżkach nauki, którą od lat warszawskie wydawnictwo popularyzuje zagadnienia naukowe. 

Wyświechtaną powtórzę frazę, że tytułów poświęconych głowonogom w polskiej literaturze ze świecą szukać. Takich tylko o głowonogach to w mojej biblioteczce są trzy pozycje, ta jest czwartą, ale pierwszą, która traktuje o ich ewolucji bazując na ogromnym materiale paleontologicznym interpretowanym w świetle evo-devo

Największym atutem książki jest lekkie przeprowadzenie przez meandry bardzo skomplikowanej ewolucji głowonogów, z której bogactwa co świadomości co niektórych docierają zaledwie amonity i belemnity (w tym do mnie, choć mógłbym jeszcze wymienić inne grupy, ale już miałbym problem z przypisaniem do wieku geologicznego lub pozycji systematycznej). Autorce, absolwentce Uniwersytetu Stanforda, udało się - zachowując lekkość narracji - streścić w ośmiu rozdziałach pół miliarda lat ewolucyjnych fluktuacji i wyjaśnić - powołując się na dociekania współczesnych paleontologów - jaka jest obecna kondycja ewolucyjna tej gromady. Nawiasem mówiąc dopiero z tej książki dowiedziałem się, że łodziki trafiły na listę CITES, co oznacza, że nie można ich muszli swobodnie przewozić jako pamiątki z dalekowschodnich wojaży. Dowiedziałem się również, dlaczego nie bardzo do łodzików pasuje określeni "żywa skamieniałość". Kiedy w 2018 roku rozmawiałem w Toruniu z profesorem Norbertem Wolnomiejskim (1938-2022) o połowach kalmarów, zwrócił moją uwagę na fakt, że mięso większość z nich jest niejadalne z powodu zawartości amoniaku. Wyjaśnienie tej kwestii można znaleźć na kartach omawianej książki. Również to, dlaczego znajduje się bardzo rzadko skamieniałe ośmiornice, ale nie znajduje się skamieniałych kałamarnic. 

Ponieważ jesienią nie mogłem się powstrzymać przed przeczytaniem tej książki, dziś już nie wszystko pamiętam z należytym ułożeniem. Oznacza to, że któregoś zimowego wieczoru znów sięgnę po tę książę, żeby z prawdziwą przyjemnością zaczytywać się o minionych epokach świetności głowonogów, których potomkowie pozostają dla nas (w naszej szerokości geograficznej) czystą egzotyką. Depozyty jurajskie i kredowe i mniej liczne z wcześniejszych okresów znajdowane na obszarze Polski pozwalają jednak na wyobrażenie, z jakim bogactwem form mieliśmy do czynienia. Warto sięgnąć po książkę Monarchowie mórz, żeby przypatrzeć się procesom, które wywindowały wiele z tych form do gigantycznych rozmiarów, żeby poznać mechanizmy, które pozwoliły jednym grupom a innym nie, przetrwać kolejne wielkie wymierania. Książka to też dobry przewodnik bibliograficzny dla tych, którzy chcieliby doczytać więcej. I nie mógłbym nie wspomnieć, że są i polonika, bowiem przy pisaniu książki Danna Staaf przeprowadzała rozmowy telefoniczne (i przez Sype'a, co odnotowuje w przypisach) z kilkoma współczesnymi paleontologami, w tym z profesorem Jerzym Dzikiem. 

Zbliżają się mikołajki. Naprawdę warto sprezentować komuś tę książkę, a najlepiej komuś i sobie. I wziąć się za wciągającą lekturę. Ja w każdym razie się w niej rozpłynąłem. I tylko żałować mogę, że w pluralistycznej rzeczywistości jest tak mało popularnonaukowych opracowań malakologicznych tematów.



Staaf D., Monarchowie mórz. Niezwykła opowieść o pięciuset milionach lat ewolucji głowonogów. Tłumaczenie Elżbieta Józefowicz, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2022, 270pp

piątek, 30 kwietnia 2021

Żeby nie zmarnować majówki

 Tak, powinienem gdzieś wyjechać. Rzucić to wszystko i najlepiej w Bieszczady, ale na ten pomysł mogło już wpaść 38 milionów Polaków, dlatego w Bieszczady nie wyjadę, a na pewno nie w tę majówkę...

Jeśli gdzieś mi się uda wyskoczyć, postaram się tym podzielić. Niewykluczone, że jednak przyjdzie mi się niemiłosiernie kisić gdzieś w murach wyglądając przez okno przejaśnienia... Pomyślałem, że gdyby tak musiało się stać i ktoś z tych 38 milionów Polaków miałby dzielić mój los, to gorąco polecam obejrzeć film, który zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Rzadko zdarza mi się rozumieć decyzje Amerykańskiej Akademii Filmowej przyznającej Oscary. W tym roku nawet nie wiem, kto zebrał większość nagród, ale wiem, że za najlepszy dokument uznano My Octopus Teacher (w Polsce pod tytułem Czego nauczyła mnie ośmiornica). Wyreżyserowany przez duet Pippa Ehrlich i James Reed południowoafrykański dokument jest dostępny na platformie Netflix od września zeszłego roku. Mnie udało się go obejrzeć przed kilkoma dniami i wciąż go w sobie mielę.

