Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cepaea nemoralis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cepaea nemoralis. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 stycznia 2020

Z pamiętnika postępowego hodowcy

Jako że zeszły rok był przerażająco suchy, a stawiałem już pierwsze kroki na hodowlanej niwie, postanowiłem skoncentrować nieco uwagi na obszarze, który dotąd szedł mi bardzo słabo. Podwinąłem rękawy, zawdziałem gumofilce i z widłami na plecach wziąłem się za postępową hodowlę małoobszarową niskoekonomicznych gatunków krajowej i importowanej malakofauny oskorupionej.
Początkiem hodowli były trzy osobniki Lisachatina fulica (chyba, bo przecież dojść do tego, co to za gatunek, to by trzeba było badania genetyczne zrobić, a moja hodowla to przecież nie Janów Podlaski...). W grudniu 2018 trafiły pod moją strzechę trzy oseski, z których jeden w połowie minionego roku trafił w okolice Poznania. I ten to osobnik wydał już na świat dwa pokolenia potomne, a pozostałe u mnie dwa osobniki dotąd nie spółkowały i nie wydały potomstwa. Mam swoją teorię z zakresu malakopedagogiki. Otóż ten jeden, co opuścił wygodne wiwarium i przez kilka nocy nawciągał się nikotynowego dymu, poczuł w sobie młodzieńczy bunt i dojrzał do decyzji o potomstwie. A dwa pozostałe nadal zajadają drogie ogórki i nawet im przez myśl nie przejdzie, żeby się kocić.
Plan mam taki, żeby je rozdzielić na dobre i poobserwować, czy nie przełoży się to na jakiś reprodukcyjny sukcesik. Obaczym. Natenczas karmię ogórkiem szklarniowym, pieczarkami, płatkami owsianymi, mielonym świeżo siemieniem lnianym suplementując wapń utartymi skorupkami jaj kurzych, uprzednio gotowanych.
Hodowla ma charakter eksperymentalny, ale obserwacje nie są prowadzone podług metodologii ustalonej uprzednio, a predylekcyjnie. Stąd dla nauki wartość stanową niewielką, ale dla uciszenia skołatanych suszą nerwów są już jak najbardziej odpowiednie.
Przed suszą ochroniłem dwa osobniki Cochlodina laminata znalezione w Obrzycku. Jako że miałem troszkę miejsca w domu, zaprosiłem do siebie tworząc im kącik malutki i dzieląc się z nimi wilgocią i zieleniną. Początkowo trzymałem je na zmacerowanych liściach olchy czarnej, obecnie są na wyściółce z mchu  (się chyba nigdy nie nauczę rozpoznawać gatunków...). Jeszcze na ściółce olchowej pojawiły się dwa złogi jaj, z których dochowałem się dwunastu potomków pary założycielskiej. Co ciekawe, jeden z potomków stał się już dorosły i wkrótce trafi do swojej nowej kawalerki, a z całego stadka część lada dzień obchodzić będzie swoje osiemnastki, a kilka nie nadawałoby się nawet do przedszkola. Rodzice po przeprowadzce na wyściółkę mchową kolejny raz wydali potomstwo, tym razem 28, z którego znów część rośnie jak na drożdżach, a część wlecze się daleko w ogonie. Chociaż ślimaki w drugiego miotu są w tym samym wieku, część przerosła już znacznie najmniejsze rodzeństwo z pierwszego miotu. Czym tłumaczyć różnice we wzroście? Nie wiem. Może po prostu tak mają. W mojej hodowli jedynym stresem może być smak ogórka... Nie ma tu drapieżnych skolopendr, nie ma podłych muchówek czy chrząszczy biegaczowatych, nie ma susz i powodzi, pokarm jest stale dostarczany, woda też, wapnia pod dostatkiem z jurajskich kamyków. Jedne rosną, inne jedzą i nie rosną... Ciekawe.
W kolektyw hodowanych zwierząt od końca września włączony też został osesek Cepaea nemoralis. Otrzymałem go w dziecięcym podarunku, a że sucho było, to poruszony litością zaoferowałem mu przezimowanie u mnie. Kilka dni temu obchodził swoją osiemnastkę, to znaczy wykształcił gorzkoczekoladową wargę wskazującą na osiągnięcie dojrzałości. Będzie musiał poczekać do wiosny na towarzystwo lub na usamodzielnienie, nie podjąłem jeszcze decyzji.
Za to dzisiaj... Dziś otrzymałem w darowiźnie jakiegoś helicida ocalałego z sałaty bio, który za pośrednictwem włoskiej firmy trafił w Austrii do polskich turystów na talerzu. Ocalony przyjechał do Polski i po krótkim odchowaniu trafił do mnie na wychowanie. Zakładam, że może to być Cornu aspersum, ale za wcześnie jeszcze na identyfikację. Podzielę się wynikami, jeśli dożyje lub dożyję...







wtorek, 16 maja 2017

Wstężyki, wstężyki...

Wracałem wieczorem do domu i nie mogłem się nie zatrzymać, żeby zrobić zdjęcie wstężykom, które wygłodniałe rozglądały się za czymś zielonym i soczystym... Wiosna chłodna, więc nie miały kiedy pojeść i teraz chyba nadrabiają. A ja przypominam, że wciąż prowadzone są szeroko zakrojone badania nad zmiennością wstężyków. Poprzednie lata nie sprzyjały obserwacjom, bo sucho i gorąco było, może więc warto zacząć obserwacje wiosną, kiedy ślimaki po zimie najeść się chcą porządnie, zanim do rozrodu przystąpią. Wszystkie szczegóły dostępne są w zakładce obok (WSTĘŻYKI), wkrótce też powinny się pojawić na stronie Stowarzyszenia Malakologów Polskich. Badania koordynuje dr hab. Małgorzata Ożgo (Uniwersytet Kazimierza Wielkiego, Bydgoszcz). Dobrze byłoby w tym roku doprowadzić projekt do końca, więc wszystkie ręce na pokład. Szczególnie pod rozwagę temat polecam nauczycielom z gimnazjów i szkół średnich... Im więcej danych, tym prawdziwszy obraz i trafniejsze wnioski.


W obserwacjach uwzględniamy tylko dojrzałe osobniki, z wykształconą wargą!

wtorek, 11 października 2016

Zaproszenie na wykład prof. Roberta Camerona

Na jutro, 12 października 2016 roku, na godzinę 14, Wydział Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Łódzkiego zaprasza na gościnny wykład profesora Roberta Camerona z Uniwersytetu w Sheffield. Wykład zatytułowany jest: The rise, fall and resurrection of a model organism: the ecological genetics of Cepaea snails. Spotkanie z angielskim malakologiem będzie miało miejsce w Łodzi na ul. Banacha 12/14, w budynku A, piętro V, sala 5.1.
Profesor Robert D. Cameron znany jest jako współautor jednego z najlepszych kluczy do oznaczania lądowych ślimaków zachodniej i północnej Europy oraz autor klucza do lądowych ślimaków Wysp Brytyjskich, przed kilkoma laty koordynował ogólnoeuropejski projekt badawczy EvolutionMegaLab, którego celem była ocena zmian klimatycznych na podstawie zmienności ubarwienia muszli ślimaków z rodzaju Cepaea.
Profesor Cameron jest również polonofilem i stałym już uczestnikiem organizowanych w Polsce krajowych seminariów malakologicznych.



poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Zaczęło się

Padało. Ja, przemoczony, po łokcie urobiony, przenoszący właśnie ciężkie jak ze stali meble, stąpający jak baletnica... Żeby nie podeptać. Żeby krzywdy nie zrobić... Żeby uszanować... Pierwsze w tym roku łażące ślimaki. Od razu trzy gatunki: Cepaea nemoralis, Arianta arbustorum i Helix pomatia. Zaczęło się!
O jak mnie cieszy, że ta pora roku się rozpoczęła, kiedy można wyglądać śliamactwa przy najróżniejszych okazjach, nawet jeśli w ogóle na to czasu brakuje. O jak mnie cieszy, że ta pora roku się rozpoczęła, kiedy można znowu nieco zwolnić kroku przy okazji spaceru popatrzeć sobie na inny świat.
W ostatni piątek, 8 kwietnia 2016 roku, w Łodzi. Zaczęło się!


czwartek, 12 listopada 2015

Ślimak zaroślowy Arianta arbustorum (Linnaeus, 1758)

Śpieszyłem się - jak to rano bywa - śpieszyłem się okropnie, więc nie mogłem utrwalić tego na zdjęciu. Zdążyłem tylko schylić się, podnieść z chodnika, przenieść na trawnik i pobiec dalej. A kiedy wracałem i śpieszyłem się już nieco mniej (bo i tak byłem spóźniony), już go nie było. To znaczy pewnie był, ale ukrył się, bo i pora ku temu sposobna, a właściwie: najwyższa. Dziś, 12 listopada 2015 roku, rano, na kilkanaście sekund przed godziną ósmą, spotkałem na drodze w Łodzi ślimaka zaroślowego Arianta arbustorum (Linnaeus, 1758).
Nie jest to pora na ślimaki, zwłaszcza te duże, z rodziny Helicidae. Powinny już były znaleźć sobie kryjówki zagrzebując się kilka centymetrów w ziemi.. Nie spodziewałem się, że w połowie listopada zobaczę jeszcze Ariantę. To spory, jak na krajowe warunki, ślimak lądowy, bardzo podobny do wstężyków, jednak z wyraźnie inaczej ubarwioną muszlą, która w odróżnieniu od wstężyków jest dużo mniej zmienna. Różni się również zdecydowanie kolorem ciała, które u wstężyków jest jasne, a u niego na ogół czarne, czasem wręcz atramentowe. Na ogół kolor muszli mieści się w tonacjach brązów, czasem oscyluje w granicach żółcieni. Na muszli występują bardzo charakterystyczne cętki białe lub żółtawe oraz równie licznie rozmieszczone cętki ciemnobrązowe. Na ogół występuje również ciemny pojedynczy pasek. Warga - zawsze białej barwy - jest dobrze wykształcona, minimalnie jakby odgięta do podwinięcia, zaś dołek osiowy jest zakryty. Rozmiary muszli dochodzą do 25 mm szerokości i ok. 27 mm wysokości (Wiktor, 2004), co sprawia że obok Cepaea nemoralis jest po Helix pomatia największym z krajowych ślimaków lądowych.
Ślimak zaroślowy jest jednym z najpospolitszych ślimaków w Polsce, występującym na niemal całym obszarze. I bardziej na północny wschód Polski, tym staje się rzadszy, ale tam gdzie występuje, na ogół daje się go łatwo wypatrzeć. Preferuje środowiska wilgotne, lubi zacienione miejsca z obfitą roślinnością, najchętniej nad brzegami wód. Spotyka się go również często w środowiskach antropogenicznych, przez niektórych uważany jest za szkodnika roślin. Rzadziej niż wstężyki włazi na drzewa, aczkolwiek jest to wniosek z moich obserwacji i nie wiem, czy jest poparty obserwacjami innych malakologów.
Zaskoczył mnie widok ślimaka zaroślowego o tej porze roku. Owszem, ostatnie pogody sprzyjały aktywności ślimaków, było mokro i jak na listopad nawet bardzo ciepło (nawet 10 C nocą, do 15 w ciągu dnia). Jakoś jednak przygotowałem się mentalnie, że w tym roku już się nie napatrzę na pełzające ślimaki. A tu taka niespodzianka...
Cóż, z tego spotkania morał płynie nawet: nawet w ciepłym listopadzie patrz  ślimaka w parku, w  sadzie, lepiej spóźnić się do pracy niż ślimaka nie zobaczyć;)

Poniżej kilka zdjęć z podręcznego archiwum, powinny być zorientowane poziomo, ale nie wiedzieć czemu fotografie wczytywane są pionowo.



poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Posucha

Patrzę na mapę zeszłorocznych wypraw malakologicznych i z zażenowaniem przyglądam się temu, co zdziałałem w tym roku. Powiedzieć, że jest kiepsko, to nic nie powiedzieć. Z reguły o tej porze roku miałem jużza sobą pierwsze notowania jakiegoś gatunku, na który od dłuższego czasu polowałem. Miałem za sobą jakieś krótsze lub dłuższe wypady w dalszą lub bliższą okolicę. A w tym roku nic. Wstydliwe nic. Wróciłem z krótkich po Polsce wojaży z pustymi kieszeniami. Pustymi w sensie malakologicznym, o ekonomicznym  szkoda wspominać...
Pogodziłem się z tym, że w 2015 roku nie będę rozwijał kolekcji i nieco przeformułuję moją aktywność. No ale tego się nie spodziewałem! Gdzie się nie ruszyłem, wszędzie niemal susza. A jak długo sucho, to nie ma co się spodziewać sukcesów w stosowaniu metody "na upatrzonego". Wymyśliłem sobie w Grodzisku Dolnym na Podkarpaciu odnaleźć Ceapea vindobonensis. Nic trudnego, przecież to stepowy gatunek, przywykły do długotrwałej suszy... A gdzie tam! Raptem jedną znalazłem muszlę, znak tylko, że gatunek ten występuje w Grodzisku. I tyle. Na nic się zdało przegrzebywanie suchych traw i wyrywanie nawłoci. Nie znalazłem nic więcej. No poza Arion vulgaris, któremu poranne słońce nie przeszkadzało w spacerach po spopilonej lessowej ziemi... W pobliskich Laszczynach znalazłem nawet pustą muszlę C. nemoralis, ale żadnych wniosków z tego nie mogłem wyciągnąć. Przypuszczam tylko, że zawleczona z roślinami ogrodowymi.
Poziom wód bardzo niski, ale w Czystym nie wymacałem żadnej skójki, choć zapewniano mnie, że bardzo pospolite i liczne. A tu znów nic. Niski poziom wód powinien ułatwiać obserwacje i zbiory, ale zasada nie podziałała...
Ze wschodu przedostałem się na południe, a tam, choć lepiej, to nie tak, by się nasycić. Też posucha, ale mniejsza. W Chabówce znalazłem kilka Alinda biplicata, kilka Helix pomatia i  C. nemoralis. Jak nie wiadomo dokąd iść, to się idzie pod most. Właśnie pod mostem znalazłem te nieliczne ślimaki. Zwłaszcza świdrzyki mnie ucieszyły. W drodze powrotnej znalazłem je również na Wawelu. Już przed kilkoma laty je tam widywałem, tym razem chciałem tylko sprawdzić, czy jeszcze są przy wyjściu ze Smoczej Jamy. Są. A na Wawelu najliczniejsza wydaje się być Xerolentia obvia - jeden z obcych gatunków, który świetnie się czuje w naszych stronach. Postaram się kiedyś napisać o nim więcej...
Co roku o tej porze klepałem się po pełnym brzuchu mojego ślimaczego apetytu i z zachłanności tylko snułem dalsze plany malakologicznych podbojów. W tym roku nie odczuwam tego niedosytu. Odczuwam głód!
Mam nadzieję, że przyjdą wkrótce deszcze i sytuacja poprawi się. Mam też nadzieję, że do tego czasu uda mi się jeszcze wykorzystać niskie stany wód i pobrodzić za mięczakami, którym planowałem się przyjrzeć s tym roku. Czas pokaże, czy nadzieja wykarmi swoje dziecko...
Sucho. Niedobrze. Ale jeszcze nic straconego, przecież do końca roku tyle się jeszcze może wydarzyć... Niech no tylko wrócą deszcze!
Niby za sucho na C. vindobonensis...

