Są takie książki, które powinno się znać. Nie po to, żeby hipstersko brylować w towarzystwie (Czytałeś ostatniego Kerouaca? Naprawdę nie? No stary, każdy powinien to znać, no aż mnie dziwi, że uważasz się za człowieka skoro go nie czytałeś). Są takie książki, bez których trudno zrozumieć inne, które przeczytane w odpowiednim momencie, detonują eksploracyjny popęd rozpoczynając przygodę obcowania ze światem. Są takie książki, które powinno się znać. I czytać je, pamiętając ile nam dały. Uważam, że taką właśnie książką jest Tomasza Umińskiego Zwierzęta i oceany. Napisana przed czterdziestu laty wciąż stanowi niesamowite źródło wiedzy o życiu na Ziemi, i chociaż tyle czasu upłynęło od jej powstania, wciąż przyciąga i wciąga w odmęty wiedzy o biologii (i nie tylko) mórz.
Profesorowi Tomaszowi Umińskiemu winienem jestem poświęcić więcej miejsca i czasu w moim pisaniu. Jest to jeden z tych malakologów, którego praca wniosła więcej do nauki, niż się wydaje, ale o tym przy innej okazji.
Książka, nad którą dziś pieję w zachwytach, dostępna jest w większości chyba antykwariatów, ponieważ wydana była w czasach, kiedy nakłady książek były nieporównywalnie większe niż obecnie. A była wydana jako książka popularnonaukowa przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne. Wydaje mi się, że za jej przygotowaniem stoi prawdziwa przyrodnicza pasja, która nakazała uporządkować wiedzę różnych dziedzin, aby zrozumieć specyfikę życia w wodzie. Choć sam Autor we wstępie wyraża przekonanie, że część z badań, o których w książce wspomina, już w chwili publikacji nie będzie aktualna, książka - jako całość - zachowała świeżość i atrakcyjność, której nie umniejsza nawet fakt, że jest to książka pozbawiona barwnych fotografii i rysunków, bez których dziś nie można sobie wyobrazić popularnonaukowego wydawnictwa. Jakkolwiek strona graficzna pracy jest bardzo minimalistyczna, jednocześnie nie jest uboga, a schematyczne wyobrażenia sylwetek zwierząt porządkują materiał, z którym obcuje czytelnik.
Spokojne, ale również osobiste (coś, czego trudno dziś szukać w podobnych książkach!) wypowiedzi łączą w sobie różne ujęcia i wyjaśniają istotę zjawisk, które dla Autora niejednokrotnie pozostają zagadką lub tajemnicą. Kto jeszcze tej książki nie czytał, rozpoczynając lekturę wejdzie w przejrzysty świat opisujący prawa, które odkrywa się podążając ścieżkami proponowanymi przez warszawskiego biologa
Nie jest to książka o mięczakach, choć często ilustrują one przykłady różnych dostosowań, o których jest w książce. Ale jest to książka, która każdemu malakologowi, a właściwiej: kandydatowi na malakologa, da świetne przygotowanie do zajmowania się mięczakami. I już się rozglądam za inną książką tego Autora, Zwierzęta i kontynenty, pełen przekonania, że w ten sposób kontynuował będę intelektualną ucztę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 lutego 2017
piątek, 4 grudnia 2015
Anna Dyduch-Falniowska (27.02.1953 - 02.09.2002)
Trwa w Paryżu właśnie Szczyt Klimatyczny, w czasie którego mądre i niemądre głowy decydujące o losach świata, myślą lub uśmiechają się tylko do myśli o zmianach, które następują na skutek zmian klimatu. Jednym z silniejszych głosów na ten temat, ale jeszcze przed rozpoczęciem Szczytu, słychać było z ust Papieża Franciszka, który choć w samym wydarzeniu nie uczestniczy, wniósł do dyskusji bardzo dużo. To pierwszy w historii Kościoła papież, który zajmuje zdecydowane stanowisko w sprawie ochrony środowiska naturalnego.
Rozpisywałem się już na temat papieskiej encykliki Laudato si'. Uważam ten głos za bardzo mądry i wyważony, choć jak na głos kościelny - jednak mocny. Minęło już kilka miesięcy od ogłoszenia encykliki i jakoś nie doszukałem się za bardzo odzewu ze strony polskich środowisk, czy to naukowych, czy to kościelnych. Owszem, coś tam powiedziano, brawa bito i tyle. A wezwanie do refleksji nad troską o wspólny dom nie jest bynajmniej sferą estetyki, a etyki. I jest to wezwanie bardziej niż kiedykolwiek aktualne.
W tym roku mija 15 lat od wydania książki, która była poważną próbą poszukiwania sojuszu między wiarą a nauką w kwestii poszanowania dla środowiska naturalnego. Sięgam po tę książkę nie żeby ją omawiać, a żeby wspomnieć osobę, której nigdy osobiście nie spotkałem, a którą zawsze uważałem za czołówkę moich malakologicznych autorytetów. Trochę więc okrężnymi drogami, ale chciałbym dojść do sylwetki nieodżałowanej docent Anny Dyduch-Falniowskiej, osoby bez reszty zanurzonej w nauce i w chrześcijańskiej wizji świata.
Anna Dyduch Falniowska urodziła się 27 lutego 1953 roku w Bochni.Tam zdała maturę, po której rozpoczęła studia na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opiekunem jej magisterskiej drogi był prof. Czesław Jura (z jego "Zoologii" przerysowywałem kiedyś ryciny mięczaków), pod okiem którego napisała pracę o mięczakach Puszczy Niepołomickiej i Puszczy Białowieskiej i obroniła ją w 1977 roku. Od 1978 pracowała w Zakładzie Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk, gdzie też się doktoryzowała w bardzo krótkim czasie. Była jedyną doktorantką prof. Leszka Bergera, a przedmiotem jej badań doktorskich była systematyka krajowych Sphaeridae. W 1994 roku habilitowała się na podstawie rozprawy "Ślimaki Tatr Polskich" (The Gastropods of the polish Tatra Mountains), wydanej w 1991 roku. Jeszcze przed habilitacją wydała wespół z prof. Andrzejem Piechockim najobszerniejszy z dotychczasowych kluczy do oznaczania krajowych małży słodkowodnych - "Mięczaki (Mollusca). Małże (Bivalvia)" z serii Fauna Słodkowodna Polski.
Jej kariera naukowa, osadzona na niezwykłej pracowitości oraz trosce o pozyskiwanie materiałów do badań faunistycznych, nie wyczerpywała się tylko w badaniach malakologicznych i koordynowanych od początku lat 90-tych XXw. działań inwentaryzatorskich i dokumentacyjnych sieci ekologicznych. W 1985 roku rozpoczęła studia na Wydziale Filozofii Przyrody Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, w 1991 roku uzyskując absolutorium. Jej przyrodnicza pasja połączona z filozoficznym dociekaniem i chrześcijańską wrażliwością kierowały ją w stronę budowania wielkiego forum interdyscyplinarnych badań nad ekologią. Związana z franciszkańskim nurtem wrażliwości ekologicznej organizowała sympozja, konferencje, dyskusje, których pokłosiem było kilka publikacji zbiorowych, z których jedną nawet lepiej znam.
Jej przedwczesna śmierć 2 września 2002 roku zakończyła ten ożywiony dialog między światem biologii, a światem chrześcijańskiej etyki. I choć on trwa, nie ma w nim tak znaczących postaci, tak zaangażowanych, jak Anna Dyduch-Falniowska.
Śmiesznie to pewnie zabrzmi, ale kiedy czytałem po raz pierwszy encyklikę Laudato si' Papieża Franciszka, myślałem właśnie o zmarłej Annie Dyduch-Falniowskiej. Gotów byłbym się założyć, że gdyby doczekała momentu ogłoszenia tego papieskiego dokumentu, pewnie usiadłaby i od razu napisałaby list do papieża. Jestem też pewien, że przez te kilka miesięcy od ogłoszenia dokumentu, zorganizowałaby już szereg konferencji, na których specjaliści z wielu dziedzin, czy to filozofii, czy to teologii, czy to w końcu nauk ścisłych, wykuwałoby wspólną definicję ekologii. Jestem przekonany, że nie dopuściłaby do tego, żeby w Polsce ten papieski głos został tak wyciszony. I tak mi żal, że brak obecnie ludzi, którzy wewnętrznie potrafią harmonijnie połączyć bogatą wiedzę przyrodniczą z humanistyczną refleksją i teologiczną perspektywą. Tak mi żal...
Serdecznie dziękuję dr Katarzynie Zając IOP PAN w Krakowie za pomoc w kwerendzie informacji biograficznych o Annie Dyduch-Falniowskiej. Korzystałem ze wspomnienia opublikowanego w Chrońmy Przyrodę Ojczystą ze stycznia 2003 roku autorstwa M. Makomskiej-Juchiewicz, M. Grzegorczyk i J. Perzanowskiej.
