Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stańczykowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stańczykowska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 listopada 2021

Anna Stańczykowska-Piotrowska (24.09.1932-24.11.2021) in memoriam

Samotny żagiel w niebios toni
Bieleje na błękicie fal.
Skąd płynie? dokąd? za czym goni;
Ku jakim brzegom biegnie w dal?
                M. Lermontow, Żagiel

 24 listopada 2021 roku, dwa miesiące po swoich 89. urodzinach, odeszła do Wieczności śp Anna Maria Stańczykowska-Piotrowska, jedna z najwybitniejszych polskich hydrobiologów i ekologów wód, malakolog, profesor, członek Polskiej Akademii Nauk.

Przyszła na świat w Warszawie w mokotowskiej inteligenckiej rodzinie jako córka Ireny z Kamlerów i Kazimierza Stańczykowskich. Jej ojciec pochodził z moich rodzinnych stron, kończył edukację gimnazjalną w mieście, w którym i ja zdobywałem licealną wiedzę. Kiedy miała niespełna pięć lat, straciła ojca. Dwa lata później rozpoczęła się II wojna światowa, w czasie której ciężko zachorowała na zapalenie szpiku i kości. Dziś, w dobie powszechnego dostępu do antybiotyków, nie jest to schorzenie łatwe do leczenia, w warunkach okupowanego ubogiego kraju mogło być równoznaczne z wyrokiem śmierci. Wiele miesięcy spędziła w szpitalu, a dzięki zastosowaniu wobec niej nowatorskiej wówczas metody gipsowania, udało się ustabilizować jej stan kosztem całkowitego unieruchomienia. Jak relacjonowała we wspomnieniu opublikowanym przez Muzeum Powstania Warszawskiego, dzięki mamie, która chciała ratować jej zdrowie psychiczne, zaczęła się uczyć. 

We wrześniu 1944 roku, w czasie pacyfikacji Mokotowa, zginęła jej matka i młodsza siostra Ewa. Wtedy to, jako dwunastoletnia kaleka (według ówczesnej terminologii) została sierotą. Przywołuję tę okoliczność celowo: myślę, że jest to ten element biografii, bez którego nie sposób zrozumieć przyszłego dorobku Profesor Stańczykowskiej. Przewlekle chora dwunastolatka, bez rodziców, w mieście zniszczonym nienawiścią do Polaków, musiała odnaleźć w sobie tyle dość siły, aby chcieć dalej żyć. Domowa edukacja, potwierdzona przez stryja, który był kierownikiem szkoły w Idzikowicach, pozwoliła jej od 1945 kontynuować naukę w Liceum im. Reytana a następnie w Liceum im. Narcyzy Żmichowskiej. Edukacja dzielona była na liczne pobyty w szpitalach i ośrodkach rehabilitacyjnych, co miało wpływ na wybór dalszych dróg naukowych.

W 1956 roku ukończyła studia magisterskie na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Warszawskiego. Twierdziła, że wybór biologii, a dokładniej hydrobiologii podyktowany był poniekąd sytuacją życiową i stanem zdrowia. W ramach rehabilitacji zachęcano ją do pływania i chciała połączyć aktywność zawodową z ratowaniem wciąż szwankującego zdrowia.

Po zakończeniu studiów magisterskich zaczęła pracę w Instytucie Ekologii Polskiej Akademii Nauk, w 1964 roku obroniła doktorat, którego tematyką była ekologia Dreissena polymorpha. Badaniom tego gatunku poświęciła większą część swojej aktywności naukowej, trwającej ponad pół wieku. I to wymaga szczególnego podkreślenia: dziś trudno o tak długoterminowe badania, które poza rozległymi obserwacjami powiązane były z nowoczesnymi eksperymentami ekologicznymi. Kolejne stopnie i tytuły (1977 - habilitacja, 1989 - profesura nadzwyczajna, 1992 - profesura zwyczajna) wyznaczane były przez jej hydrobiologiczną, ekologiczną i malakologiczną działalność. Wiele lat jej aktywności przypada na związki z dzisiejszym Uniwersytetem Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach (od 1984 roku), gdzie przez lata była dyrektorem Instytutu Biologii.

Zmarła Profesor Anna Stańczykowska należała do członków-założycieli Polskiego Towarzystwa Hydrobiologicznego (w 2006 roku uhonorowana Medalem im. prof. Lityńskiego) oraz do założycieli Polskiego Towarzystwa Ekologicznego. Od początku też związana była z organizującym się ruchem malakologicznym, uczestniczyła w Krajowych Seminariach Malakologicznych, była członkiem Stowarzyszenia Malakologów Polskich. Malakolodzy uhonorowali ją godnością Członka Honorowego SMP w 2006 roku, laudację wygłosił 25 kwietnia 2007 roku jej uczeń i kontynuator dzieła prof. Krzysztof Lewandowski. Wśród innych jej uczniów znajdują się m.in. prof. Ewa Jurkiewicz-Karnkowska, dr Andrzej Kołodziejczyk czy dr hab. Beata Jakóbik.

