Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Limax. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Limax. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 października 2018

Pożegnanie z sezonem

Chłodami straszą. Mówią, że kończy się złota polska jesień i że zaraz tąpnie zima. Czy ich słuchać, tego nie wiem, czasem się nie pomylą... Doświadczenie mi podpowiada jednak, że w drugiej połowie października warto ze sobą jakąś fiolkę nosić, ale nie ma co szaleć, bo już po sezonie. Trudno mi się z tym pogodzić, że kolejny rok terenowy można zaliczyć do czasu przeszłego (nie)dokonanego, ale chyba nie ma innego wyjścia...
Wiele wskazuje, że w zeszłym tygodniu zakończyłem sezon. Wierzę w cuda, ale raczej tu się ich nie spodziewam. Poszedłem, bo miałem nadzieję znaleźć konkretnie jeden gatunek, Acanthinula aculeata, ale nie miałem szczęścia. Za sucho. Ten rok w ogóle uważam za wyjątkowo suchy i pod tym względem za mało udany. Wyskoczyłem na dwa kwadranse do Lasu Chełmskiego, czyli takiego niezwykłego miejsca między Łodzią a Zgierzem. Lubię to miejsce. Bywały takie lata, że trudno tam było przejść, żeby przypadkiem nie rozdeptać jakiegoś ślimaka.
Byłem, ale nie znalazłem jeżynki kolczastej. Może innym razem. Nie znalazłem właściwie niczego nadzwyczajnego, ale przynajmniej popatrzyłem sobie na parę gatunków. Dosłownie kilka kroków od siebie znalazłem Limax maximus i Limax cinereoniger. Te akurat sporo się od siebie różniły, ale generalnie osobniki tych gatunków potrafią być do siebie bardzo podobne, a odróżnić je najłatwiej po ciemnych obrzeżach stopy L. cinereoniger.  Jest to miejsce, gdzie bardzo licznie występuje Alinda biplicata. Dorosłych osobników znalazłem kilka, ale młodocianych zdecydowanie więcej, w tym takie siedzące na drzewie na wysokości ok. 60-80 cm. Czyżby znaczyło to, że młodzież nie boi się zimy? (Chodzenie w czapkach to też nie jest ulubione zajęcie gimbazy, więc może brak respektu dla chłodu to taka cecha wspólna młodego pokolenia nawet odległych ewolucyjnie gatunków...)
Spotkałem Euconulus fulvus, ale tylko jednego osobnika. Sporo było Zonitidae, ale nie oznaczyłem jeszcze, co to może być. Był też duży Arion (pewnie vulgaris), Cepaea nemoralis, Arianta arbustorum... Widać, że większość już się do zimy szykowała. Gdyby przez ostatnie miesiące nie było tak sucho, mogłoby to wszystko wyglądać inaczej.
W krzaki już raczej nie pójdę. Nie było w tym roku za dużo okazji, a nawet jak były, to aura mała sprzyjała. Czuję się nienasycony. Może następny rok będzie lepszy. Chciałbym poszukać troszkę więcej gatunków, których do tej pory nie poznałem za mocno, zwłaszcza z rodziny Milacidae. Wiele jest takich gatunków, trzeba się w cierpliwości ćwiczyć. Oby to tylko nie było siedem chudych lat, bo mnie jakaś -wica strzeli...
Arion cf. vulgaris