Niezwykle plastyczny, a jednocześnie minimalistyczny w środkach film jest zapisem relacji opartej na wzajemnym odkrywaniu obecności. Nie będę wchodził w niuanse, zajmę się tym w osobnej recenzji, którą planuję przygotować. To film wielowymiarowy, zdecydowanie głębszy niż przybrzeżne lasy listownic, wciągający, ciekawy, wzruszający niebanalny... To nie jest film dla samych miłośników podwodnego życia czy też (tak jak ja) miłośników mięczaków. To moralitet egzystencjalny, naszpikowany treściami do przemyślenia, idealny jako punkt wyjścia do przypatrzenia się swojej relacji z otaczającym światem. Zamiast stać przy moknącym grillu może lepiej zaproponować wspólne obejrzenie filmu i przedyskutowanie, o co tak naprawdę chodzi. Moim zdaniem lepsze na majówkę niż dyskontowe wyścigi w wyprzedaży butelkowanego piwa...


My Octopus Teacher (Czego nauczyła mnie ośmiornica), reżyseria i scenariusz Pippa Ehrlich i James Reed, RPA 2020, dystrybucja Netflix

poniedziałek, 14 września 2020

Andrzej Samek Głowonogi mięczaki niezwykłe

W mojej podręcznej biblioteczce znajduje się dziewięć książek zmarłego w 2018 roku profesora Andrzeja Samka. Te dziewięć książek to mniej niż jedna piąta jego pisarskiego dorobku rozciągniętego na ponad sześćdziesiąt lat naukowej i popularyzatorskiej działalności. A dopowiedzieć mi wypada, że zbiór mój jest mało reprezentatywny, bo skupiony jest na publikacjach bliżej lub dalej związanych z malakologią i nie obejmuje podręczników projektowania maszyn, podręczników bioniki, broszur o odrzutowcach, historii lotnictwa czy floty węgierskiej. Już choćby tak pobieżne wspomnienie zagadnień, którymi zajmował się profesor Andrzej Samek wskazuje dobitnie, jak nieprzeciętną był osobowością. Kiedy więc po jego  odejściu pojawiła się informacja o planach pośmiertnego wydania ostatniej książki, paliłem się w niecierpliwości nie mogąc się jej doczekać (czego też ostatnio dawałem wyraz...)

Jest w moich rękach już od kilku tygodni i dawno temu powinienem był o tym poinformować, zwłaszcza że na wydawnictwo narzekałem, a ono dnia następnego udostępniło tytuł do sprzedaży. Zrządzeniem różnych okoliczności stało się, że w sierpniu pięknie wydana książka trafiła do mnie...

Takich książek się do poduszki nie poczyta. Zajęło mi kilkanaście dni, zanim przeszedłem przez pierwszą lekturę stu sześćdziesięciu paru stron formatu A4, dopatrując się aż jednego maleńkiego błędu. Później wracałem do lektury dopatrując coraz większego kunsztu i doświadczając coraz większego długu wdzięczności za pozostawioną spuściznę. Gubię się  w tym, od czego zacząć, bo - chociaż mówię o stricte naukowej książce - nie mogę się wyzbyć emocjonalnego odbioru tego dzieła. I kiedy myślę, co jest kluczem do tego opracowania, odnajduję go w podtytule książki, w niezwykłości, której kilka słów chcę poświęcić.

Zauważyłem to już podczas pierwszego przeglądania książki. Co parę ustępów napotykałem na sformułowania "niezwykłe", "bardzo ciekawe", "fascynujące"... Nie jest to podstawowy słownik naukowca, a rzec by nawet można, że porządny naukowiec powinien wyzbywać się taki ocen. A jednak to właśnie owo emocjonalne na wskroś podejście do głowonogów sprawia, że książkę Andrzeja Samka Głowonogi. Mięczaki niezwykłe czyta się jakoś w szczególny sposób. Pobrzmiewa tu głównie autentyczna fascynacja zwierzętami, o których wiemy zdecydowanie za mało, o tyle za mało, że powinniśmy z tego powodu pokrywać się rumieńcem wstydu lub nawet bić się w piersi... Myślę, że to właśnie fascynacja, której wielokrotnie w ostatnich latach życia dawał dowody, stanęła u decyzji napisania pierwszej w języku polskim kompletnej monografii gromady głowonogów (Cephalopda). 

Kiedy zaczytywałem się w ostatniej książce profesora Samka nie mogłem pozbyć się wrażenia, że wszystkie treści, które czytam, prowadzą mnie do odsłony pewnej wiedzy, niemalże tajemnej, do której nie zostałem doprowadzony... Kolejne strony prowadziły do momentu, w którym następuje uświadomienie, że kolejnej strony nie będzie, że pozostanie i pozbawione kropki, a może że po prostu pewien nawias nie został zamknięty... Miałem nadzieję, że prof. Beata Pokryszko i doc. Ewa Stworzewicz dokończą ostatni, nienapisany rozdział. Kiedy jednak przeczytałem całość nabrałem przekonania, że nawet gdyby dysponowały wszystkimi notatkami zmarłego autora, robić tego nie powinny. Brakujący ostatni rozdział, który miał dotyczyć wykorzystania głowonogów w bionice, nie został napisany. Wszystkie przemyślenia na ten temat pozostały zakryte przed czytelnikiem i - mając nadzieję, że nie ocieram się o śmieszny patos - takimi zakrytymi zostaną do czasu, aż urodzi się ktoś, kto odkryje w sobie podobną fascynację! Myślę, że nikt w Polsce nie mógłby tego ostatniego rozdziału napisać, nawet gdyby posiadał wiedzę na ten temat porównywalną z wiedzą profesora Samka. Chodzi o to, że za jego wiedzą stała najprawdziwsza fascynacja, która każe zachwycać się, która medytuje nad mechanizmami ewolucji, która kontempluje piękno rozwiązań, do których umysł ludzki nie dorasta. Jakże uderza w świadomość ta właśnie okoliczność, że za książką stoi nawet nie przyrodnik, biolog, ale właśnie inżynier, wychowawca kilku pokoleń mechaników... Myślę, że nie da się odkryć wszystkich  zalet tej książki nie mając na uwadze, że drogą dojścia do fascynacji głowonogami był techniczny namysł wrażliwego na piękno erudyty, prawdziwego "człowieka renesansu".