Nigdy osobiście nie spotkałem Profesor Stańczykowskiej. Dziś, kiedy wspominam jej postać i dorobek, nie mogę nie wspomnieć o ogromnym wpływie, jaki miała na moją biografię. Pisałem już o tym przed kilkoma laty, że to właśnie jej książka Zwierzęta bezkręgowe naszych wód była pierwszym moim bedekerem po tajnikach podwodnego życia. W zeszytach miałem przerysowane ryciny z tej książki, pierwszy mój domowej roboty atlas mięczaków wodnych oparty był w całości na tej książce. Miałem nawet taki zeszyt gładki, w którym przerysowane ryciny kolorowałem po znalezieniu przedstawionego gatunku. Jeżeli przez lata marzyłem o karierze hydrobiologa, to biblią tych marzeń była właśnie książka Zwierzęta bezkręgowe naszych wód.

Towarzyszy mi dziś smutek, ale nad tym smutkiem zwycięstwo odnosi poczucie wdzięczności. W tym duchu kreślę te słowa. Wdzięczności i podziwu dla niezwykłego hartu ducha osoby, która przez współpracowników zapamiętana została jako ciepła, serdeczna, pogodna i radosna. Jeden z moich przyjaciół-malakologów, który miał szczęście ją poznać, wspominał mi, jak wielkie wrażenie zrobiła na nim "profesor starej daty, która potrafiła pochwalić, powiedzieć dobre słowo, życzliwie pogratulować". Chciałbym, aby zmarła śp. Profesor Anna Stańczykowska zapamiętana została jako wybitny naukowiec, wspaniały popularyzator nauki i niezwykle bogata osobowość oraz dobry człowiek. 

Niech odpoczywa w Pokoju.




foto prof. Stańczykowskiej: Muzeum Powstania Warszawskiego; zmodyfikowane


niedziela, 24 września 2017

Profesor Anna Stańczykowska - w 85 rocznicę urodzin

To było tak: gdyby nie ta jedna książka, to bym w ogóle nie wiedział, że w wodzie można szukać czegoś poza błotniarką i zatoczkiem... Serio. To było bardzo dawno temu, tak dawno, że w Polsce jeszcze nie było Internetu (tak, tak, były takie czasy, jeszcze w zeszłym tysiącleciu...). To były początki mojej przygody z malakologią i ona w tej przygodzie była tą pierwszą. Przez pierwsze lata mojej aktywności wszystko, co wyciągnąłem z wody, oznaczałem przy jej pomocy. Po to chyba przyszła na świat, żeby takim jak ja, nieść pomoc. I dziś kilka słów i o niej, i o jej Autorce, świętującej dziś swoje 85. urodziny.
Anna Stańczykowska, bo o niej dziś w szczególnie ciepły sposób myślę, urodziła się 24 września 1932 roku w Warszawie. O jej dzieciństwie i bardzo trudnym jego rozdziale związanym z II wojną światową, okupacją niemiecką i powstaniem warszawskim można przeczytać w wywiadzie, jakiego udzieliła w ramach Archiwum Historii Mówionej. Tam opowiada o swoich doświadczeniach i o tym, w jaki sposób przełożyły się one na wybór życiowej drogi i związanie się z naukami biologicznymi.
A trzeba powiedzieć, że Anna Stańczykowska swoją wieloletnią pracą badawczą zasłużyła na miano jednej z legend polskiej hydrobiologii. Dodać należy, że poza działalnością badawczą, skupionej na ekologii polskich wód oraz szczególnie intensywnymi obserwacjami nad mięczakami, dużą częścią pracy naukowej szanownej Jubilatki, stanowi popularyzacja nauki. Wielokrotnie to podkreślałem i podkreślał będę, że klasą naukowca jest nie tylko zaangażowanie w badania, ale również ich popularyzowanie. Nie sposób policzyć tych wszystkich, którzy - podobnie jak ja - rozpoczęli swoją przygodę z przyrodą od lektury którejś z popularnych publikacji Pani Profesor. Dla mnie fundamentalną pozostaje książka Zwierzęta bezkręgowe naszych wód (prywatnie - moja rówieśniczka), która stanęła na początku moich spotkań z hydrobiologią. Zdecydowanie później pojawili się w mojej biografii Piechocki, Urbański, Wiktor, Falniowski czy Umiński. Rysunki Andrzeja Karabina zamieszczone w tej książce przez kilka lat były podstawą moich terenowych identyfikacji wszystkiego, co w okolicznych wodach żyło. Pamiętam, że pierwsze zbiory z początku lat dziewięćdziesiątych etykietowałem opatrując przerysowywanymi z tej książki rycinami. Do dziś, bez zaglądania do niej, potrafię powiedzieć, że tablice z rycinami prezentującymi mięczaki, ponumerowane są od XVIII do XXII, i do dziś nie wiem, czemu błotniarkę otułkę przedstawiono jako Amphipeplea glutinosa... 
Anna Stańczykowska (właściwie Anna Stańczykowska-Piotrowska) jest malakologiem, którego nazwisko znane jest w świecie jako eksperta od Dreissena polymorpha. Kiedy w Ameryce Północnej rozpoczęła się inwazja tego małża, profesor Stańczykowska była ekspertem pomagającym tworzyć strategię przeciwdziałania ekspansji. W dorobku naukowym poświęconym Dreissena polymorpha  zwrócić należy uwagę nie tylko na różnorodność aspektów badawczych, ale również na niespotykaną wręcz skalę czasową, obejmującą ponad pięćdziesiąt lat badań. Myślę, że warte podkreślenia jest również to, że aktywność naukowa profesor Stańczykowskiej przełożyła się na bliższych i dalszych kontynuatorów jej działa, do których można zaliczyć prof. K. Lewandowskiego, dr hab. Beatę Jakubik, dr hab. Ewę Jurkiewicz-Karnkowską czy dra Andrzeja Kołodziejczyka. Jako aktywny malakolog, promieniujący na grono swoich współpracowników i uczniów, 25 kwietnia 2007 roku została uhonorowana tytułem Członka Honorowego Stowarzyszenia Malakologów Polskich. 
Prosiłem kiedyś jednego z uczniów Pani Profesor, żeby przekazał jej, jak wiele jej zawdzięczam i jak bardzo jestem jej wdzięczny za te pierwsze kroki w świecie malakologii, hydrobiologii i ekologii. Dziś, wdzięczność tę wyrażając na tych elektronicznych łamach, posyłam myśl serdeczną i najcieplejsze życzenia Ad multos annos, Pani Profesor!