Limax cinereoniger

Limax maximus



Alinda biplicata

piątek, 12 września 2014

Grzybobranie

Zastanawia mnie, jak bardzo doświadczenia dzieciństwa potrafią odbijać się na dorosłym życiu... Na przykład takie grzybobranie: ciągnie się za mną radość tamtych dziecięcych odkryć nowych gatunków, tamto ściganie się kto więcej, kto bardziej różnorodne. Nie ten wygrywał, kto nazbierał więcej, a ten, komu udało się znaleźć więcej gatunków... Albo te wyskoki do lasu po lekcjach, przed powrotem do domu, z plecakiem pełnym książek i zeszytów... Te zagajniki polne, brzezinki rzadkie, po których nikt by się nie spodziewał dwudziestocentymetrowych koźlarzy czy półkilowych niemal prawdziwków...
Eh, rozmarzam się szybko... Rzadziej zdecydowanie zdarza mi się teraz chodzić na grzyby. Kiedyś bywało, że od połowy lipca do końca listopada, a i w grudniu nawet (np. w 1993 roku) chodziłem na grzyby, w swoje miejsca, czasem najdziwniejsze nawet, ale zawsze takie, w których były grzyby. Już wtedy obserwowałem jednak, że grzybobranie nie jest najlepszą okazją do znajdowania muszli ślimaków. Niby czasem gdzieś się coś znalazło, ale to zawsze małe było i takie nijakie, a nagusy nie bardzo mnie wtedy interesowały.
Dziś niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o coś, co można by nazwać frajdą. Nie chodzę po grzyby, ale na grzyby i cieszy mnie bardziej fakt snucia się po lasach, niż zbieranie tych samych podgrzybków z tych samych sosnowych bezrunowych lasów... Kiedy już uda mi się na grzyby wyskoczyć, bardziej od tych grzybów wyglądam ślimaków. No może nie bardziej, a tak samo intensywnie... I na ogół coś się znajdzie, czasem coś ciekawego...
Ostatnio na owocnikach czubajki kani Macrolepiota procera znalazłem dwa ślimaki. Jeden to ślinik rdzawy (Arion subfuscus) bodajże, drugi to pomrów cytrynowy Malacolimax tenellus. Kanie nie były ponadgryzane, więc może ślimaki bardziej kryły się w nich, niż na nich żerowały, nie mniej ukryły się chyba niedostatecznie dobrze przed moim wzrokiem. Śliniki spotykam często na  podgrzybkach brunatnych Xerocomus badius, gdzie zostawiają po sobie dość charakterystyczne ślady żerowania. W tym roku spotkałem także pomrowa nadrzewnego Lehmania marginata, nie udało mi się natomiast wypatrzeć już dawno pomrowa czarniawego Limax cinereo-niger lub dziko żyjącego ślinika wielkiego Arion rufus.
Moimi ulubionymi grzybami są piaskowiec modrzak Gyroporus cyanenscens oraz koźlarz czerwony Leccinum aurantiacum - grzyby, na których ślimaki żerują chyba mniej chętnie, niż na gołąbkowatych. W lasach, które mam w pobliżu, dominuje sosna, a to - jak wiadomo - niezbyt dobre środowisko dla ślimaków. Stąd kiedy już na te grzyby pójdę i cieszę się jak dziecko z grzybobrania, jeszcze bardziej się cieszę, kiedy w koszyku, obok różnych gatunków grzybów, trafią się jeszcze i różne gatunki ślimaków. Przyjemne z pożytecznym? Nie po prostu przyjemne!

Malacolimax tenellus

Podgrzybek nadjedzony przez ślinika...

... raczej dużego ...

...takiego jak ten?

wtorek, 20 maja 2014

Pomrów żółtawy Limax flavus (Linnaeus, 1758)