Książka liczy siedem rozdziałów. Jest w niej wszystko, co dotyczy głowonogów: biologia, ewolucja, budowa, behawior, ekologia, przegląd gatunków i wpływ na kulturę. Nie ma tylko tego, co było prawdziwą pasją autora: wpływu na technikę. Profesor Andrzej Samek, nie będąc biologiem, zgromadził ogromną wiedzę zarówno z zakresu biologii jak i paleontologii. Porusza się po niej swobodnie, spina różne wiadomości i tłumaczy ze znawstwem pomagając zrozumieć mroczne odmęty ewolucji głowonogów. Kiedy poznawałem przegląd gatunków nie mogłem wyjść z podziwu dla usystematyzowanej wiedzy, która przecież (zwłaszcza w odniesieniu do systematyki) wywracana jest co chwila do góry nogami. I znów jeszcze jeden niezwykle ważny aspekt: w naszych warunkach geograficznych nie mamy na co dzień do czynienia z głowonogami, śledzenie więc nowych doniesień, systematyzowanie ich, wymaga niezwykle rzetelnej pracy, której nie da się zastąpić szybką internetową kwerendą. Do tego dodać jeszcze trzeba kolejną niebanalną sprawę: całość opracowania zaopatrzona została obficie w bogaty materiał ilustracyjny, który poza fotografiami pochodzącymi głownie z internetu, tworzą oryginalne rysunki (gwasze) autorstwa profesora Samka. To właśnie materiał ilustracyjny pozwala się zorientować w wielości form występujących wśród głowonogów. Materiał ten, zwłaszcza w rozdziale szóstym (Przegląd wybranych gatunków) pokazuje nie tylko bogactwo form, ale również kunszt malarski profesora Samka.

Wspomniałem, że znalazłem jeden błąd w książce: na stronie 40 autor podaje: "W ten sposób doszło do powstania nowej podgromady mięczaków, Coleoidea, płaszczoobrosłe (pochewkowce). Zaliczane są do niej wszystkie współczesne głowonogi." Oczywiście z wyjątkiem łodzików (Nautiloidea), które są pozostałością po innej linii ewolucyjnej głowonogów...

Mam nadzieję, że pojawienie się tej książki zostanie przyjęte jako wydarzenie naukowe. Udało się właśnie wydać pierwszą - może troszkę popularyzatorską - ale jednak na wskroś naukową monografię poświęconą głowonogom. Mam nadzieję, że zainspiruje ona do dalszych poszukiwań, zwłaszcza tych, którzy bionikę traktują bardzo poważnie. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło zabraknąć tej książki w bibliotece któregoś z polskich malakologów i wierzę, że kiedyś ktoś dopisze ósmy rodził tej książki już jako nowe dzieło, na które w pełni zasługują wciąż niepoznane przez nas głowonogi...

Andrzej Samek, 2020, Głowonogi. Mięczaki niezwykłe. Wydawnictwa AGH, Kraków, 170pp.



wtorek, 30 czerwca 2020

Powoli tracę cierpliwość

Już kilka tygodni po śmierci śp. prof. Andrzeja Samka dotarła do mnie wiadomość, że zostawił po sobie prawie ukończone monograficzne pracowanie gromady głowonogów (Cephalopoda). Opracowania brakującego rozdziału podjęły się panie Ewa Stworzewicz i Beata Pokryszko, co gwarantowało, że zamysł redakcyjny został dobrze odczytany i że praca zmarłego profesora nie pójdzie na marne. Dopowiedzieć trzeba, że opracowań tego tematu w literaturze polskiej jest naprawdę jak na lekarstwo i byłoby czymś potwornym, gdyby ta praca nie miała trafić w ręce czytelnicze.
Niemiłosiernie naczekać się musiałem, aż na początku wiosny tego roku natrafiłem na zapowiedź wydawniczą książki prof. Andrzeja Samka Głowonogi - mięczaki niezwykłe. Ona już jest. Napisana, narysowana, złożona, złamana... Chociaż dziś zecerów nie zatrudnia się w drukarniach, wszystko wydawało się być na ostatniej prosta. A ta - wydłuża się niemiłosiernie. Wciąż na tronach wydawnictwa opatrzona jest dopiskiem "Zapowiedź" i jeszcze gorszym: "Niedostępna w sprzedaży". Można już zobaczyć jej spis treści i przykładową stronę, ale prawdopodobnie nie wyszła jeszcze z drukarni. Siedzę i przebieram nogami, obgryzam paznokcie i niecierpliwie codziennie zerkam na stronę, codziennie powtarzając masochistyczny rytuał rozczarowania. Powoli tracę cierpliwość! Ja rozumiem wszystko, pandemie, krachy gospodarcze, przebiegunowienie Ziemi nawet, ale przecież ile można czekać na taką książkę?
Pozwalam sobie na upust emocji, ale ci którzy mnie znają, wiedzą że potulnie czekać będę na swoje miejsce w szeregu. Kiedyś wszystko to się skończy, wydawca przeznaczy tytuł do sprzedaży zastanawiając się, kto to w ogóle będzie chciał kupić, a ja w tym czasie nie będę się mógł doczekać kuriera z zamówionym tytułem... No może mi cierpliwości wystarczy...
W każdym razie na koniec czerwca bez zmian. Wciąż zapowiedź. Wciąż niedostępna. Psiakrew!
 