wtorek, 9 grudnia 2014

Racicznica zmienna Dreissena polymorpha (Pallas, 1771)

Dałbym sobie kminku do kawy dosypać, że miałem już w rękach te teksty, zanim je w książce ujrzałem. Przeszukałem zasoby i nic. Ani słowa. A jednak, kiedy czytam kolejne strony to wiem, co będzie w następnym akapicie. Nie sądzę zatem, abym miał do czynienia z czymś na kształt deja vu, raczej po prostu musiałem poznać te teksty rozproszone, przy okazji poszukiwań publikacji profesor Stańczykowskiej... W każdym razie moja pewność, że miałem do czynienia z tymi tekstami wcześniej nie umniejsza radości z ponownej lektury książki Racicznica zmienna (Dreissena polyorpha) jako obiekt badań naukowych, wydanej jako fest schrift dla Pani Profesor Anny Stańczykowskiej z okazji jubileuszu pięćdziesięciolecia pracy naukowej w 2009 roku. A ponieważ już od dawna zamierzałem kilka słów skreślić na temat racicznicy, teraz wykorzystuję okazję.
Zacznę od tego, że w połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku znajdowałem racicznicę zmienną (Dreissena polymorpha Pallas, 1771) w Jeziorze Sulejowskim, sztucznym zbiorniku utworzonym na Pilicy. W odróżnieniu od innych małży nie nastręczała żadnych problemów z identyfikacją i bardzo trudno byłoby mi wówczas pomylić ją z jakimkolwiek innym małżem. Pamiętam jej ogromne skupiska na muszlach skójek malarskich oraz na różnych przedmiotach zalegających na dnie. Pawie czarne, wielokształtne bryły połączonych ze sobą trójkątnawych muszli racicznic ważyć mogły i po kilka kilogramów i nie rozsypywały się przy podnoszeniu za pojedyncze muszle żywych osobników. Działo się to za sprawą bisiorowych nici, którymi racicznica przytwierdza się do podłoża, tworząc kolonie złożone z wielu tysięcy osobników.
Największe jej skupiska znam właśnie z Jeziora Sulejowskiego, z Gopła, z Krutyni i Kanału Augustowskiego. Nie prowadziłem nigdy badan nad ich liczebnością, natomiast dane z literatury wskazują na ogromne jej zagęszczenie dochodzące do 22000 osobników na m2. Takie wartości notowano w Zalewie Szczecińskim pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Podobne wartości podawane były również z Wielkich Jezior Mazurskich.
Racicznica zmienna charakteryzuje się trójkątną muszlą przypominającą racicę, od której bierze polską nazwę. Muszla najczęściej jest jasna z brązowymi lub czarnymi pasami, przypominającymi paskowanie zebry. Stąd też pochodzi jej angielska nazwa: zebra mussel. Znane są przypadki albinotycznych osobników. Rozmiary muszli wynoszą: 25-40 mm długości, 17-23 mm szerokości i do 18 mm wysokości. Spomiędzy połówek muszli wystaje wiązka bisiorowych nici którymi małż przytwierdza się do podłoża. Wśród słodkowodnych małży jest to wyjątkowa sytuacja - bisior króluje w morzach i oceanach.
Obecność bisioru oraz larwa typu trochofora mogą wskazywać na nieodległe ewolucyjnie pochodzenie morskie. Jeśli zaś sprawa dotyczy pochodzenia, to zdaje się, że kwestia jest dyskusyjna. Przyjmuje się, że jest to gatunek ponto-kaspijski, który z końcem XVIII w. rozpoczął ekspansję na północ i zachód Europy. Przed epoką lodowcową zamieszkiwał Europę i niektórzy autorzy twierdzą, że może stanowić element reliktowy w niektórych obszarach kontynentu (np. Jezioro Ochrydzkie, część Niziny Węgierskiej, Zatoka Kurońska, Szlezwik-Holsztyn). Przyjmuje się jednak, że wyginał w epoce lodowcowej i przetrwał jedynie na wybrzeżu Morza Kaspijskiego, Czarnego i Azowskiego. Stamtąd - zdaniem badaczy - zaczął rozszerzać swój zasięg wraz z budową kanałów łączących zlewisko Morza Czarnego i Morza Bałtyckiego. W Polsce notowany po raz pierwszy z Suwalszczyzny, gdzie pojawił się przed 1824 rokiem. Obecnie zamieszkuje niemal całą Polskę w wyjątkiem południowych jej krańców, choć nie wszędzie jest tak samo liczny. Największe zagęszczenie populacji notuje się na północy kraju, w części centralnej związany jest głównie z  dużymi rzekami i zbiornikami zaporowymi (np. z Jeziorem Sulejowskim, ale występuje też w nieodległym Jeziorze Bugaj w Piotrkowie), natomiast na południu występuje właściwie wyłącznie w zbiornikach antropogenicznych i tam notowane są niskie liczebności populacji).
Odwołam się jeszcze do doświadczeń osobistych, a właściwie rodzinnych. O racicznicy opowiadał mi mój ojciec, który w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX w. pracując w energetyce często spotykał tego małża w elektrowniach wodnych. Z jego opowieści wiem, że niejednokrotnie przed remontem turbin potrzeba było angażować nurków do zeskrobywania racicznic z urządzeń hydrotechnicznych, a ilość biomasy dochodziła do kilku ton. Ta osobista wycieczka pojawiła się tutaj w konkretnym celu: chodzi o zabranie głosu w dyskusji nad znaczeniem racicznicy dla natury i gospodarki człowieka. Temat jest złożony i dość skomplikowany, zwłaszcza na gruncie doświadczeń europejskich (w Północnej Ameryce wydaje się być jednak zdecydowanie bardziej uciążliwym gatunkiem obcym, niż w Europie). Dreissena polymorpha jest filtratorem i jako taki przyczynia się do poprawy warunków biochemicznych wód, które zamieszkuje. Poprawia jakość wody, eliminuje z niej biogeny oraz zatrzymuje na jakiś czas metale ciężkie. Podkreśla się, że populacje racicznicy potrafią w ciągu kilku lub kilkunastu dni przefiltrować całą objętość jeziora, dla Zalewu Szczecińskiego szacowano wydajność filtracji na 36 dni. Jednocześnie w czasie zakwitu bruzdnic właściwie zaprzestaje pobierania pokarmu, więc w okresie największego zakwitu filtruje najmniej efektywnie... Masowe wymieranie racicznic wtórnie może przyczyniać się do pogarszania warunków biochemicznych wód. Sama racicznica, a właściwie jej kolonijny tryb życia może znacząco ograniczać również szanse małży skójkowatych, których muszle bardzo często obrasta. Stąd dla środowiska naturalnego trudno o jednoznaczną ocenę roli tego obcego gatunku. Dla gospodarki wydaje się być jednak łatwiej wystawić ocenę negatywną, głównie ze względu na wspomniane już wcześniej obrastanie urządzeń hydrotechnicznych, zakłócających ich pracę lub wręcz ją uniemożliwiającą. Jazy, śluzy i przepusty niejednokrotnie nie spełniają swojej funkcji ze względu na osadzanie się kolejnych osobników racicznicy. W Ameryce Północnej, gdzie racicznica trafiła w latach osiemdziesiątych wraz z (prawdopodobnie) wodami balastowymi statków, przyczynia się nie tylko do strat ekonomicznych w gospodarce wodnej, ale również do wymierania rodzimych gatunków skójkowatych.
Dreissena polymorpha jest jednym z najlepiej zbadanych gatunków mięczaków, prawdopodobnie poświęcono jej najwięcej publikacji. W Polsce do najbardziej zasłużonych badaczy tego gatunku należy prof. Anna Stańczykowska, która racicznicą zajmuje się ponad pięćdziesiąt lat. Jej dorobek naukowy oraz eksperymenty w środowisku życia racicznic są wysoko cenione w świecie hydrobiologii i malakologii. Dzieło profesor Stańczykowskiej kontynuuje m.in. prof. Krzysztof Lewandowski, jej uczeń, a także tacy malakolodzy i ekolodzy jak Jarosław Kobak czy Marcin Czarnołęski.
Zainteresowanych odsyłam do licznej literatury, zwłaszcza do prac prof. Stańczykowskiej. Zachęcam, by przyglądając się racicznicy obserwować bacznie, czy nie pojawiła się w naszych wodach jej kuzynka Dreissena rastiformis bugensis, o której postaram się kiedyś kilka słów również napisać...


