Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cepaea vindobonensis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cepaea vindobonensis. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 lipca 2019

Kserotermicznie, ale nielicznie

Czy narzekałem już w tym roku na pogodę? Nie uwierzyłbym, gdyby mi ktoś wmawiał, że powstrzymałem się od komentowania aury. Narzekanie jest ostatnią obroną przed bezsilnością... Jest taka legenda, że kiedy Świętemu Piotrowi powierzono klucze nieba, ten - jako że był rybakiem, a nie rolnikiem, dopytywał, kiedy ma deszcz spuszczać na ziemię. Dano mu odpowiedź: "Kiedy będą prosić", a że był już przygłuchawy, to zrozumiał "Kiedy będą kosić". Zobaczymy, czy spełni się  w tym roku. Sucho jest potwornie, nie dość, że nie pada i od czasu do czasu przechodzi fala upałów, to jeszcze częściej i silniej wieje, co przyśpiesza wysuszanie gleby. Gdzie się nie ruszę, tam wszystko przesuszone i niemiłe dla malakologicznego oka.
Wybrałem się ostatnio nad Wartę w okolicach Burzenina (w województwie łódzkim). Znam stamtąd kilka stanowisk, najbardziej jednak zależało mi na samej Warcie, którą chyba po macoszemu traktuję w moich terenowych wycieczkach. Zacząłem jednak od Zespołu Przyrodniczo-Krajobrazowego "Góry Wapienne". To takie miejsce przy wyjeździe z Burzenina w stronę Szynkielowa. Po prawej stronie drogi znajduje się skarpa, oznaczona tabliczką i informacjami o atrakcjach przyrodniczych tego miejsca. Kiedyś wspomniałem już o tym. Byłem tam przed blisko dziesięciu laty. Jeśli pamięć mnie w pole nie wyprowadziła, to miejsce to wydaje się  być bardziej zarosłe niż przed laty. Ma to swoją nazwę: "sukcesja ekologiczna", uważam jednak, że jej tempo nie jest tak straszne, jak w innym miejscu, o którym za chwilę wspomnę. Znam z Burzenina stanowisko Xerolenta obvia (wzmiankowane na tablicy informacyjnej) oraz Cepaea vindobonensis (proszę pozwolić, że będę się trzymał jednak tej starszej wersji nazwy rodzajowej...). Początkowo myślałem, że nie znajdę tego drugiego. Co się naszukałem, w jakie krzaki wlazłem... I nic!. Na szczęście bliżej drogi, w bardziej prześwietlonych miejscach, o roślinności bardziej ruderalnej niż kserotermicznej, znalazłem kilka żywych osobników. Uspokoiło mnie to, w odróżnieniu od innej okoliczności, a mianowicie: braku drobiu. Przez "drób" rozumieć należy wszystko to, co w naszej malakofaunie nie przekracza 4 mm, czyli zdecydowaną większość gatunków... Żadnej Vallonia, żadnej Truncatellina, żadnej Pupilla czy Vertigo. Nie znalazłem też Chondrula tridens, która jest przecież charakterystycznym gatunkiem dla takich biotopów. Przyznam się - i proszę śmiechem nie parskać - że miałem ochotę zapolować na bezoczkę podziemną Caeciliodes acicula. Trop był taki, że skoro gleba wapienna, to może się znajdzie. Grzebałem w kretowiskach i wykrotach, w miejscach spływu wód, wśród korzonków... I nic. Powoli zaczynam upodabniać się do tej części populacji, która ze ślimaków dostrzec potrafi tylko winniczki... Winą obarczam suszę i upały, ale wizyty u okulisty wykluczyć nie mogę...