piątek, 31 sierpnia 2018

Umysł pełen zadziwienia

I. Bardzo skróciła się lista książek malakologicznych z mojej biblioteczki, które jeszcze nie doczekały się odrębnego zrecenzowania przeze mnie. Owszem, dużą część wspominałem tylko na blogu lub omawiałem bądź rekomendowałem pobieżnie, nie mniej doskwiera mi bardzo i coraz bardziej brak nowych tytułów. Każdy więc wyjątek od tej reguły godzien jest więc właściwego wykorzystania.
II. Udając polskiego malakologa ma się wiele bardziej łatwiejsze zadanie, niż np. taki odpowiednik francuski, włoski, hiszpański, czy też amerykański lub wietnamski. Polski malakolog na co dzień spotkać może wyłącznie ślimaki lub małże, inne gromady mięczaków mogą być mu znane z jego szerokości geograficznych najwyżej z zapisu kopalnego. Lub z regałów z lodem na stanowiskach rybnych w lepiej zaopatrzonych sklepach...
III. Każda informacja w języku polskim o mięczakach inne niż wspomniane wcześniej ślimaki i małe, należy do rzadkości. Owszem, mógłbym wskazać konkretne rozdziały bardzo dobrych publikacji, a nawet wskazać konkretne tytuły monograficznych opracowań głowonogów (czy to kopalnych, czy współcześnie żyjących), ale to - generalizując - ilości śladowe. Pojawienie się nowego opracowania domaga się więc odnotowania. I to zamierzam właśnie uczynić.
IV. Rzadko się zdarza, abym trafił na jakiś malakologicznie ciekawy temat w odpowiednim czasie. Formuła bloga zakłada, że publicystyka powinna być podporządkowana aktualności. Czasem się tego trzymam, czasem odstępuję. Tym razem złożyło się, że dotykam tematu, który dopiero oficjalnie się pojawi za kilka dni. Od dziś jestem jednak szczęśliwym posiadaczem egzemplarza książki, której pobieżne przekartkowanie wprowadza mnie w stany euforyczne. Na kilka dni przed oficjalną premierą mam już egzemplarz pracy profesora Petera Gofrey-Smitha Inne umysły. Nie ekscytowałbym się tak tym tytułem, gdyby nie jego uzupełnienie: Ośmiornice i prapoczątki świadomości. Książkę wydało wydawnictwo Copernicus Center Press, które związane jest z działalnością krakowskiego filozofa przyrody, ks. prof. Michała Hellera, laureata Nagrody Templetona.
V. Nie mogę zrecenzować tej książki, bo nie byłem w stanie jej jeszcze przeczytać. Kilkanaście stron w czasie czerwonych świateł po drodze do domu to zdecydowanie za mało na osąd książki. Mogę się za to podzielić wrażeniami. A wrażenie zrobiła na mnie wspaniałe. Jest to coś, na co od lat czekałem i mam głęboką nadzieję, że pełna lektura potrzyma we mnie to wrażenie. Trudno mi nawet pokusić się o próbę zdefiniowania, z czym mam do czynienia: czy to esej, czy traktat, opowiadanie czy wykład, bo elementy wszystkiego tego znalazłem na tych kilkunastu wyrywkowych stronach. Mógłbym spróbować opisać to tak: to niezwykle żywy i barwny zapis fascynacji filozofa zaskoczonego interakcją między nim, a obserwowanymi głowonogami w ich środowisku życia. To pogłębiona refleksja fenomenologa o zoologicznym wyczuleniu lub zoologa o filozoficznej dociekliwości. Przez słowo "filozof" nie rozumiemy tu jednak sobie zrozumiałego intelektualnego pozera, ale prawdziwego miłośnika mądrości, który ma odwagę stawiać trudne pytania i za tymi pytaniami iść w stronę nieoczywistych odpowiedzi.
VI. Potrzebuję trochę czasu, żeby przez tę lekturę przejść i wrócić do niej z oceną. Dziś oddaję się tej niezwykłej atmosferze fascynacji, która jak światło słońca przez fale nad lagunami przebija z przeczytanych akapitów. Obiecuję szybko wrócić z refleksjami po lekturze. Tymczasem polecam jako nowość, jako rzadkość, jako źródło zadziwienia...

środa, 8 marca 2017

Czy wśród mięczaków są kobiety?