Rozpisywałem się już na temat papieskiej encykliki Laudato si'. Uważam ten głos za bardzo mądry i wyważony, choć jak na głos kościelny - jednak mocny. Minęło już kilka miesięcy od ogłoszenia encykliki i jakoś nie doszukałem się za bardzo odzewu ze strony polskich środowisk, czy to naukowych, czy to kościelnych. Owszem, coś tam powiedziano, brawa bito i tyle. A wezwanie do refleksji nad troską o wspólny dom nie jest bynajmniej sferą estetyki, a etyki. I jest to wezwanie bardziej niż kiedykolwiek aktualne.
W tym roku mija 15 lat od wydania książki, która była poważną próbą poszukiwania sojuszu między wiarą a nauką w kwestii poszanowania dla środowiska naturalnego. Sięgam po tę książkę nie żeby ją omawiać, a żeby wspomnieć osobę, której nigdy osobiście nie spotkałem, a którą zawsze uważałem za czołówkę moich malakologicznych autorytetów. Trochę więc okrężnymi drogami, ale chciałbym dojść do sylwetki nieodżałowanej docent Anny Dyduch-Falniowskiej, osoby bez reszty zanurzonej w nauce i w chrześcijańskiej wizji świata.
Anna Dyduch Falniowska urodziła się 27 lutego 1953 roku w Bochni.Tam zdała maturę, po której rozpoczęła studia na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opiekunem jej magisterskiej drogi był prof. Czesław Jura (z jego "Zoologii" przerysowywałem kiedyś ryciny mięczaków), pod okiem którego napisała pracę o mięczakach Puszczy Niepołomickiej i Puszczy Białowieskiej i obroniła ją w 1977 roku. Od 1978 pracowała w Zakładzie Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk, gdzie też się doktoryzowała w bardzo krótkim czasie. Była jedyną doktorantką prof. Leszka Bergera, a przedmiotem jej badań doktorskich była systematyka krajowych Sphaeridae. W 1994 roku habilitowała się na podstawie rozprawy "Ślimaki Tatr Polskich" (The Gastropods of the polish Tatra Mountains), wydanej w 1991 roku. Jeszcze przed habilitacją wydała wespół z prof. Andrzejem Piechockim najobszerniejszy z dotychczasowych kluczy do oznaczania krajowych małży słodkowodnych - "Mięczaki (Mollusca). Małże (Bivalvia)" z serii Fauna Słodkowodna Polski.
Jej kariera naukowa, osadzona na niezwykłej pracowitości oraz trosce o pozyskiwanie materiałów do badań faunistycznych, nie wyczerpywała się tylko w badaniach malakologicznych i koordynowanych od początku lat 90-tych XXw. działań inwentaryzatorskich i dokumentacyjnych sieci ekologicznych. W 1985 roku rozpoczęła studia na Wydziale Filozofii Przyrody Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, w 1991 roku uzyskując absolutorium. Jej przyrodnicza pasja połączona z filozoficznym dociekaniem i chrześcijańską wrażliwością kierowały ją w stronę budowania wielkiego forum interdyscyplinarnych badań nad ekologią. Związana z franciszkańskim nurtem wrażliwości ekologicznej organizowała sympozja, konferencje, dyskusje, których pokłosiem było kilka publikacji zbiorowych, z których jedną nawet lepiej znam.
Jej przedwczesna śmierć 2 września 2002 roku zakończyła ten ożywiony dialog między światem biologii, a światem chrześcijańskiej etyki. I choć on trwa, nie ma w nim tak znaczących postaci, tak zaangażowanych, jak Anna Dyduch-Falniowska.
Śmiesznie to pewnie zabrzmi, ale kiedy czytałem po raz pierwszy encyklikę Laudato si' Papieża Franciszka, myślałem właśnie o zmarłej Annie Dyduch-Falniowskiej. Gotów byłbym się założyć, że gdyby doczekała momentu ogłoszenia tego papieskiego dokumentu, pewnie usiadłaby i od razu napisałaby list do papieża. Jestem też pewien, że przez te kilka miesięcy od ogłoszenia dokumentu, zorganizowałaby już szereg konferencji, na których specjaliści z wielu dziedzin, czy to filozofii, czy to teologii, czy to w końcu nauk ścisłych, wykuwałoby wspólną definicję ekologii. Jestem przekonany, że nie dopuściłaby do tego, żeby w Polsce ten papieski głos został tak wyciszony. I tak mi żal, że brak obecnie ludzi, którzy wewnętrznie potrafią harmonijnie połączyć bogatą wiedzę przyrodniczą z humanistyczną refleksją i teologiczną perspektywą. Tak mi żal...
Etykiety:
Dyduch-Falniowska,
ekologia,
książka,
ochrona przyrody,
religia,
zmarli
czwartek, 10 września 2015
Naprawdę sucho
Rzadko w ostatnim czasie udaje zerknąć gdzieś na prawo lub lewo, żeby przyjrzeć się ślimactwu wszelakiemu. Nie jestem z tego powodu szczęśliwy, ciągnie mnie w pole, ale nie ma sposobności, by temu zaradzić. Zostaje cierpliwość. I kierowanie się starożytną zasadą carpe diem. Co też jakoś mi się udaje. Na przykład wczoraj, kiedy na siedem minut udało mi się zatrzymać w Lutomiersku (województwo łódzkie, powiat pabianicki).
Przez Lutomiersk przepływa Ner, obecnie nizina rzeka podobna do innych nizinnych rzek, ale jeszcze kilkanaście lat temu kanał zrzutowy ścieków łódzkich. Ner wraca do życia, nie cuchnie na kilometr, ściąga wędkarzy nawet... Woda w Nerze niska, ale nie dramatyczna. Natomiast w jego dopływie, w Zalewce, najlepiej widać obecne problemy z suszą. Kilka minut było wystarczającym czasem, żeby popatrzeć na skalę problemu.
Najlepiej radzą sobie błotniarkowate (Lymnaeidae), zwłaszcza Lymnea stagnalis i L. peregra. Podobnie zagrzebki Bithynia tentaculata, choć tych zdecydowanie więcej znajdowałem na brzegu, daleko od lustra wody. Czy strategia korzystania z wieczka przynosi dobre efekty w długotrwałej suszy - nie wiem, jednak wieczko nie bardzo chroni przed wysuszeniem, kiedy ślimak nie jest ukryty pod warstwą mułu lub detrytusu. Błotniarki wydają się wierzyć w szybką poprawę sytuacji: wskazywać by mogły na to licznie składane kokony jajowe. Wiary tej nie podzielają chyba gałeczki rogowe Sphaerium corneum, które schodzą w głębsze warstwy osadów dennych. W pustych muszlach znajdowałem maleńkie muszelki - dowód na to, że gałeczki inkubują w skrzelach swoje potomstwo.
Nie widziałem zatoczkowatych, ale co można znaleźć w siedem minut? Pewnie gdybym wlazł w błoto po kolana, łatwiej byłoby doszukać się innych przedstawicieli mięczaków. A przecież na pewno znajdowałem tam przed kilkoma laty i Anisus vortex, i Bathyomphalus contortus, i Gyraulus albus: pewnie lepiej przygotowały się do suszy i zawczasu zagrzebały się, a ja przecież nie rozgrzebywałem dna.
Zastanawiam się nad mechanizmami, które regulują liczebność populacji. Przetrzebione suszą mogą wydawać się skrajnie narażone na wyginięcie w danym miejscu, a przecież za rok, dwa populacja będzie odtworzona, a może nawet liczniejsza i jeśli się nic nie wydarzy, to dopiero za kilka lat nastąpi ustabilizowanie poziomu liczebności populacji... Ciekawe, czy przy okazji panujących suszy ktoś podejmie się zbadania wielkich rzek Polski, Wisły, Odry, Bugu pod kątem faunistycznym i ekologicznym. Jak by nie nie było, skrajnie niskie poziomy wód to również wyzwanie dla badaczy, i chętnie poczytałbym o wynikach takich badań. Kto wie, czy nie dało by się czegoś ciekawego odkryć. Przecież lepiej korzystać z suszy, niż w warunkach laboratoryjnych odtwarzać wpływ czynników... Niskie wody to też wyzwanie.
Generalnie jednak widok smutny dla oczu. Czekam deszczu. Czekam deszczu i dla stawów, rzek i strug, ale czekam też deszczu dla łąk i lasów. Zwłaszcza lasów, bo przecież czas na grzyby, a tu sucho. Naprawdę sucho...
Przez Lutomiersk przepływa Ner, obecnie nizina rzeka podobna do innych nizinnych rzek, ale jeszcze kilkanaście lat temu kanał zrzutowy ścieków łódzkich. Ner wraca do życia, nie cuchnie na kilometr, ściąga wędkarzy nawet... Woda w Nerze niska, ale nie dramatyczna. Natomiast w jego dopływie, w Zalewce, najlepiej widać obecne problemy z suszą. Kilka minut było wystarczającym czasem, żeby popatrzeć na skalę problemu.