Ulica Piotrkowska w Łodzi może się kojarzyć różnie: z secesyjnymi kamienicami, z najdłuższym deptakiem w Polsce, ze szlakiem pubów i barów umożliwiających clubbing, słowem: dl każdego, coś dobrego. Rzadkie moje wizyty w tej części Łodzi na ogół utrwalają stary mój rytuał odwiedzin antykwariatów: i tych reprezentacyjnych, i tych ukrytych w bramach, dostępnych prawie że dla wtajemniczonych.
W sobotę rano, gdy nad Łodzią ciężkie wisiały chmury, zalewając deszczem miasto, miałem do zagospodarowania dwie godziny dla siebie. Nie bardzo jak było iść do Lasu łagiewnickiego, bo lało, na Zdrowie też się z tego powodu nie mogłem zdecydować. No więc ta Piotrkowska z perspektywą lektur doraźnych w antykwariatach wydawała się najznośniejszą.
Przed południem zaczęło się rozjaśniać, a chmury zrzedły nieco i siąpić przestało. Wyszedłem z jednego z antykwariatów w bramie, co się w zaułku i w piwnicy jeszcze ukrył. Ciepłe promienie słoneczne suszyły już wybetonowane podwórko, ale w ocienionym zaułku było mokro i ciemno. Wychodziłem delikatnie i powoli, bojąc się spłoszyć siedzące na poręczy and głową gołębie. Gwałtowny ruch mógłby skończyć się dywanowym nalotem bombowców, a broni biologicznej wolałbym uniknąć... Stąpając ostrożnie, pochylony lekko ku schodom, zauważyłem przed sobą sporej wielkości nagiego ślimaka: pięknego, jasnego, żółtego, nakrapianego jaśniejszymi cętkami. Omalże nie skoczyłem z radości, an szczęście w porę opanowałem entuzjazm i delikatnie przesuwając się na przód uniknąłem konfrontacji z przemoczonymi miejskimi gołębiami. Odczekałem chwilę, przegoniłem gołębie z bezpiecznej odległości i wróciłem na spokojnie przyjrzeć się ślimakowi, którego widziałem po raz pierwszy. Wtedy też zauważyłem, że więcej ich, a wokół kałuży za podmurówką schodów, zasiadła cała ich gromada.
Pomrów żółtawy jest jednym z większych ślimaków występujących w naszym kraju. Nie jest co prawda rodzimym składnikiem naszej malakofauny, ale notowany jest w kraju od dobrych kilkudziesięciu lat. Prawdopodobnie został do nas zawleczony z południowo-wschodniej Europy lub z Azji, z pewnością z cieplejszego obszaru. Wiktor w kluczu do oznaczania ślimaków lądowych Polski podaje, że w warunkach naturalnych nie jest w stanie u nas przezimować i tylko środowiska synantropijne umożliwiają mu przetrwanie i kolonizacje dalszych obszarów. Pierwotnie w miejscach zawleczenia związany był głównie ze szklarniami i magazynami spożywczymi. Obecnie równie często spotkać go można na działkowych altanach czy w domowych piwnicach. Potrzebuje wilgoci i ciepła. I jedzenia. Dużo jedzenia, bo spore rozmiary domagają się odpowiedniej diety.
Jest szkodnikiem i to dość uciążliwym szkodnikiem, głównie upraw szklarniowych oraz magazynów. Zjada warzywa Z relacji znajomych wiem, że potrafi włazić do domów, zwłaszcza podpiwniczonych. Opowiadano mi o pełzaniu pomrowa żółtawego po ścianach łazienki czy kuchni a także o wyjadaniu przez niego jedzenia z psiej miski. Chociaż tutaj mam ciekawą - tak myślę - obserwację. Te ślimaki, które widziałem w Łodzi, zerowały na odchodach gołębi, co może świadczyć i o ich apetycie, i o pożytecznej roli w łańcuchu obiegu materii. Nie sądzę, aby były remedium na problem ptasich odchodów, nie mniej nie spotkałem w literaturze informacji o tym typie pokarmu w diecie pomrowów...
Limax flavus mierzy do 150 mm długości, jest na ogół jasno ubarwiony, w kolorystyce od żółci przez pomarańcze po oliwkową zieleń. Na ciele na ogół widoczne jest wyraźne nakrapianie lub plamkowanie, które dostrzegalne jest na całym ciele z wyjątkiem podeszwy. Ta jest na ogół biała lub żółtawa. Żółtawy też może być śluz ślimaka, choć częściej jest bezbarwny. Śluz jest bardzo lepki, chociaż mało gęsty. W tylnej części płaszcza znajduje się pneumostom, co jest charakterystyczne dla pomrowów.
kiedy w sobotę wybierałem się na Piotrkowską, nie spodziewałem się nawet, że w najbardziej urbanistycznie przekształconym fragmencie miasta znajdę nowego dla mnie ślimaka. I w ten sposób Piotrkowska kojarzyć zaczęła mi się ze ślimakami...



