Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urbański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urbański. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 listopada 2018

Do Niepodległej

Niejednokrotnie wspominałem już wielkie umysły związane z malakologią, których losy wplatały się w skomplikowane historie niepodległościowych dążeń Polaków. Dybowski, Jelski, Poliński czy Wagner to nazwiska, które mocno zapisały się w polskiej, a nawet światowej malakologii. A jest też nazwisko, które zdecydowanie rzadziej się pojawia wśród malakologów polskich okresu odzyskania niepodległości. Wstyd mi wyznać, ale prawie nic nie wiem na na temat biografii jedynej kobiety wśród polskich malakologów I połowy XX wieku. Ponieważ w przeddzień obchodów 100 rocznicy Odzyskania Niepodległości wiele mówi się o ojcach Niepodległej, zasadnym wydaje mi się, aby choć krótko wspomnieć i o "matkach" Niepodległej.
W roku 1885 na świat przyszła Maria Młodzianowska, późniejsza zoolog związana z Uniwersytetem Poznańskim. Studiowała w Kijowie. Obecność kobiet na ówczesnych uniwersytetach nie była oczywistością, a w wielu rejonach Europy studiujące kobiety stanowiły rzadkość. W polskich realiach wyglądało to inaczej: rodziny, często pozbawione ojców czy synów odpowiedzialnych za utrzymanie, szybko przechodziły pod zarząd zaradniejszych kobiet. Żony i córki zesłańców, więźniów politycznych, uciekinierów czy emigrantów być może bardziej przyczyniły się do przetrwania polskości niż zaangażowani w wykrwawiające działania mężowie i synowie Polski.
Polskie kobiety, walczące o swoje prawa, o równouprawnienie, prawo głosu itd. były zjawiskiem dużo bardziej naturalnym, niż ich odpowiedniczki we Francji i wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii. Być może właśnie w takim klimacie wychowywała się Maria Młodzianowska. Dość zaznaczyć, że w 1925 roku uzyskała doktorat na Uniwersytecie Poznańskim. Zajmowała się faunistyką przygotowując publikacje poświęcone mięczakom Wielkopolski, która wówczas był stosunkowo słabo zbadanym malakologicznie obszarem Rzeczpospolitej. Przygotowała również ważną pracę o mięczakach Wileńszczyzny. To ona stała za wprowadzeniem w malakologiczne arkana późniejszego profesora Jarosława Urbańskiego, do jej uczniów należał również Jerzy Adamowicz (1908-1939), badacz mięczaków Polesia, ofiara pierwszych tygodni II Wojny Światowej... Maria Młodzianowska-Dyrdowska zmarła w Poznaniu w 1931 roku, w wieku zaledwie 46 lat.
Nie znam innych malakologicznych biografii polskich kobiet. Być może nie było innych, a może po prostu nigdy ich działalność nie poszła dalej jak zbiory, obserwacje czy kolekcjonowanie. Jestem jednak przekonany, że bez tego żeńskiego pierwiastka nie byłoby niepodległej Polski.