Najlepiej radzą sobie błotniarkowate (Lymnaeidae), zwłaszcza Lymnea stagnalis i L. peregra. Podobnie zagrzebki Bithynia tentaculata, choć tych zdecydowanie więcej znajdowałem na brzegu, daleko od lustra wody. Czy strategia korzystania z wieczka przynosi dobre efekty w długotrwałej suszy - nie wiem, jednak wieczko nie bardzo chroni przed wysuszeniem, kiedy ślimak nie jest ukryty pod warstwą mułu lub detrytusu. Błotniarki wydają się wierzyć w szybką poprawę sytuacji: wskazywać by mogły na to licznie składane kokony jajowe. Wiary tej nie podzielają chyba gałeczki rogowe Sphaerium corneum, które schodzą w głębsze warstwy osadów dennych. W pustych muszlach znajdowałem maleńkie muszelki - dowód na to, że gałeczki inkubują w skrzelach swoje potomstwo.
Nie widziałem zatoczkowatych, ale co można znaleźć w siedem minut? Pewnie gdybym wlazł w błoto po kolana, łatwiej byłoby doszukać się innych przedstawicieli mięczaków. A przecież na pewno znajdowałem tam przed kilkoma laty i Anisus vortex, i Bathyomphalus contortus, i Gyraulus albus: pewnie lepiej przygotowały się do suszy i zawczasu zagrzebały się, a ja przecież nie rozgrzebywałem dna.
Zastanawiam się nad mechanizmami, które regulują liczebność populacji. Przetrzebione suszą mogą wydawać się skrajnie narażone na wyginięcie w danym miejscu, a przecież za rok, dwa populacja będzie odtworzona, a może nawet liczniejsza i jeśli się nic nie wydarzy, to dopiero za kilka lat nastąpi ustabilizowanie poziomu liczebności populacji... Ciekawe, czy przy okazji panujących suszy ktoś podejmie się zbadania wielkich rzek Polski, Wisły, Odry, Bugu pod kątem faunistycznym i ekologicznym. Jak by nie nie było, skrajnie niskie poziomy wód to również wyzwanie dla badaczy, i chętnie poczytałbym o wynikach takich badań. Kto wie, czy nie dało by się czegoś ciekawego odkryć. Przecież lepiej korzystać z suszy, niż w warunkach laboratoryjnych odtwarzać wpływ czynników... Niskie wody to też wyzwanie.
Generalnie jednak widok smutny dla oczu. Czekam deszczu. Czekam deszczu i dla stawów, rzek i strug, ale czekam też deszczu dla łąk i lasów. Zwłaszcza lasów, bo przecież czas na grzyby, a tu sucho. Naprawdę sucho...
Etykiety:
Bithynia,
ekologia,
Lutomiersk,
Lymnaea stagnalis,
Ner,
Radix,
Sphaerium,
Zalewka
niedziela, 28 czerwca 2015
W trosce o wspólny dom. Na marginesie "Laudato si"
1. Przypisuje się Einsteinowi słowa, że jeśli wyginą pszczoły, ludzkość wyginie w kilka lat po nich. Wczoraj po południu stałem pod kwitnącą lipą. Zapach, który rozpoznam wszędzie... Zapach z dzieciństwa, z którego zapamiętałem jeszcze brzęczenie owadów wokół kwitnącej lipy. Stałem wczoraj pod kwitnącą lipą i próbowałem policzyć pszczoły. Nie było żadnej... Pracowałem kiedyś w pasiece i wiem, że godziny popołudniowe oznaczają intensywną pracę pszczół. A jednak ich nie było. Ostatecznie naliczyłem ich kilkadziesiąt w ciągu dwugodzinnego spaceru. Jeśli Einstein miał rację, to nie jest dobrze...
2. Zauważyłem, że wystarczy jakiekolwiek zdanie podpisać autorstwem Einsteina, i już zaczyna być ono poważnie traktowane. Czasem jest tak, że wypowiadane są ważne słowa, ale pozostają bez echa i nabierają znaczenia dopiero wówczas kiedy zostaną wypowiedziane przez kogoś znaczącego. Ważne jest, aby odpowiednie osoby wypowiadały odpowiednie zdania.
3. Trzeba było wiele lat czekać, zanim temat ekologii doczeka się pogłębionej refleksji ze strony Głowy Kościoła. Jeśli jednak trzeba było tyle czekać to właśnie dlatego, żeby odpowiednie zdania zostały wypowiedziane przez odpowiednią osobę. Nie jest i nie może być przypadkiem, że papież o imieniu Franciszek pisze encyklikę poświęconą ekologii.
4. Niedługo po wyborze na papieża świat poznał fotografię, na której biskup Buenos Aires - szeroko uśmiechnięty starszy mężczyzna - podróżuje do pracy metrem. Przyszły papież, który nie jest wożony limuzyną, tylko co rano kasujący bilet komunikacji zbiorowej. W ogóle od swojego wyboru na Biskupa Rzymu papież z Argentyny nie przestaje zadziwiać. Papież z końca świata okazał się być zaskoczeniem dla obserwatorów i znawców watykańskich zwyczajów. Papież z końca świata przykuł jednak bardzo szybko uwagę świata i oczarował go. Nie błyskotliwością i elokwencją, nie znajomością języków czy wyrafinowaną teologią. Oczarował go prostotą i bezpośredniością, niespotykaną na wyżynach władzy.
5. Z poglądami się dyskutuje, świadectwo się przyjmuje. Encyklika Laudato si nie jest opracowaniem poglądów papieża Franciszka na temat ochrony środowiska. Jest świadectwem jego przeżywania troski o los świata, w którym przyszło nam żyć. Jest też świadectwem płynącym z doświadczeń, które wielki świat polityki marginalizuje. Laudato si nie jest więc zbiorem ładnych, okrągłych zdań napisanych przez oderwanego od rzeczywistości duchownego, ale wyrazem troski człowieka, którego kolana bardzo mocno opierają się o ziemię. Jest świadectwem nie intelektualnej dysputy, ale ojcowskiej troski doświadczonego seniora, który spoglądając na swoje doświadczenia robi wszystko, aby przekonać świat, że pewnych decyzji naprawdę nie można odłożyć na później.
6. Kto doszukuje się rewolucji w nauczaniu Kościoła za pontyfikatu Franciszka, może czuć się zawiedziony. Ojciec Święty nie wynalazł prochu, jeśli ktoś na sensacje czeka... Nie jest prawdą, że encyklika Laudate si jest nowym nauczaniem Kościoła. Tutaj papież Franciszek nie pisze nic nowego, nic szokującego, nic kontrowersyjnego na tyle, by mówić o jakiejś rewolucji. Zaznacza nawet na wstępie, że poprzednicy podejmowali już temat troski o Ziemię, rozszerza o doświadczenie Kościoła Wschodniego, ale w gruncie rzeczy w kwestiach doktrynalnych encyklika nie wnosi wiele nowego, natomiast rozwija to, co Kościół mówił dotychczas o zadaniach związanych z ekologią. Jeśli encyklika Laudate si zwróciła uwagę świata, to dlatego, że przygotował ją papież-świadek,
7. Przypuszczam, że znajdzie się wielu, których papieski dokument rozzłości. Z różnych stron. I polityków, i ekonomistów, i naukowców, i ekologów... Ba, nawet katolików. Jeśli wzywa się do radykalnej pracy nad zmianą destruktywnych dla Ziemi i ludzkości nawyków, nie można oczekiwać uznania ze wszystkich stron. Zwłaszcza tych, które zostały w dokumencie napiętnowane. Wrażliwość papieża pochodzącego z Ameryki Południowej pozwala na zdiagnozowanie pewnych problemów i zaproponowanie recept, nawet jeśli by kto uważał, że poglądy papieża nie są słuszne. Czasu jest niewiele - zdaniem Franciszka - i trzeba poważnej dyskusji i konkretnych efektów tychże dyskusji.
8. Nie mam zamiaru streszczać papieskiego dokumentu. Uważam, że postawione przez niego diagnozy są celne. I to bardzo celne. Największym problemem współczesnego świata jest niepohamowany konsumpcjonizm i paradygmat technokracji, których skutkiem jest niesprawiedliwy podział dóbr i stale rosnące ubóstwo większości ludzi zamieszkujących ziemię. Zgadzam się z papieżem, że nie da się chronić środowiska naturalnego nie chroniąc jednocześnie najsłabszych ludzi. Zgadzam się i z tym, że ekologia nie potrafiąca uszanować życia ludzkiego w jego najbardziej bezbronnych formach jest fałszywą ekologią. Kiedy czytam słowa papieża pochodzącego z kontynentu ogromnych różnic społecznych, kontynentu najbardziej obok Afryki eksploatowanego przez międzynarodowe koncerny, przyjmuję jego świadectwo jako głośno wołające do sumienia.