...ale nie dla Arion vulgaris...

Alinda biplicata spod Smoczej Jamy na Wawelu

czwartek, 9 lipca 2015

Wstężyk gajowy Cepaea nemoralis (Linnaeus, 1758)

Wspominałem już kiedyś o wstężyku austriackim, który spośród krajowych Cepaea mnie przypadł najbardziej do gustu. Czas jednak poświęcić trochę uwagi najpospolitszemu gatunkowi z tego rodzaju, najbardziej kolorowemu ze wszystkich krajowych ślimaków. Wstężyk gajowy, inaczej zwany ślimakiem gajowym Cepaea nemoralis (Linnaeus, 1758) to ślimak, który od stuleci nie przestaje zaprzątać umysłów uczonych. Dajmy mu więc nieco miejsca w dzisiejszym spotkaniu z krajowymi gatunkami ślimaków.
Mógłbym się założyć o coś, że niewielu jest takich, którzy ślimaka tego nigdy nie widzieli. Jeżeli ktoś upierałby się, że w życiu go nie spotkał, musiałby wykazać się oślą wręcz determinacją w argumentowaniu. Wstężyk gajowy jest ślimakiem, którego bez problemu dostrzec można w parkach, na murkach, w zakrzaczeniach, przy drogach i chodnikach, nieco trudniej może w lasach, ale o tym za chwilę.
W Polsce występują trzy gatunki Cepaea: austriacki (vindobonensis), ogrodowy (hortensis) i gajowy (nemoralis). Pierwszy jest najbardziej związany ze środowiskami naturalnymi, najmniej zmienny w ubarwieniu muszli i układzie pasków na niej. Drugi, ogrodowy, jest bardzo podobny do trzeciego, z tym że nieco mniejszy, mniej zmienny w ubarwieniu i z białą wargą muszli. Ślimak gajowy jest największy z nich wszystkich i prawdopodobnie najliczniej występuje w środowiskach synantropijnych. Muszla, która ma kształt kulisty z nieco wzniesioną skrętką, na ogół dochodzi do ok. 21-27 mm szerokości i 17-20 mm wysokości. Jest gładka, lśniąca, pozbawiona dołka osiowego. Warga, koloru ciemnoczekoladowego, jest nieznacznie wywinięta, Ubarwienie muszli jest niezwykle zmienne. W tej samej populacji żyją obok siebie ślimaki bladożółte, cytrynowożółte, pomarańczowe, różowe, brązowawe i brązowo-purpurowe, na to wszystko dochodzi jeszcze brązowe paskowanie, które może tworzyć różne kombinacje. Na ogół - jeśli występują paski - jest ich od jednego do pięciu; mogą się one zlewać w jeden, wtedy muszla zdaje się być niemal czarna, może być tak, że zlewają się pierwszy z drugim oraz trzeci z czwartym i piątym tworząc dwa szerokie pasy. Czasem występuje tylko jeden pasek (na ogół trzeci), często jest też on bardzo niewyraźny. O tym, skąd się bierze ubarwienie wstężyków, napisano już wiele. Obecnie trwają badania nad określeniem wpływu zmian klimatycznych na ubarwienie muszli. Kiedyś funkcjonował projekt EvolutionMegaLab, obecnie prowadzone są zbiory danych do badań koordynowanych w Polsce i Wielkiej Brytanii (patrz zakładka WSTĘŻYKI). Zobaczymy, jakie to da wyniki.
Wstężyk gajowy jest jednym z najpospolitszych ślimaków lądowych w Polsce. Jego naturalny zasięg występowania w naszym kraju ogranicza się do Pomorza Zachodniego, ale od stuleci jest dobrze zadomowiony w zachodnich częściach Polski. Im dalej na wschód, tym mniej jest pospolity. Bez problemu znaleźć go jednak można na skwerkach Warszawy, Olsztyna czy w okolicach Kętrzyna. Ja go tam widywałem, a nawet zbierałem. Z literatury wiadomo mi, że występuje również na Podlasiu. Jeśli chodzi o malakofaunę krajową, to jest to gatunek bardziej reprezentatywny dla miast, niż dla naturalnych biotopów. Prawdopodobnie naturalnym jego siedliskiem są klify nadmorskie w zachodniej części Wybrzeża (widywałem go w Mielnie i Unieście, nie raz na samym piasku przy faszynach nadbrzeżnych). W Łebie jest bardzo pospolity, ale nie wiem, czy ta lokalizacja jeszcze może być traktowana jako przedłużenie naturalnego zasięgu. Z ciekawszych miejsc, w jakich spotykałem Cepaea nemoralis mogę wymienić Wzgórze Wawelskie w Krakowie, Jasną Górę w Częstochowie, Górę Gradową w Gdańsku, Cytadelę oraz Las Bielański w Warszawie czy Most Mieszka I w Poznaniu. Właściwie to z niewielkimi wyjątkami spotykałem go we wszystkich niemal miastach, w których bywałem.  W Łodzi i jej okolicach jest bardzo pospolity, a żeby go znaleźć nie trzeba nawet szukać parków.
Tam, gdzie występuje, zamieszkuje głównie ogródki, ogrody i parki, ale także cmentarze, brzegi wód i zadrzewienia. W lasach iglastych go nie widziałem, ale w mieszanych - owszem. Choć w moich stronach nie szukałbym go w lasach, bo tam trafia się zdecydowanie rzadziej, niż wzdłuż chodników przy skwerkach i ogródkach. Ile razy spóźniłem się na lekcje w liceum tylko dlatego, że odnosiłem wstężyki z chodnika na żywopłot, z którego w pochmurny poranek wyłaziły na pewne rozdeptanie.
Ślimak gajowy jest zwierzęciem roślinożernym, przez niektórych uważanym za szkodnika roślin. Mnie się wydaje, że szkód to on nie wyrządza, mnie przynajmniej nie udało się ich zaobserwować. Wydaje się, że woli obumarłe części roślin, niż ich żywe zielone tkanki. Prawdopodobnie woli zjadać glony i grzyby niższe, nie gardząc również rozkładającą się materią, np. gnijącymi owocami. Obserwowałem natomiast przypadki kanibalizmu wśród wstężyków, a właściwie "objadanie" muszli. Mam gdzieś w swoich zbiorach przykład takiej uczty, gdzie przebywający w niewoli ślimak uzupełniał zapasy wapnia zjadając muszlę drugiego wstężyka, nie naruszając wszakże gruczołu trzustkowo-wątrobowego.
Ślimaki gajowe są podstawowym składnikiem diety drozda śpiewaka, który - aby dostać się do miękkiego ciała wstężyka - rozbija muszlę o wybrany kamień, zwany "kowadełkiem drozda". Spotykałem takie kowadełka w różnych zakrzewieniach: czasem to kamień, czasem jakaś porzucona cegła, jakaś kostka brukowa, wokół której leżą setki fragmentów muszli... Ślimakami gajowymi nie gardzą również ptaki krukowate, ssaki (jeże, szczury) oraz chrząszcze z rodziny biegaczowatych. Podobno są jadalne dla człowieka, ale nie spotkałem się z przepisami na przyrządzenie wstężyków, a sam nie zdecydowałbym się na ich konsumpcję choćby ze względu na ich urodę.
Trwają wakacje. Dotychczasowa pogoda nie sprzyjała aktywności ślimaków gajowych. Liczę, że wraz z przebudową pogody pojawią się liczniej, przynajmniej tak licznie, jak dziś, kiedy mogłem je pooglądać po nocnej burzy.  