piątek, 24 czerwca 2016

Lektury na wakacje

Odnoszę wrażenie, że zachowuję się nieprzyzwoicie obnosząc się z dumą moją ostatnią zdobyczą. A że chodzę jak paw dumny, to i nieprzyzwoitość większa. Proszę sobie wyobrazić, że oto wczoraj, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, moja malakologiczna biblioteczka powiększyła się o jedenaście woluminów. Toż to tak wygląda, jakbym jakiś spadek odziedziczył, albo szóstkę trafił w totka. A prawda jest taka, że uczciwie nabyłem za bezcen kilkanaście tomów prac Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Dla mnie to rzecz niezwykła. Książki i broszury, które sporadycznie trafiają się w internetowych antykwariatach zakupiłem za cenę niższą niż pojedyncza pozycja z allegro. Wymienię tylko, że w moje ręce wpadły prace Jackiewicz, Stępczaka, Bergera, Urbańskiego czy Wiktora, słowem: all inclusive.
Biadoliłem już nie raz nad tym, jak trudno w Polsce o literaturę malakologiczną, zwłaszcza polskojęzyczną. Jednego dnia udało mi się zamówić publikacje, które nie są dostępne w publicznych bibliotekach, a szukanie ich po bibliotekach wydziałowych nastręczało sporo problemów. A jeszcze powiedzieć muszę, że książki, które do mnie trafiły, znane mi były w większości tylko z cytowań (dwie z nich miałem uprzednio w rękach, jedną nawet sprowadziłem kiedyś z internetowej aukcji za nieprzyzwoicie wysokie pieniądze). 
Jestem szczęściarzem. Zaczynają się wakacje, a ja dostaję do rąk paczkę książek do czytania w nielicznych wolnych chwilach. Na przykład taka praca Andrzeja Wiktora Mięczaki Ziemi Kłodzkiej i gór przyległych - szukałem tego tytułu od kilku dobrych lat, pytałem nawet samego Autora. I nic. Nigdzie jej nie było. A teraz kartkuję kolejne stronice rozczytując się w stylu, który mi się bardzo podoba. Albo Jackiewiczówny prace o błotniarkach z rodzaju Radix czy studium o anatomii Acicula - wszystko do łapczywego pochłonięcia.
Nic z tym, że książki przecież stare i w jakiejś mierze już nieaktualne. A kogo to obchodzi! Przyjemność czytania, poznawania wniosków, metodologii badań: o to właśnie chodzi i dlatego taki dumny jestem, że udało mi się te książki nabyć.
Wczoraj zdążyłem już pochłonąć pracę Wiktora o ślimakach okolic Książa. Dziś naprzemiennie czytam o zmienności świdrzyka żeberkowanego i o igliczkach. Rozpływam się.
Nie udało mi się zdobyć kilku prac profesora Dzięczkowskiego. Bardzo tego żałuję, tym bardziej że to właśnie jego prac szukałem trafiając na moje biblioteczne eldorado. Może więc zachowam się przyzwoicie i powiem, gdzie bije dla mnie źródełko malakologicznych perełek: w Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk! Właśnie u źródeł wystarczyło szukać, aby dostać to, co się wydawało nie do zdobycia. Gdyby ktoś był zainteresowany, służę pomocą. Sam znikam w lekturze, jak tylko wykradnę jakąś wolną chwilkę...











piątek, 30 października 2015

Świdrzyki Polski

Prawdopodobnie należę do tych bardzo nielicznych ludzi, którzy na widok ślimaka odczuwają przyśpieszone bicie serca, a na widok nowego ślimaka doznają znaczącego wyrzutu adrenaliny. Nie będę dopytywał ewolucjonistów, skąd we mnie taki defekt: czy to jakieś głęboko zakorzenione w genach przystosowanie, czy pojedyncza aberracja w zapisie DNA. Nie będę też psychologów pytał, co z tym powinienem zrobić, bo nie powiedzieliby mi nic ponad to, co sam już wiem. Polityków też nie zapytam, bo jeszcze będą to chcieli opodatkować... W każdym razie dobrze mi z tym, że na widok ślimaków robi mi się milej. No może poza widokiem na działce warzywnej...
Ze ślimaków, do których ciągnęło mnie zawsze najbardziej, należą świdrzyki. Myślę, że to dlatego, że w moich rodzinnych stronach nigdy ich nie spotkałem i zawsze były gatunkami odległymi. W dzieciństwie nigdy nie udało mi się spotkać żadnego świdrzyka w czasie rozlicznych leśnych wycieczek, i dopiero w czasie studiów zacząłem je znajdywać w różnych częściach Polski.