9. Jest wiele fragmentów papieskiego dokumentu, które czyta się z wypiekami na twarzy. Przejmuje przenikliwość spojrzenia i dostrzeganie tego, co jest pomijane w światowym dyskursie ekologicznym. Jak na przykład zwrócenie uwagi na migrację ludzi, który opuszczają swoje środowisko z powodu katastrofalnych warunków spowodowanych przekształceniami dokonanymi przez człowieka. Papież zauważa, że ci najbiedniejsi nawet nie są w prawie międzynarodowym określani jako uchodźcy i nie zagwarantowano im prawnej ochrony.
10. Propozycje działań, które przedstawia papież, mogą być śmiało wyśmiane przez wszystkich, którzy nie rozstają się z narzędziami pomiarowymi. Sam papież podkreśla w encyklice, że Kościół nie podaje szczegółowych rozwiązań problemów, ale wzywa do szczerej dyskusji i poszukiwania rozwiązań, podpowiadając, że są one możliwe jedynie wtedy, kiedy w dyskusji uwzględniony zostanie głęboki humanizm, otwarty na doświadczenie religijne. Bardzo poważną propozycją, do której będzie się trzeba ustosunkować, jest ekologia integralna, przedstawiana w dokumencie jako zaproszenie do rozpoczęcia zmian w postrzeganiu człowieka i świata.
11. Papież Franciszek jest adwokatem ubogich i zagrożonego świata. Ale jest też ambasadorem ubóstwa rozumianego przez wstrzemięźliwość, przez pokorę, przez intensywne przeżywanie życia w ascezie, rozumianej jako cieszenie się tym, co jest, a nie gonieniem za tym, co można zdobyć. Ojciec Święty ujmuje się za ubogimi i za całymi krajami, i bardzo wyraźnie wskazuje na największe zagrożenia dla integralności naszej planety. Nie boi się nazywać pewnych działań naprawczych działaniami pozornymi, służącymi jedynie przeniesieniu odpowiedzialności za katastrofalny stan Ziemi z najbogatszych na najbiedniejszych, wykorzystywanych dotąd przez światowe elity gospodarcze.
12. "Wyrzucone jedzenie jest jedzeniem ukradzionym ze stołu głodnego". Daje do myślenia. I do działania. Propozycje "małej drogi", rozpoczynającej się w rodzinie przez kształtowanie ekologicznych postaw w duchu moralnego zobowiązania, to coś konkretnego. A propozycja powrotu do modlitwy przed i po posiłku, jako wyraz świadomego przeżywania zależności od kogoś, wydać się może wielu naiwnością, a kryje w sobie sedno problemu: nie my jesteśmy Bogiem, nie jesteśmy od nikogo niezależni...
13. Chciałbym, aby każdy, kto odnajduje w sobie choć śladowe ilości wrażliwości na świat, zapoznał się z tym dokumentem. Znajdzie tam propozycje i dla wierzących, i dla niewierzących. Znajdzie tam świadectwo przeżywania autentycznej troski o stworzenie oczekujące doglądania i pielęgnowania. Ten dokument to naprawdę jeden z najpoważniejszych głosów w dyskusji nad tym, co będzie. I wcale nie chodzi tu o chrześcijańską eschatologię.
14. Nie wiem, czy ginięcie pszczół jest procesem naturalnym, czy skutkiem barbarzyńskiej działalności człowieka. Skłaniam się ku temu drugiemu. Nie wiem, czy rację miał Einstein z tymi latami ludzkości po wyginięciu pszczół. Skłaniam się ku temu, że nie zostało wiele czasu. Trzeba coś zrobić, bo sumienie kąsa okrutnie...
15. Pierwszy raz w dokumentach Kościoła spotkałem wzmiankę o mięczakach: proszę sprawdzić punkt 41 papieskiej encykliki Laudate si. Może niewiele, ale coś zawsze dla tej mojej malakologiczno-teologicznej duszy.
2. Zauważyłem, że wystarczy jakiekolwiek zdanie podpisać autorstwem Einsteina, i już zaczyna być ono poważnie traktowane. Czasem jest tak, że wypowiadane są ważne słowa, ale pozostają bez echa i nabierają znaczenia dopiero wówczas kiedy zostaną wypowiedziane przez kogoś znaczącego. Ważne jest, aby odpowiednie osoby wypowiadały odpowiednie zdania.
3. Trzeba było wiele lat czekać, zanim temat ekologii doczeka się pogłębionej refleksji ze strony Głowy Kościoła. Jeśli jednak trzeba było tyle czekać to właśnie dlatego, żeby odpowiednie zdania zostały wypowiedziane przez odpowiednią osobę. Nie jest i nie może być przypadkiem, że papież o imieniu Franciszek pisze encyklikę poświęconą ekologii.
4. Niedługo po wyborze na papieża świat poznał fotografię, na której biskup Buenos Aires - szeroko uśmiechnięty starszy mężczyzna - podróżuje do pracy metrem. Przyszły papież, który nie jest wożony limuzyną, tylko co rano kasujący bilet komunikacji zbiorowej. W ogóle od swojego wyboru na Biskupa Rzymu papież z Argentyny nie przestaje zadziwiać. Papież z końca świata okazał się być zaskoczeniem dla obserwatorów i znawców watykańskich zwyczajów. Papież z końca świata przykuł jednak bardzo szybko uwagę świata i oczarował go. Nie błyskotliwością i elokwencją, nie znajomością języków czy wyrafinowaną teologią. Oczarował go prostotą i bezpośredniością, niespotykaną na wyżynach władzy.
5. Z poglądami się dyskutuje, świadectwo się przyjmuje. Encyklika Laudato si nie jest opracowaniem poglądów papieża Franciszka na temat ochrony środowiska. Jest świadectwem jego przeżywania troski o los świata, w którym przyszło nam żyć. Jest też świadectwem płynącym z doświadczeń, które wielki świat polityki marginalizuje. Laudato si nie jest więc zbiorem ładnych, okrągłych zdań napisanych przez oderwanego od rzeczywistości duchownego, ale wyrazem troski człowieka, którego kolana bardzo mocno opierają się o ziemię. Jest świadectwem nie intelektualnej dysputy, ale ojcowskiej troski doświadczonego seniora, który spoglądając na swoje doświadczenia robi wszystko, aby przekonać świat, że pewnych decyzji naprawdę nie można odłożyć na później.
6. Kto doszukuje się rewolucji w nauczaniu Kościoła za pontyfikatu Franciszka, może czuć się zawiedziony. Ojciec Święty nie wynalazł prochu, jeśli ktoś na sensacje czeka... Nie jest prawdą, że encyklika Laudate si jest nowym nauczaniem Kościoła. Tutaj papież Franciszek nie pisze nic nowego, nic szokującego, nic kontrowersyjnego na tyle, by mówić o jakiejś rewolucji. Zaznacza nawet na wstępie, że poprzednicy podejmowali już temat troski o Ziemię, rozszerza o doświadczenie Kościoła Wschodniego, ale w gruncie rzeczy w kwestiach doktrynalnych encyklika nie wnosi wiele nowego, natomiast rozwija to, co Kościół mówił dotychczas o zadaniach związanych z ekologią. Jeśli encyklika Laudate si zwróciła uwagę świata, to dlatego, że przygotował ją papież-świadek,
7. Przypuszczam, że znajdzie się wielu, których papieski dokument rozzłości. Z różnych stron. I polityków, i ekonomistów, i naukowców, i ekologów... Ba, nawet katolików. Jeśli wzywa się do radykalnej pracy nad zmianą destruktywnych dla Ziemi i ludzkości nawyków, nie można oczekiwać uznania ze wszystkich stron. Zwłaszcza tych, które zostały w dokumencie napiętnowane. Wrażliwość papieża pochodzącego z Ameryki Południowej pozwala na zdiagnozowanie pewnych problemów i zaproponowanie recept, nawet jeśli by kto uważał, że poglądy papieża nie są słuszne. Czasu jest niewiele - zdaniem Franciszka - i trzeba poważnej dyskusji i konkretnych efektów tychże dyskusji.
8. Nie mam zamiaru streszczać papieskiego dokumentu. Uważam, że postawione przez niego diagnozy są celne. I to bardzo celne. Największym problemem współczesnego świata jest niepohamowany konsumpcjonizm i paradygmat technokracji, których skutkiem jest niesprawiedliwy podział dóbr i stale rosnące ubóstwo większości ludzi zamieszkujących ziemię. Zgadzam się z papieżem, że nie da się chronić środowiska naturalnego nie chroniąc jednocześnie najsłabszych ludzi. Zgadzam się i z tym, że ekologia nie potrafiąca uszanować życia ludzkiego w jego najbardziej bezbronnych formach jest fałszywą ekologią. Kiedy czytam słowa papieża pochodzącego z kontynentu ogromnych różnic społecznych, kontynentu najbardziej obok Afryki eksploatowanego przez międzynarodowe koncerny, przyjmuję jego świadectwo jako głośno wołające do sumienia.