P.S. Przepraszam za jakość zdjęć. A swoja drogą: ślimaki nagie są dziwnie trudne do fotografowania...

niedziela, 6 kwietnia 2014

Pomrów wielki Limax maximus Linnaeus, 1758

Przypominam sobie pierwsze z nim spotkanie, jeszcze w dzieciństwie, tak mniej więcej o tej porze roku, może bliżej maja lub czerwca. Wiosenny deszcz i ciepły poranek po nim, słoneczny, jasny, pachnący. Zieleń trawy i biel kwitnących drzew owocowych. I on, wypełzły skądś  i zmierzający najwyraźniej do swojej dziennej kryjówki.
Zapamiętałem go, bo kiedy go zauważyłem, znieruchomiałem jak na widok żmii. Jego ciemne ciało na kawałku mokrej deski wyglądało jakby to wąż był jakiś, który postanowił zamieszkać w sąsiedztwie mojego domu. Szybko ochłonąłem i podszedłszy do niego przyjrzałem mu się z bliska. A potem wziąłem go ręki. Był dłuższy niż moje przedramię. Takim go zapamiętałem, pomrowa wielkiego Limax maximus.
Widuję go nieczęsto, zdecydowanie częściej w oczy rzucają mi się duże Ariony. Pewnie dlatego, że pomrowy zdecydowanie bardziej niż śliniki są zwierzętami nocnymi. Za dnia kryją w przeróżnych miejscach, najlepiej tam, gdzie ciemno i wilgotno. Łatwo go wypatrzeć w piwnicach, studzienkach kanalizacyjnych czy melioracyjnych, pod kawałkami drewna, na kompostowiskach; zawsze blisko siedlisk ludzkich. U nas jest typowym synantropem i zdaniem specjalistów raczej nie przenika do siedlisk naturalnych (Wiktor, 2004). Skąd się u nas wziął i kiedy, nie bardzo wiadomo. Nawet nie wiadomo, gdzie znajduje się jego pierwotna ojczyzna, prawdopodobnie Południowa i Zachodnia Europa.
Urodą odróżnia się nieco od innych nagich ślimaków. Nie należy co prawda do najurodziwszych, z pomrowem błękitnym nie bardzo miałby jak konkurować, ale jest ciekawie ubarwiony. Jego brudno kremowe ciało pokryte jest licznymi plamkami, plamami czy wręcz smugami ciemnego, na ogół czarnego lub granatowego koloru. Mozaika plam jest niezwykle różnorodna: znaleźć można osobniki nakrapiane, choć częściej zdarzają się osobniki o rozlanych plamach (przynajmniej to mi się takie zdarzają). Ciało pomrowa wielkiego kończy się klinowato, na końcu ciała występuje jaśniejszy kil. Stopa jest jednobarwna, z widocznymi dwiema bruzdami równoległymi do długości nogi. Ubarwienie podeszwy dorosłego osobnika jest jedną z cech, które pozwalają odróżnić go od jego kuzyna, pomrowa czarniawego Limax cinereoniger Wolf, 1803, u którego zewnętrzne pasy stopy są czarne (u dorosłych oczywiście...)
Wielkość tego ślimaka usprawiedliwia jego nazwę. Osobniki znajdowane w Polsce przekraczają 200 mm.
Pomrów wielki należy do uciążliwych szkodników upraw, choć większe spustoszenie potrafi zrobić w magazynach rolnych, w piwnicach i innych miejscach składowania owoców i warzyw. Jest dużym zwierzęciem o sporym apetycie, poza tym zanieczyszcza swoim śluzem przyśpieszając psucie się magazynowanych warzyw.
Bardzo ciekawie wygląda kopulacja pomrowów. Jak dotąd nie miałem szczęścia zaobserwować jej w warunkach naturalnych i znam ją wyłącznie z publikacji. Pomrowy przyklejają śluzową nić do drzewa i opuszczając się na tej elastycznej naturalnej taśmie skręcają swoje ciała wynicowując narządy kopulacyjne i finezyjnie je splatają. Aby zaobserwować to zachowanie, trzeba pomrowów szukać w nocy, na drzewach, stąd pewnie moje niepowodzenia w próbach znalezienia kopulujących pomrowów.
Niemcy nazywają go Tigerschnegel. Mnie przy pierwszym spotkaniu skojarzył się ze żmiją. Pewnie tak jak tygrys i żmija nie jest groźny, ale zaszkodzić potrafi, stąd nie życzę nikomu, aby w swojej piwnicy miał go za lokatora...