Idę w zakład, że zdecydowana większość z Was spotkała się ze stwierdzeniem, że ślimaki to obojnaki. I to nawet z prawdziwym stwierdzeniem, ale prawdziwym tylko w części. W dużej części, ale nie oznacza to bynajmniej, że obojnactwo jest jedynym rozwiązaniem płciowym wśród ślimaków. Z okazji Dnia Kobiet chciałem dziś chwilkę spojrzeć na żeński pierwiastek w świecie mięczaków.
Rozdzielność płciowa występuje u licznych ślimaków, małży i głowonogów. Nie bardzo się orientuję, jak rzecz ma się u pozostałych gromad, zwłaszcza wśród chitonów i jednotarczowców, ale może kiedyś sprawdzę. W każdym razie nawet w Polsce znaleźć można gatunki ślimaków, u których występuje rozdzielność płciowa, nawet z czasem wyraźnym dymorfizmem płciowym.
Najlepiej przyjrzeć się dość pospolitej w Polsce żyworodce, czy to Viviparus viviparus, czy V. contectus. Powinien to być podręcznikowy dowód na tezę, że nie każdy ślimak to obojnak. Żyworódki nie tylko że są rozdzielnopłciowe, ale też wyraźnie (no powiedzmy, że wyraźnie) zaznaczają różnice między samcami a samicami. Muszle samic są nieco większe i nieco bardziej obłe, co jest związane ze strategią rozrodczą opierającą się na przetrzymywaniu w specjalnej torbie lęgowej zarodków. Jeśli po zimie znajdziecie gdzieś na brzegu stawu lub jeziora zeszłoroczne muszle żyworódek, zdejmijcie wieczko i potrząśnijcie muszlą nieco, aby wysypać z niej detrytus i pozostałości mięczaka. Z niektórych muszli wysypią się dwumilimetrowe  skorupki, bardzo delikatne, szczątkowe. Znaczy, że trzymacie muszlę samicy żyworódki. Jeśli chodzi o żywe osobniki tego gatunku, to łatwiej rozróżnić samca od samicy po czułkach: samice mają oba jednakowej długości i grubości (takie nitkowate prawie), natomiast samce mają prawy czułek wyraźnie pogrubiony i nieco krótszy (bo przekształcony w narząd kopulacyjny).
Inny z krajowych ślimaków, kiedyś określany mianem przodoskrzelnych, namułek pospolity Litoglyphus naticoides również może służyć za przykład rozdzielnopłciowości wśród ślimaków. Aby odróżnić samca od samicy należy przyjrzeć się ujściu muszli: u samiczek ujście jest proste, natomiast u samców widoczne jest łukowate wcięcie ujścia muszli w jej dolnej części.
Kiedyś wspominałem o obcym składniku naszej malakofauny - wodożytce nowozelandzkiej. U Potamopyrgus antipodarum występują populacje złożone wyłącznie z samic, które rozmnażają się partenogenetycznie (w warunkach kolonizowanych, bo naturalnie żyjące wodożytki znają samców). I to kolejny przykład żeńskiego pierwiastka wśród ślimaków.
U małży temat płci też jest bardzo ciekawy. Zasadniczo duża ich część, np. z rodziny Unionidae, jest rozdzielnopłciowa. Wówczas muszle samic są bardziej pękate i można w ten sposób próbować określać, czy to chłopiec czy dziewczynka;) Ciekawe jest to, że w normalnie zagęszczonych populacjach występują samce i samice. Kiedy liczebność mocno spada i trudno o znalezienie partnera, wówczas pojawia się hermafrodytyzm, tak dzieje się np. u perłoródki rzecznej (a ta jest już z rodziny Margeritiferidae, nie Unionidae).
O głowonogach nie będę się rozpisywał poza tym, że najciekawszym przykładem dymorfizmu płciowego w tej gromadzie wydaje się być żeglarek argo Argonauta agro. Ośmiornica ta w okresie rozrodu buduje specyficzną muszlę (która nie jest muszlą homologiczną z innymi muszlami mięczaków), służącą za inkubator jaj. Samica składa jaja do wnętrza muszli, następnie zasiada w niej jak w łodzi i pilnuje, żeby potomstwu było dobrze... jak u mamy. Myślę, że kiedyś więcej napiszę na temat żeglarków, bo to bardzo ciekawe stworzenia.
Tak więc, jeśli nadal ktoś twierdził będzie, że mięczaki są obojnakami, proszę rację przyznawać, z dopowiedzeniem, że jednak nie wszystkie.
A z okazji Dnia Kobiet, wszystkim Paniom, a zwłaszcza tym, które zajmują się malakologią, serdeczności posyłam.