9. Jest wiele fragmentów papieskiego dokumentu, które czyta się z wypiekami na twarzy. Przejmuje przenikliwość spojrzenia i dostrzeganie tego, co jest pomijane w światowym dyskursie ekologicznym. Jak na przykład zwrócenie uwagi na migrację ludzi, który opuszczają swoje środowisko z powodu katastrofalnych warunków spowodowanych przekształceniami dokonanymi przez człowieka. Papież zauważa, że ci najbiedniejsi nawet nie są w prawie międzynarodowym określani jako uchodźcy i nie zagwarantowano im prawnej ochrony.
10. Propozycje działań, które przedstawia papież, mogą być śmiało wyśmiane przez wszystkich, którzy nie rozstają się z narzędziami pomiarowymi. Sam papież podkreśla w encyklice, że Kościół nie podaje szczegółowych rozwiązań problemów, ale wzywa do szczerej dyskusji i poszukiwania rozwiązań, podpowiadając, że są one możliwe jedynie wtedy, kiedy w dyskusji uwzględniony zostanie głęboki humanizm, otwarty na doświadczenie religijne. Bardzo poważną propozycją, do której będzie się trzeba ustosunkować, jest ekologia integralna, przedstawiana w dokumencie jako zaproszenie do rozpoczęcia zmian w postrzeganiu człowieka i świata.
11. Papież Franciszek jest adwokatem ubogich i zagrożonego świata. Ale jest też ambasadorem ubóstwa rozumianego przez wstrzemięźliwość, przez pokorę, przez intensywne przeżywanie życia w ascezie, rozumianej jako cieszenie się tym, co jest, a nie gonieniem za tym, co można zdobyć. Ojciec Święty ujmuje się za ubogimi i za całymi krajami, i bardzo wyraźnie wskazuje na największe zagrożenia dla integralności naszej planety. Nie boi się nazywać pewnych działań naprawczych działaniami pozornymi, służącymi jedynie przeniesieniu odpowiedzialności za katastrofalny stan Ziemi z najbogatszych na najbiedniejszych, wykorzystywanych dotąd przez światowe elity gospodarcze.
12. "Wyrzucone jedzenie jest jedzeniem ukradzionym ze stołu głodnego". Daje do myślenia. I do działania. Propozycje "małej drogi", rozpoczynającej się w rodzinie przez kształtowanie ekologicznych postaw w duchu moralnego zobowiązania, to coś konkretnego. A propozycja powrotu do modlitwy przed i po posiłku, jako wyraz świadomego przeżywania zależności od kogoś, wydać się może wielu naiwnością, a kryje w sobie sedno problemu: nie my jesteśmy Bogiem, nie jesteśmy od nikogo niezależni...
13. Chciałbym, aby każdy, kto odnajduje w sobie choć śladowe ilości wrażliwości na świat, zapoznał się z tym dokumentem. Znajdzie tam propozycje i dla wierzących, i dla niewierzących. Znajdzie tam świadectwo przeżywania autentycznej troski o stworzenie oczekujące doglądania i pielęgnowania. Ten dokument to naprawdę jeden z najpoważniejszych głosów w dyskusji nad tym, co będzie. I wcale nie chodzi tu o chrześcijańską eschatologię.
14. Nie wiem, czy ginięcie pszczół jest procesem naturalnym, czy skutkiem barbarzyńskiej działalności człowieka. Skłaniam się ku temu drugiemu. Nie wiem, czy rację miał Einstein z tymi latami ludzkości po wyginięciu pszczół. Skłaniam się ku temu, że nie zostało wiele czasu. Trzeba coś zrobić, bo sumienie kąsa okrutnie...
15. Pierwszy raz w dokumentach Kościoła spotkałem wzmiankę o mięczakach: proszę sprawdzić punkt 41 papieskiej encykliki Laudate si. Może niewiele, ale coś zawsze dla tej mojej malakologiczno-teologicznej duszy.
czwartek, 18 czerwca 2015
Laudato Si
Nie wiem, ile lat czekałem na ten moment. Więcej niż 20, to pewne, od tylu mniej więcej lat śledzę ważniejsze dokumenty papieskie. Miałem nawet żal do Jana Pawła II, papieża czternastu encyklik, że nie podjął tematu ekologii... Dziś, po miesiącach oczekiwań, ogłoszona została druga (choć de facto pierwsza) encyklika papieża Franciszka pt. Laudato si.
Dziś piszę o nadziejach, bo lektura dopiero przede mną. I podzielę się swoimi refleksjami, kiedy już przestudiuję papieski ddokument. Dziś mogę się tylko cieszyć, że temat ochrony Ziemi przed następstwami działalności człowieka znalazł swoje miejsce w nauczaniu Kościoła, w czasach, kiedy jego wrażliwość określana jest przez charyzmatycznego papieża franciszkańskiej prostoty.
Wiem, że ta encyklika zostanie poważnie przyjęta przez świat - nawet jeśli będzie miał zdanie inne - ze względu na autora. Potrzeba było kogoś, kto na świat patrzy inaczej niż przez pryzmat eurocentycznej antropologii, kto na dorobek cywilizacji Zachodu patrzy nieco z boku. Żywię nadzieję, że myśl Ojca Świętego Franciszka rozpocznie prawdziwą dyskusję, gdzie racjonalne argumenty uwzględniać będą również duchową wrażliwość spychaną dotąd przez mniej lub bardziej ciemne siły...
Zapowiada się długa noc, choć o tej porze słońce niemal nie znika z horyzontu. Noc, po której pojawi się nowe światło. Światło, na które czekałem przeszło dwadzieścia lat...
A tym, którzy nie wiedzą, skąd tytuł dokumentu, przypomnienie wieczorne:
Dziś piszę o nadziejach, bo lektura dopiero przede mną. I podzielę się swoimi refleksjami, kiedy już przestudiuję papieski ddokument. Dziś mogę się tylko cieszyć, że temat ochrony Ziemi przed następstwami działalności człowieka znalazł swoje miejsce w nauczaniu Kościoła, w czasach, kiedy jego wrażliwość określana jest przez charyzmatycznego papieża franciszkańskiej prostoty.
Wiem, że ta encyklika zostanie poważnie przyjęta przez świat - nawet jeśli będzie miał zdanie inne - ze względu na autora. Potrzeba było kogoś, kto na świat patrzy inaczej niż przez pryzmat eurocentycznej antropologii, kto na dorobek cywilizacji Zachodu patrzy nieco z boku. Żywię nadzieję, że myśl Ojca Świętego Franciszka rozpocznie prawdziwą dyskusję, gdzie racjonalne argumenty uwzględniać będą również duchową wrażliwość spychaną dotąd przez mniej lub bardziej ciemne siły...
Zapowiada się długa noc, choć o tej porze słońce niemal nie znika z horyzontu. Noc, po której pojawi się nowe światło. Światło, na które czekałem przeszło dwadzieścia lat...
A tym, którzy nie wiedzą, skąd tytuł dokumentu, przypomnienie wieczorne:
Najwyższy, wszechmogący, dobry Panie,
Twoja jest sława, chwała i cześć,
i wszelkie błogosławieństwo
Tobie jednemu, Najwyższy, one przystoją
i żaden człowiek nie jest godny
wymówić Twego Imienia
Pochwalony bądź, Panie mój,
ze wszystkimi Twymi stworzeniami,
szczególnie z panem bratem słońcem,
przez które staje się dzień i nas przez nie oświecasz.
I ono jest piękne i świecące wielkim blaskiem:
Twoim, Najwyższy jest wyobrażeniem.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez brata księżyc i gwiazdy,
ukształtowałeś je na niebie jasne i cenne, i piękne.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez brata wiatr i przez powietrze,
i chmury, i pogodę, i każdy czas,
przez które Twoim stworzeniom dajesz utrzymanie.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez siostrę wodę,
która jest bardzo pożyteczna i pokorna, i cenna, i czysta.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez brata ogień,
którym rozświetlasz noc:
i jest on piękny, i radosny,
i krzepki, i mocny.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez siostrę naszą matkę ziemię,
która nas żywi i chowa,
wydaje różne owoce
z barwnymi kwiatami i trawami.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez tych, którzy przebaczają dla Twej miłości
i znoszą słabości i prześladowania.
Błogosławieni ci,
którzy je zniosą w pokoju,
ponieważ przez Ciebie, Najwyższy,
będą uwieńczeni.
Pochwalony bądź, Panie mój,
przez naszą siostrę śmierć cielesną,
której żaden człowiek żywy uniknąć nie może.
Biada tym, którzy umierają w grzechach śmiertelnych;
Błogosławieni ci,
których [śmierć] zastanie w Twej najświętszej woli,
albowiem śmierć druga
nie wyrządzi im krzywdy.