piątek, 13 lipca 2012

Nago w kapuście

Dla amatora malakologii pewne tematy pozostają trudne, wręcz wstydliwe... Zwłaszcza, kiedy trzeba skonfrontować się z nagością. Nie każdy potrafi bez zażenowania rozmawiać o tych tematach, nie czerwieniąc się z zawstydzenia. Mnie sprawia to sporą trudność, dlatego postanowiłem się z tym zmierzyć i - nomen omen - obnażyć się z moich problemów.
Sprawa jest śliska. Niestety wiele wskazuje na to, że nie można jej rozwiązać w delikatny sposób i wymaga działań zdecydowanych. Przekonuje mnie o tym stanowisko poznańskiego malakologa, prof. Jana J. Kozłowskiego, specjalisty od ochrony roślin.
Przed kilkoma dniami dotarła do mnie przesyłka z pracami profesora Kozłowskiego, który od lat zajmuje się badaniem metod ochrony roślin przed szkodnikami, zwłaszcza przed ślimakami nagimi.
Jeszcze z dzieciństwa pamiętam jedną z trudniejszych rozmów na temat mojej fascynacji ślimakami. Rozmowa, a właściwie polemika, odbyła się z pracownikiem Ośrodka Doradztwa Rolniczego, który przekonywał mnie, że ze ślimaków nie ma żadnych pożytków i jedynym słowem, jakie można je określać, to "szkodnik". A ja byłem młody i głupi i nie potrafiłem znaleźć licznych kontrargumentów, w związku z czym pozostałem przy najmocniejszym: "Skoro Pan Bóg stworzył, to znaczy że do czegoś są potrzebne". Ale i dziś miałbym pewnie problemy z przekonaniem działkowca, któremu ślimaki zjadły całą marchew, że "ślimaki są do czegoś potrzebne"...
I od tego chciałbym zacząć. Jeśli mówimy o tym, że ślimaki są szkodnikami upraw, to mówimy prawdę, ale prawdę, którą trzeba uzupełnić o dopowiedzenia. Po pierwsze: nie wszystkie ślimaki są w jednakowym stopniu szkodnikami. Potencjał jednych jest większy, potencjał innych - co oczywiste - mniejszy. Jedne ślimaki preferują siewki pszenicy lub rzepaku, i te będą czynić spustoszenie, inne z kolei wybierają rośliny o mniejszej wartości użytkowej dla człowieka, stąd czynione szkody będą miały mniejsze znaczenie.
Po drugie szkodnikami są przede wszystkim gatunki obce inwazyjne. Myślę, że to trzeba podkreślić. Gatunki rodzime, które zamieszkują te obszary od tysiącleci, tworzą część ekosystemów, w których zachowywana jest równowaga. Mają swoich wrogów naturalnych, dzięki czemu populacja utrzymywana jest w odpowiedniej liczebności. Gatunki obce na ogół wypierają gatunki rodzime, jednocześnie na ogół lepiej radzą sobie z wrogami naturalnymi.Tam, gdzie inwazyjne ślimaki pojawiają się masowo, masowo też ustępują gatunki dotąd zamieszkujące skolonizowaną niszę.
Po trzecie o szkodnikach mówić możemy dopiero wtedy, kiedy mamy do czynienia z gospodarką. Interesy życiowe człowieka i ślimaka nie koniecznie idą w parze, a praktyka podpowiada, że na ogół są przeciwstawne (choć duża część ślimaków nagich to gatunki synantropijne).
Po czwarte: w dużej mierze człowiek sam sobie winien. Bo przede wszystkim on sam przyczynia się do kolejnych zawleczeń ślimaków i to on sam przez niewłaściwe gospodarowanie przyczynia się do zwiększenia komfortu rozwoju szkodzących ślimaków. Niszczenie bioróżnorodności odbija się przede wszystkim na  powiększających się stratach ekonomicznych. Gospodarka rolna coraz częściej opiera się na monokulturach, które pozwalają daleko idącą specjalizację rolniczą. Ale jeśli wprowadza się monokultury (np. plantacje rzepaku, ziemniaka czy kukurydzy), to trzeba się liczyć z tym, że odbiera się środowisko życia całych ekosystemów, które bez ingerencji człowieka pozostawały w równowadze. Weźmy za przykład pszczoły, które od lat borykają się z drastycznym spadkiem liczebności. Jedną (ale nie jedyną!) z przyczyn masowego ginięcia pszczół są właśnie wielkoobszarowe monokultury, które powodują braki pożywienia dla pszczół. I nawet jeśli weźmiemy pod uwagę plantacje rzepaku, to dla pszczół oznacza to kilka dni obfitości a potem całkowity brak dostępu do alternatywnych źródeł pokarmu.