czwartek, 11 września 2014

Ślimak austriacki Cepaea vindobonensis (Ferussac, 1821)

Spośród występujących w Polsce ślimakowatych reprezentowanych przez rodzaj Cepaea, ślimak austriacki wdaje się być najmniej zmienny, najmniej kolorowy i najmniej wyrośnięty. Ale właśnie ze wszystkich krajowych Cepaea ten ślimak cieszy mnie najbardziej i na przekór ogólnym opiniom uważam go za najładniejszego ze wstężyków. To prawda: nie zaskakuje zmiennością jak C. nemoalis, to prawda: wielkością zbliżony do C. hortensis,  ale nie tak kolorowy. A jednak to spotkania z tym właśnie gatunkiem cieszą mnie bardziej i przynoszą większą satysfakcję.
Nie wiem, czemu tak właśnie się dzieje. Może dlatego, że rzadziej występuje od pozostałych dwóch gatunków, może dlatego, że nie jest takim synantropem jak jego kuzynki*? A może dlatego, że przez lata nie udawało mi się go wypatrzeć i dopiero od kilku lat natrafiam na niego przy okazji wyjazdów w różne kierunki?
Kiedyś, a było to w zeszłym tysiącleciu jeszcze;) wypatrzyłem go w katalogu mięczaków w zbiorach muzeum w Tomaszowie Mazowieckim. Okaz miał być zebrany przez Jerzego Sosnowskiego na terenie rezerwatu "Niebieskie Źródła". Widziałem tylko katalogową fiszkę, zbiory były wtedy zabezpieczone na czas remontu, nie mogłem się mu przyjrzeć, więc to spotkanie zapisało się w mojej pamięci jako wielki znak zapytania. Co więcej, tego pytajnika nie udało mi się definitywnie rozwiać do dziś i choć skłonny jestem ocierając się o pewność uważać muzealną notatkę za błąd w oznaczeniu, nie daje mi spokoju ewentualna obecność Cepaea vindobonensis na terenie Niebieskich Źródeł.Kilka razy go tam szukałem - bez skutku. Nie podaje go również Piechocki ze swoich badań malakofauny tego ciekawego rezerwatu.
Takie pierwsze spotkanie bez pośredników odnotowałem w 2005 roku w Olsztynie koło Częstochowy. Od tej pory zdarza mi się spotykać się w różnych miejscach, na ogół nieco na uboczu, nie tak blisko ludzkich siedzib jak wstężyka gajowego czy ogrodowego. To ciepłolubny i sucholubny ślimak, preferujący jasne, nasłonecznione stanowiska o wapiennym podłożu. Łatwo go wypatrzeć późnym latem, kiedy w upalne dni tkwi przyczepiony do roślin, niejednokrotnie na ich wierzchołkach, a i nie raz nawet na kłosach zbóż. Jego biaława muszla matowo połyskuje z daleka, a kilka ciemniejszych pasków (z których dwa na ogół są czekoladowo brązowe) maskują go wśród wyschłych badyli. Warga jest koloru różowawego, z niewielkim jak się zdaje zębem czy zgrubieniem w dolnej jej części. Dołka osiowego nie uświadczysz, warga jest lekko wywinięta, ale naprawdę nieznacznie. Powierzchnia całej muszli jest wyraźnie prążkowana, zdecydowanie bardziej rzuca się to w oczy niż gładka powierzchnia pozostałych wstężyków.
Rozmiary muszli dochodzą do 20-26 mm szerokości i 17-24 mm wysokości. Jest ona kulistawa, a skrętka bardziej stożkowato wznosi się niż u C. nemoralis. Wiadomo mi o występowaniu również form nieco ciemniej ubarwionych, jasno brązowawych, ale jak dotąd nie udało mi się takich spotkać.
A propos spotkań. Na Jurze wstępuje dość często i szukać go można czy to ziołoroślach, czy u podnóża wapiennych skałek. W okolicach jurajskich Krakowa widywałem go często, nad Wartą i nad Wisłą, na nasłonecznionych zboczach spotykałem go wygrzewającego się w słonecznych promieniach. Znawcy tematu i autorzy opracowań postulują dokładniejsze rozmieszczenie Cepaea vindobonensis na terenie naszego kraju. Pewne informacje już się zdezaktualizowały, jak np. o braku tego gatunku w polskich górach, podczas gdy stwierdzono go już w Pieninach (Maltz, Pokryszko 2004). Rozmieszczeniem gatunku zajmuje się Dominika Mierzwa-Szymkowiak z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN i mam nadzieję, że niedługo będzie się można zapoznać z efektami jej badań. Zwarty obszar występowania wydaje się mieć w południowo-wschodniej Polsce oraz na Nizinie Wielkopolsko-Kujawskiej i części Pojezierza Pomorskiego.
Kończy się powoli lato i będzie się trzeba przestawić na jesienne tory. Mam nadzieję, że widok wstężyka austriackiego będzie mi jednak przypominał ciepłe i słoneczne lato i prowokował mnie będzie do poszukiwań odpowiedzi na pytanie, dlaczego nazwany jest austriackim (dokładniej: wiedeńskim), skoro jest gatunkiem południowo-wschodnioeuropejskim występującym od Kaukazu przez Krym po Bałkany.
Na osłodę zostawiam sobie to zdjęcie: prawda, że piękny?

* rodzaj Cepaea w sensie fleksyjnym jest chyba rodzaju żeńskiego, stąd uważniej powinienem żonglować odmianą zaimków;)

Zdjęcie wykonane 01.09.2014 na Podkarpaciu przez (c) A.Baj.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Muzeum Przyrodnicze Uniwersytetu Łódzkiego