Chwalcie i błogosławcie mojego Pana,
i dziękujcie Mu, i służcie z wielką pokorą.
czwartek, 6 czerwca 2013
Krakanie
Kończąc poprzedni wpis na blogu, wspomniałem o niemieckim samochodzie. Przedwczoraj przypomniał o swoim wieku i zasługach w zdobywaniu świata i poprosił o kilka dni urlopu. Właściwie: zażądał, bo bez żadnego ostrzeżenie po prostu nie odpalił i nie robi tego już trzeci dzień. Czyli sam sobie wykrakałem wizytę u mechanika, która znowu szarpnie za oberwaną kieszeń.
Pomyślałem sobie tak: nie ma tragedii. Nie chce odpalić - to nie, pojadę autobusem, trochę zaoszczędzę, trochę poczytam po drodze, trochę więcej pospaceruję do przystanku. Same plusy. Taaaa, już to widzę, jak sobie wmówiłem propagandę sukcesu.
Wczoraj był Światowy Dzień Ochrony Środowiska Naturalnego, święto ogłoszone przez ONZ w 1972. Fajna okazja, żeby zastanowić się troszkę nad problematyką ochrony środowiska, a co z tym nierozerwalnie związane - również ochrony przyrody. No i tak: już drugiego dnia dojazdu do pracy środkami komunikacji publicznej okazało się, że koszt dojazdu "wte i wewte" przekroczył koszt paliwa, jakie zużywam przeciętne dojeżdżając do pracy własnym samochodem. Zaraz, coś tu się nie zgadza! Przecież wszędzie na świecie transport zbiorowy jest tańszy niż indywidualny, więc co jest grane? Czyżbym miał tak ekonomiczny (a tym samym ekologiczny) pojazd, że na głowę biję komunikację publiczną i zadaję kłam ekologom i zielonym ekonomistom? Niemożliwe, przecież moje auto jest stare, technologie nie tak zaawansowane, więc nie może być tańsze od przejazdu PKSem. A jednak. Same autobusy pewnie dużo starsze niż to moje i pewnie jeszcze więcej przejechały równików. I na pewno zostawiają więcej spalin, bo każde przyśpieszenie tych wehikułów pozostawia za dyliżansem czarną chmurę nadpalonej ropy... Może dlatego te bilety takie drogie, bo większa część oleju napędowego, zamiast być zamieniona na energię i spaliny, zamieniania jest na te ostatnie, a energii wystarcza co najwyżej na wprawianie pojazdu w swoisty rezonans powodujący, że czytanie książki staje się wyzwaniem dla najcierpliwszych...
Przejechanie 60 km komunikacją publiczną kosztowało mnie 16 zł 30 groszy. To prawie dwukrotnie więcej niż przejazd samochodem, oczywiście bez uwzględniania kosztów amortyzacji, ubezpieczenia i innych narzutów na koszta, które przecież też muszą być uwzględnione w cenie biletu. Dziś za bilet na trasę o długości 6 km (słownie sześć kilometrów, czyli sześć tysięcy metrów) zapłaciłem 4 złote. Znaczy to, że jeden kilometr kosztował mnie ok. 67 groszy, prawie dwa razy więcej niż w dniu wczorajszym. To wychodzi więcej niż zryczałtowana stawka za przejazd 1 km samochodem osobowym z silnikiem o pojemności poniżej 900 cm3 i troszkę mniej niż za to samo, ale samochodem z silnikiem powyżej 900 cm3 (swoją drogą: ciekawe, czy Minister Infrastruktury ma rozeznanie, ile samochodów z silnikiem o pojemności poniżej jednego litra jeździ po polskich drogach...).
Trudno mi się pogodzić z taką sytuacją. Nie mając obecnie samochodu, decyduję się na jazdę komunikacją zbiorową. To powinno być tańsze, bo niekoniecznie wiąże się z wygodniejszą jazdą. W istocie: muszę dojść do przystanku blisko kilometr, przesiadać się w miejscowości, w której autobusy jeżdżą raz na półtorej godziny lub rzadziej, zastanawiać się czy w ogóle autobus przyjedzie, czy się zatrzyma na przystanku, czy mnie zabierze (no bo może właśnie przeładowany). A w drodze powrotnej to jeszcze muszę przejść trzy kilometry, bo autobus nie jedzie na moje osiedle, a komunikacja miejska zapewni mi podwózkę za cztery złote (za trzy kilometry!) dopiero za godzinę... Do tego dochodzi niemiłosierny hałas w czasie jazdy i dołączony w promocji wibrator wmontowany w każdą część autobusu. Okoliczności takie jak braki w higienie czy zwykłe przepocenie po całym dniu pracy, nie wymagają dalszego komentowania. I jeszcze stanie w czasie jazdy... Jeśli autobusem, to idzie wytrzymać, jak busikiem, to trzeba się schylać i lawirować, żeby się nie wyłożyć na kolejnym zakręcie.
Źle się dzieje, że tak wygląda sytuacja. Za daleko mam do pracy, żeby dojeżdżać rowerem (druga sprawa: nie miałbym możliwości wejść pod prysznic po takiej przejażdżce). Pracować muszę, więc do pracy dojeżdżam samochodem. Wolałbym autobusem, ale jakoś nie widzę, żeby mnie próbowano przyciągnąć. Więcej: towarzyszy mi przekonanie, że komunikacja publiczna jest wspaniałym rezerwuarem peerelowskiej mentalności: tam nie jestem klientem, tylko balastem. A infrastruktura jest beznadziejna. Więc nie zostaje mi nic innego, jak podzielić się z mechanikiem moimi dochodami i na powrót korzystać z niemieckiego samochodu, który wciąż ma ambicje dziesięciokrotnego okrążenia równika...
Mam świadomość, że jeżdżąc samotnie do pracy swoim samochodem przyczyniam się do niszczenia środowiska naturalnego. Mam świadomość, że tracę sporo czasu. Mam też świadomość, że tracę bardo dużo z moich pasji, bo nie mogę się przyglądać trawnikom, drzewom, murkom i innym miejscom, gdzie łażą sobie ciekawskie ślimaki. Naprawdę chciałbym to zmienić, naprawdę wolałbym korzystać z rozwiązań opartych na transporcie zbiorowym. Ale w Polsce B jest to niemożliwe. W Polsce B upokarza się człowieka nawet wtedy, kiedy chce się przesiąść do autobusu. W Polsce B argumenty ochrony środowiska umykają bardzo, ale to bardzo daleko od zdrowego rozsądku...
Nie wiem, ile potrwa moje unieruchomienie samochodu. Nie wiem, ile wystarczy mi cierpliwości do pseudokomunikacji zbiorowej. Na razie pozostaje mi to, co jest. Wymuszone spacery, w czasie których stwierdzam kolejne bardzo liczne stanowiska ślinika, jeszcze nie wiem czy wielkiego, czy luzytańskiego. Jak podrosną, może ktoś mi pomoże oznaczyć rufus czy vulgaris (= lusitanicus). W każdym razie pogoda sprzyja ślimakom i dobrze to widać, idąc na przystanek po wydeptanej ścieżce wśród rozmiękczonych nieużytków wzdłuż nieczynnych torów kolejowych - jedynej drogi z osiedla na przystanek.
I czemu wciąż się obawiam spóźnienia na autobus, zatrzymując się na ścieżce i przenosząc niepoprawne wstężyki gajowe, którym właśnie w tym momencie zachciało się wchodzić mi pod nogi...
Minął wczoraj Światowy Dzień Ochrony Środowiska Naturalnego. Jak tak dalej pójdzie, to cała naszą ekologię szlag trafi przez rozklekotane autobusy pekaesów. Ciekawe, czy ktokolwiek zwraca na to uwagę, czy może właśnie księgowość wyliczyła, że trzeba podnieść bilety, bo straty za duże... I obym tego znów nie wykrakał!
Pomyślałem sobie tak: nie ma tragedii. Nie chce odpalić - to nie, pojadę autobusem, trochę zaoszczędzę, trochę poczytam po drodze, trochę więcej pospaceruję do przystanku. Same plusy. Taaaa, już to widzę, jak sobie wmówiłem propagandę sukcesu.
Wczoraj był Światowy Dzień Ochrony Środowiska Naturalnego, święto ogłoszone przez ONZ w 1972. Fajna okazja, żeby zastanowić się troszkę nad problematyką ochrony środowiska, a co z tym nierozerwalnie związane - również ochrony przyrody. No i tak: już drugiego dnia dojazdu do pracy środkami komunikacji publicznej okazało się, że koszt dojazdu "wte i wewte" przekroczył koszt paliwa, jakie zużywam przeciętne dojeżdżając do pracy własnym samochodem. Zaraz, coś tu się nie zgadza! Przecież wszędzie na świecie transport zbiorowy jest tańszy niż indywidualny, więc co jest grane? Czyżbym miał tak ekonomiczny (a tym samym ekologiczny) pojazd, że na głowę biję komunikację publiczną i zadaję kłam ekologom i zielonym ekonomistom? Niemożliwe, przecież moje auto jest stare, technologie nie tak zaawansowane, więc nie może być tańsze od przejazdu PKSem. A jednak. Same autobusy pewnie dużo starsze niż to moje i pewnie jeszcze więcej przejechały równików. I na pewno zostawiają więcej spalin, bo każde przyśpieszenie tych wehikułów pozostawia za dyliżansem czarną chmurę nadpalonej ropy... Może dlatego te bilety takie drogie, bo większa część oleju napędowego, zamiast być zamieniona na energię i spaliny, zamieniania jest na te ostatnie, a energii wystarcza co najwyżej na wprawianie pojazdu w swoisty rezonans powodujący, że czytanie książki staje się wyzwaniem dla najcierpliwszych...