wtorek, 29 listopada 2016

Dr Mackiewicz, Oktawiusz Mackiewicz

W ostatni weekend listopada telewizja Polsat bawiła widzów premierą filmu "Pingwiny z Madagaskaru" (2014) produkcji DreamWorks. Nie oglądałem, bo stronię od telewizji, a film miałem okazję obejrzeć w kinie przed dwoma laty. Pomyślałem jednak, że warto by przy tej okazji wspomnieć o jednej z postaci filmu, której przypadła rola szwarccharakteru, nad czym muszę ubolewać...
Nie mam zamiaru streszczać fabuły filmu, nie bardzo ją zresztą pamiętam. Generalnie, jak to w tego typu produkcjach bywa, liczy się dowcip, zaskoczenie, gra słów oraz groteskowy absurd. Głównym wrogiem bohaterów jest... ośmiornica Dave, który w antropomorficznym kamuflażu znany jest światu jako genialny Dr Oktawiusz Mackiewicz (oryg. Dr. Octavius Brine). Zaiste podła to i nieszczęśliwa postać, której przeznaczeniem jest przegrać w walce z pingwinami...
Bla, bla, bla. Nie wszystkie produkcje DreamWorks są dobre i ta należy (moim zdaniem) do tych, które nie bardzo wyszły. Jeśli jednak komuś przypadnie oglądać ten film (np. z dziećmi lub wnukami), może się przyjrzeć ośmiornicom w nim grającym. Najpierw więc Dave.
Dave, czyli dr Oktawiusz Mackiewicz (piękne nazwisko, prawda?) jest przykładem tego, jak bardzo inteligencja nie musi iść w parze z emocjonalnością. Jest takie powiedzenie, że złośliwość jest cechą inteligentnych, ale Dave nie jest złośliwy - jest chodzącym złem, ośmionożnym złem! Zła natura Oktawiusza to pokłosie krzywdy, której doznał; subiektywnej krzywdy,  która jednak okazała się głębokim zranieniem. Tak głębokim, że pragnienie odwetu stało się głównym motorem jego działań. Płynie stąd więc lekcja, że nie  ma ludzi złych, tylko są poranieni. A mięczaka zranić bardzo łatwo, najłatwiej ze wszystkich fajtłapów, nieudaczników, pięknoduchów czy wrażliwców. Pod tym względem dobór postaci wydaje się być bardzo trafiony. Dave jest mięczakiem (podatny na zranienia, wrażliwy), a dokładniej ośmiornicą, która - jak wiemy już nie z bajek a z obserwacji biologów, jest najinteligentniejszym spośród bezkręgowców, na głowę bijącym ptasie móżdżki... Oryginalne nazwisko Dave'a też nie jest bez znaczenia: Brine - mózg. Antropomorfizując  postać łatwo było przedstawić kompleks palialny głowonoga jako rozbudowaną mózgoczaszkę, gwarantującą pomieszczenie mózgu geniusza. Niektórzy twierdzą, że nazwisko Dav'a jest nawiązaniem do popkultury i do postaci Optimusa Prima - inteligentnego, ale dobrego trnasformersa. Nie wiem, czy o to chodziło, ale jeśli tak, to kalambur ten prysł całkowicie w tłumaczeniu. Ja natomiast jestem gigantycznym fanem polskiego tłumaczenia nazwiska, jakże mi bliskiego;) Mackiewicz - czy można było lepiej to ująć? Imię - nomen omen - nie jest pozbawione znaczenia, ale myślę, że niewielu najmłodszych widzów rozumie je, a i wśród dorosłych nie wiem, czy jest oczywistym nadanie tego imienia ośmiornicy (genus Octopus).
Poza doktorem Oktawiuszem Mackiewiczem w filmie występują również inne ośmiornice, które są jego sługusami, pogardliwie przez niego nazywanymi Pomiotłami. Te różnią się od Oktawiusza między innymi wielkością oraz... liczbą ramion (macek). Małe ośmiornice mają ramion sześć, co jest oczywistym odstępstwem od biologii, ale przecież mówimy o kreskówce. Świat filmowej fikcji może pomieścić znacznie więcej, niż sześcionogie ośmiornice walczące z pingwinami... W oryginalnej wersji ośmiornice mają swoje imiona, a kwestie wypowiadane przez Mackiewicza są kalamburami z nazwiskami hollywoodzkich gwiazd.
W naszym kręgu kulturowym ośmiornica jest znakiem prawie pustym, introdukowanym do naszego języka w skojarzeniach z mafijnymi układami. Gdyby w naszych wodach żyły głowonogi, może wówczas łatwiej byłoby im przypisać więcej cech, a tak pozostają nam skąpe ślady obecności mięczaków w popkulturze. Więc nie obrażając się na przygłupawą produkcję z DremWorks, cieszę się, że gdzieś te głowonogi się pojawiają, a że w złym świetle? Cóż, non omnia sunt perfecta!

Dr Oktawiusz Mackiewicz, kadr z filmu

Pomiotła Mackiewicza, kadr z filmu

sobota, 12 września 2015

XXXI Krajowe Seminarium Malakologiczne, cz. II

Dotarło do mnie niedawno zawiadomienie od Organizatorów XXXI Krajowego Seminarium Malakologicznego, zawierające - poza szczegółami technicznymi - również zarys programu wystąpień prelegentów. Ponieważ z różnych przyczyn, nie wszystkich zależnych ode mnie, nie będę mógł wziąć w udziału w Seminarium (które, co warto przypomnieć, rozpocznie się 22 września we Wieliczce), harmonogram referatów bardzo mnie ucieszył. Mam okazję dowiedzieć się przynajmniej, o czym będzie mowa, a myślę, że i dyskusji nie zabraknie po wystąpieniach.
Żal mi, że nie wysłucham referatu inaugurującego Seminarium, który przygotował prof. Andrzej Samek. Będzie mówił o głowonogach, naprawdę bardzo mało znanych reprezentantach morskich głębin. Profesor Robert Cameron wygłosi referat o mięczakach jako symbolach (Snails in the mind: symbolism and imagery). Będzie też wystąpienie natury ogólnej "O malakologii ze ślimakiem w roli głównej" (p. Eliza Rybska), a szczególnie ciekawy może  wydać się referat prof. Beaty Pokryszko o inwentaryzacjach i ekspertyzach (nota bene ekspertyzy malakologiczne często grzęzną gdzieś w urzędniczych teczkach i przygniecione stosami papierów nie dostają się do szerokiego grona odbiorców, ze szkodą dla takich jak ja - amatorów wszelkich ślimaczych wieści...)
W sumie naliczyłem 24 planowane wystąpienia oraz sesję posterową. Ze szczególnym zaciekawieniem czekał będę na obszerniejsze informacje przedstawione w komunikacie Adama Wodniczki o pierwszym w Polsce notowaniu Dreissena rostriformis bugensis (ang. Quaga mussel), której spodziewałem się już w naszych wodach. Szczegóły poznane zostaną w czasie Seminarium, ale już dziś można dopisać kolejny gatunek małża do listy obecności...
Zainteresowanych odsyłam do strony Stowarzyszenia Malakologów Polskich, na której znajduje się "malakologiczny rozkład jazdy". Zrobię wszystko, żeby zdobyć więcej informacji na tematy poruszane podczas XXXI KSM i oczywiście podzielę się nimi. Ale to dopiero najwcześniej za dziesięć dni. Tymczasem odsyłam na wspomnianą stronę, gdzie w zakładce "Publikacje" można pobrać zeszłoroczny tom streszczeń wystąpień na XXX Krajowym Seminarium Malakologicznym.