Świdrzykowate (Clausiliidae) to rodzina lądowych ślimaków reprezentowana przez około 1000 gatunków. Nazwę łacińską zawdzięczają specjalnemu systemowi zamykającemu muszle (clausilium), będącego czymś na kształt wieczka, jednak o innym od operculum pochodzeniu. Anglojęzyczna wersja nazwy doorsnail wskazuje również na ten aspekt budowy muszli, na jej ujście, które na ogół wyposażone jest w system listewek i fałdek o nie do końca poznanym przeznaczeniu, o tym za chwilę. Polska nazwa  nawiązuje do budowy muszli, przywodząc na myśl budowę świdra (wiertła). Na ogół muszle świdrzyków mają kształt wrzecionowato-wieżyczkowaty lub wieżyczkowaty. Muszla składa się z kilku do kilkunastu skrętów, a u dojrzałych osobników na ostatnim skręcie występuje na ogół zwężenie oraz ujście uzbrojone w przeróżną armaturę. Jest to jedna z podstawowych cech identyfikacyjnych w oznaczaniu świdrzyków, które - a tak jest w moim przypadku - nie należą do najłatwiejszych w oznaczaniu. Świdrzyki to jedyna w Polsce rodzina ślimaków, której przedstawiciele charakteryzują się lewoskrętną muszlą. Nie wiem, nie sprawdziłem, czy na świecie żyją prawoskrętne świdrzyki, ale jeśli tak, to stanowią one mniejszość w tej licznej rodzinie. Świdrzyki żyją na całym świecie z wyjątkiem Australii, Antarktydy i Ameryki Północnej. W Europie żyje około 450 gatunków, z czego w Polsce notowane są 24 gatunki.
Jeszcze trochę o szczególnej budowie ujścia muszli. Przyjmuje się, że pełni ona funkcje ochronne: przed drapieżnikami i przed wysychaniem,  ale być może i ma inne przeznaczenie. Przypuszczam, że kształt ujścia i przewężenie przed nim powiązane są również ze strategiami reprodukcyjnymi. Część świdrzyków stanowią gatunki jajorodne, część zaś to gatunki jajo-żyworodne i budowa wewnętrzna muszli, a zwłaszcza skomplikowany układ fałdek prawdopodobnie pełni jakieś funkcje powiązane z retencją jaj lub wylęgiem nowego pokolenia. W pełni wykształcona warga i uzbrojenie ujścia to cecha dojrzałości świdrzyków, które - w polskich warunkach - żyją od roku do nawet sześciu lat.
Rozpiętość wielkości muszli krajowych Clausiliidae waha się od 8 do dwudziestu kilku milimetrów. Przeważają formy kilkunastomilimetrowe.
Dotychczas nie spotkałem się z monografią krajowych świdrzyków, a bardzo taka publikacja byłaby przydatna. Ukazała się w 2009 roku książka "Świdrzyki Wielkopolski", ale zawiera dane ograniczone do 10 gatunków i do niewielkiego obszaru naszego kraju (nota bene zasadniej byłoby zatytułować "Świdrzyki województwa wielkopolskiego", bo zdaje się że autorzy właśnie taką jednostkę podziału zastosowali). Nie mniej polecam tę publikację, bo materiał fotograficzny dobry i klucz do oznaczania przydatny, a poza tym to jednakowoż dobra inwentaryzacja stanowisk na terenie Wielkopolski.
Krajowe Clausiliidae to gatunki leśne lub naskalne. Najliczniej reprezentowane są na południu Kraju, głównie w Sudetach, Pieninach i Bieszczadach. Na nizinach występują również, ale nie tak często i z mniejszą różnorodnością gatunkową. Lista krajowych Clausiliidae przedstawia się następująco:
Cochlodina (Cochlodina) costata (C. Pfeiffer, 1828) – Świdrzyk śląski §
Cochlodina (Cochlodina) laminata (Montagu, 1803) – Świdrzyk lśniący
 Cochlodina (Paracochlodina) orthostoma (Menke, 1828) – Świdrzyk prążkowany
Charpentiera ornata (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk ozdobny § [x]
Ruthenica filograna (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk stępiony
Macrogastra badia (C. Pfeiffer, 1828) – Świdrzyk kasztanowaty §
Macrogastra borealis (O. Boettger, 1878) – Świdrzyk żeberkowany