Gdzie dziesięć lat temu znalazłem Aplexa hypnorum, tym razem znalazłem sukcesję nieekologiczną, to znaczy przykład najbardziej chamskiego zasypywania starorzecza gruzem, kompostem, śmieciem niebiodegradowalnym i wszelkim popisem ludzkiej bezmyślności. Może nawet przy tych suszach wygrzebałbym jaką muszlę, ale rozkopywanie antropogenicznych pokładów potwornej bezmyślności nie zachęcało mnie do reanimowania wiary w znalezienie czegokolwiek... Szkoda, choć uważam, że przy powrocie naturalnego reżimu wilgotności warto by tam wrócić. To w połowie drogi między "Górami Wapiennymi" a Wartą.
A Warta? Zachodu warta, ale nie w tamtym momencie. Wysoki brzeg nie bardzo umożliwiał mi dobry rekonesans, a dostępne wypłycenia charakteryzowały się nader skąpą malakofauną. Wiem, że stać ją (znaczy Wartę) na dużo więcej, wszak należy do naszych największych rzek. Sphaerium corneum i Bithynia tentaculata to trochę za mało na moje aspiracje. Pusta muszla Ancylus fluviatilis też mnie nie udobruchała, a pojedyncze osobniki Unio pictorum i Unio tumidus to też jeszcze nie powód do szału. Gdybym jakieś Pisidium znalazł, to bym się bardziej ucieszył. Albo Unio crassus, która na tej wysokości w dorzeczu Warty występuje (np. w Grabi), to co innego. Nie wspomnę o takiej fanaberii, jak Borysthenia naticina, która przecież też może tam występować. Obyło się bez tego wszystkiego. Jedyną osłodą była mi czapla siwa, na którą nagapić się mogłem, dopóki jej kajakarze nie przepłoszyli. Starorzecza na tym odcinku wyglądały tak, że nawet nie pofatygowałem się w trzcinowiska, żeby czego w mule poszukać, bo zamiast mułu była tylko darń ubita, przesuszona, dawno stojącej wody nie mająca w pamięci...
Ostatnim punktem wycieczki był położony po drugiej stronie rzeki rezerwat "Winnica". Jest to wychodnia skał wapiennych, a właściwiej skarpa po dawnej odkrywce margli i wapieni. Po zakończeniu eksploatacji, teren zostawiony sam sobie, przeszedł w ręce natury, która postanowiła przyozdobić go kserotermiczną murawą. Kiedy się zorientowano, że natura sobie nieźle z tym poradziła, przed ćwierćwieczem ustanowiono tam rezerwat florystyczny, co by tę roślinność kserotermiczną chronić. A trzeba było owce kupić i co jakiś czas wypasać! Nie wiem, jak rezerwat wyglądał przed ćwierćwieczem, ale dziś określiłbym go jako ostoję tarniny. Ponieważ obszedłem go tylko dokoła, trudno mi o jednoznaczną ocenę, ale ewidentnie coś poszło nie tak. Myślę, że za jakieś dziesięć lat będzie można zacząć śmiało myśleć o planowym zrezygnowaniu z dalszej ochrony tego miejsca ze względu na zatracenie charakteru kserotermicznej murawy. Wypatrzyłem, oczywiście, te gatunki ślimaków, które widziałem i w "Górach Wapiennych", z tą jednakże różnicą, że żywych osobników nie napotkałem, co oczywiście nie dowodzi, że ich tam nie było... Znalazłem jednego malucha, ale trudno mi określić, co to za jeden, bo ani Vallonia, ani Punctum, a na co wygląda, to muszę jeszcze poszukać. Ale to aż jedna sfosylizowana muszelka, więc zadanie przede mną niełatwe.
Widzę, że rolnicy zaczynają żniwa. Dobrze by było, żeby teraz nie padało. Z drugiej strony ta susza źle się odbije na pozostałych gałęziach rolnictwa, więc może niech by popadało... Wiem, że jak tak dalej pójdzie, to stracę wiarę w zdolność znajdywania drobiu i będę musiał się przestawić na egzotyczne. Ale szkoda byłoby się brać za egzotyki, jak tyle jeszcze Polski nieodkrytej...