piątek, 14 listopada 2014

Filatelistyka dla malakologa

Historia polskiej filatelistyki sięga roku 1860. Wtedy pojawił się pierwszy znaczek pocztowy w Królestwie Polskim, dwadzieścia lat po Penny Black, najstarszym znaczku pocztowym na świecie.
Filatelistą nigdy nie byłem zbieraczem znaczków - owszem. Z różną intensywnością i zaangażowaniem gromadziłem te maleńkie dzieła sztuki, zamykające na niewielkiej przestrzeni ogrom detali, szczegółów i zamierzeń. Najbardziej pociągały mnie zawsze znaczki wykonane techniką stalorytu, obecnie już raczej niespotykane w obiegu.
Robiłem niedawno troszkę porządku w papierach i w ręce wpadły mi koperty ze znaczkami, o których dawno już chciałem napisać. W polskiej filatelistyce są warte szczególnego odnotowania, ale też są to znaczki z własną, pokręconą historią.
Choć najstarszy polski znaczek pocztowy datuje się na 1860 rok, trzeba było jeszcze 130 lat czekać na pierwszy polski znaczek z motywem wiodącym mięczaka. Dopiero w 1990 roku Poczta Polska wyemitowała serię znaczków "Ślimaki i małże Polski", której autorem jest polski artysta, Jacek Brodowski (ur. 5 lipca 1943 r. w Krakowie). To chyba najdziwniejsza seria w polskiej filatelistyce, ale do końca się nie upieram, bo filatelista nie jestem, a co najwyżej zbieraczem...
Dlaczegóż to miałaby być najdziwniejszą polską serią? Otóż po pierwsze wprowadzono wówczas znaczki beznominałowe. Kto pamięta początek lat dziewięćdziesiątych, pamięta zapewne również panującą wówczas inflację (jej apogeum przypadło na wrzesień 1990 roku, wówczas wynosiła 585,8% w skali roku!). Myślę, że to właśnie kłopoty z inflacją mogły stać u podstaw decyzji o wprowadzeniu znaczków bez nominałów, z literowym oznaczeniem rodzaju usługi, za którą pobrano opłatę w znaczku. Jeśli dobrze pamiętam, opłata A odnosiła się do listów zamiejscowych, opłata B do kartek pocztowych i listów miejscowych. Ale mogę się mylić, bo parę lat już minęło...
Seria jest dziwna, bo zakończyła się na dwóch znaczkach (odpowiednio 3095 - Błotniarka stawowa Lymnaea stagnalis i 3096 - Żyworódka jeziorowa Viviparus contectus), choć planowana była na 10 znaczków. Widać to choćby w nazwie serii, która nie przystaje do rzeczywistości: miały być ślimaki i małże, wydano tylko ślimaki. Jacek Brodowski przygotował projekt 10 znaczków jeszcze w grudniu 1988 roku, ale ostatecznie Poczta Polska wyemitowała tylko dwa z nich. Dziś nie wiadomo nawet, kto podjął decyzję o ograniczeniu serii, a dokumentacja techniczna ponoć została już zniszczona.
Znaczki nie należą do najbardziej urodziwych. Jednokolorowe (zielone dla nominału A, fioletowe dla nominału B), nie zachwycają barwą. Trochę do życzenia pozostawiają same wyobrażenia muszli, zwłaszcza błotniarki stawowej, która wyszła dość żebrowana. Ponoć związane jest to z techniką druku (rotograwiura), która wymaga nieco wyraźniejszych linii. Kto się jednak dobrze rycinom przyjrzy, ten szybko powinien  odnaleźć pierwowzór... Szukać go trzeba w tablicach na kończy książki Anny Stańczykowskiej Zwierzęta bezkręgowe naszych wód. Z tych tablic przerysowywałem swoje pierwsze muszle, tworząc podręczny atlas mięczaków w gładkim zeszycie z szara okładką... W założeniu koncepcyjnym na serię składać się miały jeszcze znaczki z następującymi ślimakami: rozdepka rzeczna Theodoxus fluviatilis, zawójka pospolita Valvata piscinalis, wodożytka bałtycka Hydrobia ventrosa, zatoczek rogowy Planorbarius corneus i ślimak winniczek Helix pomatia oraz z małżami: racicznicą zmienną Dreisena polymorpha, skójką malarzy Unio pictorum, i szczeżują wielką Anodonta cygnaea. Z tego wszystkiego dobrze tylko, że nie wydano znaczka z rozdepką rzeczną, bo w pracy Stańczykowskiej jej podobizna wyjątkowo słabo wyszła... Nie dowiedziałem się też, skąd pochodziłaby podobizna winniczka, ale pewnie pan Brodowski nie miał z tym problemu. Z serii "Ślimaki i małże Polski" wyszły więc tylko dwa ślimaki, a małży się nie doczekaliśmy.
Na wydanych znaczkach umieszczono wyłącznie nazwy polskie, co też składa się na dziwność tej serii. Na ogół na znaczkach umieszczane są łacińskie nazwy gatunkowe obok nazw podanych w językach narodowych. Tutaj ich zabrakło. Wszystko to sprawia, że te dwa niepozorne, na słabym papierze drukowane znaczki (później papier się nieco poprawił), okazują się dla filatelisty całkiem ciekawym rarytasikiem. Mają swoją historię, a przecież to w filatelistyce nie mniej się liczy od kunsztu włożonego w projekt i realizację serii.
Czekam na list, na którym przyklejony będzie polski znaczek z polskimi mięczakami. Na pierwszy taki znaczek trzeba było czekać 130 lat, taką liczbą nie dysponuję, ale byłoby mi bardzo miło, gdyby w końcu taka seria się pojawiła. Cała, nie tylko piąta jej część, jak w przypadku serii zaprojektowanej przez Jacka Brodowskiego. Czekam, może kiedyś przyjdzie taki list...