Macrogastra plicatula (Draparnaud, 1801) – Świdrzyk leśny
Macrogastra tumida (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk rozdęty
Macrogastra ventricosa (Draparnaud, 1801) – Świdrzyk okazały
Clausilia bidentata (Ström, 1765) – Świdrzyk dwuzębny
Clausilia cruciata (Studer, 1820) – Świdrzyk nadrzewny
Clausilia dubia Draparnaud, 1805 – Świdrzyk pospolity
Clausilia parvula Férussac, 1807 – Świdrzyk mały
Clausilia pumila C. Pfeiffer, 1828 – Świdrzyk maczugowaty
Lacinaria plicata (Draparnaud, 1801) – Świdrzyk fałdzisty
Alinda biplicata (Montagu, 1803) – Świdrzyk dwufałdkowy
Balea (Balea) perversa (Linnaeus, 1758) – Świdrzyk łamliwy §
Balea (Pseudalinda) fallax (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk zwodniczy
Balea (Pseudalinda) stabilis (L. Pfeiffer, 1847) – Świdrzyk górski
Vestia (Vestia) elata (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk siedmiogrodzki §
Vestia (Vestia) gulo (E. A. Bielz, 1859) – Świdrzyk krępy
Vestia (Vestia) turgida (Rossmässler, 1836) – Świdrzyk karpacki
Bulgarica (Strigilecula) cana (Held, 1836) – Świdrzyk siwy
Możliwe jest znalezienie również Cochlodina (Paracochlodina) cerata (Rossmässler, 1836) znanego ze stanowisk subfosylnych, a notowanego w XIX w. z Doliny Białki i słowackich części Tatr. Subfosylnie znany jest również Macrogastra densestriata (Rossmässler, 1836), ze stanowisk w Kielnikach i na Kozim Grzbiecie, ale żywych osobników nie należy się spodziewać w granicach naszego kraju. 
Spośród wymienionych świdrzyków pięć gatunków objętych jest ochroną prawną (oznaczono §), w tym jeden wymaga ochrony czynnej [x]. Zdaniem malakologów jest to najbardziej narażona na wyginięcie rodzina krajowych ślimaków, na 24 gatunki aż 17 znalazło się w Polskiej Czerwonej Księdze. Przyczyn zagrożeń doszukują się różnych, generalnie sprowadzają się one do zanieczyszczenia środowiska oraz przekształceń (antropogenicznych) siedlisk zajmowanych przez te ślimaki. Co ciekawe, nie wiedzieć czemu, rodzina ta nie jest nawet wspomniana w publikacji Unii Europejskiej European Red List of Non-marine Molluscs... 
Najczęściej spotykanym przeze mnie świdrzykiem jest Lacinaria plicata, Cochlodina laminata oraz Alinda biplicata. Oznaczać udaje mi się C. laminata, bo ma dość charakterystyczne ujście muszli, która na dodatek jest gładka i lśniąca. Tego świdrzyka spotykałem i w buczynach pomorskich, i na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, i w napływkach wiślanych na wysokości Wyszogrodu. L. plicata - jeśli występuje w formie typowej - daje się oznaczyć dzięki licznym fałdkom w ujściu muszli. Gatunek ten znalazłem kiedyś w Sulejowie, i jest to najbliżej położone stanowisko moich rodzinnych stron. A. biplicata - jeden z największych naszych świdrzyków - znany jest mi z kilku stanowisk z Łodzi, poza tym spotykałem go np. na Wawelu.  
Najmniejszym krajowym świdrzykiem jest Ruthenica filograna lub Clausilia parvula. Udało mi się zrobić fotografię przedstawiającą wielkość R. filograna. Dla porównania też zamieszczam fotografię Megalophaedusa martensi, świdrzyka żyjącego w Japonii, o którym można by powiedzieć, że jest gigantem wśród Clausiliidae.
Jeszcze na koniec: świdrzykami zajmowali się min. tacy polscy malakolodzy jak J.A. Wagner (1860-1928) czy Jarosław Urbański (1909-1981), zaś współcześnie badania nad rodziną świdrzykowatych prowadzą m.in. Anna Sulikowska-Drozd (Łódź), Tomasz K. Maltz (Wrocław) czy Krystyna Szybiak - autorka monografii poświęconych Macrogastra plicatula i Ruthenica filograna (Poznań). Wiele bym dał, żeby ktoś kiedyś monografię krajowych Clausiliidae napisał. Bardzo na takie opracowanie czekam.