niedziela, 16 września 2018

I po XXXIV Krajowym Seminarium Malakologicznym

Zbyt intensywnie spędzałem czas w Toruniu, by móc na bieżąco zdawać relację z XXXIV Krajowego Seminarium Malakologicznego. Myślę, że może z wyjątkiem profesora Camerona z Sheffield, wszyscy uczestnicy dotarli już do domów.
Wkrótce udostępnione będą materiały konferencyjne, więc nie będę streszczał tego, co zostało powiedziane. Uwagę zwróciłem na wystąpienia morskie, jakoś szczególnie mnie zainteresowały, bo i rzadziej dotąd były prezentowane wśród malakologów. Prof. Wolnomiejski mówił o odżywianiu głowonogów na szelfie falklandzkim i bardzo mnie to ciekawiło. Prof. Kornijów mówił o nowym dla naszej fauny małżu Rangia cuneata, próbując określić przyczyny zmienności liczebności populacji w Zalewie Wiślanym. A ponieważ małż ten jest u nas nowością, referujący "poczęstował" uczestników muszlami zebranymi w Polsce. Dzięki temu moje zbiory porównawcze powiększyły się o kolejny gatunek.
Trzecim z tematów morskich był referat o zmianach w bentosie Bałtyku. Wnioski, które prezentował dr Jan Warzocha z MIR w Gdyni mogą niepokoić: na podstawie czterdziestu lat obserwacji wyraźnie widać, że dno Bałtyku umiera. Nie jest już w ogóle notowany rogowiec zwapniały Macoma calcarea, a sercówka drobna Parvicardium hauniense nie występuje już w płytkowodnych rejonach porośniętych roślinnością morską. Z każdym rokiem drastycznie zmniejsza się areał bałtyckich małży w Głębi Gdańskiej, Rynnie Słupskiej i Głębi Gotlandzkiej, a biomasa rogowca bałtyckiego Limecola balthica sukcesywnie spada. Smutne to.
Ciekawy był też debiut naukowy Izabeli Gałeckiej, która mówiła o rodzaju Lithoglyphus w osadach czwartorzędowych Europy. Młodzi adepci malakologii (mianownik wspólny: przed doktoratem) byli oceniani przez Komisję ds. Nagród SMP, która po ciężkich obradach uznała wystąpienie Ani Dzierżyńskiej-Białończyk za najlepsze wystąpienie młodego pokolenia. Tutaj warto dodać, że nagrodą w czasie przyszłorocznego KSM będzie zwolnienie z opłaty wpisowej na kolejne Seminarium. O tym jeszcze za chwilę.
Niektóre z referatów pozostawiły we mnie wątpliwości, które prowokują do poszukiwań odpowiedzi. Na przykład Aleksandra Rysiewska z UJ, badająca rodzaj maleńkich źródlarkowatych Bythinella, podała dane z badań molekularnych i anatomicznych, z których bardzo trudno wnioskować o liczbie krajowych gatunków z tego rodzaju. Nie dość, że morfologia muszli na niewiele się zdaje przy badaniu tych ślimaków, to i identyfikacja na podstawie anatomii układów rozrodczych nie idzie w parze z genetyką. Bardzo jestem ciekaw ostatecznych wniosków, które stanowić będą przygotowywany doktorat.
Były takie wystąpienia, na których siedziałem jak na tureckim kazaniu. Między innymi referaty o rewizji molekularnej Melanopsidae (które próbowałem niedawno pooznaczać z Jeziora Galilejskiego) czy bardzo porządnie przedstawione różnice w budowie układów rozrodczych przedstawicieli podrodzin Clausiilidae. Wnioskuję, że sporo jeszcze przede mną do nadrobienia.
Ucieszyłem się wystąpieniem Krzysztofa Kolendy, który mówił o zmarłym przed sześciu laty prof. Leszku Bergerze (przygotowywałem przed laty wspomnienie na tych łamach). Dla mnie to zapis coraz rzadziej występującej relacji uczeń-mistrz opartej na fascynacji i obopólnym szacunku.
Poza częścią referatową i posterową również się wiele działo. Odbyło się Walne Zebranie Członków Stowarzyszenia, w czasie którego przyjęto uchwałę o ustanowieniu Medalu im. Prof. Urbańskiego. Ustalono też, że następne (XXXV) Krajowe Seminarium Malakologiczne odbędzie się wiosną 2019 roku i zostanie zorganizowane przez malakologów ze środowiska szczecińskiego.
Było też integracyjnie i wycieczkowo (do zamku w Golubiu-Dobrzyniu). Za mało za to było samego Starego Torunia, który raczej przebiegłem w poszukiwaniu pierników, niż przeszedłem spijając ciepło gotyckich murów. Będzie na następny raz. Za to znalazłem kilka chwil, żeby pobiec nad Wisłę, gdzie próbowałem sprawdzić, czy dobiegła już tam Corbicula fluminea (nie dobiegła, ostatnie dane, jakie mam, wskazują na okolice Wyszogrodu, ale na 100% występuje już w jeziorach konińskich - wiem z Seminarium). Potwierdziłem też stanowisko Caucasotrochea vindobonensis (czyli dawnej Cepaea vindobonesis). Słowem: owocnie.
To moje trzecie KSM, w którym brałem udział. Mało czasu zostaje do kolejnego, trochę mnie to niepokoi (choćby z racji budżetu Malakofila). Warto by się tam jednak wybrać, zwłaszcza - a o tym nie wspomniałem - na przyszłorocznym Seminarium, decyzją Walnego Zebrania SMP, godnością Członka Honorowego Stowarzyszenia obdarzona zostanie prof. Beata M. Pokryszko.
To by było na tyle, o czym informuje napompowany inspiracjami - Malakofil Ślimaćkiewicz.