wtorek, 14 października 2014

XXX Krajowe Seminarium Malakologiczne - Sprawozdanie

Obiecałem, że coś napiszę. Myślałem: wieczorami siadał będę i opisywał cały dzień. Oj naiwny, naiwny... Nie było wieczorów na siedzenie przed komputerem, bo wieczory należały do rozmów, konwersacji, dyskusji, szeroko rozumianego życia towarzysko-kulinarnego i innych aktywności, które skutecznie wieczór przesuwały daleko w noc. Skoro jednak obiecałem coś napisać, to trzeba się wywiązać, choć wcale to łatwe nie będzie. A dlaczego? Bo wciąż towarzyszy mi ekscytacja, wiąż jeszcze nie zeszły ze mnie emocje tamtych dni.
Tegoroczne Krajowe Seminarium Malakologiczne miało jubileuszowy charakter, bo było trzydziestym z kolei spotkaniem polskich malakologów. Pierwsze z seminarium, zorganizowane z inicjatywy prof. Stefana Alexandrowicza, odbyło się w Krościenku nad Dunajcem w 1985, a uczestników seminarium Organizator wyszukiwał po publikacjach i wydzwaniał z zaproszeniem korzystając z książek telefonicznych…
Dziś, w dobie mediów społecznościowych, Internetu i telefonów komórkowych, dotarcie do malakologów jest nieporównywalnie łatwiejsze, co widać w rosnącej liczbie wystąpień i uczestników kolejnych seminariów. Moja noga stanęła tam pierwszy raz i był to czas, który wciąż zajmuje obie moje półkule mózgowe…
Seminaria malakologiczne – jak wszystkie tego typu konferencje, sympozja czy kongresy – ma dwie strony: naukową, związaną z prezentacją wyników ostatnich badań, konsultacjami, dyskusjami i nawiązywaniu nowych relacji badawczych, oraz silnie z tym powiązaną stronę towarzyską, gdzie każda chwila sprzyja już nie tylko wymianie poglądów, ale również wspomnieniem, anegdotom i ogólnie ujmując: pielęgnowaniu przyjaźni. Nawiasem mówiąc, bardzo spodobała mi się kuluarowa anegdotka rodem z Torunia, bardzo bliska moim amatorskim doświadczeniom. Opowiadała jedna z osób* zajmująca się przywrami digenicznymi, że w czasie ćwiczeń terenowych ze studentami, podczas zbierania zatoczków do badań nad stopniem zarażenia przywrami, zapytał ktoś z autochtonów, czym się zajmują. Pouczona doświadczeniem, chcąc uniknąć skomplikowanego tłumaczenia celu badań, zdawkowo odpowiedziała: „Badamy jakość wody”. W odpowiedzi dało się słyszeć z ust nadjeziornego autochtona: „A myślałem, że zbieracie te zatoczki, co są zarażone tymi przywrami…”
Smaczków temu podobnych więcej było w czasie jubileuszowego Seminarium. Niech one zostaną we wspomnieniach uczestników, niech obrastają własnym życiem, powtarzane jako dygresje w trakcie wykładów. Nie mogę jednak nie docenić tej właśnie strony Krajowego Seminarium Malakologicznego: od jakiegoś czasu udaje mi się zdobywać tomy konferencyjnych streszczeń, wiem  mniej więcej, o czym się dyskutuje, w jakim kierunku podążają badania. Najbardziej brakowało mi jednak kontaktu z ludźmi, którzy większą lub mniejszą cześć swojego życia, nie tylko zawodowego, związali z malakologią. Miałem okazję poznać już kilku malakologów, z kilkunastoma utrzymuję mniej lub bardziej intensywną korespondencję. Ale to wciąż mało, mało, mało. Seminarium stworzyło mi okazję nie tylko osobistego spotkania z legendami (tak, tak właśnie mam prawo określać niektóre z osób uczestniczących w seminarium), ale również rozmów z nimi, wymiany poglądów czy po prostu wyrażenia im swojej wdzięczności za wprowadzenie mnie w świat pasji. Bardzo żałuję tylko, że nieobecna był prof. Anna Stańczykowska-Piotrowska, z której książki Zwierzęta bezkręgowe naszych wód jako kilkuletni chłopiec przerysowywałem muszle mięczaków podpisując je łacińskimi nazwami i poszukując polskich odpowiedników. Może następnym razem uda mi się osobiście pokłonić Pani Profesor i cząsteczkę swojego długu wobec niej spłacić. Żal mi również, że nie spotkałem i innych – Tomasza Umińskiego, Andrzeja Kołodziejczyka czy Stanisława Myzyka, ale przecież nie można mieć wszystkiego…