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Mięczaki w akwarystyce morskiej

Jakiś czas temu przybliżałem Drogiemu Czytelnikowi jeden z numerów Zeszytów Akwarystycznych poświęconych ślimakom słodkowodnym. Wspominałem wówczas, że wcześniej wydany został numer tematycznie poświęcony mięczakom w akwarium. Ponieważ dziwnym zbiegiem okoliczności dopiero teraz udało mi się ten numer zdobyć, na bieżąco dzielę się wrażeniami z lektury.
Nie byłbym sobą, gdym lekko nie przynudził opowiadając o perypetiach związanych z nabyciem tego wydawnictwa. Dwa lata temu miałem w łapach swoich egzemplarz pisma, które swój numer w całości poświęciło mięczakom. Nawet nie kartkowałem czy czytałem na miejscu (a mam taką smutną przypadłość, niestety, że czasem większą część książki czytam jeszcze w księgarni), wziąłem po prostu i poszedłem do kasy. Podłe zrządzenie losu chciało jednak, że gotówką nie dysponowałem, a awaria systemu nie pozwalała na płatność kartą. Taaa. Następnego dnia uzbrojony w gotówkę pisma już nie znalazłem, a w innych punktach go nie mieli. I tak poczekałem sobie dwa lata, aż w końcu sprowadziłem ten numer.
Jak zauważyli sami redaktorzy omawianej publikacji: "Ponieważ akwarystyka morska rozwija się bardzo szybko, w tej chwili brak aktualnej pozycji książkowej dla początkujących, wydaje się być bardzo widoczny. Znacznie bardziej dotkliwy jest jednak brak porządnego atlasu morskich zwierząt akwariowych". Trudno nie zgodzić się z przedstawioną opinią, zwłaszcza że marzeniem moim jest posiadanie takiego atlasu, że nie wspomnę o popularnym atlasie krajowych mięczaków... Zamysłem Redaktorów jest przygotowywanie mini-atlasów prezentujących poszczególne typy zwierząt pielęgnowanych w akwariach. Zamysł ciekawy, potrzebny i chyba trafiony: zwięzłe informacje dla zaczynających przygodę z nowymi zwierzętami w akwarium charakteryzują się ogólnością, ale również fachowością, a przecież to fachowych informacji poszukuje się na początku nowych doświadczeń z czymś nowym.
Nie jestem w stanie oszacować liczby akwarystów, którzy mięczaki wzięli sobie za hodowlane wyzwanie. Znam takich, którzy zwierzęta te chętnie trzymają w akwariach, ale jako dodatek, element bioróżnorodności stworzonego sztucznie środowiska. Nie znam nikogo, kto powiedziałby o sobie, że jest specjalistą od mięczaków w akwariach. Chętnie poznałbym... Jeszcze chętniej nawiązałbym z takim współpracę... Wracając jednak do omawianego zeszytu... 36 numer Zeszytów Akwarystycznych wydany został w grudniu 2012 roku, dość dawno już zatem jak na standardy czasopism. Autorzy przedstawili w nim kilka gatunków mięczaków z trzech gromad: ślimaków, małży (małżów) i głowonogów. Ponieważ jest to zeszyt "morski", prezentowane gatunki reprezentują to właśnie środowisko. Omówiono łącznie 8 gatunków ślimaków (w tym jeden pasożytniczy i jeden zdecydowanie niepolecany ze względu na jadowitość - Conus), 5 gatunków małży oraz 4 gatunki głowonogów. Określenie "gatunki" jest z mojej strony bardzo nieprecyzyjne, bo w wielu przypadkach chodzi albo o rodzaj, albo nawet o przedstawicieli jakiejś rodziny. Autorom nie chodziło o dociekania systematyczne czy taksonomiczne, skoncentrowali się na wymaganiach, jakim sprostać musi amator chowu tych zwierząt, które nie należą do najłatwiejszych w utrzymaniu. Tam, gdzie w grę wchodzi obcowanie z niebezpiecznym zwierzęciem, wiele miejsca poświęcają zagrożeniom zniechęcając do hodowli lub zalecając szczególną ostrożność w przypadkowych kontaktach, jak np. z Hapalochleana lunulata, niebezpieczną ośmiornicą możliwą do zawleczenia wraz z transportem rafy dla akwarystów.
W czasie lektury pobrzmiewa od czasu do czasu brak naukowej kindersztuby (np. określenie, że ślimaki nie mają nogi;), nie jest to jednak rażące, a przyznać trzeba, że autorzy zadbali, aby poszczególne gromady zostały choćby pobieżnie, ale jednak omówione. W całości dominuje nuta poradnictwa, co pokrywa się z charakterem pisma. Poza poradami (właściwiej: ogólnymi informacjami), sporo tu zachęty do spróbowania swoich sił w pielęgnowaniu mięczaków w akwarium morskim. Dopóki nie powstanie nowe, obszerne opracowanie zagadnienia, pozostaje to jedną z najcenniejszych publikacji na temat mięczaków w morskiej akwarystyce. Dwa lata minęły i chyba rękawica nie została podniesiona...