muszle Rangia cuneata

Jak Toruń, to musi być i Dreissena

Prof. Norbert Wolnomiejski w czasie wystąpienia

Zachód słońca nad Toruniem


środa, 30 grudnia 2015

Na koniec, na początek

Czas przypomina mi starą Kasztankę, klacz, którą moi rodzice mieli w czasach, kiedy byłem dzieckiem. Kasztanka była typowym koniem do prac polowych, niechętnie wożącym jeźdźców na swoim grzbiecie. Miała też swoje fiksacje, na przykład pośpiech, z jakim wracała do domu... Kiedy zaprzęgano ją do wozu, ociągała się okrutnie. Gdyby mogła, pewnie by się położyła, byleby tylko opóźnić wyjście do pracy. Noga za nogą, powoli, niedbale szła przed siebie oddalając się od zabudowań. Pamiętam kuropatwy, które biegły przed nią na swych krótkich nóżkach... Kiedy jednak kończyła się praca i czas było wracać, Kasztanka - nie patrząc na okoliczności - gnała do domu jakby na Torwarze była. Nie przeszkadzało jej, że w pierwszą stronę szła bez obciążenia, a wraca obładowana słomą czy sianem. Gnała. Pędziła. I im bardziej wóz był obciążony, tym bardziej zdawało się, że Kasztanka przejdzie do galopu.Tak, odczuwam upływający czas jakbym siedział na wozie zaprzężonym w Kasztankę. Gna i na nic się zdają zabiegi spowalniające, perswazje, przeciągłe wołanie "prrrrrrrrrrrrrrryyyyyyyyyyy". Właśnie ucieka mi rok 2015, a następny pcha się już w drzwi i nie spostrzegę nawet, jak wlezie (i równie szybko pewnie wylezie)...
Wyczuwam tu jakąś eschatologiczną nutkę: im bliżej mi do domu, tym szybciej czas biegnie. Niby w pełni sił, ale przecież zawsze lepiej żyć tak, żeby być przygotowanym... W każdym razie zaniepokojenie tempem przeżywanego czasu coraz częściej mi pobrzmiewa w mojej świadomości.
Dziwny był to rok. Wiele się działo, zwłaszcza w życiu prywatnym. W życiu zawodowym taki towarzyszył mi natłok, że kora mózgowa odklejała mi się z przegrzania obwodów. Ale się udało. Natomiast to, co było dla mnie odskocznią od pracy i podstawową pasją mojego życia, przeżywało coś na kształt śpiączki, letargu, stanu po ostrym niedotlenieniu. Diagnozy ostatecznej nie stawiam, nadzieją tylko żyję, że po zapaści wróci jeszcze do życia i do zdrowia.
To był pierwszy od wielu, wielu lat rok, kiedy ani razu nie udało mi się zorganizować dłuższego spaceru dla obejrzenia ślimactwa przydrożnego. Owszem, robiłem jakieś notatki, czyniłem obserwacje, ale nie było to łażenie z plecakiem, probówkami, czerpakiem i temu podobnym ekwipunkiem. Zbiorów w tym roku nie powiększyłem, nie znalazłem żadnego nowego gatunku, słowem: katastrofa. Miałem podjąć się liczenia wstężyków: nic nie wyszło. Najpierw brakowało czasu, później taka susza nastała, że Cepaea poukrywały się daleko od ścieżek, którymi kroczyłem. Może nadrobię to w przyszłym roku. Susza dała mi się we znaki również