Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 lutego 2022

Muzeum Przyrodnicze UŁ - powrót

Wczoraj albo przedwczoraj, czyli prawie dziesięć lat temu relacjonowałem swoją wizytę w Muzeum Przyrodniczym Uniwersytetu Łódzkiego (archiwalny wpis tutaj). Ponieważ przez kilka lat muzeum było w remoncie i przechodziło reorganizację, nie miałem możliwości zobaczyć, co się dzieje, a kiedy je otwarto ponownie, nie nadarzyła się okazja (wiadomo, im coś bliżej, tym mniej motywuje)... W zeszłym tygodniu, wykorzystując ferie szkolne, postanowiłem wpaść i rozejrzeć się po muzeum. No przyznaję: to nie był lifting, tylko porządna przebudowa! Inwestycja pochłonęła 12 milionów złotych i część tego widać w tym, co się nazywa ekspozycją. Z całą  pewnością jest jaśniej niż było. I na pewno jest więcej paleontologii. Może jednak po kolei...

Nie byłem na wycieczce sam, więc podporządkowałem swoje potrzeby młodszym. Niewiele na tym skorzystałem, ale też ograniczyłem straty. Wizyta miała miejsce w czasie obostrzeń covidowych, więc nie wszystko było normalnie. Być może obecność przewodnika coś by zmieniła. Nie zaproponowano mi też przewodnika audio, to też by coś zmieniło. No ale: było, minęło. Największą chlubą nowych ekspozycji są dioramy z krainami zoogeograficznymi: jest sawanna, las borealny, tundra czy wybrzeże antarktyczne. Trzeba przyznać, że to ciekawe rozwiązanie: pozwala przyjrzeć się zwierzętom, porównać ich wielkość, pewne szczegóły, zwłaszcza zwierząt znajdujących się bliżej zwiedzającego. Część eksponatów to okazy liczące sobie ponad sto lat, stąd oczywistą jest prośba o niedotykanie, myślę, że przy wszystkich ograniczeniach i tak widz ma możliwość naprawdę z bliska przyjrzeć się części ekspozycji. Zostały one też dość dobrze podpisane, więc można rozeznać się w temacie. Poza dużymi dioramami są też mniejsze, prezentujące na przykład rafę koralową czy rekonstrukcje paleobiotopów. O tym jeszcze za chwilę. Tutaj akurat czegoś mi brakło. Może gdyby faktycznie było to pod wodą, efekt byłby lepszy... Duża część eksponatów znajduje się w tradycyjnych gablotach. W porządku, za szkłem. Zastosowano ledowe oświetlenie, które jednak trochę drażni (i nie chodzi tylko o efekt falowania na ekranie smartfona...).  Poszedłem tam, żeby zobaczyć mięczaki, nie kryję swoich intencji. I tutaj trochę mi coś zgrzytnęło. Odniosłem wrażenie, że wystawa jest nieco uboższa niż była. Nie wypatrzyłem (mogłem przeoczyć w pośpiechu) muszli szczeżui wielkiej, która kiedyś była ozdobą zbiorów konchologicznych. Zniknął też okaz perłoródki rzecznej Margaritifera margaritifera, który zakonserwowany w alkoholu kiedyś cieszył obecnością. Krajowa malakofauna reprezentowana jest jak kiedyś: ubogo i to bardzo ubogo. Nie zmieniono etykiet opisowych, są to dokładnie te same opisy, stąd nomenklatura zupełnie niedzisiejsza. Szkoda. Można było poprosić o odświeżenie nazewnictwa. Ale to już czepialstwo.

Dużo bardziej zęby rozbolały mnie przy ekspozycji paleontologicznej, gdzie pokuszono się o stworzenie modeli rekonstruujących  warunki życia sprzed milionów lat. Pomysł bardzo ciekawy. Wyobrażenia części miękkich zwierząt wymarłych w minionych epokach to pole do popisu co bardziej uzdolnionych plastycznie paleontologów, ale ktoś się zagalopował chyba... Po pierwsze przy rekonstrukcji amonitów i łodzikowców ktoś uparł się na wklejanie oczek. Takich ładnych, ze źrenicą... U amonitów poginęły gdzieś aptychy, jurajskie belemnity nie bardzo przekonują podobieństwem do współczesnych kałamarnic... Nie wiem, muszę dłużej tam posiedzieć, popatrzeć. Coś mi nie zagrało. I aż się prosi, żeby w tym miejscu pokazać troszkę więcej okazów z naszych stron, to znaczy ze stanowisk paleontologicznych zlokalizowanych w okolicach Łodzi (Sulejów, Wąwal, Bobrowniki, Łęczyca, Bełchatów czy Sławno). Być może Muzeum nie posiada takich zbiorów, wtedy tym bardziej warto by pomyśleć o tym, aby wystawa choć częściowo powiązana była z regionem...