O tej placówce wspominałem już kilkakrotnie, choć nigdy nie poświęciłem jej więcej zdań. Myślę, że trzeba to zmienić, a pretekstem może być moja ostatnia wizyta w tym muzeum.
Położone w centrum miasta, między ulicami Sienkiewicza a Kilińskiego, jest Muzeum Przyrodnicze Uniwersytetu Łódzkiego instytucją znaną wśród łodzian, istniejącą przeszło sto lat, choć w obecnym kształcie i miejscu początków by szukać w 1930 roku. Nie istniał jeszcze wtedy Uniwersytet Łódzki, a muzeum nazywało się Muzeum Przyrodniczo-Pedagogiczne i podporządkowane było głównie celom dydaktycznym. Być może wielu, którzy kiedyś je odwiedzało, pamięta je jako Muzeum Ewolucji, głównie za sprawą wystawy stałej poświęconej zagadnieniom darwinizmu.
Nie jest to muzeum, które zapierałoby dech w piersiach. Niewielki budynek, w którym niegdyś mieściła się miejska jadłodajnia, położony jest przy ul. Kilińskiego 101, na tyłach Parku im. Sienkiewicza. Nie rzuca się w oczy, nie krzyczy z daleka. Stoi sobie i czeka na tych, którzy bez pośpiechu zatrzymaliby się przy szklanych gablotach i oddali się podziwianiu bioróżnorodności.
Coś mnie zagnało do Muzeum w ostatnią sobotę. Nie planowałem tej wycieczki. Tak się złożyło jednak, że miałem godzinę dla siebie, więc postanowiłem sprawdzić, czy coś się w nim zmieniło od 2009 roku, kiedy ostatni raz tam byłem.
No więc się trochę pozmieniało. A w tej części, która mnie interesuje najbardziej, to nawet pozmieniało się dużo: więcej eksponatów, nieco jaśniej, nieco ciekawiej. Ekspozycja poświęcona mięczakom rozszerzyła się troszkę, choć nie na tyle, żeby zaspokoić mój głód. Doceniam to, że dzieje się na lepsze, a jednocześnie mam sporo zastrzeżeń do tej właśnie części. Dlaczego? No bo ten niedosyt jest za duży...
Przede wszystkim w wyeksponowanych zbiorach muszli mięczaków zabrakło większego uporządkowania. Oczywiście nie są one rozrzucone w nieładzie, jak popadnie. Leżą obok siebie równo, zabezpieczone przed przewracaniem się, w układzie gromad (ślimaki, małże, pojedyncze walconogi, głowonogi i chitony), ale już systematyki w poszczególnych gromadach nie sposób się doszukać. Inna rzecz, że systematyka mięczaków jest w gruncie rzeczy wciąż otwarta i nieporozumieniem byłoby kurczowo trzymać się którejś z koncepcji, jednak warto by wprowadzić tu jakiś element porządkujący.
To, czego mi najbardziej brakuje w części poświęconej mięczakom, to polskiej reprezentacji. Jest ona, nie mniej trudno nie skojarzyć jej roli z rolą reprezentacji narodowej w piłce nożnej - aż wstyd kontynuować ten wątek. Kilka gatunków ślimaków, w tym dwa źle podpisane, kilka gatunków małży. Ślimaki za nisko, małże za wysoko... Na dolnej półce gabloty ze ślimakami reprezentacja kraju: Cepaea hortensis, C. nemoralis, C. vindobonensis, Arianta arbustorum, Helicella obvia, Clausilia sp. (moim zdaniem Alinda nie Clausilia, ale ułożenie eksponatów nie pozwoliło mi na lepsze przyjrzenie się), Succinea putris, Helix pomatia, Viviparus contectus, Lymnaea ampla (podpisana Lymnaea limosa f. ampla - o ile nazwa rodzaju jest problematyczna, o tyle synonim limosa jest już mocno przestarzały i niestosowany od półwiecza przynajmniej...), Lymnaea auricularia i zatoczkowate: Planorbarius corneus, Planorbis planorbis oraz Anisus vortex, niepodpisany, który znalazł się omyłkowo wśród zatoczków pospolitych. Reprezentacja małży też nie prezentuje się lepiej, choć mają wyeksponowaną muszlę, którą pamiętam od pierwszej mojej wizyty w muzeum jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. To szczeżuja wielka, która naprawdę zasługuje na tę nazwę. Piękna, jasna muszla, bardzo rozdęta, przeszło dwudziestocentymetrowej długości. Cudeńko, które właściwie już się nie trafia w warunkach naturalnych (w takich rozmiarach), leży niestety na górnej półce, gdzie nie można dostrzec pełni jej wdzięku. Krajowe małże reprezentuje również Margaritifera margaritifera, okaz zakonserwowany w alkoholu, również nie najlepiej wyeksponowany.
Na tle stawonogów, ptaków czy ssaków kolekcja mięczaków nie jest może imponująca, choć z pewnością przyciąga uwagę kolorami i różnorodnością form. Żal mi, że na tym tle nie zadbano bardziej o przedstawienie krajowej malakofauny, co miałoby spory walor dydaktyczny.
Ważne jest, że jakieś zmiany idą. Zbiory są powiększane, a mięczaki w tych zbiorach prezentują się przyzwoicie. 311 gatunków, o których wspomina strona internetowa Muzeum, to nie jest imponujący wynik, ale sprawa jest otwarta, może kiedyś będzie lepiej.








Muzeum, jak większość, w poniedziałki jest nieczynne, za to w czwartki można wejść za darmo. W pozostałe dni cena też jest prawie symboliczna, bo pięć zł za bilet normalny i 3 zł za bilet ulgowy. Na rodzinny spacer miejsce doskonałe, nie tylko dla tych, którzy wszędzie wypatrują ślimaków.