podczas wypadu na Rzeszowszczyznę. Zależało mi na odnalezieniu C. vindobonensis na stanowisku, które znałem z fotografii. Znalazłem jedną pustą muszę. Żywych ślimaków nie znalazłem, więc sukces połowiczny: stanowisko potwierdziłem, ale właściwie tylko historycznie. Wcale nie lepiej było na Południu, gdzie spędziłem trzy dni. Choć tutaj nawet upolowałem próbkę pięciu świdrzyków (jedyny zbiór tego roku!), to ani nie znalazłem czasu na szukanie, ani pogoda nie sprzyjała poszukiwaniom. Może następnym razem...
Mapka moich podbojów jest tak żenująca, że nawet nie powinienem jej przygotowywać. Kiedy przesuwam kolejne lata, nagle następuje krach. I to jest właśnie 2015 rok...
Żółte plamki oznaczają miejsce zbioru, pomarańczowe - obserwacji. Lichutko.
Nieco lepiej wyglądała sprawa literatury. Jakkolwiek rok ten minął na bezowocnym wyczekiwaniu Bardzo Ważnej Książki, to nie było najgorzej. Liczyłem, że Święty Mikołaj przyniesie mi pod choinkę klucz do oznaczania wszystkich mięczaków wodnych stwierdzonych w Polsce. Klucz ten przygotowuje prof. Piechocki i dr Wawrzyniak-Wydrowska, prace są już bardziej niż zaawansowane, ale książki jeszcze nie ma, Mikołaj był bez szans. Mam głęboką nadzieję, że już niedługo to się zmieni i w końcu Bardzo Ważna Książka ujrzy światło dzienne. Czekam. Udało mi się w tym roku powiększyć biblioteczkę o kilka tytułów, w tym o jeden, o którego istnieniu nawet bladego pojęcia nie miałem. Udało mi się zdobyć książkę o perłach autorstwa Sobczaków, na którą polowałem od dłuższego czasu, niemiecki poradnik o zwalczaniu ślimaków nagich w ogródkach, pierwszą w Polsce książkę o gender dla dzieci, no i rozprawę habilitacyjną Witolda P. Alexandrowicza, o której wydaniu nie wiedziałem do tego roku. Kończę ten rok lekturą nowego podręcznika zoologii autorstwa Jerzego Dzika: czytam w ślimaczym tempie, bo nie mogę się przebić przez mury mojego analfabetyzmu, ale czytam i bardzo mi się ta praca podoba. Wróciłem jeszcze na chwilę do Franciszka i jego ekologicznej encykliki - rok 2015 powinien przejść do historii choćby właśnie z tego tytułu. Do biblioteczki trafiło jeszcze kilka pozycji, mniej lub bardziej ciekawych, ale lista poszukiwanych prac zawiera jeszcze parę tytułów, więc będzie czego szukać w nowym roku. 
Nie pojawiłem się na XXXI Krajowym Seminarium Malakologicznym, które w tym roku odbyło się we Wieliczce. Przyszłorocznego sobie nie odpuszczę, ale o tym napiszę w nieodległej przyszłości. Żałuję, że nie uczestniczyłem w uroczystości przyznania tytułu "Członka Honorowego" Stowarzyszenia Malakologów Polskich panu Stanisławowi Myzykowi. W ogóle żałuje, że mnie we Wieliczce na Seminarium nie było, ale przecież podkreślałem, że to był bardzo kiepski rok dla mojej malakopasji. 