wtorek, 16 października 2012

Głowonogi

W 1979 roku ustanowiono dzień 16 października Światowym Dniem Żywności. Pierwsze jego obchody odbyły się rok później w Rzymie, w siedzibie FAO - Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa. W Polsce data 16 października kojarzyć się będzie z wyborem Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, myślę jednak, że nie zawadzi kilka słów poświęcić dzisiejszemu świętu, i z tej choćby przyczyny, że w zawołaniu FAO znajdują się słowa FIAT PANIS, które można przetłumaczyć jako "niech będzie chleb", "niech stanie się chleb" (a w konsekwencji: niech nie zabraknie chleba).
Wpadła mi ręce publikacja FAO z 1984 r., którą odkryłem dzięki skryptowi w całości poświęconemu głowonogom. A ponieważ głowonogi, jako nieobecne w rodzimej faunie, skąpo reprezentowane są w polskojęzycznej literaturze malakologicznej, nie mogę przemilczeć nowej zdobyczy.

Przed kilkoma dnami dotarła do mnie przesyłka ze Szczecina, omawiająca cztery rzędy współczesnych głowonogów, i to właśnie pod kątem wykorzystania w rybołówstwie.
Wiesław Seidler oraz Józef Domagała podjęli się przygotowania skryptu dla studentów Uniwersytetu Szczecińskiego, którzy w przyszłości chcieliby wypłynąć na oceaniczne wody polskimi traulerami. Ponieważ w podtytule napisano, że to skrypt dla studentów Wydziału Nauk Przyrodniczych, nie wiem, czy powinienem się za niego zabierać, przyjąłem jednak, że może dostanę jakąś dyspensę...
Ponad stopięćdziesięciostronicowy skrypt (w języku polskim!) wydany został w 2003 roku nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Szczecińskiego. Stanowi przegląd czterech rzędów współczesnych głowonogów, tj. łodzików, ośmiornic, mątw i kalmarów. Wspomniano tylko o kopalnych rzędach (amonitach i belemnitach) oraz o współcześnie żyjących wampirzycach (reprezentowanych przez jeden tylko gatunek Vampyroteuthis infernalis Chun, 1903). Celem publikacji jest zaznajomienie ze współczesnymi głowonogami, mającymi zastosowanie w przemyśle spożywczym. Chodzi o to, aby potencjalny dalekomorski żeglarz wiedział, że poza rybami i waleniami można łowić jeszcze inne zwierzęta morskie.
Skrypt stanowiłby zapewne dzieło o nieprzecenionej wartości gdyby nie mała okoliczność, że właściwie jest streszczeniem pracy Ropera, Sweeneya i Nauen wydanej przez FAO w 1984 r. Cephalopods of the World (FAO Fisheries Synopsis No 125 vol. 3), którą można pobrać ze stron FAO.
O  głowonogach postaram się kiedyś napisać nieco więcej. To jedne z najinteligentniejszych zwierząt morskich (zwłaszcza ośmiornice). Jesteśmy w tej przykrej sytuacji, że w Bałtyku nie uświadczy się żadnego przedstawiciela tej gromady. Nic dziwnego: głowonogi preferują pełnosłone wody oraz znaczne głębokości, niektóre z gatunków żyją na głębokości kilku tysięcy metrów. W światowym dniu żywności przyszło mi na myśl wspomnieć o głowonogach jako alternatywnej formie pokarmu. Nie znam statystyk dotyczących połowu tych mięczaków. Pewnie idzie w miliony ton rocznie. Pewnie - jak wszystkie naturalne źródła pokarmu - zostaną wkrótce znacznie przetrzebione,co  poważnie zakłóci obiegiem materii w oceanach. Więc patrząc na te niezwykłe stworzenia, właśnie w tym dniu warto zrobić sobie rachunek sumienia z zawartości lodówki, z której część sukcesywnie ląduje w śmietniku.
W naszym morzu nie ma głowonogów i nigdy nie było. Są obszary na ziemi, na których głód i śmierć głodowa są codziennością. Wydaje się nam, że to nie dotyczy naszego kraju, naszych miejscowości. Jeśli jednak o żywność nie będziemy dbać i mądrze zarządzać jej pozyskiwaniem, może i nam przyjdzie konfrontować się z głodem. Obyśmy tego nie doczekali.
Dziś kalmary czy pierścienie ośmiornic są dla nas towarem delikatesowym, symbolem wyrafinowania i wyszukanych gustów. Dla wielu jednak są też symbolem obrzydliwości, którą nie wiadomo dlaczego się je. Chciałbym, aby ludzie uwierzyli w to tylko, że żywność jest darem i zadaniem ludzkości. W tym dniu, bliskim Polakom, którzy w osobie Jana Pawła II widzieli szczególnego syna narodu, warto raz jeszcze spojrzeć na jego nauczanie dotyczące solidarności społecznej i walki z głodem. Może okaże się, że treść dzisiejszej daty i dzisiejszych świąt idealnie się ze sobą komponują.