Cochlodina laminata


Cochlodina laminata

Lacinaria plicata, dalej C. laminata

Lacinaria plicata z Reszla

Ruthenica filograna

Megalophaedusa martensi



czwartek, 30 kwietnia 2015

Ślimak wielkozębny Perforatella dibothrion (M. Kimakowicz, 1884)

Podstawowe pytanie brzmi: wierzyć znawcom, czy doświadczeniu? Cenię sobie opinię autorytetów, ale z doświadczeniem się nie dyskutuje. Trudność mam z jednak wielką ze ślimakiem, którego objęto w Polsce częściową ochroną prawną (stan z października 2014 r.), a którego spotkałem raz tylko i też nie wiem, czy aby na pewno. Trudność wielka wiąże się właśnie z dylematem zaufania autorytetowi i doświadczeniu...
Przeglądałem zdjęcia z XXX Krajowego Seminarium Malakologicznego w Łopusznej i znalazłem wśród nich fotografię ślimaka wielkozębnego Perforatella dibothrion. Spojrzałem jeszcze na muszlę P. bidentata, porównałem ze zdjęciem i niemal jestem pewien, że to właśnie dibothrion. Ale. Ale zdjęcie zrobione w Sromowcach, blisko miejsca, w którym wsiada się na flisackie tratwy i spływa się przełomem Dunajca. Czyli nie las, a na pewno nie las liściasty. A autorzy, tacy jak Urbański, Riedel czy Wiktor podają, że to gatunek leśny, charakterystyczny dla wysokości 500 - 900 m n.p.m., żyjący w ściółce, w miejscach zacienionych. Zatem nic by się nie zgadzało. Bo - jeśli dobrze pamiętam - było to środowisko otwarte, prawie że synantropijne. Jednak wielkość muszli, jej urzeźbienie, kolor - wszystko to mnie przekonuje do zaufania doświadczeniu. Sprawdziłem dziś u Urbańskiego (Mięczaki Pienin); nie podaje go z Pienin, ale P. bidentata znalazł tylko na jednym stanowisku, więc to dla mnie nie jest rozstrzygające. Riedel, a Wiktor za nim podaje Beskid Niski, Bieszczady, okolice Mszany i Muszyny, ale nie Sromowce. Stąd nie wiem nadal, czy spotkałem wówczas wyrośniętą bidentata czy zasymilowaną dibothrion.
Ślimak wielkozębny dochodzi do 10-12 mm szerokości i 7-11 mm wysokości. Muszlę ma lekko prążkowaną, większą od muszli ślimaka dwuzębnego, bez krawędzi na ostatnim skręcie. Zęby różowawe lub żółte, muszla brązowawo-czerwona, czasem z jaśniejszym paskiem.
Gdyby ktoś w czasie majówki wybierał się na spływ Dunajcem, niech się rozejrzy dokładnie i poszuka. Jeśli znajdzie, niech by się przyjrzał dobrze i pomógł mi rozstrzygnąć, który to z naszych gatunków. Będę zobowiązany za podesłane opinie.

ryc. z A. Wiktor, Ślimaki lądowe Polski, Mantis 2004

poniedziałek, 25 października 2010

Klucze

Mając dobre klucze, można otworzyć wszystkie zamki. Truizm. Gdzie szukać dobrych kluczy? W mojej bibliotece znalazło się kilka, dziś parę słów o wybranych.

Zacznijmy od klasyka, może lepiej: od legendy. Pierwszy (i jak dotąd jedyny) kompletny klucz do oznaczania malakofauny obszaru Polski został wydany w Warszawie, w 1957 r. przez Jarosława Urbańskiego. Czy coś stracił przez półwiecze? Zapewne, zmienił się stan wiedzy o mięczakach, odkryto kilka nowych gatunków, zmieniła się nomenklatura i systematyka. I to tyle. Przez te pięćdziesiąt z okładem lat nie powstał drugi taki klucz, taki, który nosiłby podtytuł Klucz do oznaczania wszystkich gatunków dotąd w Polsce wykrytych.
To jedyny klucz, który pomaga oznaczyć nie tylko mięczaki, ale na tyle kompletny, że zawiera opisy zarówno ślimaków lądowych, jak i wodnych, morskich i słodkowodnych, małży z tych i tamtych wód, a ponadto: jedyny zawierający informacje o bałtyckich ślimakach tyłoskrzelnych. Dziś, szukając o nich informacji, trudno cokolwiek znaleźć. Niektórzy twierdzą, że w polskich wodach Bałtyku zupełnie wyginęły. Ja dotąd nie znalazłem żadnej świeżej informacji na ten temat. To jedna z "białych plam" najnowszej malakologii polskiej. Warto by coś w tym zmienić...
Ślimaki i małże Polski to książka stara, niełatwo ją zdobyć. Pozostaje wizytować antykwariaty w nadziei, że kiedyś będzie tam czekać. Przez pewien czas w prywatnej bibliotece posiadałem nawet dwa egzemplarze, jeden już przekazałem w dobre ręce, w nadziei, że będzie ozdobą i pomocą w profesjonalnym warsztacie naukowca. Ale jeśli kiedykolwiek znalazłbym kolejny egzemplarz, nie wahałbym się chwili, aby go nabyć. Nawet gdybym musiał zegarek w zastaw oddać.