Dla osób, które przygodę z malakologią – tak jak ja – zaczęły od fascynacji muszlami, spotkanie z profesorem Samkiem musi być  wydarzeniem niezwykłym. Zdążyłem mu powiedzieć, że pierwszą egzotyczną muszlę udało mi się oznaczyć na podstawie jego książki Świat muszli z 1976. Do dziś uważam tę książkę za niezwykle cenną publikację na temat nie tylko mięczaków i ich muszli, ale również historycznych i kulturowych związków człowieka z mięczakami.
Wiele mógłbym wymieniać nazwisk, które znaczyły kolejne etapy na drodze mojej malakologicznej pasji. Ale w jednym miejscu: prof. Wiktor, Piechocki, Alexandrowicz, Pokryszko, Lewandowski a nawet Robert Cameron… Gubię się i nadal nie odnajduję słów oddających emocje, które wciąż mi towarzyszą…
Bardzo miłe były również te momenty, kiedy wyciągając rękę mogłem się przedstawić  ludziom, z którymi od jakiegoś czasu pozostaję w korespondencyjnym kontakcie. Nie będę ich wymieniał, bo to duża część z tych, którzy malakologią się zajmują. Ale to naprawdę miłe. A jeszcze milsze były te momenty, kiedy po jakimś czasie rozmowy okazywało się, że Malakofil to ja… Oj, połechtało to próżność niejednokrotnie, oj połechtało…
Spotkania z legendami to jedno. Ale spotkania z nadziejami są nie mniej ekscytujące. Kiedy siedziałem i przysłuchiwałem się wystąpieniom polskich malakologów, którzy karierę naukową dopiero budują, widziałem niezwykłe perspektywy otwierające się przed nimi. Nisko się chylę przed nimi, przed ich pracowitością, pasją, dążeniem do znaczących wyników. Może w tym sporo jest mojej naiwności, a niech tam, ale to przecież kolejna zmiana sztafety, to oni za lat trzydzieści będą podpisywać swoje książki takim zawstydzonym amatorom, których niechcący zarazili pasją… Oczyma wyobraźni widzę ich – dzisiejszych magistrów i doktorów, jak uzyskują kolejne stopnie i tytuły. Widzę ich i milcząco zachwycam się ich pracą…
Pora zejść z górnego C i oddać kilka słów wystąpieniom. Nie będę ich omawiał. Te, które najbardziej mnie interesowały, udało mi się wysłuchać, w ogóle nie opuściłem żadnego z wystąpień. Żadnego! I tylko mój pęcherz mi świadkiem, że czasem nie było łatwo pogodzić śle dennie wywodu z fizjologią i perspektywą wymiany spostrzeżeń w czasie krótkiej przerwy kawowej. No w dwóch miejscach jednocześnie jeszcze nie nauczyłem się bywać, stąd fizjologia musiała ustępować pierwszeństwa pasji… Nie było chyba takiego referatu, który by mnie znudził, choć były takie, które wysłuchiwałem trochę jak na tureckim kazaniu. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka dziura w biologicznej wiedzy. Czasem po prostu zwyczajnie ni w ząb nie rozumiałem, o czym prelegent mówi. I chyba niektóre referaty były dla mnie trudniejsze niż wystąpienie prof. Camerona, który mówił po angielsku, a ja jakoś nigdy tego języka się nie uczyłem (słowo daję, że coś tam zrozumiałem, zwłaszcza liczby;)).
Pierwszego dnia obrad największe wrażenie zrobił na mnie najmniej malakologiczny referat prof. Witolda Alexandrowicza pt. Ile trwają dwie minuty? Dydaktyczny majstersztyk! Dla mnie, który przez kilkanaście tygodni tego roku walczył z książką Jerzego Dzika Dzieje życia na Ziemi było to jak odsłonięcie zasady działania magicznej sztuczki: iluzja fascynuje, kiedy jest nieznana, ale kiedy ujrzeć ją od drugiej strony, radość jest jeszcze większa i rozlewać się chce na innych. Tak właśnie się czułem, jakby ktoś wtajemniczył mnie w magiczną sztuczkę. A na czym sztuczka polegała? Żeby dzieje Ziemi skorelować z rocznym kalendarzem i kolejnym datom przypisać ważne wydarzenia w dziejach planety. Świetne!
Prace „słodkowodne” wypełniły pierwszy dzień Seminarium. Z otwarta gębą przysłuchiwałem się kolejnym referatom i komunikatom, latałem wzrokiem za slajdami prezentacji i chłonąłem jak gąbką wszystko, o czym tylko była mowa. A po zakończonych obradach jeszcze Walne Zebranie Członków Stowarzyszenia Malakologów Polskich… Również pierwsze w mojej historii…