Wierzę, że następny będzie lepszy, że odbiję się od dna, a jeśli się nie odbiję, to przynajmniej na tym dnie trochę bentosu pooglądam;) Strasznie jestem wygłodniały wycieczek terenowych, nowych spotkań, nowych gatunków, nowych publikacji. Więc zapowiada się, że nie będzie źle. Czeka mnie kilka zaległych lektur, kilka omówień, które dawno obiecałem, trochę porządków też by się przydało. Trudniej mi o aktywność taką, jaka towarzyszyła mi kilka lat temu. No ale sporo jeszcze jest do zrobienia, więc chyba coś się będzie działo. Na początek: zdobycie Bardzo Ważnej Książki. Obiecuję: będę pierwszym, który o niej napisze! Trzymajcie mnie za słowo.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Posucha

Patrzę na mapę zeszłorocznych wypraw malakologicznych i z zażenowaniem przyglądam się temu, co zdziałałem w tym roku. Powiedzieć, że jest kiepsko, to nic nie powiedzieć. Z reguły o tej porze roku miałem jużza sobą pierwsze notowania jakiegoś gatunku, na który od dłuższego czasu polowałem. Miałem za sobą jakieś krótsze lub dłuższe wypady w dalszą lub bliższą okolicę. A w tym roku nic. Wstydliwe nic. Wróciłem z krótkich po Polsce wojaży z pustymi kieszeniami. Pustymi w sensie malakologicznym, o ekonomicznym  szkoda wspominać...
Pogodziłem się z tym, że w 2015 roku nie będę rozwijał kolekcji i nieco przeformułuję moją aktywność. No ale tego się nie spodziewałem! Gdzie się nie ruszyłem, wszędzie niemal susza. A jak długo sucho, to nie ma co się spodziewać sukcesów w stosowaniu metody "na upatrzonego". Wymyśliłem sobie w Grodzisku Dolnym na Podkarpaciu odnaleźć Ceapea vindobonensis. Nic trudnego, przecież to stepowy gatunek, przywykły do długotrwałej suszy... A gdzie tam! Raptem jedną znalazłem muszlę, znak tylko, że gatunek ten występuje w Grodzisku. I tyle. Na nic się zdało przegrzebywanie suchych traw i wyrywanie nawłoci. Nie znalazłem nic więcej. No poza Arion vulgaris, któremu poranne słońce nie przeszkadzało w spacerach po spopilonej lessowej ziemi... W pobliskich Laszczynach znalazłem nawet pustą muszlę C. nemoralis, ale żadnych wniosków z tego nie mogłem wyciągnąć. Przypuszczam tylko, że zawleczona z roślinami ogrodowymi.
Poziom wód bardzo niski, ale w Czystym nie wymacałem żadnej skójki, choć zapewniano mnie, że bardzo pospolite i liczne. A tu znów nic. Niski poziom wód powinien ułatwiać obserwacje i zbiory, ale zasada nie podziałała...
Ze wschodu przedostałem się na południe, a tam, choć lepiej, to nie tak, by się nasycić. Też posucha, ale mniejsza. W Chabówce znalazłem kilka Alinda biplicata, kilka Helix pomatia i  C. nemoralis. Jak nie wiadomo dokąd iść, to się idzie pod most. Właśnie pod mostem znalazłem te nieliczne ślimaki. Zwłaszcza świdrzyki mnie ucieszyły. W drodze powrotnej znalazłem je również na Wawelu. Już przed kilkoma laty je tam widywałem, tym razem chciałem tylko sprawdzić, czy jeszcze są przy wyjściu ze Smoczej Jamy. Są. A na Wawelu najliczniejsza wydaje się być Xerolentia obvia - jeden z obcych gatunków, który świetnie się czuje w naszych stronach. Postaram się kiedyś napisać o nim więcej...
Co roku o tej porze klepałem się po pełnym brzuchu mojego ślimaczego apetytu i z zachłanności tylko snułem dalsze plany malakologicznych podbojów. W tym roku nie odczuwam tego niedosytu. Odczuwam głód!
Mam nadzieję, że przyjdą wkrótce deszcze i sytuacja poprawi się. Mam też nadzieję, że do tego czasu uda mi się jeszcze wykorzystać niskie stany wód i pobrodzić za mięczakami, którym planowałem się przyjrzeć s tym roku. Czas pokaże, czy nadzieja wykarmi swoje dziecko...
Sucho. Niedobrze. Ale jeszcze nic straconego, przecież do końca roku tyle się jeszcze może wydarzyć... Niech no tylko wrócą deszcze!
Niby za sucho na C. vindobonensis...

...ale nie dla Arion vulgaris...

Alinda biplicata spod Smoczej Jamy na Wawelu

czwartek, 11 września 2014

Ślimak austriacki Cepaea vindobonensis (Ferussac, 1821)