Tyle biadolenia. Muszę się tam raz jeszcze pofatygować rezerwując nie godzinę, a przynajmniej trzy. Może wtedy będę mógł napisać coś mądrzejszego. Natenczas jednak zachęcam, aby nie zrażać się moimi narzekaniami i wpisać w nawigację adres Kilińskiego 101, Łódź. Tylko patrzcie dobrze na drogę, bo w Łodzi chyba archeolodzy po nocach robią odkrywki na jezdniach, stąd tyle głębokich dziur w mieście...































sobota, 21 marca 2020

Dzień wagarowicza

Dużo się teraz mówi, żeby unikać kontaktu z ludźmi, nie wychodzić z domu, nie narażać się na złapanie cholerstwa, które zdominowało ostatnie tygodnie. Z domu musiałem na chwilę wyjść, więc żeby dopełnić pozostałych zaleceń, wybrałem się w miejsce, gdzie (normalni) ludzie się nie zapuszczają. Najbliżej było na pogranicze Łodzi i Zgierza, czyli do Lasu Chełmskiego nad rzeczkę o fantazyjnej nazwie Wrząca. Tworzy tam ona śródleśne rozlewisko, którego sforsowanie możliwe jest tylko w porządnych kaloszach. Bywałem tam już kilkakrotnie, tym razem chciałem zobaczyć, czy znajdę konkretnie jeden gatunek, a mianowicie zatoczka wieloskrętnego Anisus septemgyratus zwanego w nowszej literaturze jako calculiformis. Nie znalazłem. Ale bez dramatu. Popatrzyłem sobie na wiosnę, nawdychałem się szlamiastych zapachów pomieszanych miętową wonią wschodzących ziół. Naoglądałem się lubieżności ropuch, które już zdążyły złożyć skrzek. Wypatrzyłem kilka zatoczków rogowych Planorbarius corneus oraz kilka białowargich, to znaczy Anisus leucostoma. Poza tym spotkałem Aplexa hypnorum, a na lądzie już Zonitoides nitidus i bardzo dużo rozebranej do naga młodzieży z rodzajów Arion i Deroceras. Łaziły gdzieniegdzie małe Succineidae, za młode jednak by się podejmować prób oznaczenia. W łapy wpadła mi też pusta muszla Perforatella bidentata oraz troszkę podlotków Alinda biplicata (wiem, że to ona, bo od lat widuję się z tym świdrzykiem na tym stanowisku). 
To, co tym razem szczególnie przykuło moja uwagę, to larwa chruścika, być może Limnephilus flavicornis (oczywiście jako że chruściki mają więcej niż jedną nogę, nie mogę się na nich znać...). Chruściki (Trichoptera) znane są z tego, że w odróżnieniu od ludzi, budują domy, kiedy są dziećmi, a jak dorosną, to latają po świecie oddając się żarciu i prokreacji. Dzieci chruścików (znaczy larwy) prześcigają się w pomysłach na urządzenie chatki i być może nie jeden disajner by się od nich mógł uczyć. Jeden z napotkanych okazów raczył do aranżacji chałupy użyć innych chałupek, a dokładnie właśnie muszli Anisus leucostoma. Chruścikom przy tym absolutnie nie przeszkadza, czy zebrane muszle są puste, czy nadal zamieszkałe. W internetach można znaleźć fotografie tak wymyślnych konstrukcji chruścikowych domków, że aż mnie kusi poświęcić wiosnę na poszukiwania najciekawszych. 
Wszystko jednak wskazuje na to, że będzie trzeba pogodzić się i z tym, że najlepszy czas ograniczony zostanie nowymi obostrzeniami związanymi z walką z cholerstwem, którego w odróżnieniu od ślimaków czy chruścików, wypatrzeć się nie da...