Myślę, że ślimakami może być podobnie, z tą jednak różnicą, że jednolite uprawy rugują gatunki pierwotne, ale pomagają gatunkom obcym, lepiej przygotowanym do kolonizowania nowych środowisk.
Dzieje się tak choćby dlatego, że zwierzęta pozbawione różnorodności roślin, zmuszone są poniekąd do zjadania właśnie tych, które są jedynie dostępne, stąd konflikt interesów się zaostrza. Przekształcanie środowisk pod potrzeby gospodarki rolnej powoduje również degradację naturalnych biotopów, zamieszkiwanych przez naturalnych wrogów szkodników upraw. Wysoka kultura agrarna z jednej strony przyczynia się do wzrostu wydajności produkcji rolnej, z drugiej strony naraża na nowe niebezpieczeństwa. Osuszane pola, wycinane pojedyncze drzewa śródpolne, likwidacja miedz - to wszystko powoduje, że łatwiej jest prowadzić produkcję, ale trudniej jest zapewnić funkcjonowanie zwierząt odpowiedzialnych za zwalczanie szkodników.
Owszem, natura sobie poradzi, bo nie toleruje pustki. Pytanie tylko, czy mechanizmy obronne przyrody będą sprzyjać człowiekowi? W mojej ocenie nie. Co zatem zrobić, aby zażegnać widmo braku marchewki czy kapusty na stole?
Próbę odpowiedzi na tego typu pytania dają prace prof. Kozłowskiego. Powtarzam, że nie jest mi łatwo poruszać się w tym temacie, bo przyznawać się muszę do twierdzenia, że moje ulubione zwierzęta są jednak szkodnikami. Sam zresztą tego doświadczam, choć w tym roku akurat ślimaki nagie zostały poważnie przetrzebione przez zbyt ciepłą na początku i zbyt zimną i bezśnieżną na końcu zimę.
Z pośród znanych mi prac poznańskiego naukowca, kilka wartych jest wspomnienia i polecenia. Stanowią one kompleksowe opracowanie problemu, zawierające zarówno identyfikację gatunków szczególnie uciążliwych, jak i metod obserwacji, zwalczania czy minimalizowania szkód powstałych na skutek obecności uciążliwych mięczaków. Omawiając metody przeciwdziałania szkodom w uprawach, koncentruje się nie tylko na metodach chemicznych, ale również na zwalczaniu biologicznym, na zabiegach agrotechnicznych, na tworzeniu źródeł alternatywnego żywienia szkodników bądź wprowadzaniu biologicznych ochron w postaci np. roślin, której obecności ślimaki nie bardzo tolerują.
Urzekła mnie okładka jednej z poznanych publikacji, powstałej przy współautorstwie dr Radosława J. Kozłowskiego z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Mam na myśli wydaną w Poznaniu w 2010 r. przez Instytut Ochrony Roślin Obce inwazyjne gatunki ślimaków nagich występujące w Polsce. Metody wykrywania i zapobiegania ich rozprzestrzenianiu. Przedstawia ona (okładka) dwa ślimaki: ślinika i winniczka. Niesamowicie zostało skomponowane to zestawienia dwóch ślimaków, z których jeden może być gatunkiem niezwykle cennym gospodarczo, a drugi może przyczyniać się do generowania w gospodarce ogromnych strat. Metaforyczne ujęcie spotkania winniczka ze ślinikiem daje do myślenia: winniczek zdaje się prezentować postawę otwartą - z zaciekawieniem przygląda się