Spośród występujących w Polsce ślimakowatych reprezentowanych przez rodzaj Cepaea, ślimak austriacki wdaje się być najmniej zmienny, najmniej kolorowy i najmniej wyrośnięty. Ale właśnie ze wszystkich krajowych Cepaea ten ślimak cieszy mnie najbardziej i na przekór ogólnym opiniom uważam go za najładniejszego ze wstężyków. To prawda: nie zaskakuje zmiennością jak C. nemoalis, to prawda: wielkością zbliżony do C. hortensis,  ale nie tak kolorowy. A jednak to spotkania z tym właśnie gatunkiem cieszą mnie bardziej i przynoszą większą satysfakcję.
Nie wiem, czemu tak właśnie się dzieje. Może dlatego, że rzadziej występuje od pozostałych dwóch gatunków, może dlatego, że nie jest takim synantropem jak jego kuzynki*? A może dlatego, że przez lata nie udawało mi się go wypatrzeć i dopiero od kilku lat natrafiam na niego przy okazji wyjazdów w różne kierunki?
Kiedyś, a było to w zeszłym tysiącleciu jeszcze;) wypatrzyłem go w katalogu mięczaków w zbiorach muzeum w Tomaszowie Mazowieckim. Okaz miał być zebrany przez Jerzego Sosnowskiego na terenie rezerwatu "Niebieskie Źródła". Widziałem tylko katalogową fiszkę, zbiory były wtedy zabezpieczone na czas remontu, nie mogłem się mu przyjrzeć, więc to spotkanie zapisało się w mojej pamięci jako wielki znak zapytania. Co więcej, tego pytajnika nie udało mi się definitywnie rozwiać do dziś i choć skłonny jestem ocierając się o pewność uważać muzealną notatkę za błąd w oznaczeniu, nie daje mi spokoju ewentualna obecność Cepaea vindobonensis na terenie Niebieskich Źródeł.Kilka razy go tam szukałem - bez skutku. Nie podaje go również Piechocki ze swoich badań malakofauny tego ciekawego rezerwatu.
Takie pierwsze spotkanie bez pośredników odnotowałem w 2005 roku w Olsztynie koło Częstochowy. Od tej pory zdarza mi się spotykać się w różnych miejscach, na ogół nieco na uboczu, nie tak blisko ludzkich siedzib jak wstężyka gajowego czy ogrodowego. To ciepłolubny i sucholubny ślimak, preferujący jasne, nasłonecznione stanowiska o wapiennym podłożu. Łatwo go wypatrzeć późnym latem, kiedy w upalne dni tkwi przyczepiony do roślin, niejednokrotnie na ich wierzchołkach, a i nie raz nawet na kłosach zbóż. Jego biaława muszla matowo połyskuje z daleka, a kilka ciemniejszych pasków (z których dwa na ogół są czekoladowo brązowe) maskują go wśród wyschłych badyli. Warga jest koloru różowawego, z niewielkim jak się zdaje zębem czy zgrubieniem w dolnej jej części. Dołka osiowego nie uświadczysz, warga jest lekko wywinięta, ale naprawdę nieznacznie. Powierzchnia całej muszli jest wyraźnie prążkowana, zdecydowanie bardziej rzuca się to w oczy niż gładka powierzchnia pozostałych wstężyków.
Rozmiary muszli dochodzą do 20-26 mm szerokości i 17-24 mm wysokości. Jest ona kulistawa, a skrętka bardziej stożkowato wznosi się niż u C. nemoralis. Wiadomo mi o występowaniu również form nieco ciemniej ubarwionych, jasno brązowawych, ale jak dotąd nie udało mi się takich spotkać.
A propos spotkań. Na Jurze wstępuje dość często i szukać go można czy to ziołoroślach, czy u podnóża wapiennych skałek. W okolicach jurajskich Krakowa widywałem go często, nad Wartą i nad Wisłą, na nasłonecznionych zboczach spotykałem go wygrzewającego się w słonecznych promieniach. Znawcy tematu i autorzy opracowań postulują dokładniejsze rozmieszczenie Cepaea vindobonensis na terenie naszego kraju. Pewne informacje już się zdezaktualizowały, jak np. o braku tego gatunku w polskich górach, podczas gdy stwierdzono go już w Pieninach (Maltz, Pokryszko 2004). Rozmieszczeniem gatunku zajmuje się Dominika Mierzwa-Szymkowiak z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN i mam nadzieję, że niedługo będzie się można zapoznać z efektami jej badań. Zwarty obszar występowania wydaje się mieć w południowo-wschodniej Polsce oraz na Nizinie Wielkopolsko-Kujawskiej i części Pojezierza Pomorskiego.
Kończy się powoli lato i będzie się trzeba przestawić na jesienne tory. Mam nadzieję, że widok wstężyka austriackiego będzie mi jednak przypominał ciepłe i słoneczne lato i prowokował mnie będzie do poszukiwań odpowiedzi na pytanie, dlaczego nazwany jest austriackim (dokładniej: wiedeńskim), skoro jest gatunkiem południowo-wschodnioeuropejskim występującym od Kaukazu przez Krym po Bałkany.
Na osłodę zostawiam sobie to zdjęcie: prawda, że piękny?

* rodzaj Cepaea w sensie fleksyjnym jest chyba rodzaju żeńskiego, stąd uważniej powinienem żonglować odmianą zaimków;)

Zdjęcie wykonane 01.09.2014 na Podkarpaciu przez (c) A.Baj.