niedziela, 21 października 2018

Pożegnanie z sezonem

Chłodami straszą. Mówią, że kończy się złota polska jesień i że zaraz tąpnie zima. Czy ich słuchać, tego nie wiem, czasem się nie pomylą... Doświadczenie mi podpowiada jednak, że w drugiej połowie października warto ze sobą jakąś fiolkę nosić, ale nie ma co szaleć, bo już po sezonie. Trudno mi się z tym pogodzić, że kolejny rok terenowy można zaliczyć do czasu przeszłego (nie)dokonanego, ale chyba nie ma innego wyjścia...
Wiele wskazuje, że w zeszłym tygodniu zakończyłem sezon. Wierzę w cuda, ale raczej tu się ich nie spodziewam. Poszedłem, bo miałem nadzieję znaleźć konkretnie jeden gatunek, Acanthinula aculeata, ale nie miałem szczęścia. Za sucho. Ten rok w ogóle uważam za wyjątkowo suchy i pod tym względem za mało udany. Wyskoczyłem na dwa kwadranse do Lasu Chełmskiego, czyli takiego niezwykłego miejsca między Łodzią a Zgierzem. Lubię to miejsce. Bywały takie lata, że trudno tam było przejść, żeby przypadkiem nie rozdeptać jakiegoś ślimaka.
Byłem, ale nie znalazłem jeżynki kolczastej. Może innym razem. Nie znalazłem właściwie niczego nadzwyczajnego, ale przynajmniej popatrzyłem sobie na parę gatunków. Dosłownie kilka kroków od siebie znalazłem Limax maximus i Limax cinereoniger. Te akurat sporo się od siebie różniły, ale generalnie osobniki tych gatunków potrafią być do siebie bardzo podobne, a odróżnić je najłatwiej po ciemnych obrzeżach stopy L. cinereoniger.  Jest to miejsce, gdzie bardzo licznie występuje Alinda biplicata. Dorosłych osobników znalazłem kilka, ale młodocianych zdecydowanie więcej, w tym takie siedzące na drzewie na wysokości ok. 60-80 cm. Czyżby znaczyło to, że młodzież nie boi się zimy? (Chodzenie w czapkach to też nie jest ulubione zajęcie gimbazy, więc może brak respektu dla chłodu to taka cecha wspólna młodego pokolenia nawet odległych ewolucyjnie gatunków...)
Spotkałem Euconulus fulvus, ale tylko jednego osobnika. Sporo było Zonitidae, ale nie oznaczyłem jeszcze, co to może być. Był też duży Arion (pewnie vulgaris), Cepaea nemoralis, Arianta arbustorum... Widać, że większość już się do zimy szykowała. Gdyby przez ostatnie miesiące nie było tak sucho, mogłoby to wszystko wyglądać inaczej.
W krzaki już raczej nie pójdę. Nie było w tym roku za dużo okazji, a nawet jak były, to aura mała sprzyjała. Czuję się nienasycony. Może następny rok będzie lepszy. Chciałbym poszukać troszkę więcej gatunków, których do tej pory nie poznałem za mocno, zwłaszcza z rodziny Milacidae. Wiele jest takich gatunków, trzeba się w cierpliwości ćwiczyć. Oby to tylko nie było siedem chudych lat, bo mnie jakaś -wica strzeli...
Arion cf. vulgaris

Limax cinereoniger

Limax maximus



Alinda biplicata

wtorek, 3 stycznia 2017

Noc Biologów 2017 - już wkrótce!

Właściwie to przespałem temat, powinienem był anonsować wydarzenie dobry miesiąc temu. Teraz okazuje się, że najciekawsze laboratoria, pokazy czy wykłady są już zajęte... Ale i tak można coś ciekawego znaleźć dla siebie w różnych częściach kraju.
Z roku na rok Noc Biologów wygląda coraz ciekawiej. To cieszy, bo oznacza, że formuła jest atrakcyjna dla uczestników i warta rozwijania. Otwieranie drzwi uczelni dla dzieci i pasjonatów to budowanie przyszłości. Przyszłości, która nie przeraża.
Miłośnicy mięczaków oczywiście znajdą coś dla siebie, choć nie wszędzie. Właściwie to w tym roku malakologiczna czy paleontologiczna reprezentacja jest nieco skromniejsza, ale i tak ciekawa. Szukać jej można na Uniwersytecie Jagiellońskim (o perłach), Łódzkim (o gigantycznych bezkręgowcach morskich), Warszawskim (skójki w roli głównej), Mikołaja Kopernika w Toruniu (tu obficiej), Warmińsko-Mazurskim (całkiem sporo)... Trzeba przeszukać programy pod kątem własnych preferencji i bardzo mocno pośpieszyć się z rezerwacją (niestety większość już zajęta, ale nie wszystko; poza tym zawsze można ładnie poprosić o miejsce rezerwowe).
Wszelkie szczegóły na stronach organizatorów, niezmiennie więc zapraszam na www.nocbiologow.home.pl.