przybyszowi, który dla odmiany przybiera postawę obronną (charakterystyczne dla rodzaju Arion uformowanie ciała), zdradzającą jednak agresywne nastawienie do otoczenia. Ślinik zdaje się być zdecydowanie większy i wskazuje postawą ciała na roszczenia typu: "Teraz ja tu rządzę! Teraz ja pokażę, na co mnie stać!" Spotkanie odbywa się gdzieś na liściu, może to liść sałaty lodowej, może innej rośliny uprawnej. Przyznaję, że to jedna z najciekawszych okładek, jakie spotkałem w publikacjach przyrodniczych: wysmakowana, metaforyczna, trafna, tajemnicza, utrzymująca w napięciu, a jednocześnie prosta i przejrzysta zarazem. Treść książki dostosowana zarówno do potrzeb specjalistów od uprawy, jak i specjalistów od ślimaków. Autorzy zamieścili ryciny pozwalające na oznaczenie ślimaków za pomocą budowy układów rozrodczych, przedstawiono mapki zasięgu gatunków inwazyjnych, zestawienie preferowanych gatunków roślin oraz skali uszkodzeń. Ponadto w książce znaleźć można metodykę odłowu ślimaków, szacowania strat, metody zapobiegania zawleczeń oraz metodykę zwalczania szkodników.
Więcej informacji na temat ślimaków nagich znajdzie czytelnik w innej publikacji prof. Kozłowskiego, o której już niegdyś troszkę wspominałem w zakładce Galeria. Wydana w tym samym roku praca Ślimaki nagie w uprawach/ Klucz do identyfikacji. Metody zwalczania zawiera bogatszy materiał ilustracyjny (liczne fotografie okazów) oraz omawia więcej gatunków ślimaków nagich spotykanych w uprawach. Zawiera też dobry klucz do oznaczania ślimaków nagich, pozwalający na naukę szybkiego odróżniania podstawowych rodzin ślimaków nagich.
Dla tych, którzy dość już mają obecności pomrowików, śliników, pomrowów czy pomrowców w swoich uprawach, przygotowano rozdziały omawiające zwalczanie szkodników. Omówione zostały dawkowania dostępnych preparatów chemicznych (moluskocydów) oraz biologicznych, opartych na nicieniu Phasmarhabditis hermaphrodita, który atakuje ślimaki nagie nie przynosząc ponoć szkody innym zwierzętom i człowiekowi. Podchodzę do tego troszkę sceptycznie, nie należę bowiem do zwolenników przenoszenia nowych gatunków, nawet pożytecznych, w obce ekosystemy. Jeszcze nie potrafimy przewidzieć wszystkich następstw pojawienia się obcego nicienia, stąd mój dystans...
Natomiast warte odnotowania są uwagi prof. Kozłowskiego, dotyczące metod chemicznych, a zwłaszcza zalecanych dawek moluskocydów. W opinii autora nie powinno się przekraczać zalecanych przez producenta dawek, ponieważ w konsekwencji prowadzi to odstraszania ślimaków od zjadania wyłożonej trucizny, w związku z czym toksyczne substancje nie spełnią swojej roli, a mogą stanowić zagrożenie dla innych zwierząt. Kozłowski podaje, że właściwie prowadzone prace agrotechniczne mogą przyczynić się nawet do 50% redukcji liczebności ślimaków nagich w uprawach.
Cóż, nie wymieniłem nawet nazw gatunków szczególnie uciążliwych. Niech to posłuży za zachętę do lektury wspomnianych opracowań. No bo jeśli przy deszczowej pogodzie zobaczy kto nagusa w kapuście, to niech wie, co robić. Myślę, że prace prof. Kozłowskiego są godne polecenia zarówno tym, którzy ślimaki lubią, jak i tym, którzy szczerze ich nienawidzą. A  że nie jest mądrze nienawiścią się kierować, warto zmądrzeć. Może lektura publikacji wydanych przez Instytut Ochrony Roślin w Poznaniu w tym pomoże. Ja przynajmniej do tego zachęcam.
Książki, które omawiam, można znaleźć pod adresem Instytutu Ochrony Roślin