Dla kontrastu chciałbym przedstawić publikację o wiele świeższą, ładniejszą, o niebo kolorowszą  od poprzedniej. To wydana przez Multico praca Rafała Wąsowskiego i Aleksandra Penkowskiego Ślimaki i małże Polski [Warszawa, 2003]. Różni je prawie wszystko: pierwsza wydana na starym papierze, druga na błyszczącym papierze kredowym. Pierwsza szara i pożółkła, druga lśniąca i kolorowa. Pierwsza zawierająca wyłącznie ryciny, druga ciesząca oko barwnymi fotografiami i akwarelowymi tablicami. Pierwsza w postrzępionej okładce, druga zabezpieczona laminatem i foliową okładką (ten pomysł akurat uważam za wyśmienity). I to tyle dobrego, co o tej drugiej chciałem powiedzieć. Bo pomimo tak jaskrawie przedstawionych różnic, nowszy klucz wypada blado przy poprzedniku, bardzo blado. A to z kilku powodów: po pierwsze nie jest kompletny - i pod tym względem przypomina nieco wcześniejszy klucz Urbańskiego, Poznaj krajowe ślimaki i małże [Warszawa, 1953], który zawierał opis stu najpospolitszych mięczaków z obszaru Polski. Publikacja Penkowskiego i Wąsowskiego zawiera również około stu opisów, każdy z barwną fotografią. Ale nie każda z tych fotografii uchwyca cechy wyróżniające. Czasem jest "przedobrzona", zadbano o tło tak bardzo, że nie wykontrastowano elementów istotnych dla oznaczenia zwierzęcia (np. w przypadku Viviparidae, gdzie cień na fotografii zamazuje wypukłość skorupek lub fotografie Ancylus fluviatilis i Acroloxus lacustris).

Poza tym w redakcji znalazło się wiele błędów, źle podpisanych gatunków (Cochlodina laminata pomylona z Bulgarica cana), zbytnich uproszczeń prowadzących do ewidentnych błędów rzeczowych (por. opis Poczwarówki drobnej Vertigo pusilla: Lewoskrętność muszli poczwarówek jest rzadką cechą wśród ślimaków. W zasadzie w Polsce występują jedynie opisane dwa gatunki o takich muszlach" [s. 23, kol. 2] Może odnosi się to do dwóch gatunków Vertiginidae, ale nie do ślimaków w ogólności, bo przecież lewoskrętne są wszystkie krajowe Clausiilidae, Physiidae, niektóre Planorbidae, a i trafiają się lewoskrętne okazy naturalnie prawoskrętnych gatunków (czasem Helix pomatia czy Lymanea stagnalis). Takie lapsusy obniżają wartość pracy sprawiając, że może ona się nie obronić. O ile nie martwię się o Urbańskiego, którego klucz długo jeszcze będzie niezastąpiony, o tyle młodszy może nie ponieść zadania, które nań nałożono. Warto go mieć, ale dla beletrystyki, dla walorów estetycznych, optymalnie łącznie z poprzednim.