wtorek, 11 października 2016

Zaproszenie na wykład prof. Roberta Camerona

Na jutro, 12 października 2016 roku, na godzinę 14, Wydział Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Łódzkiego zaprasza na gościnny wykład profesora Roberta Camerona z Uniwersytetu w Sheffield. Wykład zatytułowany jest: The rise, fall and resurrection of a model organism: the ecological genetics of Cepaea snails. Spotkanie z angielskim malakologiem będzie miało miejsce w Łodzi na ul. Banacha 12/14, w budynku A, piętro V, sala 5.1.
Profesor Robert D. Cameron znany jest jako współautor jednego z najlepszych kluczy do oznaczania lądowych ślimaków zachodniej i północnej Europy oraz autor klucza do lądowych ślimaków Wysp Brytyjskich, przed kilkoma laty koordynował ogólnoeuropejski projekt badawczy EvolutionMegaLab, którego celem była ocena zmian klimatycznych na podstawie zmienności ubarwienia muszli ślimaków z rodzaju Cepaea.
Profesor Cameron jest również polonofilem i stałym już uczestnikiem organizowanych w Polsce krajowych seminariów malakologicznych.



piątek, 9 września 2016

Ślimak przydrożny Helicella obvia (Menke, 1828)

Pamiętam, że było zupełnie jak w książkach: skoro przydrożny, to trzeba go szukać przy drodze. I był. Było w tym coś z intuicji, jakieś wewnętrzne przekonanie, że tam go znajdę. Działo się to prawie dwadzieścia lat temu, ale do dziś pamiętam to spotkanie i co więcej: do dziś mogę bardzo precyzyjnie wskazać miejsce, gdzie pierwszy raz spotkałem tego ślimaka.
A to było tak: szedłem sobie chodnikiem wzdłuż Alei Włókniarzy w Łodzi, między ulicą Srebrzyńską a kościołem Najświętszego Zbawiciela. W tym miejscu tory kolejowe znajdują się bardzo blisko ulicy, a pas zieleni między ulicą a torami rozszerza się w kierunku kościoła. Nad torami znajduje się kładka dla pieszych, a pod tą kładką znaleźć można m.in. Pupilla muscorum. Ale wtedy, wtedy skoncentrowany byłem na poszukiwaniu ślimaka przydrożnego, bo intuicja podpowiadała mi, że będzie jak piszą w kluczach: że żyje przy nasypach kolejowych, w rowach przydrożnych, w miejscach nasłonecznionych i suchych. Nie uszedłem kilkudziesięciu metrów, jak wypatrzyłem pierwszego ślimaka przyklejonego do kłosowej części trawy.
Ślimak przydrożny Helicella obvia (Menke, 1828) jest obcym gatunkiem w naszej malakofaunie, ale dobrze już zadomowionym. To przybysz z południowo-wschodniej Europy, stąd też bywa określany mianem gatunku pontyjskiego. Jako przybysz z tamtych stron lubi ciepło i sucho, stąd wybiera miejsca, które niezbyt chętni wybierają inne nasze ślimaki. Torowiska, pasy przydrożne, żwirownie, ugory porośnięte niskimi trawami, do tego środowiska naturalne o kserotermicznym charakterze to miejsca, w których można się go spodziewać. Niektórzy twierdzą, że dlatego jest "przydrożny" ponieważ dostał się do nas z ładunkami piasku i żwiru transportowanymi koleją. Tym się tłumaczy łacińską i polską nazwę gatunkową.
Jak rozpoznać ten gatunek? Otóż jest to ślimak trzonkooczny (Stylommatophora), o płaskiej, zmatowiałej muszli białej barwy z brązowymi  pasami, które mogą być mniej lub bardziej wyblakłe. Paski mogą być przerywane, od jednego do czterech. Ujście muszli jest okrągłe i opada lekko ku dołowi. Brak jest wargi. Ważną cechą jest szeroki i głęboki dołek osiowy. Muszla dochodzi do 20 mm szerokości i wysokości ok 8 mm. Na ogół jednak wartości te są nieco niższe. Tam, gdzie ślimak ten występuje, pojawia się masowo i często spotkać można go oblepionego na suchych badylach po kilkadziesiąt osobników.
Spotykam ten gatunek w różnych miejscach. Najdalej na południe Polski spotykałem go na Wzgórzu Wawelskim, gdzie jednak nie spotkałem nigdy żywych osobników. Na Biakle w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej w Olsztynie występuje masowo. W Łodzi znam cztery przynajmniej stanowiska: wspomniane przy Alei Włókniarzy, nieco dalej przy ulicy Drewnowskiej, w ogródkach działkowych przy Odolanowskiej i przy ul. Świtezianki (również w pobliżu torów kolejowych). To ostatnie z łódzkich stanowisk natchnęło mnie do nakreślenia tych kilku słów, bo nie dalej jak przedwczoraj spotkałem ślimaka przydrożnego w drodze do pracy. Najdalej na północ znanym mi stanowiskiem Helicella obvia jest Mrągowo, gdzie w 2014 roku widywałem ją przy ulicy Wojska Polskiego.
Ślimak przydrożny jest jednym z żywicieli pośrednich motyliczki wątrobowej Dicrocelium dendriticum, która w wątrobotrzustce ślimaka przeobraża się z miracidium przez sporocystę w cerkrię. Cerkarie wędrują do jamy płaszczowej i ze śluzem wydostają się na zewnątrz, gdzie do dalszego rozwoju muszą być zjedzone przez mrówki z rodzaju Formica. Zarażona mrówka zmienia swoje zachowanie, niejako prowokując do bycia zjedzoną. Gdzieś przeczytałem, że taka mrówka czepia się szczękoczułkami traw i czeka, aż zje ją jakiś przeżuwacz, na noc wraca zaś do mrowiska. Ale czy tak jest, nie wiem, bo nie spotkałem się z tą informacją w poważniejszych źródłach. Ważne, że motyliczka wątrobowa bez ślimaka przydrożnego miałaby utrudnione i tak bardzo skomplikowane rozmnażanie.
Za oknami słoneczny, suchy i ciepły wrzesień. Ślimaki myślą już o szukaniu kryjówek na zimę, więc ostatnie okazje, żeby poprzyglądać się ciepłolubnym gatunkom w czasie ich aktywności. Polecam przypatrzeć się koloniom tego ślimaka na suchych zboczach, gdzie tworzą czasem prawdziwe hetmańskie buławy na baldachach krwawnika lub innych ziołorośli.