Przejechanie 60 km komunikacją publiczną kosztowało mnie 16 zł 30 groszy. To prawie dwukrotnie więcej niż przejazd samochodem, oczywiście bez uwzględniania kosztów amortyzacji, ubezpieczenia i innych narzutów na koszta, które przecież też muszą być uwzględnione w cenie biletu. Dziś za bilet na trasę o długości 6 km (słownie sześć kilometrów, czyli sześć tysięcy metrów) zapłaciłem 4 złote. Znaczy to, że jeden kilometr kosztował mnie ok. 67 groszy, prawie dwa razy więcej niż w dniu wczorajszym. To wychodzi więcej niż zryczałtowana stawka za przejazd 1 km samochodem osobowym z silnikiem o pojemności poniżej 900 cm3 i troszkę mniej niż za to samo, ale samochodem z silnikiem powyżej 900 cm3 (swoją drogą: ciekawe, czy Minister Infrastruktury ma rozeznanie, ile samochodów z silnikiem o pojemności poniżej jednego litra jeździ po polskich drogach...).
Trudno mi się pogodzić z taką sytuacją. Nie mając obecnie samochodu, decyduję się na jazdę komunikacją zbiorową. To powinno być tańsze, bo niekoniecznie wiąże się z wygodniejszą jazdą. W istocie: muszę dojść do przystanku blisko kilometr, przesiadać się w miejscowości, w której autobusy jeżdżą raz na półtorej godziny lub rzadziej, zastanawiać się czy w ogóle autobus przyjedzie, czy się zatrzyma na przystanku, czy mnie zabierze (no bo może właśnie przeładowany). A w drodze powrotnej to jeszcze muszę przejść trzy kilometry, bo autobus nie jedzie na moje osiedle, a komunikacja miejska zapewni mi podwózkę za cztery złote (za trzy kilometry!) dopiero za godzinę... Do tego dochodzi niemiłosierny hałas w czasie jazdy i dołączony w promocji wibrator wmontowany w każdą część autobusu. Okoliczności takie jak braki w higienie czy zwykłe przepocenie po całym dniu pracy, nie wymagają dalszego komentowania. I jeszcze stanie w czasie jazdy... Jeśli autobusem, to idzie wytrzymać, jak busikiem, to trzeba się schylać i lawirować, żeby się nie wyłożyć na kolejnym zakręcie.
Źle się dzieje, że tak wygląda sytuacja. Za daleko mam do pracy, żeby dojeżdżać rowerem (druga sprawa: nie miałbym możliwości wejść pod prysznic po takiej przejażdżce). Pracować muszę, więc do pracy dojeżdżam samochodem. Wolałbym autobusem, ale jakoś nie widzę, żeby mnie próbowano przyciągnąć. Więcej: towarzyszy mi przekonanie, że komunikacja publiczna jest wspaniałym rezerwuarem peerelowskiej mentalności: tam nie jestem klientem, tylko balastem. A infrastruktura jest beznadziejna. Więc nie zostaje mi nic innego, jak podzielić się z mechanikiem moimi dochodami i na powrót korzystać z niemieckiego samochodu, który wciąż ma ambicje dziesięciokrotnego okrążenia równika...
Mam świadomość, że jeżdżąc samotnie do pracy swoim samochodem przyczyniam się do niszczenia środowiska naturalnego. Mam świadomość, że tracę sporo czasu. Mam też świadomość, że tracę bardo dużo z moich pasji, bo nie mogę się przyglądać trawnikom, drzewom, murkom i innym miejscom, gdzie łażą sobie ciekawskie ślimaki. Naprawdę chciałbym to zmienić, naprawdę wolałbym korzystać z rozwiązań opartych na transporcie zbiorowym. Ale w Polsce B jest to niemożliwe. W Polsce B upokarza się człowieka nawet wtedy, kiedy chce się przesiąść do autobusu. W Polsce B argumenty ochrony środowiska umykają bardzo, ale to bardzo daleko od zdrowego rozsądku...
Nie wiem, ile potrwa moje unieruchomienie samochodu. Nie wiem, ile wystarczy mi cierpliwości do pseudokomunikacji zbiorowej. Na razie pozostaje mi to, co jest. Wymuszone spacery, w czasie których stwierdzam kolejne bardzo liczne stanowiska ślinika, jeszcze nie wiem czy wielkiego, czy luzytańskiego. Jak podrosną, może ktoś mi pomoże oznaczyć rufus czy vulgaris (= lusitanicus). W każdym razie pogoda sprzyja ślimakom i dobrze to widać, idąc na przystanek po wydeptanej ścieżce wśród rozmiękczonych nieużytków wzdłuż nieczynnych torów kolejowych - jedynej drogi z osiedla na przystanek.
I czemu wciąż się obawiam spóźnienia na autobus, zatrzymując się na ścieżce i przenosząc niepoprawne wstężyki gajowe, którym właśnie w tym momencie zachciało się wchodzić mi pod nogi...
Minął wczoraj Światowy Dzień Ochrony Środowiska Naturalnego. Jak tak dalej pójdzie, to cała naszą ekologię szlag trafi przez rozklekotane autobusy pekaesów. Ciekawe, czy ktokolwiek zwraca na to uwagę, czy może właśnie księgowość wyliczyła, że trzeba podnieść bilety, bo straty za duże... I obym tego znów nie wykrakał!
czwartek, 17 stycznia 2013
Duchowa odsiecz
Tak w nawiązaniu do tego, o czym pisałem przed paroma godzinami: Polska Rada Ekumeniczna wydała wczoraj apel następującej treści:
Drodzy Bracia i Siostry!
Kierujemy do Was ekumeniczny list, który jest apelem i prośbą o zachowanie stworzenia jako dzieła Bożego.
„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1,1) – tymi uroczystymi słowami zaczyna się Pismo Święte. Świat nie powstał w wyniku ślepego przypadku, lecz z woli kochającego i mądrego Boga, podobnie jak człowiek, którego „Bóg stworzył na swój obraz” (por. Rdz 1,27). Potem, jak stwierdza Pismo, „Pan Bóg wziął człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2,15). Stwórca zaprasza człowieka do współpracy w trosce o swoje dzieło, służące wszystkim żywym istotom. Każda chrześcijańska tradycja podaje przykłady wybitnych ludzi, którzy z miłością traktowali całe Boże stworzenie. Niestety, nie zawsze jesteśmy wierni temu wezwaniu.
Produkujemy góry śmieci, trującą żywność, wycinamy lasy, otaczamy się światem z plastiku. Oślepienie żądzą zysku sprawia, że czyste strumienie zamieniamy w trujące ścieki, a bujne lasy i łany zboża w jałową i pustą ziemię, zaś cuda natury w zwały betonu. Żyjemy tak jakbyśmy byli ostatnim pokoleniem, które zamieszkuje Ziemię.
Ochrona środowiska to nie tylko techniczny problem równowagi ekologicznej, ale także problem moralny i duchowy współczesnego człowieka, który zapomina, że on sam i świat są Bożym stworzeniem.
Wielu chrześcijan na całym świecie angażuje się w konkretne programy służące ochronie Bożego stworzenia. Do najbardziej znanych należą projekty zarządzania budynkami w celu zmniejszenia zużycia energii elektrycznej i cieplnej, a także zmniejszenia produkcji odpadów, odzysku surowców, kompostowania itp.
Bracia i Siostry, trzeba propagować tę wrażliwość! Ufamy, że nasz apel spowoduje, że ludzie wierzący wpłyną na swoje otoczenie, by zlikwidować szkodliwe działania, takie jak wywożenie śmieci do lasu czy bezmyślne zaśmiecanie ulic, dróg i pól.
Nasz apel kierujemy także do władz państwowych i samorządowych. Wyrażamy troskę w kwestii prywatyzacji i komercjalizacji zasobów wody i przestrzeni publicznej.
Zachęcamy do kształtowania takiej polityki społecznej, która promuje bezpieczne przetwarzanie i utylizację trujących odpadów. Wzywamy przede wszystkim do:
Nasze wspólne działania winny wyrażać prawdę o potrzebie roztropnego i umiarkowanego postępowania we wszystkim, co jest związane z naszym środowiskiem. Mądra asceza wyraża się unikaniem nadmiernej konsumpcji, odpowiedzialnym korzystaniem z dóbr naturalnych oraz rezygnacją z produkowania i gromadzenia nadmiaru przedmiotów i opakowań. Jednym z jej przejawów jest coraz bardziej zapominany post, który jako samoograniczanie własnych pożądań, staje się narzędziem duchowej przemiany i pomocy potrzebującym. Zlecone nam przez Stwórcę zadanie panowania nad rzeczami służy temu, aby nie zapanowały one nad nami.