Jak to określił prof. Wiktor, drugiego dnia wypełzliśmy na ląd. Od początku popołudniowej sesji (bo przed południem była wycieczka – spływ Dunajcem) zaczęła się tematyka ślimaków lądowych. I tutaj znów zachłanność wiedzy wygrywała z potrzebami innej natury, ale i prezentowane referaty były nad miarę wciągające, a wystąpienie nt Mikrotomografii komputerowej w badaniach malakologicznych, które przyjąłem w harmonogramie jako jedno z tych, co nic nie zrozumiem, okazało się rewelacją (łac. revelatio oznacza objawienie). Odniosłem również wrażenie, że i wśród słuchaczy spotkało się z wielkim zainteresowaniem, wskazując na nową metodę badań, która zapowiada świetne wyniki. A kiedy sobie pomyślę, że już kilka tygodni temu wiedząc, co będzie przedmiotem wystąpienia Anny Sulikowskiej-Drozd, nie wypytałem o szczegóły. A to takie niesamowite rzeczy się okazały!
Czekałem na wystąpienie dr Tomasza Kałuskiego (prezesa Stowarzyszenia), który podjął temat śliników z rodzaju Arion (to te wielkie, oślizgłe, brązowe lub czarne, co zjadają warzywa na działkach;). Wniosek płynął z referatu taki: Arion lusitanicus jest endemitem iberyjskim, a to, co zżera nam marchewkę, to niewątpliwie jest Arion vulgaris. No przesadziłem z tym „niewątpliwie” – wątpliwości nadal jest sporo i wiele warzyw zostanie jeszcze zjedzonych, zanim szkodnikowi ostatecznie nadane zostanie imię…
Zaskoczył mnie też referat malakologa praktycznego pt. Wpływ barwy światła na parametry rozrodu i tempo wzrostu ślimaka Helix aspersa aspersa. W tomach streszczeń pokonferencyjnych dotychczas pomijałem te referaty w pierwszej lekturze i czytałem je dopiero na koniec, dla całości obrazu. A ten mnie zaciekawił i postanowiłem, że w końcu poświecę na blogu trochę miejsca pracy malakologów z Instytutu Zootechniki z Balic, co przekładałem dotąd z nieznanych (nieuświadomionych) przyczyn.
Zanim nastał dzień trzeci, była jeszcze uroczysta kolacja. I jubileuszowy tort ze ślimakiem. I podziękowania dla organizatorów. A zasłużyli na gorące słowa podziękowań, bo zorganizowali naprawdę porządnie całe Seminarium, dbając i o umysł, i o ciało. I o wypoczynek też, w malowniczym cieniu Gorców i Pienin. A odpowiedzialnymi za organizację byli w tym roku malakolodzy z Wrocławia. Świetna robota!
I nastał dzień trzeci. Tu głos należał najpierw do przeszłości: badania nad ślimakami trzecirzędowymi i czwartorzędowymi prezentowane były przez malakologów poruszających się z wprawą po geologii. Nie wyobrażałem sobie, żeby nie wysłuchać wystąpienia doc. Ewy Stworzewicz z Krakowa na temat Eoceńskich ślimaków w inkluzjach bursztynu bałtyckiego. Znowu byłem zmieszany, bo szczęka mi opadała z wrażenia i bałem się ślinotoku na widok złotych muszelek w bursztynie…
W ostatnim bloku tematycznym, po ostatniej przerwie kawowej, a przed obiadem, zaczął się trochę maraton sprintem, czyli gonienie czasu i walka z trudnościami technicznymi, które nieoczekiwanie dały znać o sobie. Pośpiech nie pomagał w zrozumieniu najtrudniejszych dla mnie zagadnień, czyli fizjologii, genetyki i badań molekularnych, które wtedy były właśnie najbardziej reprezentowane. Pośpiech nie oszczędził również prof. Samka, który również musiał pomijać części swojego referatu na temat wykorzystania mięczaków jako wzorca w technice i sztuce. Czekałem na to, jak na gwóźdź programu, stąd lekki niedosyt odczułem. Ale rozumiem, że czasem tak z czasem bywa. Sam też doświadczyłem żelaznej dyscypliny moderatora sesji, i swoje wystąpienie musiałem zaprezentować wykorzystując sposoby Macieja Orłosia… Powiedziałem kilka słów o małym kościółku w Łasku, który zaskakuje dekoracjami ołtarza i ambony muszlami mięczaków, w tym kubańskimi Cerion uva. Chyba nie tylko ja byłem tym zaskoczony…
Wiele mógłbym jeszcze pisać, wspominać, opowiadać. Nie zeszły jeszcze ze mnie emocje tamtych spotkań, więcej w tej narracji emocji niż rozumu. A niech tam. Przecież tam byłem. Miodu nie piłem, ale co widziałem, na blogu spisałem…