Mam w bibliotece jeszcze inny klucz, mało znany, niewielki, ograniczony do wybranych kilkudziesięciu gatunków. Liczy sobie już dziesięć lat, ale świata nie zawojował. Autorstwa Aleksandra Herczka i Jacka Gorczycy Lądowe ślimaki Polski. Atlas i klucz [Krzeszowice, 2000], do Urbańskiego nawet nie może startować. I co z tego, że na kredowym papierze, i co z tego, że barwne fotografie? Ubogi, zapchany miejscami fotografiami środowiska niewiele wnoszącymi do treści. Ubóstwo gatunków. Dobry chyba tylko na początek, na późne klasy podstawówki, może to niesprawiedliwa ocena, ale takie odnoszę wrażenie. Poza tym - chyba niezależnie od autorów - książka zepsuta przesyceniem kolorów i ich przesunięciem. Ale podstawowy zarzut brzmi: nie jest to przegląd wybranych gatunków, ale pobieżny przegląd rodzin z opisami kliku gatunków. Szkoda. Niedosyt. Niedosyt...
Może dożyjemy jeszcze takich czasów, że do księgarń trafi dostępny, estetyczny, aktualny, zawierający opis wszystkich znanych mam gatunków, całościowy klucz. Marzę o tym. Modlę się o to.

piątek, 22 października 2010

Biblioteka Zakręconego Człowieka

Ponieważ idzie ta pora roku, którą co najwyżej Vitrea może lubi, albo Semilimax kotulai, ale na pewno nie ja. Jesień wyraźnie ustępuje pola zimie i pewnie w ciągu najbliższych paru tygodni zima przypuści frontalny atak. Trzeba się na to przygotować i układać strategię przetrwania. Ja stawiam na dwa skrzydła strategii: porządkowanie zbiorów z ostatniego roku i lektury. Różne lektury, ale te zakręcone w szczególności.
Od kilku tygodni jestem posiadaczem książki niezwykłej: Jarosława Urbańskiego Mięczaki Pienin. To przedruk pierwszego wydania z 1939 r., książka niezwykła, wciągająca, urzekająca, zachwycająca: stylem, treścią, erudycją, metodologią, ale też prostotą, pasją, świeżością. Napisana przed siedemdziesięciu laty straciła na aktualności tylko w kwestiach nomenklaturalnych - pozmieniało się nazewnictwo łacińskie, poprzesuwano systematykę, uzupełniono o nowe badania, ale pomimo tego wszystkiego nie czuć, aby praca Urbańskiego była przestarzała. A nawet pokuszę się o dość śmiałą tezę: na tle dzisiejszych publikacji jest ona w swym spojrzeniu o wiele świeższa niż wiele nowych prac powtarzanych według tego samego kanonu, w tym samym układzie, z różnymi graficznymi pomysłami na prezentację wniosków. Nie znaczy to, że współczesne prace nie są ważne - owszem, są i to bardzo, ale brak im tego czegoś, co nazwać by można fantazją. Brak im rozmachu i nie chodzi wcale o monumentalizm, a raczej o odwagę patrzenia szerzej, o pragnienie zaznaczenia czegoś nowego, co nie będzie tylko kompilacją i weryfikacją tego, co powiedzieli inni.
Warto zainwestować, warto nabyć tę pracę Urbańskiego, bo to coś więcej niż obligacje - nie tylko zysk pewny, ale i dynamika godna akcji.
W Polsce wydaje się obecnie mało malakologii. Są tego bardzo poważne przyczyny, nie mamy przecież "porywającej" malakofauny, ale przecież mamy dobrych malakologów. Szkoda, że muszą zabiegać o punktacje, o publikacje w periodykach z listy filadelfijskiej - może mieliby więcej możliwości dzielenia się swoimi pasjami, może pisaliby bardziej dla takich jak ja - malakologicznych pół-analfabetów, którym trzeba wszystko łopatologicznie wkładać do głowy. Marzy mi się, aby malakolodzy porywali się na takie zamiary, jak swego czasu profesor Urbański - autor jedynego w języku polskim kompletnego klucza do oznaczania malakofauny Polski. Czekam, czy kto przejmie pałeczkę w tej sztafecie i - zarazi przez to bakcylem kolejnych amatorów.
To nie sztuka być malakologiem w strefach tropikalnych,
sztuką jest zakochać się w ubiquistycznych ślimakach strefy umiarkowanej...
Piękne słowo "ubiquistyczne" - później profesor używał już raczej "wszędobylskie" - jeszcze piękniejsze...
Malakolodzy, piszcie. Do serca piszcie, bo język i serce najbardziej twardością przypominają mięczaki...


A następnym razem będzie o innych książkach.