czwartek, 6 czerwca 2013

Krakanie

Kończąc poprzedni wpis na blogu, wspomniałem o niemieckim samochodzie. Przedwczoraj przypomniał o swoim wieku i zasługach w zdobywaniu świata i poprosił o kilka dni urlopu. Właściwie: zażądał, bo  bez żadnego ostrzeżenie po prostu nie odpalił i nie robi tego już trzeci dzień. Czyli sam sobie wykrakałem wizytę u mechanika, która znowu szarpnie za oberwaną kieszeń.
Pomyślałem sobie tak: nie ma tragedii. Nie chce odpalić - to nie, pojadę autobusem, trochę zaoszczędzę, trochę poczytam po drodze, trochę więcej pospaceruję do przystanku. Same plusy. Taaaa, już to widzę, jak sobie wmówiłem propagandę sukcesu.
Wczoraj był Światowy Dzień Ochrony Środowiska Naturalnego, święto ogłoszone przez ONZ w 1972. Fajna okazja, żeby zastanowić się troszkę nad problematyką ochrony środowiska, a co z tym nierozerwalnie związane - również ochrony przyrody. No i tak: już drugiego dnia dojazdu do pracy środkami komunikacji publicznej okazało się, że koszt dojazdu "wte i wewte" przekroczył koszt paliwa, jakie zużywam przeciętne dojeżdżając do pracy własnym samochodem. Zaraz, coś tu się nie zgadza! Przecież wszędzie na świecie transport zbiorowy jest tańszy niż indywidualny, więc co jest grane? Czyżbym miał tak ekonomiczny (a tym samym ekologiczny) pojazd, że na głowę biję komunikację publiczną i zadaję kłam ekologom i zielonym ekonomistom? Niemożliwe, przecież moje auto jest stare, technologie nie tak zaawansowane, więc nie może być tańsze od przejazdu PKSem. A jednak. Same autobusy pewnie dużo starsze niż to moje i pewnie jeszcze więcej przejechały równików. I na pewno zostawiają więcej spalin, bo każde przyśpieszenie tych wehikułów pozostawia za dyliżansem czarną chmurę nadpalonej ropy... Może dlatego te bilety takie drogie, bo większa część oleju napędowego, zamiast być zamieniona na energię i spaliny, zamieniania jest na te ostatnie, a energii wystarcza co najwyżej na wprawianie pojazdu w swoisty rezonans powodujący, że czytanie książki staje się wyzwaniem dla najcierpliwszych...
Przejechanie 60 km komunikacją publiczną kosztowało mnie 16 zł 30 groszy. To prawie dwukrotnie więcej niż przejazd samochodem, oczywiście bez uwzględniania kosztów amortyzacji, ubezpieczenia i innych narzutów na koszta, które przecież też muszą być uwzględnione w cenie biletu. Dziś za bilet na trasę o długości 6 km (słownie sześć kilometrów, czyli sześć tysięcy metrów) zapłaciłem 4 złote. Znaczy to, że jeden kilometr kosztował mnie ok. 67 groszy, prawie dwa razy więcej niż w dniu wczorajszym. To wychodzi więcej niż zryczałtowana stawka za przejazd 1 km samochodem osobowym z silnikiem o pojemności poniżej 900 cm3 i troszkę mniej niż za to samo, ale samochodem z silnikiem powyżej 900 cm3 (swoją drogą: ciekawe, czy Minister Infrastruktury ma rozeznanie, ile samochodów z silnikiem o pojemności poniżej jednego litra jeździ po polskich drogach...).
Trudno mi się pogodzić z taką sytuacją. Nie mając obecnie samochodu, decyduję się na jazdę komunikacją zbiorową. To powinno być tańsze, bo niekoniecznie wiąże się z wygodniejszą jazdą. W istocie: muszę dojść do przystanku blisko kilometr, przesiadać się w miejscowości, w której autobusy jeżdżą raz na półtorej godziny lub rzadziej, zastanawiać się czy w ogóle autobus przyjedzie, czy się zatrzyma na przystanku, czy mnie zabierze (no bo może właśnie przeładowany). A w drodze powrotnej to jeszcze muszę przejść trzy kilometry, bo autobus nie jedzie na moje osiedle, a komunikacja miejska zapewni mi podwózkę za cztery złote (za trzy kilometry!) dopiero za godzinę... Do tego dochodzi niemiłosierny hałas w czasie jazdy i dołączony w promocji wibrator wmontowany w każdą część autobusu. Okoliczności takie jak braki w higienie czy zwykłe przepocenie po całym dniu pracy, nie wymagają dalszego komentowania. I jeszcze stanie w czasie jazdy... Jeśli autobusem, to idzie wytrzymać, jak busikiem, to trzeba się schylać i lawirować, żeby się nie wyłożyć na kolejnym zakręcie.
Źle się dzieje, że tak wygląda sytuacja. Za daleko mam do pracy, żeby dojeżdżać rowerem (druga sprawa: nie miałbym możliwości wejść pod prysznic po takiej przejażdżce). Pracować muszę, więc do pracy dojeżdżam samochodem. Wolałbym autobusem, ale jakoś nie widzę, żeby mnie próbowano przyciągnąć. Więcej: towarzyszy mi przekonanie, że komunikacja publiczna jest wspaniałym rezerwuarem peerelowskiej mentalności: tam nie jestem klientem, tylko balastem. A infrastruktura jest beznadziejna. Więc nie zostaje mi nic innego, jak podzielić się z mechanikiem moimi dochodami i na powrót korzystać z niemieckiego samochodu, który wciąż ma ambicje dziesięciokrotnego okrążenia równika...
Mam świadomość, że jeżdżąc samotnie do pracy swoim samochodem przyczyniam się do niszczenia środowiska naturalnego. Mam świadomość, że tracę sporo czasu. Mam też świadomość, że tracę bardo dużo z moich pasji, bo nie mogę się przyglądać trawnikom, drzewom, murkom i innym miejscom, gdzie łażą sobie ciekawskie ślimaki. Naprawdę chciałbym to zmienić, naprawdę wolałbym korzystać z rozwiązań opartych na transporcie zbiorowym. Ale w Polsce B jest to niemożliwe. W Polsce B upokarza się człowieka nawet wtedy, kiedy chce się przesiąść do autobusu. W Polsce B argumenty ochrony środowiska umykają bardzo, ale to bardzo daleko od zdrowego rozsądku...
Nie wiem, ile potrwa moje unieruchomienie samochodu. Nie wiem, ile wystarczy mi cierpliwości do pseudokomunikacji zbiorowej. Na razie pozostaje mi to, co jest. Wymuszone spacery, w czasie których stwierdzam kolejne bardzo liczne stanowiska ślinika, jeszcze nie wiem czy wielkiego, czy luzytańskiego. Jak podrosną, może ktoś mi pomoże oznaczyć rufus czy vulgaris (= lusitanicus). W każdym razie pogoda sprzyja ślimakom i dobrze to widać, idąc na przystanek po wydeptanej ścieżce wśród rozmiękczonych nieużytków wzdłuż nieczynnych torów kolejowych - jedynej drogi z osiedla na przystanek.
I czemu wciąż się obawiam spóźnienia na autobus, zatrzymując się na ścieżce i przenosząc niepoprawne wstężyki gajowe, którym właśnie w tym momencie zachciało się wchodzić mi pod nogi...
Minął wczoraj Światowy Dzień Ochrony Środowiska Naturalnego. Jak tak dalej pójdzie, to cała naszą ekologię szlag trafi przez rozklekotane autobusy pekaesów. Ciekawe, czy ktokolwiek zwraca na to uwagę, czy może właśnie księgowość wyliczyła, że trzeba podnieść bilety, bo straty za duże... I obym tego znów nie wykrakał!

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Poczwarówka karliczka Vertigo pygmaea (Draparnaud, 1801)

Musiał przyjść ten moment - i przyszedł. Pierwszy raz po zimie zdecydowałem się zajrzeć w ściółkę, pod kamienie i inne mało atrakcyjne dla działkowców miejsca, i popatrzeć na to, co po zimie budzi się do życia. I ku mojemu zdumieniu okazało się, że późno ustawiony budzik bynajmniej nie doprowadził do ogólnego rozleniwienia. W sobotę, 13 kwietnia 2013 roku rozejrzałem się po obejściu. Nie polazłem do lasu, nie wlazłem do wody, tylko tak oportunistycznie, przez chwilę króciutką, okiem tylko rzucając, nieśmiało sprawdziłem co po zimie. I czego się dopatrzyłem? Że ślimaki już nie śpią. Trichia hispida zachowuje się tak, jakby zimy w ogóle nie było. Łazi po pniakach, deskach, kawałkach drewna i po kamieniach, szukając czegoś do rzucenia na ząb. Vallonia pulchella też nie ogląda się za śniegiem, tylko spaceruje po ziemi. Nie śpią już młodociane Cepaea nemoralis. Jednak największą niespodziankę sprawiła mi poczwarówka karliczka Vertigo pygmaea (Draparnaud, 1801), wszak to jeden z najmniejszych rodzimych ślimaków, a mnie udało się go wypatrzeć przy pierwszym rekonesansie.
Vertigo pygmaea jest ślimakiem z rodziny Vertiginidae. Charakteryzuje się prawoskrętną muszlą walcowato-jajowatego kształtu, o około 5 skrętach. Wysokość muszli wg różnych autorów wynosi do 2,1 mm, szerokość waha się od 0,9 do 1,2 mm. Jedną z cech rozpoznawczych jest otwarty i głęboki dołek osiowy oraz zgrubienie karkowe (którego jednak czasem może nie być). Muszla jest na ogół gładka, lekko matowa lub szklista, rogowo-brunatna lub żółtawa, przeświecająca. W ujściu muszli od 4 do 7 zębów, zęby palatalne są widoczną przez przeświecającą muszlę. Otwór w kształcie zaokrąglonego prostokąta.
W Polsce jest to gatunek dość rozpowszechniony, zwłaszcza na niżu. W górach i na Południu Polski wyraźnie rzadszy. Zdecydowanie unika lasów. Znaleźć go można na obszarach trawiastych, Książkiewicz znalazła go na murawach kserotermicznych w Lubuskiem. Podawany z różnych stanowisk, w tym z nasłonecznionych nasypów kolejowych. Unika piaszczystych terenów, ale również nie przepada za podmokłymi, dobrze czuje się na podłożu gliniastym. Jako jedyny z poczwarówek może występować jako synantrop: dobrze się czuje w ogródkach, na pastwiskach, miedzach czy obrzeżach dróg. Dwa ślimaki tego gatunku znalazłem na omszonych kawałkach betonowej podmurówki pod ogrodzenie, gdzie prawdopodobnie spędziły zimę. Znalazłem je popołudniem, po deszczowej pogodzie, kiedy słońce zaczęło dogrzewać mocniej przed wieczornym fajrantem.
Może skromnie, ale sezon otwarty. Aż miło popatrzeć na te żywe drobinki...
Poczwarówka karliczka