I jeszcze na koniec: zupełnie poza malakologią odkryłem coś bardzo inspirującego – blog krakowskiego doktoranta Andrzeja Antoła, który serdecznie polecam: http://jyndrek.blogspot.com/ Nie o mięczakach, ale naprawdę trudno przejść obojętnie.

* nie zapytałem, czy mogę anegdotkę w świat posyłać, więc wolę tak anonimowo;)

Konferencyjny tom
Jubileuszowa publikacja...

Był okolicznościowy tort...
... i czas na przypatrzenie się ślimakom też się zalazł;)

poniedziałek, 22 września 2014

XXX Krajowe Seminarium Malakologiczne, cz. II

Już tylko kilkanaście dni pozostało do inauguracji XXX Krajowego Seminarium Malakologicznego, które w tym roku odbędzie się w Łopusznej koło Nowego Targu. Przez te kilkanaście dni trzeba będzie się jeszcze napocić nieco, zanim powie się omnia parata, ale zdaje się, że organizatorzy dopinają resztkę przygotowań na przysłowiowy ostatni guzik (kto wie, czy nie sochociński;). Otrzymałem kolejny komunikat organizacyjny, z którego wyłuszczyłem m.in, że przewidziano 37 referatów i komunikatów, sesję posterową, wycieczkę (spływ Dunajcem), walne zebranie członków Stowarzyszenia Malakologów Polskich... Kilka wystąpień zapowiada się ciekawie i z pewnością będę  na nie polował. Prof. Anna Stańczykowska i prof. Krzysztof Lewandowski podsumują sześćdziesiąt lat polskich badań nad Dreissena polymorpha, Małgorzata Marzec zreferuje występowanie ślimaków lądowych na pożarzyskach na bagnach biebrzańskich, Tomasz Kałuski spróbuje odpowiedzieć, czy Arion lusitanicus i  A. vulgaris to jeden czy dwa gatunki?, prof. Stefan Alexandrowicz omówi holoceńską malakofaunę Puszczy Kampinoskiej, a doc. Ewa Stworzewicz i prof. Beata Pokryszko zidentyfikują eoceńskie ślimaki bałtyckiego bursztynu. Ciekawie zapowiada się również wystąpienie szanownego jubilata prof. Andrzeja Samka, który w czerwcu tego roku skończył 90 lat, a na seminarium opowie o mięczakach jako wzorcu w technice i sztuce. Na to wystąpienie czekać będę chyba z największym zniecierpliwieniem, bo ze wszystkich tematów interdyscyplinarność malakologii jest mi zawsze najbliższa...

Jeśli warunki techniczne na to pozwolą, kolejna informacja będzie relacją z Seminarium "na żywo", jeśli jednak plan się nie powiedzie, obiecuję obfitszą relację post factum.