Bracia i Siostry, żyjąc dzisiaj, pomyślmy o jutrze. Pomyślmy o tym, że my i całe stworzenie jesteśmy powołani do życia w rzeczywistości opisanej w ostatniej księdze Biblii jako „nowe niebiosa i nowa ziemia” (Ap 21,1). Dlatego codziennie dokonujmy odpowiedzialnych wyborów oszczędzających energię i zasoby ziemi oraz szanujmy wszystko, co żyje. Nawet niewielkie, ale konsekwentne działania przyniosą ogromny skutek w ochronie całego stworzenia, które, jak czytamy w pierwszej księdze Pisma Świętego, „Bóg uczynił bardzo dobre” (por. Rdz 1,31).
Warszawa, 16 stycznia 2013 r.
w imieniu Kościołów zrzeszonych w Polskiej Radzie Ekumeniczne i Konferencji Episkopatu Polski podpisali:
ks. prezbiter Gustaw Cieślar, przewodniczący Rady Kościoła Chrześcijan Baptystów w RP
ks. bp Jerzy Samiec, Biskup Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP
ks. bp Edward Puślecki, Biskup Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego w RP
ks. bp Marek Izdebski, Biskup Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w RP
ks. bp Wiktor Wysoczański, Biskup Kościoła Polskokatolickiego w RP
ks. bp Ludwik Jabłoński, Biskup Naczelny Kościoła Starokatolickiego Mariawitów w RP
Metropolita Sawa, Prawosławny Metropolita Warszawski i Całej Polski
ks. abp Józef Michalik, Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski
(http://www.ekumenia.pl/index.php?D=181)
Latami czekałem na ten gest. Oczekiwałem go dawno jeszcze od Jana Pawła II, miałem nadzieję, że którąś z encyklik poświęci ochronie przyrody. Jego pontyfikat, bardzo przecież bliski idei dzieła stworzenia, nie przyniósł jednak oczekiwanego przeze mnie dokumentu.
Apel ekumeniczny, podpisany w dniu wczorajszym, jest spełnieniem jednego z moich marzeń. Oto duchowi przewodnicy chrześcijan w Polsce przestali udawać, że nie ma problemu degradacji środowiska. Zauważyli, że ochrona przyrody to nie jest tylko kwestia rozwiązań technicznych, ale że to przede wszystkim kwestia oceny moralnej naszych działań. Dziękuję za to stanowisko. To krok w bardzo dobrym kierunku. Pierwszy tak poważny krok. Dziękuję. Bóg zapłać;)
Drodzy Bracia i Siostry!
Kierujemy do Was ekumeniczny list, który jest apelem i prośbą o zachowanie stworzenia jako dzieła Bożego.
„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1,1) – tymi uroczystymi słowami zaczyna się Pismo Święte. Świat nie powstał w wyniku ślepego przypadku, lecz z woli kochającego i mądrego Boga, podobnie jak człowiek, którego „Bóg stworzył na swój obraz” (por. Rdz 1,27). Potem, jak stwierdza Pismo, „Pan Bóg wziął człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2,15). Stwórca zaprasza człowieka do współpracy w trosce o swoje dzieło, służące wszystkim żywym istotom. Każda chrześcijańska tradycja podaje przykłady wybitnych ludzi, którzy z miłością traktowali całe Boże stworzenie. Niestety, nie zawsze jesteśmy wierni temu wezwaniu.
Produkujemy góry śmieci, trującą żywność, wycinamy lasy, otaczamy się światem z plastiku. Oślepienie żądzą zysku sprawia, że czyste strumienie zamieniamy w trujące ścieki, a bujne lasy i łany zboża w jałową i pustą ziemię, zaś cuda natury w zwały betonu. Żyjemy tak jakbyśmy byli ostatnim pokoleniem, które zamieszkuje Ziemię.
Ochrona środowiska to nie tylko techniczny problem równowagi ekologicznej, ale także problem moralny i duchowy współczesnego człowieka, który zapomina, że on sam i świat są Bożym stworzeniem.
Wielu chrześcijan na całym świecie angażuje się w konkretne programy służące ochronie Bożego stworzenia. Do najbardziej znanych należą projekty zarządzania budynkami w celu zmniejszenia zużycia energii elektrycznej i cieplnej, a także zmniejszenia produkcji odpadów, odzysku surowców, kompostowania itp.
Bracia i Siostry, trzeba propagować tę wrażliwość! Ufamy, że nasz apel spowoduje, że ludzie wierzący wpłyną na swoje otoczenie, by zlikwidować szkodliwe działania, takie jak wywożenie śmieci do lasu czy bezmyślne zaśmiecanie ulic, dróg i pól.
Nasz apel kierujemy także do władz państwowych i samorządowych. Wyrażamy troskę w kwestii prywatyzacji i komercjalizacji zasobów wody i przestrzeni publicznej.
Zachęcamy do kształtowania takiej polityki społecznej, która promuje bezpieczne przetwarzanie i utylizację trujących odpadów. Wzywamy przede wszystkim do:
- redukcji odpadów miejskich, odzyskiwania i utylizacji wysypisk śmieci, oczyszczania powietrza, wody i gleby;
- ochrony lasów oraz zagrożonych gatunków roślin i innych skarbów przyrody, do odtwarzania ekosystemów;
- stosowania technologii ekologicznych w przetwarzaniu i konserwacji żywności oraz produkcji opakowań;
- opracowania umów międzynarodowych dotyczących sprawiedliwego wykorzystywania zasobów morskich, które nie doprowadzą do zachwiania równowagi ekologicznej.
Nasze wspólne działania winny wyrażać prawdę o potrzebie roztropnego i umiarkowanego postępowania we wszystkim, co jest związane z naszym środowiskiem. Mądra asceza wyraża się unikaniem nadmiernej konsumpcji, odpowiedzialnym korzystaniem z dóbr naturalnych oraz rezygnacją z produkowania i gromadzenia nadmiaru przedmiotów i opakowań. Jednym z jej przejawów jest coraz bardziej zapominany post, który jako samoograniczanie własnych pożądań, staje się narzędziem duchowej przemiany i pomocy potrzebującym. Zlecone nam przez Stwórcę zadanie panowania nad rzeczami służy temu, aby nie zapanowały one nad nami.
Bracia i Siostry, żyjąc dzisiaj, pomyślmy o jutrze. Pomyślmy o tym, że my i całe stworzenie jesteśmy powołani do życia w rzeczywistości opisanej w ostatniej księdze Biblii jako „nowe niebiosa i nowa ziemia” (Ap 21,1). Dlatego codziennie dokonujmy odpowiedzialnych wyborów oszczędzających energię i zasoby ziemi oraz szanujmy wszystko, co żyje. Nawet niewielkie, ale konsekwentne działania przyniosą ogromny skutek w ochronie całego stworzenia, które, jak czytamy w pierwszej księdze Pisma Świętego, „Bóg uczynił bardzo dobre” (por. Rdz 1,31).
Warszawa, 16 stycznia 2013 r.
w imieniu Kościołów zrzeszonych w Polskiej Radzie Ekumeniczne i Konferencji Episkopatu Polski podpisali:
ks. prezbiter Gustaw Cieślar, przewodniczący Rady Kościoła Chrześcijan Baptystów w RP
ks. bp Jerzy Samiec, Biskup Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP
ks. bp Edward Puślecki, Biskup Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego w RP
ks. bp Marek Izdebski, Biskup Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w RP
ks. bp Wiktor Wysoczański, Biskup Kościoła Polskokatolickiego w RP
ks. bp Ludwik Jabłoński, Biskup Naczelny Kościoła Starokatolickiego Mariawitów w RP
Metropolita Sawa, Prawosławny Metropolita Warszawski i Całej Polski
ks. abp Józef Michalik, Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski
(http://www.ekumenia.pl/index.php?D=181)
Latami czekałem na ten gest. Oczekiwałem go dawno jeszcze od Jana Pawła II, miałem nadzieję, że którąś z encyklik poświęci ochronie przyrody. Jego pontyfikat, bardzo przecież bliski idei dzieła stworzenia, nie przyniósł jednak oczekiwanego przeze mnie dokumentu.
Apel ekumeniczny, podpisany w dniu wczorajszym, jest spełnieniem jednego z moich marzeń. Oto duchowi przewodnicy chrześcijan w Polsce przestali udawać, że nie ma problemu degradacji środowiska. Zauważyli, że ochrona przyrody to nie jest tylko kwestia rozwiązań technicznych, ale że to przede wszystkim kwestia oceny moralnej naszych działań. Dziękuję za to stanowisko. To krok w bardzo dobrym kierunku. Pierwszy tak poważny krok. Dziękuję. Bóg zapłać;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)