wtorek, 31 maja 2016

Zawijka pospolita Aplexa hypnorum (Linnaeus, 1758)

Coś zaczyna mnie prześladować myśl, że zapowiada się kolejny suchy rok... Widzę to choćby po stanie wód w mijanych po drodze do pracy rzekach. I w Grabi, i w Nerze ledwo dno przykryte... Trawy zaczęły przybierać sierpniowy odcień i coraz więcej brązów pojawia się wokół niż soczystej, majowej zieleni. Dawniej, kiedy częściej udawało mi się łazić po szuwarach, moczarach, bagnach czy poletkach, o tej porze roku bywało mokro. Nie tak, jak wczesną wiosną, po roztopach, ale wystarczająco, by łazić w kaloszach. A teraz widzę, że miejsca te są przesuszone, a co się z tym wiąże, trudno o wypatrzenie ślimaków.
Jest taki bardzo ciekawy gatunek, który kojarzy mi się z tą akurat porą roku. Kiedy w śródpolnych stawikach i mokradełkach opadała woda, w zalegających dno gnijących szczątkach roślin widywałem ukrywające się zawijki pospolite. Tam, gdzie woda była głębsza, ślimaki pełzały pod powierzchnią wody zbierając z niej pokarm (tak, jak to robią np. błotniarkowate). Wystarczyło jednak dotknąć słomką jakąś nogi ślimaka, aby ten natychmiast wykonał breakdansowy popis i opadł na dno. Zupełnie nie w ślimaczym stylu, bo i szybkie i energiczne ruchy długą, klinowatą nogą są strategią ślimaka pomagającą pozbyć mu się napastnika i ratować się ucieczką przed zagrożeniem. Ruchy strząsające zawijki to było pierwsze moje zaskoczenie w obserwacjach ślimaków wodnych. Wtedy, lata temu, kiedy pierwszy raz obserwowałem to zachowanie, nie mogłem wyjść z podziwu dla zwinności zwierzęcia, które zawsze kojarzyło mi się z powolnością i niezdarnością.
Przyznam się, że ze wszystkich wodnych ślimaków ten gatunek darzę szczególną sympatią. Nie wiem czemu, ale tak właśnie mam. Znam go z niewielu stanowisk w nizinnej części kraju. Pewnie jest dużo pospolitszy niż wynikałoby to z moich obserwacji, ale nie aż tak, aby konkurować z zatoczkami czy błotniarkami...
Zawijka pospolita Aplexa hypnorum (Linnaeus, 1758) jest płucodysznym ślimakiem słodkowodnym, który jako jeden z nielicznych przedstawicieli wodnych mięczaków w Polsce charakteryzuje się lewoskrętną muszlą. Jeśli nie liczyć zatoczka rogowego Planorbarius corneus oraz spokrewnionych z zawijką rozdętek z rodzaju Physa i Physella, tylko Aplexa hypnorum ma muszlę skręconą w lewą stronę. Przez to łatwo ją rozpoznać. Inna sprawa, że dość trudno byłoby ją pomylić z innym gatunkiem. Ma wrzecionowatą muszlę o gładkiej, lśniącej i połyskującej powierzchni, barwy brązowo-czerwonawej. Puste muszle na ogół są mlecznokawowe, żółtawe lub brązowawe. Muszla raczej nie przekracza 15 mm wysokości i około 5 mm szerokości.