Vallonia i Trichia na spodniej stronie kamienia

Młodociana Cepaea nemoralis, 13.04.2013
Więcej informacji na temat poczwarówek: http://www.poczwarowki.kp.org.pl/index.php

piątek, 14 września 2012

Zespół odstawienny

 Za oknem pada. I całe szczęście. Nie będzie deszczu, nie będzie grzybów, a bez grzybów to co to za jesień?

Zostało do jej przyjścia jeszcze parę dni, wiele jednak wskazuje, że może przyjść wcześniej. Płakał nie będę, co nie znaczy, że znudziło mi się lato. Właściwie niewiele z niego skorzystałem, co też widać w częstotliwości wpisów na blogu. Niestety…
A po kolei. Nawet byłem na urlopie. Serio. Nad morzem. Nad naszym, jedynym do którego mamy dostęp, nad Bałtykiem. I żeby nie było niedomówień: pływałem w nim. Udało mi się dwa dni zaznać takiej pogody, że wejście do morza nie było tożsame z postradaniem zmysłów. A woda – jak to w Bałtyku, prędzej zmrozi niż oparzy.
Pomorze Słowińskie charakteryzuje się piaszczystymi plażami i dość łagodnym brzegiem. I ubóstwem mięczaków, niestety! Z napływek nie dało się nic ciekawego wydobyć, a bardzo napalałem się na wodożytki. Bez efektu tym razem.
Kiedy jednak pogoda nie sprzyjała pływaniu (czytaj: wykonywaniu nieskoordynowanych ruchów kończyn celem utrzymania się na powierzchni wody lub przemieszczenia się w kierunku odwrotnym do znikającego horyzontu), ratunkiem były okoliczne atrakcje. Przede wszystkim Słowiński Park Narodowy. Nie dotarłem nigdy do opracowań poświęconych malakofaunie SPN, niektóre źródła podają liczbę 73 stwierdzonych mięczaków. W czasie wypraw do Czołpina, Rąbki czy do Kluk zerkałem na prawo i lewo rozglądając się za ślimactwem. Jeżeli coś wypatrzyłem, to pospolite raczej gatunki, zagrzebki, żyworódki, zatoczki i błotniarki, a z lądowych bursztynki i śliniki. Te ostatnie nawet ładne, czarne, połyskujące jak świeżo zastygła smoła. Rzecz jasna, że gdybym chodził po terenach Parku, pewnie wypatrzyłbym dużo więcej, ale ograniczyłem się tylko do dostępnych ścieżek, stąd skąpe te moje obserwacje. Chociaż – przypominam sobie, że w okolicach Mielna i Unieścia (to dużo bardziej na zachód) widywałem na piaszczystych klifach ślimaki (gajowego C. nemoralis i ogrodowego C. hortensis), których nie widziałem na piaszczystych brzegach lasów Parku. C. nemoralis jako synantrop jest bardzo pospolity w Łebie, ale w samym SPN go nie zauważyłem. Ciekawi mnie, czy któryś z krajowych ślimaków byłby w stanie tworzyć populacje na ruchomych wydmach słowińskich, w jakże nieprzychylnych dla życia warunkach…
Miejscem, w którym przez chwilę zapuściłem się na polowanie, był kanał Chełst w Łebie, na odcinku w pobliżu portu. Nie wiem, czy tam jest jeszcze rzeką, czy już kanałem. Ponoć Chełst jedną z najczystszych rzek na Pomorzu. Być może, ale wypływając z Jeziora Sarbsko i płynąc przez Łebę nie potwierdza już tej tezy. Nie mniej jakieś życie w nim jest (w niej? Nie wiem jak odmieniać przez rodzaje). W tym roku rozszerzyłem listę znanych mi gatunków zamieszkujących Chełst o Acroloxus lacustris i Unio tumidus, których w 2008 roku nie wypatrzyłem. Z najciekawszych gatunków tam występujących na prowadzenie w subiektywnym rankingu wysuwa się rozdepka rzeczna Theodoxus fluviatilis. Uważam, że to najpiękniejszy ślimak spotykany naszych wodach.
Wróciłem z urlopu z ogromnym niedosytem. Polityka obserwacji i z boku w połączeniu ze kilkuminutowymi wypadami od dawna mnie nie satysfakcjonuje. Marzy mi się w woderach, z kasarkiem lub dragą pobrodzić po rzekach, rzeczkach czy kanałach w poszukiwaniu interesujących mnie stworzeń. Tutaj pozwolę sobie na dygresję: kiedy łaziłem wzdłuż brzegu kanału, napotkało mnie czterech łebskich autochtonów napływowych (pewnie trzecie pokolenie osadników), mniej wpływowych, za to bardziej pod wpływem;) Nie mogło umknąć ich uwadze, że w wodzie stoi ktoś, kto nie łowi ryb. Przez chwilę trwała dyskusja „o nim”, czyli o mnie, po czym jeden z bardziej już wpłyniętych (a nie było jeszcze jedenastej, nie mówiąc o trzynastej!) – wykazując się sporą błyskotliwością, spytał, czy szukam na przynętę i czy na to biorą ryby. Kiedy zaprzeczyłem, retorycznie zapytał: „No to po chuj?” I to jedno z najbardziej frapujących pytań, jakie usłyszałem w czasie wakacji. Wciąż nie znałbym na nie odpowiedzi, gdyby nie to – jak zaznaczyłem – że było to pytanie retoryczne. Po krótkiej chwili zawieszenia, potęgującej napięcie (wspaniała zagrywka retoryczna, zarezerwowana dla dobrych mówców), mój nieznajomy rozmówca odpowiedział: „Pewnie naukowiec”. I opowiedział jako to słyszał, że ponoć ktoś tam kiedyś tam komuś tam zapłacił stówę za rybę, pod warunkiem żeby jej flaków nie wyrywać, bo on tych rybich flaków do badań potrzebuje. Zauroczyła mnie odpowiedź łebskiego filozofa po kilku Łebskich krótko pasteryzowanych w temperaturze 70°C (tak się reklamuje miejscowe piwo, całkiem porządne). Skłamałem. Przytaknąłem mu. No bo tak sobie pomyślałem, że fajnie być choć przez chwilę naukowcem. Taki naukowiec to – w oczach autochtonów – musi być wariat innej maści, taki głupek, tyle że nie groźny. Na szczęście nie zaoferowali mi odsprzedaży rybich flaków za stówę, bo trudno byłoby mi z tak intratnego interesu (dla dobra nauki!) się wycofać.
Swoją drogą: pragmatyzm jednak nie jest ostatecznym kryterium. Okazuje się, że oto żyją jeszcze ludzie, dla których etos nauki jest ważniejszy niż to, czy „Na to można łowić ryby”… Budujące i pokrzepiające.
Nienasycony w sercu głód, 
bo za jednym nocnym chłodem – drugi chłód...
Nie spoczniemy, 
nim dojdziemy, 
nim zajdziemy 
w siódmy las, 
więc po drodze, 
więc po drodze 
zaśpiewajmy
jeszcze raz! 
Tak nuciłem sobie pod nosem słowa Osieckiej do melodii Krajewskiego (rewelacyjny duet!) wracając z urlopu mając w głowie perspektywę wyjazdu do Warszawy. Czułem się nienasycony i w głowie tkałem misterną sieć planów kolejnych ślimaczych podbojów. Ale, jako że babie lato blisko, sieci się porwały i pofrunęły z wiatrem, i jedna z nich tylko zaczepiła się na Wiśle. Otóż wyczytałem, że oto Wisła pobiła rekord wielce smutny – zanotowano najniższe stany wody od dwustu lat. Pomyślałem, że trzeba to wykorzystać i wieczorem, kiedy słońce jeszcze nad Pragą lekko poświecało, polazłem przez Las Bielański nad Vistulę. Pomysł nienajlepszy, spóźniony, niedopracowany. Ale trudno. Poszedłem, aby choć przez moment stanąć na jej brzegu. I co? I było warto się przejść, bo natrafiłem pośród odsłoniętych kamieni na brzegu, kilka skorupek gałeczki rzecznej, zwanej też kulkówką rzeczną Sphaerium rivivola. To pierwsze moje notowanie tego gatunku, dotąd nie udało mi się go wyłowić. Były też inne mięczaki, z okazałymi Dreissena polymorpha i pospolitymi Viviparus viviparus, ale to groszkówka ucieszyła mnie najbardziej.
Myślałem sobie: rzeki schną, trzeba wykorzystać moment, połazić, popatrzeć, poszukać, może uda się trafić na jaką ciekawostkę. Pomieszało się. Nie zdążyłem.
Za oknem pada. I całe szczęście. Może przybędzie trochę wody w rzekach. Nie zdążę, cóż, może kiedy indziej połażę, poszukam, popatrzę. Ważne, żeby było życie, a przecież bez wody go nie ma.
Kierat się kręci, wciąż się z czymś spóźniam, wciąż na coś brakuje czasu. Urlop już za mną. Perspektyw na wypad w teren raczej brak. Ale –
Czy warto było kochać nas?
Może warto, lecz tą kartą źle grał czas...
Nie spoczniemy,
nim dojdziemy, 
nim zajdziemy 
w siódmy las, 
więc po drodze, 
więc po drodze 
zaśpiewajmy jeszcze raz!