Jeszcze słowo o pospolitości... Dziś ten epitet gatunkowy wydaje się być mocno przestarzały. Nie znam nowych badań na temat rozmieszczenia gatunku, ale wydaje się, że jego zasięg się kurczy. Jakkolwiek jest t jeden z najbardziej odpornych na wysychanie ślimaków wodnych występujących w Polsce, to staje się coraz rzadszy. Pewnie jest to związane z postępującymi zmianami środowiska, głównie osuszaniem drobnych zbiorników, które są jego naturalnym siedliskiem. Wydaje mi się, że jest dość odporny na zanieczyszczenie wody. Opieram to na własnych obserwacjach i to sprzed lat, kiedy spotykałem zawijkę pospolitą w śródpolnym stawie pełniącym funkcję dzikiego wysypiska śmieci. Pomimo dużego zanieczyszczenia, gatunek występował tam dość licznie. Dziś nie ma ani stawu, ani zawijki. Co więcej w tamtej okolicy nie udało mi się od lat znaleźć innego stanowiska.
Gdyby ktoś poszukiwał zawijki, to ostatni widziałem ten gatunek w Łasku w rozlewiskach wokół Parku im. Rodu Łaskich oraz na polnych rozlewiskach w okolicach Burzenina (oba stanowiska w województwie łódzkim). Stanowisko z Proszenia koło Piotrkowa już nie istnieje. Dość łatwo udawało mi się wypatrywać tego ślimaka w rzeczce Wrząca stanowiącej granicę między Łodzią a Zgierzem. Innych stanowisk nie mogę sobie teraz przypomnieć, ale na pewno nie znam ich zbyt wiele.
Mam nadzieję, że wbrew otaczającym mnie widoków, nie będzie to suchy rok. Jeśli jednak taki miałby być, mam nadzieję, że zawijki sobie z suszą poradzą. Tylko czy poradzą sobie z myśleniem, w którym nie ma miejsca dla polnych czy leśnych bagienek - nie wiem. A chyba to jest większym od suszy problemem...

Przykładowe miejsce występowania zawijki pospolitej - Łask, 2013 r.

środa, 13 stycznia 2016

Będzie Spała

Za dokładnie dziewięć miesięcy rozpocznie się XXXII Krajowe Seminarium Malakologiczne, które w tym roku odbędzie się w centrum Polski, w Spale nad rzeką Gać w województwie łódzkim. Organizatorem Seminarium jest Stowarzyszenie Malakologów Polskich oraz Wydział Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Łódzkiego. Seminarium odbędzie się w dniach 13-15 października 2016 roku, a miejscem obrad będzie Stacja Przyrodnicza Wydziału Biologii Uniwersytetu Łódzkiego w Spale, przy ul. Piłsudskiego.
Czas na komunikaty organizacyjne wkrótce nadejdzie. Podano miejsce i czas, więc warto zarezerwować kilka październikowych dni na wyjazd do Spały. Spalski Park Krajobrazowy, atrakcje przyrodnicze i historyczne, świetne tradycje miejsca, doskonała lokalizacja prowokują, żeby zarezerwować tego czasu troszkę więcej. Bo przy okazji warto przecież wpaść na dzień do Tomaszowa, odwiedzić Inowłódz czy zahaczyć o Łódź...
Wkrótce przekażę pierwszy komunikat organizacyjny. Przypominam tylko: 13-15 października 2016 roku, Spała, województwo łódzkie. Musimy się tam spotkać;)
Muuuuusisz tu być!