P.S. Pisałem wczoraj wieczorem, ale nie mogłem opublikować. A dziś pogoda słoneczna, no proszę...

wtorek, 14 sierpnia 2012

Folia malacologica - tom 20, zeszyt 3

Sezon letni nie jest może optymalnym czasem na zajmowanie się omawianiem lektur, ale wziąwszy pod uwagę znaczny i widoczny postęp w kwestii regularności wydań Folia malacologica, czuję się zobowiązany wspomnieć o kolejnej odsłonie. Tym razem kolejny zeszyt przyniósł dwa tylko nowe teksty, za to nieco większych rozmiarowo, a z pewnością godnych uwagi.
Fragment artykułu, M. Ożgo
Beata Jakubik ogłosiła pracę o strategiach życiowych krajowych żyworódek w różnych środowiskach wodnych (Life strategies of Viviparidae (Gastropoda: Caenogastropoda: Architaenioglossa) in various aquatic habitats: Viviparus viviparous (Linnaeus, 1758) and V. contectus (Millet, 1813), badając korelacje między typem zbiornika, jego wielkością czy zaawansowaniem trofii, a strukturą populacji i jej strategii życiowej. Badania prowadzone przez uczennicę prof. Stańczykowskiej koncentrowały się na dolnych odcinkach Bugu i Narwi oraz Zbiorniku Zegrzyńskim. Nie potrafię streścić wyników pracy tak, aby ich nie przekłamać, stąd polecam lekturę. Badano strategię reprodukcyjną bardzo ciekawych ślimaków, które nie dość, że zachowują rozdzielność płciową, to jeszcze są żyworodne (choć właściwie jajo-żyworodne). A że Viviparidae należą do najczęściej występujących ślimaków wodnych w dorzeczu Bugu i Narwi, może warto czegoś więcej się o nich dowiedzieć.
Fragment z artykułu, fot. M. Ożgo

Podobną nieco pracą jest publikacja Małgorzaty Ożgo Shell polymorphism in the land-snail Cepaea nemoralis (L.) along a west-east transect in continental Europe. Autorka badała relację między zasięgiem geograficznym wstężyka gajowego a jego ubarwieniem. Zaciekawiła mnie metoda doboru próby: wybrano 52 równoleżnik, a stanowiska określano południkowo, wyznaczając obszar o promieniu 15 km od skrzyżowania równoleżnika z południkiem. Badany obszar o długości ponad 1215 km pozwolił na analizę rozmieszczenia gatunku, który w Polsce osiąga wschodnią granice zasięgu. I tutaj również nie podam wszystkich konkluzji, dość jednak zaznaczyć, że w Europie Zachodniej daje się zaobserwować ubożenie stanowisk wstężyka, do czego przyczynia się przede wszystkim rolnictwo wielkoobszarowe. Warto zwrócić uwagę na przyjęty przez Autorkę sposób oznaczania wstężyków gajowych: przyjmując trzy podstawowe formy barwne: żółtą (Y= yellow), różową (P= pink) i brązową (B= brown) oznaczyła cyframi 1-5 paski na muszli, gdzie brak paska oznacza 0, a występowanie paska zaznaczono właściwą pozycją. Tam, gdzie paski się zlewają, zaznaczono w nawiasach właściwy rząd. Pozwoliłem sobie na zamieszczenie fragmentu ilustracji, który to obrazuje. Nie pamiętam, czy podobne kryteria przyjęto niegdyś we wielkim projekcie badawczym skupionym na wstężykach,jakim było EvolutionMegaLab. Zdaje mi się jednak, że tam rozdzielano tylko na kolory i trzy warianty: bez paska, z jednym paskiem i z wieloma paskami. Sposób oznaczania (nie wiem czy autorski, czy przyjęty za kimś) bardzo mi odpowiada: jest czytelny i pozwala na skuteczną analizę danych.
Obie prace łączy analiza na znacznej grupie badawczej oraz badanie relacji populacyjnej do określonych cech. To są żmudne prace, wymagające mozolnego wysiłku i niezwykłej skrupulatności. Dlatego też uważam, że warto się z nimi zapoznać, być może wnioski natchną do czegoś w czasie wakacyjnego odpoczynku.
Materiał ilustracyjny pochodzi ze strony foliamalacologica.com. Materiał ma na celu promocję i popularyzację badań i nie jest związany z jakąkolwiek formą działalności dochodowej. W przypadku stwierdzenia, że zamieszczone ilustracje naruszają prawa autorskie, proszę o kontakt.